środa, 15 sierpnia 2012

I only wanna see you happy

Trochę trudno mi w to uwierzyć, ale wczorajszy koncert Afghan Whigs był moim czwartym występem Dulliego. A zaczęło się tak niepozornie, od koncertu sześć lat temu, gdy większą atrakcją był dla mnie Lanegan. Greg był chyba ze trzy razy większy niż teraz, znów wygląda jak za młodu. Potem fantastyczny koncert The Gutter Twins i Twilight Singers raz jeszcze w zeszłym roku. Jednak to, co działo się wczoraj w Proximie było z nich wszystkich najważniejsze, bo nie spodziewałem się, że kiedykolwiek uda mi się usłyszeć chociażby "Crazy" na żywo.

Zaczęłi dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłem (nie sprawdzałem setlist, więc nie wiedziałem, że to dla nich standard na tej trasie), od "Crime Scene, Part One". Naprawdę magiczny moment. Napięcie narastało, aż do energetycznej końcówki, która bez żadnej przerwy przeszła w "Somethin' Hot". Proxikma zatrzęsła się dopiero wtedy, a Gregiem owładnęła kryjąca się w nim Murzynka. Nęcił, kręcił, kusił, tańczył. Bez chwili wytchnienia przeszli w "I'm Her Slave", a potem, jakby ten zestaw kogoś nie przekonał, zaserwowali porządny zestaw z "Gentlemen": "What Jail Is Like", "Fountain & Fairfax", "When We Two Parted", które przyniosło trochę wytchnienia i utwór tytułowy, co wywołało największe szaleństwo.

Niestety, znów dała o sobie znać specyfika Proximy. Najlepiej słychać na zewnątrz, w środku gęsta mniej lub bardziej ściana dźwięku, co najbardziej godzilo w utwory z mojej ukochanej "1965". Zwiewne "66" zmieniło się w topornego potwora, w którym z trudem rozpoznałem jedną ze swoich ukochanych piosenek. Nieco lepiej klub obszedł się z "Cite Soleil", w którym Greg zrezygnował z gitary. No właśnie, 3 gitary w Proxie? Do tego wiolonczela i klawisze? To zapowiadało się na piękną katastrofę dla uszu. Dzwoni mi w nich do teraz. Ale warto było, Dulli jest w niesamowitej formie, piosenki bronią się same, nie straszne im okrutnie złe nagłośnienie.

Dzięki, Greg.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza