środa, 8 lutego 2012

Cloud Nothings - "Attack on Memory"



Lepiej już było.

Taki wniosek można wyciągnąć po przesłuchaniu trzeciej płyty Cloud Nothings. Kryzys, frustracja, niepewna przyszłość, czy może nawet jej brak, uciekająca młodość, poczucie marnowania życia. To wszystko trapi Dylana Baldiego oraz pewnie sporą część dwudziestolatków. Może jest to spowodowane kryzysem motywacji na studiach (w końcu piąty rok się męczę, każdy by miał kryzys), ale kiedy Baldi w „Wasted Days” śpiewa „All I know, my life’s not gonna change/ And I lived through all these wasted days \ Never thought that I’d end up this way \ And I know it’s gonna stay the same” a potem wchodzi refren (pod koniec tego dziewięciominutowego potwora jest świetna, krzyczana repryza tej frazy) „I thought I would be more than this”, wiem i czuję, że to o mnie. Żaden kawałek tak do mnie trafił od „Younger Us” Japandroids, który generalnie traktuje o tym, że kiedyś to hoho, byliśmy super, mogliśmy imprezować do białego rana i cały świat stał u naszych stóp, a teraz to już niekoniecznie. Czyli mniej więcej o tym samym, co „Wasted Days”, co czyni mnie strasznym frustratem, choć za takiego się nie uważam. Wręcz przeciwnie. No cóż, chyba mam zawyżoną samoocenę (która jest bardzo krucha – tak mi wyszło, jak robiłem sobie psychotest). Jednak jak to mawia Johnny Bravo, dość już o mnie, pomówmy o „Attack on Memory”.

Coś czuję, że przy dobrej promocji (i odpowiednim radio edicie) „Wasted Days” mogłoby być „Smells Like Teen Spirit”, choć więcej w nim post-hardcore’u czy nawet wczesnego emo (to wydarcie pod koniec). No właśnie mogłoby, ale czasy pokoleniowych hymnów chyba już dawno minęły. Może chociaż tym mitycznym Oburzonym się spodoba.

Niesamowite jest to, jak w ciągu roku Baldi się zmienił. Poprzednia płyta to po prostu blink-182 dla hipsterów. Choć na „Attack on Memory” melodii jest co niemiara, to słychać, że wydoroślał (i chyba rzuciła go dziewczyna). Był jednoosobowy projekt, teraz jest pełnoprawny zespół. Było lo-fi, jest Steve Albini. Gdyby jeszcze całość była taka, jak unwoundowe „No Future/No Past” i „Wasted Days”, to można by było im postawić pomnik, a tak musi im wystarczyć miejsce na liście rocznej. Nie chodzi o to, że poza nimi to dno i wodorosty, ale pozostałe sześć kawałków nie ma takiej siły oddziaływania. Przejście z „Wasted  Days” do „Fall In” jest jak szok termiczny przy zanurzeniu się w Wiśle. Dzisiaj. Zupełnie dwa inne oblicza zespołu, ale jedno i drugie świetne. Nie zamierzam hejtować tych piosenek, wręcz przeciwnie.

Trudno mi z tej szóstki wybrać jednego faworyta, bo ciągle mi się to zmienia. Jedno wiem na pewno, najsłabszym punktem „Attack on Memory” jest „No Sentiment”. Przekrzyczane, zbyt poszarpane i wybija z rytmu po instrumentalnym „Separation”. Baldi ciągle przeżywa swój kryzys wchodzenia w dorosłość („No one knows our plans for us / We won’t last long”) i robi to w towarzystwie świetnych melodii.

Wiem, że zabrzmi to patetycznie, pewnie na wyrost i prawdopodobnie za dwa lata będę się z tego śmiał, ale chyba znalazłem swoją własną Nirvanę (bo jednak JPNDRDS to trochę inna kategoria frustracji i niespełnienia), a „I thought I would be more than this” przemawia do dużo bardziej niż Cobainowe „I hate myself and I want to die”. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza