wtorek, 2 października 2012

Jessie Ware - "Devotion"



Bardzo piękne piosenki

Czasem nie trzeba (a nawet często) nie trzeba karkołomnych struktur rytmicznych, zabawy konwencją, tryskaniem pomysłami na prawo i lewo, zaskakujących rozwiązań stylistycznych czy innych eksperymentów. Wystarczają tylko (i aż) dobrze skrojone piosenki. Fantastyczne melodie. Aksamitny głos. Wszystko to, co zaproponowała na swoim debiucie Jessie Ware.

Zastanawiam się, co odgrywa ważniejszą role na "Devotion". Głos Jessie, od którego miękną kolana jeszcze bardziej niż od Elizabeth Harper z Class Actress czy delikatna, wyważona muzyka? Czy to Jessie zyskuje dzięki zetknięciu z elektroncznym soulem czy to ona uwydatnia jego zwiewność? A może są w symbiozie? I to chyba prawidłowa odpowiedź na to pytanie. Głos i muzyka na "Devotion" uzuzpełniają sie doskonale.

Choć Jessie jest najczęściej porównywana do Sade, czy wręcz ogłaszana jej następczynią, to mi przychodzi do głowy przede wszystkim jedno nazwisko. Elizabeth Harper. Podobnie, jak Amerykanka, panna Ware robi swoim głosem ze mną co chce. A nawet więcej. Seksowny, zmysłowy ładunek w jej głosie sprawia, że Elizabeth przy Jessie jest jak uczennica przy świadomej siebie kobiecie. Jedno "Sweet Talk" jest bardziej seksowne niż połowa "Rapproacher" (a to jedna z moich ukochanych płyt przecież). Może się z nią równac jedynie "Hangin' On", które też najlepiej pokazuje różnice między dwiema paniami.

To bardzo romantyczna muzyka. Niedookreślona, wygładzona, czerpiąca z najlepszych wzorców, tych starszych i tych nowszych.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza