wtorek, 5 listopada 2019

Festiwal to naturalny krok w rozwoju zespołu - wywiad z Emilią Sitarz

fot. Jacek Poremba
Dosłownie za chwilę, w czwartek 7 listopada zaczyna się piąta edycja festiwalu Kwadrofonik, organizowanego przez jeden z najciekawszych i najoryginalniejszych polskich zespołów zajmujących się muzyką współczesną (i nie tylko, by wspomnieć wspólny album z Adamem Strugiem). O tym, co przygotowali tym razem opowiada mi Emilia Sitarz, z którą spotkałem się całkiem słonecznego, choć wietrznego dnia podczas tegorocznego Sacrum Profanum.


Po co wam ten festiwal?

Wydaje mi się, że muzycy dochodzą do takiego etapu – na początku są: edukacja, konkursy, koncerty, a potem chcesz tworzyć coś swojego. Masz swoją publiczność i chcesz jej regularnie pokazywać, nad czym pracujesz. Inną taka rzeczą jest wydawanie płyt. Dla mnie osobiście ten festiwal jest związany z poczuciem zadbania o swoją publiczność. Chciałam stworzyć miejsce, gdzie możemy się spotkać, porozmawiać, podzielić się nasza pracą z publicznością, która nas zna i obserwuje nasze działania, a jednocześnie pokazać im coś nowego.

Dlatego wybieracie bardziej kameralne miejsca koncertów?

Festiwal odbywa się w różnych miejscach, przez lata zmieniła się też jego formuła. Kiedyś miał formę jednego, intensywnego weekendu. Tegoroczna edycja jest rozbita na cały listopad, to też łatwiejsze logistycznie. Udało nam się dostosować sale do koncertów. Bardziej intymny koncert Raphaela Rogińskiego i Natalii Przybysz ze słoweńskim zespołem Širom odbędzie się w TR Warszawa. My w czwórkę zagramy w dużej sali w Muzeum Polin, Miłosz z Magdą w FINA, a ja i Bartek w Studiu S1 Polskiego Radia.

Jaka jest myśl przewodnia tegorocznej edycji?

W przeciwieństwie do lat poprzednich, w tym roku nie ma jednego hasła. Idziemy tropem słów-kluczy: światło, ciemność, czerń, biel. Magda i Miłosz zagrają autorską muzykę do filmu niemego, „Rozkosze gościnności” Bustera Keatona, Raphael z Širom i Natalią grają piosenki Moondoga, niewidomego kompozytora, którego pseudonim nawiązuje do psa, wyjącego do światła księżyca. To projekt zamówiony przez Sacrum Profanum, który my teraz przenosimy do Warszawy.

Ja i Bartek na dwudziestolecie Lutosławski Piano Duo gramy recital złożony tylko z kompozycji francuskich impresjonistów, którzy zrewolucjonizowali podejście do muzyki. To będzie wyzwanie, niektórzy się dziwią, że podjęliśmy taką decyzję, ale my ich po prostu uwielbiamy. Kochamy wczesny XX wiek, La Valse, Moja matka Gęś Ravela, En blanc et noir – czyli właśnie W czerni i bieli – Debussy'ego to dzieła, które nas zawsze zachwycają. Są trochę złudne, bo w brzmieniu wydają się bardzo delikatne i ulotne, a wykonawczo są piekielnie trudne.

Wreszcie na koniec festiwalu zagramy Urlicht, nasz najnowszy kwadrofonikowy projekt. Chcieliśmy napisać utwór opowiadający o świetle. Stanęło na tytułowym praświetle, sile, z której narodził się świat. Pojawiało się w różnych mitach i kulturach, a jednocześnie zainteresowało nas fizyczne zjawisko światła, to jak można opowiadać o świetle za pomocą dźwięku, jak pokazać prędkość światła prędkością dźwięku. To wszystko nam się złożyło w spójny układ nawiązujący do tego pierwotnego tematu.

Jak powstawał Urlicht?

Pracowaliśmy nad nim wspólnie, ale można powiedzieć, że głównymi autorami są Miłosz Pękala i Bartek Wąsik. Praca polegała na tym, że spotykaliśmy się na próby, ktoś podrzucał podstawowy temat, na którym pracowaliśmy już wspólnie. Tym razem pracowaliśmy w pracowni Miłosza i Magdy, nagrywaliśmy nasze próby, tworząc swego rodzaju notatki głosowe, bo „Urlicht” nie ma pełnego zapisu nutowego.

Pierwszą inspiracją było wspomniane, tytułowe praświatło. Potem doszła do tego świadomość, że światło napędza świat, bez niego nie ma życia. Zaczęliśmy szukać sampli, które byłyby źródłem inspiracji. To często odgłosy ulicy, wyjące stado wilków, pociągi, metro. Wkomponowywaliśmy je na rózne sposoby. Są utwory, w których sampel pojawia się dopiero na samym końcu, gdy wybrzmią wszystkie instrumenty, ale to nie jest tak, że w takim przypadku znaleźliśmy go dopiero po napisaniu kompozycji. Często wychodziliśmy od nagrania terenowego i wokół niego budowaliśmy utwór, który w nie wpływa.

Sami nagrywaliście sample?

Raczej szukaliśmy ich w bibliotekach nagrań, kilka faktycznie nagraliśmy sami. Nagraliśmy na przykład perskie podanie o praświetle.

Jak doszliście do tego mitu o Ormuzdzie?

Na etapie poszukiwania mitów, o które możemy się zaczepić, znajoma iranistka przesłała mi ten fragment. Brakowało nam jakiegoś mówionego tekstu na koniec i udało nam się namówić znajomą Irankę mieszkającą w Warszawie, żeby go przeczytała. Zrobiła to w fenomenalny sposób, szeptem, ale z wielką siłą. Pierwotnie mieliśmy pomysł, żeby każdej z części Urlicht towarzyszył tekst w innym języku, ale w trakcie prac nad całością, został tylko ten perski fragment.

Planujecie nagrać Urlicht?

Jak najbardziej, to materiał, który bardzo pasowałby na płytę. Nie wydajemy często płyt, w porównaniu z innymi zespołami, robimy to bardzo rzadko. Wynika to z tego, że chcemy, żeby nasze płyty tworzyły całość, a nie były tylko zbiorami niepowiązanych ze sobą kompozycji.

Co przez te pięć lat udało się na festiwalu najbardziej?

Dla mnie zawsze bardzo ciekawe jest zapraszanie gości. Wielkim wydarzeniem było zaprezentowanie Daniel Variations Steve'a Reicha. Było to wyzwanie logistyczne, bo to utwór na bardzo duży skład, ale i wielka satysfakcja artystyczna. Uwielbiam słychać tego utworu, uwielbiam go też grać, być w nim od środka. Bardzo mnie on porusza. Świetną sprawą była Symfonia przemysłowa z Arturem Rojkiem, dzięki której nawiązaliśmy kontakt z Davidem Lynchem. Podczas każdej edycji jest coś, co się wyjątkowo udaje.

Kogo byście chcieli zaprosić, ale jeszcze wam się nie udało?

Jest bardzo wielu takich artystów. Mamy bardzo różne gusta w zespole i pewnie każdy marzy o kimś innym. Moim marzeniem jest zagrać z Metallicą na Kwadrofoniku. To by było coś.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza