niedziela, 24 września 2017

Orzeł odleciał na zawsze

fot. Mark Shaw

Wczoraj, kilkanaście dni po odwołaniu trasy koncertowej, zmarł Charles Bradley.

Charles nie miał szczęśliwego życia. Trudne dzieciństwo, nastoletnia bezdomność, tułaczka po całych Stanach, przez wiele lat Bradley był funkcjonalnym analfabetą, porządnie czytać i pisać nauczył się dopiero po pięćdziesiątce. Gdy tylko wydawało się, że los się do niego uśmiechnął, zaraz dostawał w kość. Jego pierwszy zespół, z którym wiązał nadzieje, rozpadł się, gdy muzycy dostali powołania do Wietnamu. Gdy po latach pogodził się z matką i wrócił na Brooklyn, jego brat został zamordowany. Charles już raz żegnał się z tym światem, gdy infekcję lekarze potraktowali penicyliną, na którą był uczulony. O karierze muzyka zamarzył, mając czternaście lat. Siostra zabrała go na koncert Jamesa Browna, a mały Charles postanowił być jak król soulu. Przez lata wcielał się w Browna w podrzędnych barach. Dopiero spotkanie z szefem Daptone Records sprawiło, że o Charlesie i jego przesłaniu usłyszał cały świat.

Najbardziej uderzające w jego twórczości jest to, że mimo wszystkiego, co przeżył, epatuje z niej niezachwiany optymizm i wiara w potęgę miłości. Tą wiarą dzielił się na koncertach, gdy żarliwie śpiewał swoje teksty, a w jego głosie słychać było jego życie i gdy schodził ze sceny, żeby rozdawać uściski. Dzielił się nią po koncertach, gdy cierpliwie i z uśmiechem podpisywał płyty, rozmawiał, radził, przybijał piątki. Dzielił się nią wreszcie w piosenkach, zastanawiał się, co się stało z Ameryką, że jest tak bezduszna, nawoływał do miłości bliźniego. Nie był jednak idealistą z głową zawieszoną wysoko w chmurach.

Widziałem tylko jeden koncert Charlesa, prawie sześć lat temu w katowickim Rialto. Charles grał na Ars Cameralis. Tak pisałem o tym wydarzeniu na świeżo:
Charles wszedł na scenę w czarnej marynarce z cekinowym wzorem korony na plecach (gdzieś w połowie koncertu znów zniknął na dwa utwory, by powrócić w złotej marynarce z haftem orlich skrzydeł, a pod nią miał kamizelką z cekinową panoramą Waszyngtonu). Na mikrofonie stała figurka czarnego łabędzia. Kicz przeokrutny, ale jakoś to do niego pasowało. Przestałem zwracać na to uwagę w chwili, gdy Bradley zaczął śpiewać. Jest po prostu doskonałym wokalistą. Trudno opisać jego głos, po prostu trzeba to usłyszeć na żywo. Mimo sześćdziesiątki na karku Charles na scenie kipiał energią. Rzucał się na ziemię z mikrofonem w ręku, tańczył, a nawet płakał.
Ten obraz Charlesa śpiewającego ze łzami w oczach zostanie ze mną na długo. Po koncercie ubrany w dres Bradley długo rozmawiał i rozdawał autografy. Nie pamiętam, co mi powiedział, pewnie coś o miłości. Dałem mu podpisania płytę wcześniej, kiedy podczas koncertu zszedł ze sceny, by ściskać się z fanami. Potem podpisał ją jeszcze raz, dodając dedykację LOVE ALWAYS.

Rok temu Bradley ogłosił, ze choruje na raka, ale da mu radę, tak jak wszystkim poprzednim przeciwieństwom losu. Odwołał koncerty, ale obiecał, że wróci. Wrócił w maju, wydawało się, że wszystko będzie dobrze, że nadal będzie zarażał miłością i humanizmem. Miał 68 lat.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza