czwartek, 27 grudnia 2012

Magnificent Muttley - Magnificent Muttley


Zwykle nie pisze o płytach, które mi się nie podobają - po prostu szkoda mi na nie czasu i starań. Jednak spływające zewsząd pozytywne (czasem nawet entuzjastyczne) oceny debiutu warszawiaków są dla mnie  tak zupełnym zaskoczeniem, że musiałem zabrać głos.

Wszystkie przewijające się nazwy w kontekście MM (Hendrix! Cream! Budgie! Led Zeppelin! Black Sabbath!) tak naprawdę można sprowadzić do dwóch: Red Hot Chili Peppers i John Frusciante. Jak to? Przecież robią sobie przejażdżkę po historii rocka, a RHCP to ciągle te swoje funki tłuką (ostatnio mniej) i może ich wpływ słychać w "Phenomenalike", ale to koniec! Otóż nie. W pozostałych kawałkach nie jest to tak dosadne jak w wyżej wymienionym, ale wsłuchajcie się w gitarę. Gitarzysta gra, jakby jedynym muzykiem, który jest godny bycia źródłem inspiracji był Frusciante właśnie. Każdy dźwięk, każda solówka to kopiowanie patentów Amerykanina. Trzeba też zaznaczyć, że cała trójka ma prawdopodobnie ogromne zbiory bootlegów Kalifornijczyków ze szczególnym wskazaniem lat 2004-2007. Stąd te wszystkie jamy, rozwlekłe solówki, męczenie gitary. Prawie wszystkie piosenki brzmią, jak wywiedzione z koncertowych improwizacji Fru, Flea i Smitha. No tylko wokalista stara się śpiewać inaczej niż Kiedis, ale nie wychodzi mu to najlepiej.

To wszystko nie byłoby tak poważną wadą, gdyby przekuli tę inspirację na dobre piosenki, jednak tych ze świecą szukać na "Magnificent Muttley". Wszystko jest wtórne, nudne, wymuszone, bez polotu. Mimo kilku rzetelnych prób przesłuchania tej płyty nie udało mi się wychwycić nic, na czym byłoby można zawiesić ucho.  I co z tego, że warsztatowo nienagannie (a jednak udało mi się znaleźć choć jeden pozytyw)? Polski rockowy materiał eksportowy? Wolne żarty, z polskim rockiem nie jest aż tak źle, by na zachód wysyłać akurat ich.

I tylko jedno mnie zastanawia. Gdzie tu, u licha, słychać At the Drive-In?


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza