niedziela, 28 marca 2010

The Subways są jak Gwiezdne Wojny

 Trzeci raz byłem na ich koncercie. Trzeci raz pod samymi barierkami. Drugi raz w Warszawie. Trzeci raz zagrali praktycznie to samo (dwie zmiany w setliście w porównaniu z zeszłym rokiem, przesunięcie "This Is The Club" na bisy). Trzeci raz gadka między piosenkami wyglądała identycznie. Charlotte miała nawet tę samą bluzkę, co w Eskulapie w zeszłym roku. Totalne podwójne deja vu. A jednak podobało mi się szalenie, bo koncerty The Subways są jak Gwiezdne Wojny (stara trylogia), choć znasz na pamięć wszystkie teksty, to i tak chcesz oglądać je znów i znów.

Tym razem w roli supportu wystąpili CF98. Lepsze to niż Kumka Olik, ale nadal słabo. Widziałem ich już przed Fucked Up w Krakowie, więc wiedziałem, czego się spodziewać i przyszedłem na ostatnie 3 piosenki. A, wokalista mogłaby popracować nad konferansjerką, bo strasznie jej to wychodzi.

Dziwię się im trochę, że ta setlista nie znudziła im się po dwóch latach. Szkoda, że na przykład nie grają "Love & Death" albo "Always Tomorrow". Nowa piosenka jest całkiem spoko, trochę w stylu pierwszej płyty, więc mam nadzieję, że pozostałe będą bardziej jak "All Or Nothing", ale o tym przekonamy się dopiero na początku przyszłego roku, tak przynajmniej powiedział mi Billy po koncercie. Obiecał też, że postarają się przyjechać na jakiś letni festiwal. Oby nie Woodstock, jak w zeszłym roku. I to chyba już wszystko.

Na koniec bonus dla wszystkich tych, którzy nie wiedzą, jak wyglądają koncerty The Subways, bądź chcą poczytać dokładniej o koncercie: moja uwolnijmuzykowa relacja z zeszłorocznych koncertów zespołu:

Po przerwie na zmianę sprzętu i strojenie instrumentów, zgasły wszystkie światła oprócz reflektorów za perkusją Josha, a z głośników popłynęły… dźwięki techno. Napięcie sięgnęło zenitu. Wreszcie wbiegli na scenę i zaczęli z grubej rury. Od “Kalifornii”. Szaleństwo The Subways szybko udzieliło się publiczności, która rzuciła się w oszalały taniec.

O koncertach Anglików słyszałem wiele, widziałem też przeróżne nagranie na YouTube, ale mimo tego przygotowania, zostałem zmieciony ich mocą i energią. Każda piosenka zabrzmiała przynajmniej pięć razy mocniej i energiczniej niż na płytach. Nawet te z “All Or Nothing” , które brzmiały jak wulkan energii. Wszystkie kawałki były eksplozją nieposkromionej, surowej, rokendrolowej mocy. Po prostu kosmos.

Na dodatek Billy Lunn to urodzony wodzirej. Na każde jego słowo publiczność reagowała szalenie entuzjastycznie, a każde jego polecenie wykonywała bez wahania. Oczywiście wspomniał jarociński koncert, parokrotnie zachwycił się polską publicznością, ale największy zachwyt wywołał dopiero pod koniec, gdy w czasie śpiewania ostatniego bisowego kawałka, “Rock’n'Roll Queen” przeszedł na polski! Niektórzy ograniczają się do zwyczajowego “dziakuja”, inni dodają do tego “dobri vyetchur”, jeszcze inni przygotowują sobie dłuższe przemowy, ale pierwszy raz zetknąłem się z tym, żeby ktoś zaczął śpiewać po polsku.
Oprócz tego Billy rzucił się ze sceny w tłum, dyrygował okrzykami publiczności, zachęcał do bycia jeszcze bardziej “fuckin’ crazy”, czyli wypełniał wszelkie obowiązki dobrego frontmana. Nie było jednak tak, że na scenie istniał tylko on.

Charlotte, mimo pewnej nieśmiałości i bycia w cieniu Billy’ego, również jest wulkanem energii. Skakała po całej scenie, miotała się, tańczyła z gitarą, śpiewała i cały czas się uśmiechała. A schodząc ze sceny, odważyła się na powiedzenie “dziekuja” . Josh, schowany za zestawem perkusyjnym, zachowywał się niczym zwierzak z Muppetów.

Po niecałej godzinie grania zakończyli podstawowy set swoją najlepszą piosenką, czyli “This Is The Club For People Who Hate People”. Po krótkiej przerwie, która niektórym wydała się końcem koncertu, bo panowie techniczni majstrowali przy mikrofonach (okazało się, że je po prostu wymienili), na scenę wrócił sam Billy i zaczął grać “Strawberry Blonde”, w którego połowie dołączyli Charlotte i Josh. I nawet ta piosenka zabrzmiała jak rasowy rocker, mimo że przecież jest balladą. Potem jeszcze “Girls & Boys” i rozciągnięta “Rock ‘n’ Roll Queen”. I to był już naprawdę koniec. Czas więc przejść do tego, co działo się następnego dnia w poznańskim Eskulapie.

A działo się praktycznie to samo, co dzień wcześniej w Proximie. Różnic było naprawdę niewiele. Wyższa sala umożliwiła wywieszenie ogromnej płachty z samochodem i nazwą zespołu, która robiła za dekorację. Brak w planach imprezy  po koncercie sprawił, że wszystko opóźniło się o standardową godzinę, The Subways więc weszli na scenę około 21.20, czyli wtedy, gdy w Warszawie z niej schodzili po bisach. I to prawie wszystkie różnice między tymi dwoma koncertami. I Kumka Olik i The Subways zagrali dokładnie to samo, co dzień wcześniej. Co więcej, nawet spontaniczne na pierwszy rzut oka zachowania Billy’ego powtarzały się dokładnie w tych samych momentach koncertu. Przykład? Tekst o tym, na ile w skali 1-10 publiczność ocenia swoje szaleństwo padł przed “Turnaround” i nawet ocena Charlotte była taka sama w obydwu przypadkach. Czy jednak wpłynęło to jakoś na odbiór koncertu? Nie, znów było to niesamowite przeżycie, choć przewidywalne, ale przecież, czy nie lubimy oglądać po raz kolejny ulubionego filmu, mimo że go dobrze znamy?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza