poniedziałek, 14 marca 2011

Vintage Indie Party

1. Miałem do wyboru pięć koncertów: Plug&Play, Lora Lie, Karate Free Stylers w Śnie Pszczoły, Grandmaster Flasha w Butiklubie, Małpę w Fonobarze i właśnie Vintage Indie Party w Obiekcie.
2. Najbardziej żałuję, że nie było mnie stać na bilety na Flasha. Podobno rozniósł kosmos. Mam nadzieję, że to nie był jego ostatni raz w Warszawie.
3. Hipster metaluchów mogę zrozumieć (ledwo, bo ledwo), ale hipster emo już nie.
4. Ofiar mody było mnóstwo, ale nic dziwnego, to hipsterska impreza.
5. Pierwszy zespół najlepiej wymazać z pamięci. Może i grali w miarę równo, ale strasznie słabo. Rewelacja warszawskiej gitarowej sceny? No way.
6. Nawet udało mi się ich wymazać z pamięci, bo nie wiem, jak się nazywali.
7. Za to tres.b to zupełnie inna bajka.
8. Zagrali w trójkę, bez Stasia, którego widziałem z nimi na premierowym koncercie w Hydrozagadce. Setlista też zupełnie inna. Po równo starych rzeczy i nowych, jeden cover.
9. Może to zabrzmi dziwnie w wypadku tego zespołu i szczególnie ich drugiej płyty, ale było bardzo gitarowo, post-punkowo i głośno. Choć grali tylko w trójkę. O, wiem, było tak, jakby ich nowa płyta składała się tylko z piosenek w stylu "The Other Hand".
10. Zatem był to ich najlepszy koncert, jaki do tej pory widziałem. Są teraz zupełnie innym zespołem niż na płycie.
11. W takim razie ich następny koncert w Warszawie postaram się nagrać.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza