niedziela, 27 lutego 2011

Będzie głośno

3 głośne nadchodzące nowe płyty. Polskie.

Turnip Farm - All The Tangled Girls



Setting the Woods on Fire - EP


Znajdź więcej wykonawców takich jak Setting The Woods On Fire w Myspace Muzyka

Plum - Hoax

wtorek, 15 lutego 2011

Les Fin'Amoureuses - Marions Les Roses

Dziś znów o tym, co dzieje się poza Ameryką. I o wskrzeszaniu tradycji.

Kilka dni temu przeczytałem w Polygamii (ale nie mogę znaleźć teraz linka, więc musicie wierzyć mi na słowo), że ludzki mózg lubi fantazję tak samo albo nawet bardziej niż realność. I że dlatego ludzie grają, bo stają się bohatermami gier, a normalne życie nie dostarcza już odpowiednich podniet dla mózgu. Czy jakoś tak. Nie o tym miałem pisać przecież. A o fantazji.

Mój mózg też tak ma. Wystarczy, że włączę "Marions Les Roses" i już już przemieszczam się między Prowansją, Konstantynopolem a Jerozolimą. Gdzieś w czasach wypraw krzyżowych. I dobrze wiem, że ani te piosenki nie są tak stare, ani że nie bardzo da się odtworzyć muzykę z tamtych czasów. W niczym jednak to nie przeszkadza mojemu mózgowi fantaście, który bez najmniejszego problemu poddaje się mistyczności tej płyty. Stare sefardyjskie, francuskie i arabskie pieśni poprzetykane psalmami (które są chyba najlepszymi momentami) służą mu za wehikuł czasu,

Mógłbym się rozwodzić nad tym, że Francuzki grają na rekonstruowanych instrumentach, że brzmienie jest tak przestrzenne, że na pewno nagrywały ją w kościele, ale po co. Zbyt piękna jest ta płyta, by ją tak roztrząsać.

poniedziałek, 14 lutego 2011

PJ Harvey - "Let England Shake"


Czemu na blogu, a nie na Uwolnij Muzykę!? Proste, płyta została już zaklepana. Normalnie w takich wypadkach odpuszczam sobie pisanie recenzji, tym bardziej, ze ostatnio cierpię na nadmiar nowych płyt i chyba przestaję wyrabiać. 24 godziny na dobę to zdecydowanie za mało. Do tego trzeba odliczyć 8 godzin na sen, kilkanaście na studia, życie towarzyskie (zawodowego brak) i zostaje jeszcze mniej. A kupka płyt na dysku rośnie. Do tego jeszcze moja legendarna prokrastynacja. No ale dla Polly zrobię wyjątek.

No i tu miała być mega wypasiona analiza tej płyty. Nie wiem czemu, ale łatwiej rozbiera mi się na części pierwsze płyty artystów, z którymi nie łączą mnie tak silne uczucia. Nie, nie bójcie się, nie jestem psychofanem panny Harvey. Po prostu w jej przypadku chłodne, recenzenckie spojrzenie często ustępuje zupełnie nieobiektywnym emocjom. Może więc lepiej, że zostałem ubiegnięty, bo nad recenzją "Let England Shake" męczyłbym się bardziej niż nad nadchodzącą pracą magisterską (tak, jestem starym piernikiem). I wyszedłby pewnie strasznie suchy tekst, zupełnie nie taki, jaki chciałbym napisać, i co ważniejsze przeczytać. Na szczęście od prywaty mam tego bloga.

Data wydania na pewno nie jest przypadkiem. Dziś Walentynki.Z jednej strony święto różowych serduszek, z drugiej św. Walenty jest patronem chorych umysłowo. Polly, wiadomo, ma mocno zwichrowaną psychikę, a przy okazji napisała jedną z najpiękniejszych piosenek o miłości. A teraz chce zatrząść Anglią i zrobić to znienacka. A jaki jest lepszy na to dzień, niż ten, gdy nikt się tego nie spodziewa?

Fascynujące jest to, jak Polly przy okazji każdego albumu wymyśla się na nowo. I wizerunkowo, i muzycznie. Od mrocznej, uszminkowanej feministki przez Polly zakochaną, modną, wyzywającą laskę w sukienkach z nadrukami ikon popkultury (taką lubię ją najbardziej, był to okres mojej ukochanej "Uh Huh Her") do wiktoriańskiej zjawy. Od surowego, garażowego rocka, przez wpływy elektroniki do fortepianowych miniaturek. Przynajmniej od 10 lat z płyty na płytę jest coraz lepiej. 

Z "White Chalk"Polly została cytra akordowa (lub jak kto woli autoharfa), dostojność (a może to już po prostu kwestia wieku), okazjonalne zawodzenie i wiktoriańskie ciuchy. Reszta jest zupełnie nowa. Polly zaczęła korzystać z sampli, i podobnie jak w przypadku fortepianu cztery lata wcześniej, mimo bycia laikiem, ma mnóstwo wyczucia. Wysamplowany, arabsko brzmiący kobiecy wokal w "England" jest chyba najmocniej uderzającym momentem płyty. Reggae w "Written on a Forhead" dodaje trochę słońca. Gdybym miał wybrać jedną, ulubioną piosenkę, po długim wahaniu postawiłbym na "In the Dark Places", które bardzo przypomina moją ukochaną "Uh Huh Her", tyle że dochodzą dęciaki. Dęciaki, które świadczą o wyjątkowości tego utworu i "Let England Shake" w ogólności. Takich gitarowych strzałów jest jak na lekarstwo - jeszcze "Bitter Branches"

Brak gitarowych strzałów niczego oczywiście nie przesądza, to nawet nie jest zarzut. "White Chalk" jest najlepszą płytą Polly, a króluje tam fortepian i cytra. To znaczy była najlepszą. "Let England Shake", choć jest zupełnie nową, inną jakością, wyrasta głównie z "White Chalk" i niezbyt udanej kolaboracji z Johnem Parishem. No i zatrzęsła. Dokładnie tak, jak chciała.

niedziela, 13 lutego 2011

Niech żyje przyjaźń polsko-szkocka

1. Wiem, idiotyczny tytuł. Lepszy już ukradła Monika, ale tak to już jest, jak jest się leniem.
2. Nie wiem, czy to już pisałem, ale wydaje mi się, że najbliżej Jadło jest właśnie Eufemia. I klimatem (choć jest mniej punkowo) i repertuarem. To znaczy, wiem, byłem tam na razie tylko 3 razy, jednak każdy z tych trzech koncertów odbyłby się na Dobrej.
3. Eufemię z Jadło łączy jeszcze jedno. Gadatliwi ludzie pochowani na szczęście po kątach. Zawsze w takich momentach przypomina mi się koncert Kira Kira właśnie w Jadłodajni. Ludzie przy jednym stoliku tak głośno nadawali, że Kira się ich spytała o czym tak żywo dyskutują. Bez skutku, bo ani nie zamilkli, ani nie odpowiedzieli. Na szczęście wcześniej wyszli.
4. Wtedy Islandkę supportował Kyst, w piątek zagrał sam Tobiasz. I jak w przypadku płyty, było dużo lepiej.
5. Najpierw zagrała Siobhan Wilson. Mike'owi i Monice kojarzy się z Tiny Vipers, mnie z Mariee Sioux. Kto ma rację? Nie wiem sam, ale Siobhan nie zna ani jednej ani drugiej.
6. Troszkę za cicho było, ale bardzo, bardzo, bardzo uroczo. I romantycznie. I w ogóle super. Szkoda, że u nas nikt tak nie gra. Dziewczyny, za gitary!
7. Tobiasz, jak już pisałem wypadł dobrze. Chłopak ma potencjał, niedługo nowa płyta Coldair i nowy Kyst. Całkiem nowy, ze starego składu został tylko on i Adam Byczkowski. Do tego doszedł Touchy Mob prosto z Berlina. Chcę zostać przez nich pozytywnie zaskoczony.
8. Banjo! Kocham ten instrument. Kupię sobie kiedyś, obiecuję i będę grał stare country piosenki poprzeplatane z warszawskimi szlagierami.
9. Najlepsze momenty koncertu? Gdy do Tobiasza dołączała Siobhan. Zdecydowanie.
10. Wywiad będzie, gdy pokonam własne lenistwo i prokrastynację. Nawet własna siostra mnie za to dissuje, więc postaram się to załatwić szybko. Nie spodziewajcie się jednak niczego zajebistego. Za dużo gadałem ja. 

piątek, 11 lutego 2011

Trzęsienie Anglii

Na razie krótko, choć już posłuchałem jej lepiej. Generalnie zgadzam się z tym, co napisał Bartek Chaciński na Polifonii. Polly po nieudanej kolaboracji z Johnem Parishem wróciła na szczyt.


A zastanawiałem się, czy nie zmienić w końcu avatara na RYMie. Głupek ze mnie.

czwartek, 10 lutego 2011

This Is The Jewish Way

1. Doczekałem się.
2. Eufemia jest ok na małe akustyczne koncerty. Na większe już nie. Stąd ograniczenie do 90 osób. I filar przed samą sceną - WTF???!!
3. Pierwszy raz byłem w hipsterskiej miejscówce opanowanej przez metaluchów. Dziwne, że świat się nie skończył. Skoro były metaluchy, było i pogo. Na 5 m2. Nowy rekord. Cud, że nikt nie rozbił Caruselli sprzętu.
4. Cud, że zespół nie skończył koncertu po 4 kawałkach, gdy padło z tłumu "sieg heil". Plotki o rzekomej wyższości intelektualnej metali nad dresami okazały się mocno przesadzone. A ja po raz kolejny zostałem uświadomiony, że polactwo to polactwo. I nic tego nie zmieni.
5. Było głośno. Pod koniec trochę za głośno i zbyt piszcząco, choć doomowe wstawki świetne.
6. W tym lub przyszłym roku mają wydać nową płytę. Zastanawiają się nad podwójną. Więcej szczegółów w wywiadzie, który niebawem. W każdym razie mam już swojego faworyta na ten krążek. Piosenkę z cowbellem. Nie wiem, jak się nazywa, ale jest niezwykle taneczna.
7. Tym razem obyło się bez leżenia na podłodze, choć Tamara zrobiła sobie dwie wycieczki w tłum. Potem tylko wskakiwała na perkusję. Której nie widziałem, bo przed sceną stoi filar. Jeszcze raz: WTF?! Lepiej ten koncert wypadłby choćby w Śnie czy Hydro.
8. Ale i tak mi się bardzo podobało.
9. Czego, niestety, nie mogę powiedzieć o Rachael. Słychać było tylko wokal i perkusję. Przykra wpadka z tym nagłośnieniem.
10. Granie na klawiszkach przyłożonych do strun gitary rządzi!

sobota, 5 lutego 2011

Warsaw City Duel

1. Dwa dni, dwa kluby, cztery zespoły, dwa debiuty.
2. Dzień pierwszy: Time Cafe. The Phantoms + The Obligatory Niggers
3. The Obligatory Niggers. NIGGA PLEASE. Było strasznie. Zjarana perkusistka nie bardzo ogarniała, co się dzieje na scenie. Gitarzysta coś tam sobie rzępolił, a wokalista, jak na wokalistę przystało, darł się. Wszystko razem brzmiało, jak nieudana podróbka Monotonix. MASAKRA.
4. Phantomsi zagrali dużo lepiej. Pierwszy raz widziałem ich już z Miguelem w składzie. Wysoki chudzielec dobrze wpasował się swoimi klawiszami w psychodeliczny surf rock zespołu. Szkoda, że nagłośnienie nie dawało rady i wokal Grzegorza czasem niknął, a czasem był za głośno. Fajnie, że chłopaki poszli na koncercie w stronę lekkiej psychodelii. Mocno było czuć kolorowe lata 60., nie tylko z powodu stylówy Phantomsów. Przez moment poczułem się, jakbyśmy przenieśli się 50 lat wstecz. Bardzo dobry, choć źle nagłośniony koncert.
5. Dzień drugi: Sen Pszczoły. Rachael + No Love Lost
6. Miał być też rzaba, ale go nie było.
7. No Love Lost. Hm, za wiele w mojej pamięci nie zostało, a byłem całkiem trzeźwy. To znaczy, w porównaniu  do Obligatory Niggers było miljon razy lepiej. Tylko trochę zbyt poprawnie. No ale to ich pierwszy koncert. A, mają bardzo dużo znajomych ;)
8. Rachael. Było bardziej punkowo niż w Hydro, ale też zdarzały się długie, psychodeliczne odjazdy. Z koncertu na koncert grają coraz lepiej. W piątek był miód malina. I fantastyczna wersja "Summer Dope".