wtorek, 15 grudnia 2009

Them Crooked Vultures - s/t

Wersja alternatywna recki, która pojawi się na dniach na UM! W formie zgadywanki z od dawna znaną odpowiedzią. Trochę drętwo, ale cóż.


Them Crooked Vultures - "Them Crooked Vultures"

Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najlepszą supergrupą ’09 na świecie?

Czy jest to Chickenfoot?

Zdecydowanie nie. Za dużo prężenia muskułów, obciachowych lat 80., za dużo nieudolnego udawania Led Zeppelin, a za mało fajnych piosenek. No i Satriani, niby jest go mniej niż zwykle, niby się nie popisuje swoimi mega szybkimi palcami, ale wkurza, jak zawsze. Sytuacji nie ratuje nawet wiecznie niezawodny Chad Smith, ciągle będący jednym z najlepszych bębniarzy na świecie. Płyta wieje nudą i już.

Czy jest to Shrinebuilder?

Nazwiska mówią, że tak. Scott Weinrich, człowiek, którego imię oznacza doom metal, Scott Kelly, człowiek od jednej z najlepszych płyt mijającej dekady, Al Cisneros, człowiek, którego imię oznacza trans i Dale Crover, podpora Melvinsów. Powinna wyjść z tego metalowa płyta stulecia, „Paranoid” i „Reign in Blood” XXI wieku. Jednak tak nie jest. Owszem, płyta jest naprawdę fajna. I ta fajność to jej największa wada. Dobrze się słucha tej płyty, słychać, że panowie trzymają poziom. I to tyle, o żadnych mocniejszych uczuć ta płyta nie wywołuje. Jak na metalowych bogów trochę słabo.

Czy to może Dead By Sunrise?

No bez żartów, proszę.

A Ten East?

Z całym szacunkiem dla Gary’ego Arce’a, ale gra ciągle to samo, albo prawie to samo pod nowymi nazwami. Płyta całkiem niezła, ale strasznie monotonna, no i z zeszłego roku jest. Jeśli już, to nadawaliby się Yawning Sons, pod tą nazwą Gary robi coś innego niż zwykle, ale to dlatego, że to kolaboracja z Sons of Alpha Centauri. W każdym razie to nie oni.

Czy więc to Dead Weather?

Chyba z tych wszystkich zespołów oni są najbliżej tego miana. Jack White usiadł za perkusją i dobrze na tym wyszedł, bo „Horehound” to najlepsza płyta z jego udziałem. Ever. Jest mocna, elektryzująca, pierwotna, wręcz brutalnie surowa, jedna z płyt roku. Tak, przez pewien czas to była supergrupa roku, ale...

Ale co?

Dobrze wiesz, tylko nie chcesz się przyznać, by nie być posądzonym o fanbojstwo. Them Crooked Vultures. Spójrzmy prawdzie w oczy. Josh Homme – bóg, Dave Grohl – bóg, no i last but not least John Paul Jones – bóg. Czego chcieć więcej?

No ale czy nie są zbyt podobni do Queens of the Stone Age?

Słuszna uwaga. To podobieństwo to tylko pierwsza warstwa. Trochę dogłębniejsze przesłuchanie pokaże, że najważniejsze rzeczy na tej płycie to nie gitara i wokal Homme’ego, choć oczywiście pełnią ogromną rolę, ale sekcja rytmiczna, a konkretniej John Paul Jones. Gra na basie, jak żaden inny kolega Josha, ma niesamowity feeling, zresztą w jednym wywiadzie powiedział, że ta funkowość sekcji wyróżniała Led Zeppelin spośród milionów zespołów hard rockowych. Wyróżnia i Them Crooked Vultures. Jedyne, do czego można się przyczepić, to najbardziej obciachowy instrument na świecie, czyli keytar. Poza tym John częściej gra na ośmio- czy dwunastostrunowym basie niż na typowym czterostrunowcu. Pamiętajmy też o jego klawiszach. Dave Grohl świetnie się do tego dopasował. Gra jeszcze lepiej niż na „Songs for the Deaf”, bo do brutalnej siły dodał finezję i funkowy Groove.

Pierwsze cztery piosenki to hiciory. Krótkie, skondensowane, melodyjne. W „Mind Eraser, No Chaser” w refrenie udziela się Dave, nadając mu trochę fufajtersowkiego klimatu. „Dead End Friends” zaczyna się niczym „Song for the Dead”, od uderzenia perkusji, a potem, mimo że idzie w zupełnie inną stronę, to schemat jest tak samo hitchcockowski.

Potem panowie kombinować. „Elephants” zmieniają się, jak w kalejdoskopie. „Warsaw Or The First Breath You Take After You Give Up” to nowy poziom psychodelii, ciężkiej od toksycznych oparów. „Spinning in Daffodils” podobnie. Można rzecz, że jesteśmy świadkami narodzin nowej jakości.

Jednak mało rewolucyjna ta płyta.

Ano, to prawda. Każy z nich jakąś mniejszą lub większą rewolucję na koncie. Człowieku to są goście z Kyussa, Nirvany i Led Zeppelin. Na co im kolejna rewolucja, skoro prawie od niechcenia wychodzą im takie piosenki, jak „Nobody Loves Me & Neither Do I” czy „Caligulove” albo „Gunman”. W zasadzie to mogę tu wymienić całą płytę, która aż iskrzy się od pomysłowości, luzu, świetnych improwizacji i zwyczajnej radości grania. Niczego więcej nie trzeba, żeby mieć dosko płytę.

A ma w ogóle wady ta płyta?

Można narzekać, że jest za długa, ale to, jak narzekanie, że w „Gwiezdnych Wojnach” dźwięk rozchodzi się w przestrzeni kosmicznej. Jeden i drugi zarzut nijak się mają do oceny całości, która jest bezbłędna. Płyta roku.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza