niedziela, 20 marca 2011

King of the road says you move too slow - Fu Manchu, 19.03.2011, Wrocław

1. Z pustynnych bogów zostali mi tylko Fatso Jetson do zobaczenia. I zreaktywowany kyuss.

2. Na początku myślałem, że może zamiast grania "In Search Of..." koncert będzie takim typowym debeściakiem, bo i zagrali "Hell on Wheels", i "Mongoose", i "Bionic Astronautic". Ale po dwudziestu minutach zaczęli grać swoją najlepszą płytę. Było wyśmienicie. Do tego na bis "Godzilla", "Evil Eye" i "King of The Road" Czy mogło być lepiej?

3. Mogło, mi zabrakło "California Crossing" albo "Ampn". Nie, nie narzekam, bo to był naprawdę świetny koncert. No i w sumie aż do samego początku koncertu nie liczyłem na te kawałki. Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia.

4. Najbardziej w latach posunął się Scott Hill, co jednak nie przeszkadzało mu szaleć z gitarą (przez część koncertu moją ukochaną z pleksi) na scenie. Szalał niczym dwudziestolatek.

5. Reszta panów spokojniejsza. To znaczy Scotta Reedera nie widziałem za zestawem perkusyjnym. Cóż, koncerty Brodki nad koncertami Fu Manchu mają jedną zaletę. Nie ma nich wysokich facetów i nikt mi nie zasłania.

6. Sześć lat na nich czekałem. Kiedyś nawet wysłałem im wiadomość na majspejsie (ok, tak, dawno to było) z zapytaniem, czy nie zagrają w Polsce. Odpowiedzieli, że bardzo chętnie, ale nikt im nie chce zorganizować koncertu. I dwa dni wcześniej byli w Warszawie. Mieli dzień przerwy, a Scott Hill ma tu rodzinę. Ależ byłem wtedy zdruzgotany.

7. Wczoraj za to byłem zniszczony. Moc, moc, moc!

8. Support też nawet dał radę, choć zupełnie do nich nie pasował.

9. Miał być bootleg, ale nie będzie. I to jedyny minus tego wieczoru.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza