poniedziałek, 1 marca 2010

Capital + Blind Date, 1.03.2010; Lorelei; Warszawa

Zacznę od miejscówki. Lorelei jest w samym centrum miasta, na Widok, czyli czekał mnie 10-minutowy spacer z domu, po drodze wstąpiłem jeszcze do mega-kapitalistycznego sklepu, ale to tylko tytułem nic niewnoszącej dygresji. Miejsce może i w samym centrum, ale dość nieduże, przez co było straaaasznie gorąco. Do plusów należy zaliczyć zakaz palenia, wreszcie nie śmierdziałem po koncercie. Sceny brak, ale to nic dziwnego, w końcu to pubokawiarnia (!).

Koncert Blind Date był szybki, głośny i bardzo energetyczny. Za wiele nie widziałem, ale to nie było, bo słyszałem całkiem nieźle. Zagrali trochę ponad pół godziny razem z bisem, czyli króciutko. Wokalistka tak szybko wypluwała z siebie słowa, że nie bardzo można było cokolwiek zrozumieć, ale i tak było bardzo fajnie. Jednak byli oni tylko przystawką do Capital ;)

Niestety, nie widziałem debiutanckiego koncertu Capital w Satu, więc tym chętniej poszedłem do Lorelei. Było naprawdę świetnie. Najntis riwajwal objął nie tylko indie, ale i post-hardcore, bo chłopakom było blisko do Fugazi czy ATDI, jednak zamiast nerwu postawili na groove. Panu wokaliście zdarzyło się mocniej krzyknąć, jednak niewiele to dawało, bo dwie gitary bas i perkusja to za dużo jak na możliwości Lorelei i wokal niknął. Nie bez znaczenia był też wadliwy kabel. Jednak poza tymi problemami technicznymi było bez zarzutu, co dziwnym nie jest, bo przecież to zespół złożony z weteranów warszawskiego niezalu. Chłopaki bujali bardzo ładnie, wokalista miał lekkie ADHD, skończyli przed 22, bo wiadomo, cisza nocna. Bisu nie było, a szkoda. W każdym razie z niecierpliwością czekam na singla, epkę, cokolwiek, bo kawałki na majspejsie to trochę mało. Oficjalnie zostałem ich fanbojem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza