niedziela, 3 października 2010

Skrzyżowanie kultur dwa

1. Już definitywnie po festiwalu.

2. Opuściłem tylko jeden koncert - Osjan, ale podobno nie straciłem za dużo.

3. Cóż tam panie w muzyce? Chińcyki trzymają się mocno? Trzymają się bardzo mocno. Środa to zdecydowanie najlepszy dzień festiwalu. Choć etniczni Chińczycy nie byli w przewadze. Były tylko cztery Chinki, kwartet muzyki klasycznej. Skoro to był koncert muzyki klasycznej (chińskiej) to nie rozumiem poklaskiwania w czasie utworów. Wiem, to był namiot, a nie filharmonia, ale trochę ogłady by się przydało. Świetnym zagraniem pod publiczkę było wplecenie przez panie do programu polskiej ludowości. Akcja obliczona na ogromny aplauz odniosła pożądany skutek.

4. Chińscy Kazachowie i chińscy Mongołowie postawili na łączenie tradycji z nowoczesnością. W obydwu przypadkach był to rock, ale w przypadku Hanggai bardziej punk, a w przypadku Mamera psychodelia. Dość złowieszcza.

5. Stylówę Ilchi miał bezbłędną. Wyglądał, jakby urwał się z ordy Czyngis Chana. Reszta zespołu również, ale w mniejszym stopniu. Strój i zachowania Ilchi miał epickie.

6. Chińczycy niekoniecznie mówią po angielsku. Argentyńczycy też, ale u nich trochę lepiej jest ze znajomością obcych języków.

7. Argentyńczycy w czwartek uratowali honor Ameryki Południowej. W porównaniu z Linsem, grający tango Narcotango i Astillero wypadli wyśmienicie. W porównaniu z innymi koncertami, poprawnie. Narcotango trochę przynudzali, ich mieszanie tanga z elektroniką i popisy gitarzysty rodem z lat osiemdziesiątych nie przekonywały. Dużo lepiej wypadli Astillero. Nie dość, że tak bardzo uparli się, by zagrać w Warszawie, że zrobili to za darmo, to jeszcze ich tango było krwiste niczym stek.

8. Salif Keita razem z Josephem Shabalalą są dowodami na to, że afrykański gorąco jest najlepszym środkiem konserwującym. Obaj dość wiekowi, a ich scenowe wygibasy zawstydziłyby niejednego młodziaka. Żeby daleko nie szukać, mnie na przykład.

9. To był bardzo dobry tydzień.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza