poniedziałek, 20 grudnia 2010

Tamikrest - Adagh

Skoro w poprzednim tekście narzekałem na wąski światopogląd krytyków muzycznych i niekoniecznie trafne wynoszenie na piedestał muzyki zachodniej, przy prawie całkowitej negacji tego, co znajduje się poza nią, o napiszę kilka słów o jednej z najlepszych tegorocznych płyt. Z Afryki.

Tamikrest to młody zespół tuareski, pochodzą z różnych krajów: Algierii, Mali i Nigru. Łączy ich kultura, etniczność i język. Tym, co ich wyróżnia z pozostałych zespołów tuareskich, jak choćby Tinariwen, czy wydawane przez Sublime Frequencies Group Inerane i Group Bombino jest przystępność dla zachodniego słuchacza. I świetna produkcja. Nagrywali płytę w Europie, to słychać. Z jednej strony wszytko brzmi świetnie, z drugiej natomiast brakuje mi surowości nagrań Sublime Frequencies. Jeśli chodzi o przystępność, jest ona zasługą dwóch rzeczy. Właśnie produkcji i tego, że Tamikrest to młodziaki, wychowani w zglobalizowanym (do pewnego stopnia oczywiście) świecie. Wiedzą, czego się słucha u nas, wiedzą, jak się dobrze sprzedać. Nie boją się wykorzystywać przesterów i efektów gitarowych, by uzyskać efekt grania na pustyni. Tym kojarzą mi się z chłopakami z Kalifornii, z Palm Desert, którzy również przywołują ten żywioł swoimi instrumentami. Różne zabiegi stylistyczne tylko im w tym pomagają. Nie ma też poczucia znużenia, które, niestety, pojawia się, gdy słucham Tinariwen. I to wszystko super, bo nie tracą nic ze swojego egzotycznego charakteru, który jest ich najlepszą kartą przetargową. Bo przecież egzotyka jest w modzie na Zachodzie. Polecam, nie tylko zapaleńcom "muzyki świata"

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza