Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2024

Już nigdy nie będzie takiego zespołu

Cztery albumy, setki zagranych koncertów. I koniec, nie będzie ani jednego więcej.

Jeden z pierwszych tekstów na tym blogu to jednoakapitowa notka o Post-Nothing. Nawet nie recenzja. Po prostu pierwszy zachwyt ich debiutem, bo recenzja w Uwolnij Muzykę! była już zajęta. Zresztą gdyby nie ona, napisana przez Krzyśka, to pewnie nie pisałbym dzisiaj tego pożegnania.

Przez te piętnaście lat wielokrotnie zastanawiałem się, co jest takiego w muzyce Briana Kinga i Davida Prowse'a, że pokochałem ją tak mocno. Proste piosenki, dużo przestery, niezbyt skomplikowane, hasłowe teksty. W podrzędnej amerykańskiej mieścinie podobnych zespołów jest na pęczki. W każdym garażu spotykają się (przeważnie) chłopaki, które marzą o zostaniu gwiazdami rocka albo chociaż o wyrwaniu się na chwilę z małomiasteczkowego marazmu, zagraniu kilku koncertów. Japandroids są idealnym przykładem takie zespołu. King i Prowse założyli go na studiach. Tłukli piosenki w salce prób, sami sobie organizowali koncerty, wiedzeni marzeniem.

Tu, właśnie w tym marzycielstwie upatrywałbym sukcesu. I pewnej niewinności. Świat mógł stanąć u ich stóp, wystarczyło tylko zrobić krok. No i braterstwo. Zupełnie nietoksyczne chłopactwo, trochę naiwne, momentami głupawe, ale w tym wszystkim czyste. I to, co ładnie się nazywa po angielsku reckless abandon. Wreszcie upór.

Japandroids żyli na „pożyczonym czasie”. Post-Nothing miało być ich pierwszym i ostatnim albumem. Sfrustrowani brakiem zainteresowani dwoma epkami, zmęczeni graniem dla nikogo, postanowili, że wejdą do studia, nagrają płytę i rozejdą się każdy w swoją stronę. Nie będą jej promować, zachowają ją jako pamiątkę tamtego okresu, świadectwo własnych marzeń. King zaczął już podobno kombinować nowy skład. A potem się okazało, że te piosenki pokochała najpierw blogosfera, a potem Pitchfork, który wtedy znaczył dużo więcej niż dziś. Musieli wrócić do zespołu, na którym już postawii krzyżyk. Wrócili, jak gdyby nic się nie stało, rzucili się w wir koncertów po Ameryce i Europie. Zachłannie. Wiedzieli przecież, że to może być jedna szansa na – choć chwilowe – życie marzeniem. Grali tak, jakby każdy koncert miał być ich ostatnim. Tak zagrali w Powiększeniu. Klub spływał potem, oni spływali potem, ja spływałem potem i przez kolejne trzy dni nie mogłem mówić.

Wróćmy jednak do Post-Nothing. Osiem piosenek, 35 minut. Tę formułę – jak sami przyznają – podpatrzyli chociaż na Born to Run Springsteena. Stanie się wyrytą w skale zasadą dotyczącą albumów Japandroids, z wyjątkiem Fate & Alcohol, ale nie uprzedzajmy faktów. Zmulone brzmienie, buczące jak podziemne nagrania, punkowe demówki, pełne lo-fi. Pod tą warstwą kryją się proste, ale wybitne piosenki. Rozpędzone, oparte czasem na jednym akordzie. Jednocześnie bliskie noise rocka, indie i tradycji piosenkopisarskiej Toma Petty'ego i Springsteena. W tekstach pełne z jednej strony wspomnianej już młodzieńczej naiwności, a z drugiej silnej nostalgii, świadomości przemijania. W Young Hearts Spark Fire śpiewają wprost „We used to dream / Now we worry about dying”. W kilku słowach potrafili przekazać całe opowieści. Przebłyski były już na tych dwóch zapomnianych epkach, No Allegiance to the Queen czy Press Corps to jedne z najlepszych ich piosenek.

Gdy słucham Post-Nothing po piętnastu latach, to właśnie nostalgia, poczucie utraty, wygórowanych oczekiwań przemawia do mnie najmocniej.

Tropy z debiutu rozwinęli na Celebration Rock, które powstawało w bólach. W wywiadach przyznawali, że nie mają talentu, dlatego napisanie kilku piosenek zajmuje im długie miesiące, że daleko im do artystów, że się za nich nie uważają, że są bardziej rzemieślnikami, przeciętniakami. Rozbrajali tym sposobem oczekiwania. Spełnili je z nawiązką, wycyzelowali swój styl. Było jeszcze głośniej, jeszcze szybciej, jeszcze bardziej na złamanie karku. Budowali swoją mitologię wiecznego poszukiwania miejsca na świecie, ale i wiecznej celebracji życia na przekór wszystkiemu. Jest na niej Younger Us, ucieleśnienie tej drugiej, nostalgicznej twarzy duetu. Najpierw pojawiło się na jednym z trzech singli wydanych między albumami. To do dziś moja ukochana piosenka Japandroids. Nostalgiczna do bólu, z każdym kolejnym rokiem prawdziwsza. A jednocześnie pełna życia.

Celebration Rock zaczyna się i kończy dźwiękami sztucznych ogni, bo sama była fajerwerkiem. Kolorowym, błyszczącym, głośnym.

I znów rzucili się w wir trasy. Już nie popełniłem tego samego błędy i pojechałem na oba polskie koncerty. Na świeżo zapisałem sobie, że ten warszawski był lepszy. Wracałem z niego z Poznania nocnym pociągiem o jakiejś – dziś dla mnie – barbarzyńskiej godzinie, zwinięty w przedziale, próbując złapać choć chwilę snu. Miałem wtedy 24 lata.

Trasa trwała jeszcze ponad rok, a potem zamilkli, wydawało się, że na dobre. Zatrzymali się w pędzie i się rozpadli, pożyczony czas się skończył. W 2013 roku zagrali na OFFie, zrobiłem z nimi wywiad, ale zaginął w czeluściach internetu, zniknął z kolejną stroną, do której pisałem, a która się zamknęła. Tak samo jak moje recenzje ich płyt. Nie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy, a nie prowadziłem wtedy jeszcze własnego archiwum, więc nawet nie mam jak sprawdzić. Pamiętam, że biegłem na ich koncert prosto z wywiadu z Fucked Up.

Milczeli tak długo, że ja też postawiłem na nich krzyżyk. Mieli stać się wspomnieniem, symbolem moich wczesnych lat 20., w którym jak w bursztynie zatopione są tamte beztroskie chwile.

Wrócili znienacka i z płytą, która miała być – jak na ich standardy – artystowska, ambitna. Żadnych prób przeniesienia scenicznej energii do studia. Piosenki aranżowali tak, by nie dało się ich zagrać we dwóch. Zdjęli nogę z gazu i przykręcili przestery. Dodali syntezatory, gitary akustyczne. Aż chce się napisać, że dojrzeli. I tak było. Piosenki były trochę bardziej złożone, więcej było w nich heartland rocka niż punku. King zaczął opowiadać bardziej szczegółowe historie, bardzo amerykańskie. Choć nigdy nie zapomnieli Kanady.

Zmianę zwiastowała profesjonalizacja wizerunku. Zamiast przypadkowych, rozmazanych zdjęć zrobionych po koncertach, prawdziwa sesja. Jakby mówili „nagraliśmy się w piwnicach i garażach, małych przepoconych klubach. Teraz chcemy czegoś więcej”. Zmienili wytwórnię na większą, ale tak jak wcześniej nie mieli głowy do promocji. Chcieli grać koncerty. Po to nagrywali płyty, po to miesiącami męczyli się w studiu. Oczywistym było, że nie da się takiego trybu życia utrzymać na zawsze. Na Near to the Wild Heart of Life King napisał In a Body Like a Grave, duchowego następcę Younger Us. „Age is a traitor”, śpiewa w nim, „Gather the gang and make that night an ultimatum to the universe”. Ten jeden ostatni raz, a potem możemy żegnać się z młodością i marzeniami.

Wykrzykiwałem te słowa razem z nimi na koncercie w Berlinie pod koniec kwietnia 2017. W sumie było ich pięć. Dwa razy Warszawa, Poznań, Katowice, Berlin. Wspaniali byli na scenie. Nieuporządkowani, dzicy, niepowstrzymani.

A potem przyszła pandemia i zrozumiałem, że to był ostatni koncert Japandroids, jaki widziałem. Miałem nadzieję, że to nieprawda, ale podskórnie czułem, że to już koniec. Do wspomnień dołączyło Massey Fucking Hall, koncertówka z najsłynniejszej kanadyjskiej sali koncertowej.

Ponownie pogodziłem się z tym, że Japandroids to zamknięty rozdział. A oni, jak się okazało zza grobu, zapowiedzieli czwarty album. Pierwszy, na który nagrali 10 piosenek zamiast 8. By nie budzić niepotrzebnych nadziei, od razu zapowiedzieli, że żadnych koncertów nie będzie. To już koniec, drogi im się rozeszły na dobre, zmienił styl życia. Nie nadają się już na trasę. By się porządnie pożegnać, musieli skończyć album. Zagrać ten ostatni akord.

Fate and Alcohol – zdecydowanie najgorszy tytuł w historii duetu – łączy wszystkie oblicza Japandroids. Nie porywają się na wielowątkowe, piętrowe piosenki, ale i nie wracają do rzężących początków. Zaczynając nagrywać ten album, wierzyli jeszcze ma przyszłość, szukali złotego środka, Japandroids 3.0. I chyba im się to udało.

Album zaczyna się jak gdyby nigdy nic. Eye Contact High i D&T to wyciąg z Japandroids. Znajome riffy, przyśpiewki. Znowu szukają miłości, znowu topią smutki w barach. Szukają tych jedynych, choć tak naprawdę już znaleźli. Wracają do beztroskich nocy i ciężkich poranków. Niczym nie zaskakują, ale to też nigdy nie było ich ambicją. Alice zaczyna się jak kontynuacja Continuous Thunder, ale potem zmierza w stronę country rocka. Grają trochę wolniej, tak jak przyzwyczaili na Near to the Wild Heart of Life, ale nadal na 200%. Mimo że na pewnym etapie musieli wiedzieć, że to koniec.

Najbardziej znaczącą piosenką jest Upon Sober Reflection. Napisany raczej z perspektywy partnerki Kinga, a nie jego samego, wiecznie – do pewnego momentu – imprezującego. A to moment, w którym przyznaje sam przed sobą, że zespół, trasy, koncerty niekoniecznie są najważniejsze, że może przed czymś ucieka. I że czas przestać, zacząć żyć.

Fate & Alcohol i cała historia Japandroids kończy się All Bets Are Off, odą do nowego początku. Post-Nothing kończyli I Quit Girls, w którym King obiecywał, że gdy tylko zdobędzie tę jedyną, przestanie się uganiać za dziewczynami. Tutaj tę jedyną poznaje. Oczywiście w barze.

To koniec. Happy End. Brian King i Dave Prowse odnaleźli się na przestrzeni lat. Przestali uciekać, pędzić na złamanie karku. Symbolicznie zamknęli etap młodości i beztroski. Z nostalgią patrzą na przeszłość, Younger Us gra im gdzieś z tyłu głowy.

Już nigdy nie będzie takiego zespołu. I dobrze, że tak się stało, że skończyli dobrą płytą. Odchodzą tak, jak chcą. Wszystko przecież ma swój czas.

piątek, 10 maja 2019

Śpiewający z duchami



Kanada wydaje się rajem na ziemi i - szczególnie po wyborach prezydenckich w 2016 roku - odwrotnością Stanów Zjednoczonych. Miejscem, gdzie każdy może poczuć się dobrze, potrzebny. Gdzie nieważne są poglądy, religia, pochodzenie. Każdy może zbudować swój “kanadyjski sen”. To piękny obrazek, ale nie zawsze tak było i nie do końca tak jest i dzisiaj, o czym przypomina na swoim debiucie Jeremy Dutcher.

Dutcher to ledwie dwudziestoośmiolatek. Wychował się w Nowym Brunszwiku, jednej z atlantyckich prowincji Kanady, w jednym z sześciu tamtejszych rezerwatów Pierwszych Narodów. Pochodzi z narodu Wolastoqiyik i jest jedną ze stu osób, które swobodnie posługują się tym językiem. Studiował śpiew operowy w Nowej Szkocji i tam jedna z jego nauczycielek, również przedstawicielka Pierwszych Narodów, skierowała jego uwagę na archiwum woskowych cylindrów z nagraniami pieśni sprzed ponad stu lat. On sam mówi, że usłyszenie swoich przodków było dla niego momentem transformującym całe dotychczasowego jego życie.

Wolastoqiyik Lintuwakonawa to efekt pięciu lat pracy Dutchera jako archiwisty, mozolnie spisującego zachowane pieśni, które nie przetrwały w żywej tradycji, ale i jako kompozytora i aranżera. To nie tak, że Jeremy usiadł, jak na okładce, i zaśpiewał te pieśni jeszcze raz. Nie, on je zaaranżował na barokowy pop z mocnymi elementami muzyki partyturowej. Dutcher nie boi się patosu i podniosłości. Blisko mu momentami do Antony & Johnsons (ale na szczęście jest mniej egzaltowany) czy Rufusa Wainwrighta, czy też dzięki staniu na rozdrożu między “poważką” a popem do islandzkiego kolektywu Bedroom Community (w szczególności do Sama Amidona i jego interpretacji amerykańskiej tradycji).

Dość oczywistym, ale świetnie przemyślanym pomysłem było wszycie w materię utworów rozmów ze starszą kobietą, która opowiada o potędze muzyki i fragmentów nagrań źródłowych. Już na samym początku Dutcher fenomenalnie wchodzi z nimi w dialog w Mehcinut. Pokazuje ponadczasowość kultury i nadaje jej nowe życie, dosłownie rozmawiając z duchami.

Ten aspekt, przywracania zapomnianej tradycji, odnajdywania dla niej miejsca we współczesnym świecie jest dla mnie jednym z najwartościowszych prądów ostatnich lat. Bo przecież działania Dutchera w zasadzie niewiele różnią się od tego, co robią Altın Gün grający piosenki Neşeta Ertaşa na funkowo-psychodeliczny sposób, Bastarda wychodząca od muzyki średniowiecznej renesansowej, a przerabiająca ją na własny, oparty na burdonach język, Jan Młynarski i Marcin Masecki w Jazz Bandzie, Polmuz wykorzystujący przedwojenne nagrania muzyki wielkopolskiej czy wreszcie zastępy muzyków “niezachowych", łączący swoją tradycję ze współczesnymi dźwiękami i technikami.

Kanada po latach przymusowego wykorzenienia wspólnot rdzennych przeprosiła ustami swoich oficjeli Pierwsze Narody. Wyrządzone szkody są nieodwracalne, a jednak jest nadzieja wyrażona w Eqpahak - muzyka może przywrócić język do życia.


czwartek, 15 marca 2018

Hubert Lenoir - "Darlène"



Zdarzało mi się już kilkakrotnie pisać o mojej miłości do francuskojęzycznej muzyki z Quèbecu. Ciągle dziwię się, skąd tam tyle fantastycznych twórców i jak ta scena jest niestety zamknięta i dość nieznana. W obrębie tej jednej prowincji (i czasem Francji) dusza się niezwykłe talenty. Takie jak Hubert Lenoir.

Na samym początku swojego debiutanckiego albumu, Lenoirowi udaje się rzecz niesłychana - wiernie oddaje hedonistyczną atmosferę 1965, zdecydowanie najlepszej płyty the Afghan Whigs. Niczym nieskrępowana radość z życia, czerpanie z niego pełnymi garściami, zmysłowość i seksualność - to wszystko jest w trzech częściach Fille de personne, które ustawiają odbiór całości. I choć tego “afganowego” wajbu jest później jakby mniej, to przyjemne wrażenie luzu i radości (to słowo będzie się przewijać przez cały tekst) zostaje do samego końca, melodramatycznego Si on s’y metait.

Darlène jest pamiętnikiem z nastoletniego życia na przedmieściach, stąd takie instrumentalne numery jak Darlène, Darling, Momo i Cent-treizième rue, układające się w kolejny tercet i przypominające tematy z amerykańskich sitcomów o życiu na suburbiach właśnie. Ten ostatni fragment na dodatek wykazuje spore podobieństwa do Born to Run Springsteen, czyli sztandarowego albumu “przedmiejskiego rocka”. Słabszym momentem jest Wild and Free, jedyna w zestawie anglojęzyczna piosenka. Niby knajpiano-jazzowa i zupełnie nieprzekonująca, zbyt odstająca od całości, będąca obcym wtrętem.

Lenoirowi udało się nagrać płytę mocno zanurzoną w przeszłości, ale bardzo świeżą i na czasie. A może właśnie dzięki temu rozkrokowi ponadczasową.



poniedziałek, 24 lipca 2017

Lydia Képinski - EP


Właściwie za rekomendację debiutanckiej EPki Lydii Képinski wystarczy w zupełności "M'attends-tu", przeszywający miłosny lament. Odarty z wszelkich ozdobników, jest tylko nieziemsko piękny głos i bas. Za pomocą dosłownie kilku słów, Lydia buduje obraz trawiącego, żarliwego uczucia. Sama esencja, bez żadnego zbędnego dźwięku, bez żadnego zbędnego wyrazu. A jak to jest zagrane i zaśpiewane, po prostu klękajcie narody.

Szczęśliwie pozostałe trzy piosenki to ta sama liga. Wywołujące ciarki na plecach "Andromaque", budujace powoli napięcie, aż do fenomenalnej, poddbiitej smykami kulminacji. Pogodne "Apprendre a mentir", przypominające trochę twórczość innej Kanadyjki, Beatrice Martin, i wreszcie "Brise-glace", chropawe, przeraźliwie smutne i wzruszające.

Dawno nie czekałem tak na czyjkolwiek debiut.

środa, 15 lutego 2017

Avec le soleil sortant de sa bouche - "Pas pire pop, I Love You so Much"

Już na papierze Avec le soleil wygląda bardzo zachęcająco. Wydaje ich Constellation Records, jedna z najważniejszych wytwórni zajmujących się muzyką poszukującą. Muzycy związani są od lat z montrealską scenę alternatywną, grali w rozmaitych składach i konstelacjach. Czego zatem można spodziewać się po ich drugiej płycie?

Sądząc po debiucie, Zubberdust! sprzed prawie trzech lat, można spodziewać się wszystkiego. I tak jest w istocie. Pas pire pop, I Love You so Much tylko momentami ociera się o popowe melodie, to przejażdżka po gatunkach i stylach. Blackmetalowe blasty sąsiadują z delikatnym prawie-folkowym motywem, post-rock przeplata się z krautową motoryką, gitary grają jak w najlepszych zachodnioafrykańskich składach. Wszystko miesza się ze wszystkim, czysty postmodernizm podszyty absurdem.

W tym szaleństwie jest metoda, bo Jean-Sebastien Truchy, zarządca tej wesołej gromadki, to bardzo sprawny kompozytor i choć Pas pire pop jest mocno absurdalną płytą, to słucha się jej nawet nie tyle bezboleśnie, co po prostu z wielką przyjemnością i uśmiechem. Śmiałe, brawurowe wręcz pomysły, sprawiają, że za każdym razem co innego przykuwa uwagę. Jest tu nerw, funkowy groove, który potrafi przejść w psych-rockową monotonię, by zaraz zamienić się w rasowy afrobeat. Tym, co najmocniej zszywa rozmaite motywy jest taneczność, wokół niej kręci się wszystko. Nóżka sama chodzi niczym w najlepszych momentach Gang Gang Dance czy Goat, choć Avec le soleil grają muzykę jeszcze bardziej poszatkowaną.

W ten weekend będzie można się przekonać, jak do tego można potańczyć, bo Avec le soleil przyjeżdżają na dwa koncerty do Polski. W sobotę zagrają w poznańskim Lesie, a dzień później w stołecznej Kulturalnej.


poniedziałek, 12 września 2016

Le pays des Grands Froids



Kanada to lepsza wersja Stanów Zjednoczonych, pozbawiona ich wad. Nie ma powszechnego dostępu do broni palnej, jest publiczna i darmowa służba zdrowia, premier Justin Trudeau wydaje się całkowicie odmienny od amerykańskich polityków. Kanada ma też świetną scenę muzyczną, hojnie wspieraną przez władze państwowe, które potrafią łożyć nawet na takie zespoły jak Fucked Up. Muzyka z kraju klonowego liścia to nie tylko Neil Young, Bryan Adams, Arcade Fire, czy Japandroids. Bardzo dużo dzieje się na mniejszą skalę. Tę różnorodność i żywotność stara się pokazać warszawski minifestiwal Canada vs Poland. W zeszłym roku impreza trwała dwa dni, w tym wystąpią cztery zespoły, każdy z innej bajki. 

Mnie jednak brakuje dość ważnego elementu tej układanki pod nazwą "kanadyjska muzyka alternatywna". Zresztą brakuje go nie tylko na tej imprezie, ale po prostu w ogólnym obrazie kanadyjskiej muzyki, który dociera zagranicę. To muzyka frankofońska. Oczywiście, wszyscy znają Celine Dion, ale przecież nie o nią tu chodzi. Alternatywna muzyka po francusku z Quebecu i innych prowincji jest bardzo interesująca. Jest także zupełnie inna od muzyki anglojęzycznej. Tak inna, jak Quebec różni się od reszty kraju, czyli bardzo wyraźne są w niej wpływy metropolitarnej Francji. A kogo z tego kolorowego środowiska chciałbym najbardziej zobaczyć na takim przeglądzie?

Coeur de Pirate
O muzyce Beatrice Martin pisałem już w różnych miejscach (chociażby tutaj i tutaj). Zaczynała od prostych, krótkich piosenek na fortepian i głos (osiem lat temu), a dzisiaj jest jedną z największych gwiazd w Quebecu i coraz większą we Francji. Jedyne, czego szkoda to porzucenia francuskiego na rzecz angielskiego na zeszłorocznej "Roses".


Canailles
To jeden z tych zespołów, które zostawiają po sobie zgliszcza. Są nieprzewidywalni, są dzicy, są skorzy do awantur. Grają country, ale gdyby każdy grał tak, jak oni, to ja już dawno wyjechałbym na prerię zaganiać krowy.

Catherine Leduc
Debiutancka (i jak na razie jedyna) płyta Catherine Leduc, byłej wokalistki Tricot Machine, to idealna pozycja na nadchodzącą zimę. Przyznaję, że zapomniałem o niej na długi czas i wróciłem do niej, szukając ochłody w czasie sierpniowych upałów. Zadziałała bardzo skutecznie, swoimi aksamitnymi piosenkami, w których odbija się zimowy, pełen śniegu krajobraz.

Les Soeurs Boulay
Siostry Boulay to kolejny przedstawiciel mojej ulubionej kanadyjskiej wytwórni - Dare to Care/Grosse Boite. Wspominałem o nich tutaj przy okazji debiutu, ale to przy jego następcy, "4488 de l'amour" warto zatrzymać się na dłużej. Z niego pochodzi jedna z moich ulubionych kanadyjskich piosenek, "Fais-moi un show de boucane", która porywa już od pierwszych dźwięków akustycznej gitary.

Safia Nolin
Taki głos to skarb, a dwudziestoczteroletnia Safia Nolin, wie, jak z niego korzystać. Wokół niego plecie wyciszone, akustyczne piosenki.

Pierre Kwenders
Pochodzący z Konga raper był w 2014 roku jedną z sensacji w Montrealu (czego efektem bły nominacje do nagród Polaris i Juno). Zupełnie zasłużenie, bo jego debiutancki album "Le Dernier empereur bantou" porywa od pierwszych dźwięków, mieszając Afrykę z zimną Kanadą, a Pierre swobodnie przeskakuje między angielskim, francuskim, a linga i luba (jednymi z urzędowych języków Konga).

Caroline Savoie
Na tę pochodzącą z Nowego Brunszwiku wokalistkę i gitarzystkę trafiłem dzięki BRBRTFO, świetnemu kanałowi na YouTube, który dokumentuje muzykę fankofońską poza Quebekiem. Za dwa tygodnie wychodzi jej debiutancka płyta, na razie można posłuchać singla, "Aux alentours" i nagranego dla BRBRTFO "Premiere neige".

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

"Niezach" na ratunek

Jambinai

OFF miał w tym roku wyjątkowego pecha. Koncerty odwołało pięciu wykonawców, jeden artysta przyleciał spóźniony, innemu linie lotnicze zgubiły sprzęt. Jednak była to najlepsza edycja, na której byłem.

Drugi dzień tegorocznego OFF Festivalu był dla mnie idealny. Poza jednym wyjątkiem widziałem tylko artystów „niezachowych”. Dwóch z nich zagrało na głównej scenie w najlepszych, headlinerskich slotach. I tylko fakt, że nie było to działanie celowo, a łatanie dziur po odwołanych wykonawcach, psuje ten piękny obrazek.

Na głównej zagrali Jambinai i Islam Chipsy z EEK. Ci pierwsi zostali przetransferowani ze sceny Eksperymentalne, która po raz trzeci na jeden dzień zamieniła się w scenę etno. Pierwotnie mieli ją zamykać, ale szczęśliwie zagrali zamiast GZA. Porwali tłumy, chwalił ich nawet sam Artur Rojek. Bo też miał za co – Jambinai prezentują bardzo świeże podejście do post-rocka, jednego z najbardziej wyeksploatowanych gatunków, łącząc go z tradycyjnymi koreańskimi instrumentami. Polecałem ich bardzo przed festiwalem, a teraz mogę spokojnie napisać, że czeka ich wielka kariera. To jednak nie oni zrobili na mnie największe wrażenie. Grający na dawnej scenie Leśnej Egipcjanie z EEK pokazali, jak tańczy się w Kairze i jak rozkręca się najlepsze imprezy. Magik keyboardu – Islam Chipsy – i dwóch, wygrywających polirytmie perkusistów – EEK – oto przepis na sukces. Szaleństwo porównywalne do tego, co działo się na koncercie Omara Souleymana (choć sami muzycy odżegnują się od porównań z Syryjczykiem) i dlatego to właśnie oni finalnie zastąpili the Kills. Choć trudno w to uwierzyć, ten drugi koncert był jeszcze lepszy. O ile na Leśnej rozkręcali się powoli, jakby trochę onieśmieleni, to na Głównej od razu weszli na najwyższe obroty, nie pozostawiając cienia wątpliwości, kto najlepiej gra do tańca.

A przecież mieli ogromną konkurencję – cała Leśna została w tym roku poświęcona tanecznej elektronice. Poza tym w sobotę tańce rozkręcili dwaj goście z Afryki. Ata Kak, odkryty kilka lat temu przez Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa, po raz pierwszy pojechał w trasę. Widać było, jak go to wszystko cieszy i zaskakuje. Jego połączenie highlife'u, disco, funku i oryginalnego rapu sprawiło, że podłoga w namiocie Eksperymentalnej się zatrzęsła. Jeszcze więcej tańca zapewnili Orlando Julius i the Heliocentrics. Orlando, starszy już pan przecież, zaczarował swoją grą na saksofonie i kondycją. Tak świetnego afrobeatowego grania nie słyszałem, ale tak naprawdę, nie ma czemu się dziwić, bo Orlando jest jednym z twórców nurtu, w jego zespole grał Fela Kuti. Do tego świetny zespół, pozytywne (i polityczne) przesłanie, zjawiskowa, charyzmatyczna wokalistka i podłoga po raz drugi zaczęła się bujać.

Bujała się także podczas koncertu ściągniętych na ostatnią chwilę Fumaça Preta, łączących muzykę południowoamerykańską z kwaśnym rockiem. A na początek dnia na Eksperymentalnej zagrali perfekcyjni Japończycy z Goat.

W sobotę tym jedynym anglosaskim wykonawcą, którego widziałem była Basia Bulat, która wróciła do Polski po sześciu latach. Był to powrót przeze mnie bardzo wyczekiwany i udany. Nowe oblicze, bardziej popowe niż folkowe, Basia dużo pewniejsza na scenie, niestraszne były jej chwilowe problemy techniczne. I wreszcie na koniec W zielonym zoo Ludmiły Jakubczak, stały punkt polskich koncertów Kanadyjki.

Pozostałe dni nie były tak spektakularne, ale równie dobre. Pierwszego dnia zachwycili Master Musician of Jajouka, którym linie lotnicze zgubiły rytualne stroje i bęben obręczowy (który zastąpiła centrala z zestawu perkusyjnego). Dało to jednak możliwość spojrzenia na ich muzykę w oderwaniu od stereotypów. Zagrali wspaniale, transowo, hipnotycznie. Najpiękniej zabrzmieli właśnie z towarzyszeniem skrzypiec, przejmująco do szpiku kości. Zachwyciła też Brodka, której show oparty w ogromnej większości na nowej płycie, jest dopracowany w każdym szczególe. Zaskoczeniem byli Show Me the Body, którzy zagrali bardzo intensywnie. Dość powiedzieć, że koncert zaczął się od oplucia przez wokalistę pierwszych rzędów, a skończył rzuceniem statywu w ochroniarza i obowiązkową wycieczką w publiczność i crowdsurfingiem. Wszystko w dwadzieścia minut.

Wspaniały był duet Zimpel/Ziołek, choć ich wolałbym zobaczyć w klubie. Podobnie Williama Basinskiego i jego hołd dla Davida Bowiego. Toruńska Jesień pokazała, że jest gotowa na podbój scen ze swoją wersją gitarowego hałasu. Właśnie, podobnie jak w poprzednich latach polska reprezentacja była dobrana bardzo dobrze. Skupiona muzyka Laudy przenosiła do wyimaginowanego filmu, Lotto zmiażdżyło walcowatością, Kaliber 44 przypomniał swoje najlepsze czasy. Masecki vs Sienkiewicz zaskoczyli o tyle, że spodziewałem się czegoś wyjątkowego, a zagrali dość zachowawczo.

Siła OFFa do tej pory były gitary z Ameryki, ale w tym roku widziałem tylko trzy takie koncerty. Beach Slang zagrali bezpretensjonalnie, pozytywnie i mnie porwali. Ja wiem, że takich zespołów jest w Stanach na pęczki, w co drugim garażu, ale co zrobić, skoro piszą takie dobre piosenki. Mudhoney widziałem po raz trzeci, nie zaskoczyli, ale i nie zawiedli. FIDLAR zaczęli od Sabotage Beastie Boys i to był najlepszy moment ich koncertu.

W tym roku odwołanie koncertów przez większość największych gwiazd zaowocowało tym, że na pierwszy plan wyszli muzycy mniej znani, a ciekawsi i bardziej wartościowi. Mam nadzieję, ze organizatorzy wyciągną z tego wnioski i w przyszłym roku nie będą potrzebne wypadki losowe, by pokazać bogactwo „niezachu”.

czwartek, 4 sierpnia 2016

10 koncertów OFF Festivalu, których nie wolno przegapić



Jutro zaczyna się kolejna edycja OFF Festivalu, więc wybrałem 10 koncertów, na które wybieram się koniecznie. Z dala od największej sceny i headlinerów, bo to taki festiwal, gdzie najciekawsze rzeczy dzieją się na obrzeżach, na mniejszych scenach i o wczesnych porach. 

Show Me The Body, piątek, scena Trójki, 16:10 (posłuchaj)
Wkurzone małolaty robią hałas i rozpierduchę, grają na banjo. Widzimy się pod sceną.

Zimpel/Ziołek, piątek, scena Eksperymentalna, 17:00
Obu muzyków uwielbiam, obaj są wybitnymi postaciami polskiej sceny, obaj nagrywają solo i w rozmaitych konstelacjach. Do tego spotkania tak naprawdę musiało dojść, biorąc pod uwagę ich oryginalność, ale także podobne podejście do muzyki.

Masecki vs. Sienkiewicz, piątek, Scena Electronic Beats, 18:45
Jeden jest bodaj najoryginalniejszym polskim pianistą, nagrywał Bacha na dyktafon, grał polonezy z orkiestrą dętą, bawił się hymnami, założył kilka świetnych składów. Drugi jest królem polskiego techno. Co wyniknie z tego spotkania? Chyba nawet oni sami tego do końca nie wiedzą.

Master Musicians of Jajouka led by Bachir Attar, piątek, Scena Eksperymentalna, 20:50 (posłuchaj)
Prawdziwa legenda. Pochodzą z małej wioski w Maroku, ale nagrali płytę dla Briana Jonesa ze Stonesów. Grają muzykę tradycyjnego dla swojego regionu, przesiąkniętą sufickim mistycyzmem. Dlaczego przy nazwie pojawia się dopisek o osobie lidera? By odróżnić się od innej grupy pretendującej do kontynuowania tradycji oryginalnego składu. 

Islam Chipsy & EEK, sobota, Scena Electronic Beats, 18:45 (posłuchaj)
Pamiętacie,co działo się na koncercie Omara Souleymana w 2011 roku (albo na każdym jego innym koncercie)? Dzikie tańce, pęknięta podłoga na Scenie Eksperymentalnej. To teraz wyobraźcie sobie, że będzie bardziej. Ale tak naprawdę bardziej, jakby Rizan Sa'id grał jeszcze szybciej, jeszcze bardziej narkotycznie. Do tego przenieśmy scenerię z syryjskiego wesela do zatłoczonego kairskiego klubu. Właśnie tak będzie na koncercie kolejnego magika keyboardu, Islam Chipsy'ego i EEK (czyli dwóch - tak! - perkusistów). Ja już nie mogę się doczekać.

Basia Bulat, sobota, scena Trójki, 19:45 (posłuchaj)
Najładniejsze piosenki festiwalu? Możliwe, że nie. Moje ulubione piosenki festiwalu? Z całą pewnością. To nie będzie najbardziej dyskutowany koncert tegorocznego OFFa. Dlaczego nie wolno go przegapić? Po pierwsze, to będzie powrót Basi po latach do Polski. Po drugie, nagrała swoją najlepszą płytę, którą zrywa z poprzednią, folkową stylistyką. Po trzecie, bo będzie ciekawie zobaczyć, co zmieniła w swoich starych piosenkach. Po czwarte wreszcie, Basia gra fantastyczne koncerty.

Orlando Julius & the Heliocentrics, sobota, Scena Eksperymentalna, 23:10 (posłuchaj)
Kolejna legenda, tym razem z Nigerii. To właśnie twórczością Orlando inspirował się Fela Kuti, tworząc afrobeat. Do Katowic Julius przyjeżdża z towarzyszeniem the Heliocentrics, brytyjskimi specjalistami od współpracy z afrykańskimi mistrzami. Razem nagrali dwa lata temu wyśmienitą, taneczną płytę. 

Ata Kak, sobota, Scena Eksperymentalna, 20:50 (posłuchaj)
Pierwsze odkrycie Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa. Jeśli ta rekomendacja wam nie wystarcza, po prostu posłuchajcie.

Jambinai, sobota, scena eksperymentalna, 01:40 (posłuchaj)
Kto by się spodziewał, że najbardziej ekstremalnych wrażeń na tegorocznym OFFie najprawdopodobniej dostarczą Koreańczycy grający na tradycyjnych instrumentach. A przypominam, mają solidną konkurencję w postaci Napalm Death i Mgły. Ich muzyka jest ideałem mojego wyobrażenia "niezachu" (że tak ukradnę Bartkowi Chacińskiemu ten zgrabny termin) - zanurzona w lokalnej tradycji, czerpiąca z niej całymi garściami, ale jednocześnie nie zniewolona przez nią, przekraczająca granice. Tutaj usłyszycie i metal, i post-rock, oraz, co ważne, ani grama obciachu i cepelii.

Jesień, niedziela, scena Trójki, 15:00 (posłuchaj)
Dla nich warto wstać wcześnie w niedzielę i pojawić się na otwarciu festiwalu. Trzech chłopaków z Torunia gra w duchu najlepszych tradycji lat 90. Słychać też inspiracje sceną lokalną - Starymi Singersami, Ewą Braun. A na żywo są z 10 razy lepsi niż w studiu. Wiem, bo widziałem. 

poniedziałek, 1 lutego 2016

Brodata charyzma


To był mój szósty koncert Bena Caplana. Pierwszy raz widziałem brodatego Kanadyjczyka na Green Zoo Festivalu w Krakowie, prawie cztery lata temu. Grał w witrynie Bomby na Placu Szczepańskim, a publiczność była zgromadzona na placu. Od razu uderzyła mnie jego charyzma i umiejętność porwania tłumu.

Na tym samym festiwalu widziałem Bena w Betelu, gdzie porwał jeszcze więcej ludzi. I tak było za każdym następnym razem (już w Warszawie). Na koncertach Bena pojawiała się coraz liczniejsza publiczność spragniona fantastycznych piosenek podpartych barytonem, celnymi dowcipami i brodatą charyzmą. Za każdym razem Ben występował sam, jedynie z towarzyszeniem gitary (i raz, w Powiększeniu, pianina).

Teraz jednak było inaczej, Caplan wreszcie przywiózł do Europy swój zespół, The Casual Smokers. Wreszcie, bo to zespół świetny. Sekcja rytmiczna szalona, wokalistka wyśpiewująca prześliczne harmonie z Benem i wspomagająca go na klawiszach i melodice. Piosenki, szczególnie te z nowej płyty zabrzmiały wspaniale, z polotem i potęgą brzmienia. Najbardziej zachwycił pijacki Stranger, bluesowe Down the River i wreszcie I Got a Woman, znane z poprzednich koncertów, ale wreszcie brzmiące potężnie, tak jak powinno. A gdy Ben zostawał sam, wracała intymna atmosfera.

Ludzi przyszło jeszcze więcej niż ostatnim razem, jakby trzyletnia przerwa zaostrzyła apetyt na brodate dźwięki. Caplan żartował, że następnym razem zagra na Narodowym. Może nie, ale w Kulturalnej pewnie się już nie zmieści.

czwartek, 14 stycznia 2016

Canailles - "Ronds-points"



Jeśli myślicie, że bluegrass i country to muzyka na wskroś związana ze Stanami Zjednoczonymi i tylko tam, na prerii, w Appalachach, i na spalonej słońcem ziemi Teksasu ma sens, to jesteście w błędzie. Tak, to muzyka do cna amerykańska, ale sporo dzieje się również na północ od 49 równoleżnika, w Kanadzie. Tam też są prerie, bezdroża, wielkie farmy, byli koloniści, byli kowboje. Jest więc i country, jest też bluegrass. Są też we francuskojęzycznym Quebecu, co już może wydawać się naprawdę dziwaczne. Tym bardziej, że całkiem nieźle to country po francusku wychodzi.

Z tej kolorowej sceny najbardziej wyróżniają się Canailles. Nie tylko dlatego, że jest ich ośmioro: trzy dziewczyny i pięciu chłopaków, ale przede wszystkim z powodu zawadiackiego wizerunku, jaki kreują również swoją muzyką. Na papierze wygląda to prosto. Trochę country, więcej korzennego bluegrassu, dużo akordeonu, mnóstwo banjo i trochę folkloru Cajunów (francuskich osadników wysiedlonych z kanadyjskiej Akadii na bagna Luizjany). Nic odkrywczego, ale też nic, co mogłoby zwiastować spektakularną wpadkę. Lub sukces. Jednak wystarczy włączyć ich drugi album Roinds-points, by usłyszeć, że z tej mieszanki wyciskają więcej niż maksimum. Jest tu punkowe podejście, niby niechlujne, chaotyczne, jakby nad tą ósemką nikt nie był w stanie zapanować. W połączeniu z brawurowymi (ale nie wirtuozerskimi) zagrywkami instrumentów, knajpianą atmosferą, chóralnymi zaśpiewami, nieposkromioną energią (jeśli tak brzmią, na płycie, to jak muszą wyglądać ich koncert, szaleństwo) daje to bardzo rozrywkową całość.

Canailles grają muzykę małych miasteczek. Idealną do tańca na dechach, ścieżkę dźwiękową do knajpianej rozróby. Piosenki szczerzą się niepełnym uzębieniem, błyskają tulipanami z butelek po burbonie. Chropawy głos Daphne Brisette robi wrażenie, jakby ta niepozorna dziewczyna była weteranką niejednej pijatyki. W kilku piosenkach zastępują ją Alice St-Jak i Erik Evans, też barowe wygi. Gdy zespół nie pędzi na złamanie karku, potrafi zagrać takiego bluesa, jakby całe życie siedzieli na bagnach Missisipi (Berceuses pour les plantes). Fromage, ponad dziesięciominutowy utwór chyba najlepiej oddaje ducha muzyki Kanadyjczyków. Jest tu i trans, echa indiańskich rytuałów, trochę psychodelii, ale i chwytliwa melodia. Najwięcej przebojowości ma Titanic, kandydat na najlepszą piosenkę roku. Istny samograj, płynie jak rwąca rzeka, banjo i mandolina grają tak, że mam ochotę rzucić wszystko i dołączyć do tego gangu.

Canailles na swoim najnowszym albumie nie pytają, czy się spodobają się słuchaczowi, do nikogo się nie przymilają. Albo się spodobają tacy, jacy są, albo nie. Tylko w tym drugim przypadku dostaniesz w zęby.

tekst ukazał się pierwotnie na stronie iratemusic.com

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Kwestia języka cz. 2


Dość dawno temu przywołałem dwie różne językowe wersje mojej ulubionej płyty mum. Ogólnodostępna, angielska Finally We Are No One, przegrywa z lokalną, islandzką Loksins erum við engin. Na podobny zabieg zdecydowała się Beatrice Martin, kanadyjska wokalistka występująca jako Coeur de Pirate. Pierwsze płyty nagrywała po francusku i swoimi urokliwymi piosenkami o byłych chłopakach podbiła rodzimy Quebec i Francję. Po angielski sięgała w projekcie Armistice (z Jayem Malinowskim, który wkrótce stał się kolejną inspiracją dla nowych piosenek Beatrice) oraz ścieżkach dźwiękowych do serialu Trauma i gry komputerowej Child of Light. Trauma składa się z coverów, a Armistice nie wyszło poza jedną EPkę.

W piątek ukazał się czwarty album Coeur de Pirate, Roses. Pierwszy dwujęzyczny. Jak klamra spinają go dwie wersje tej samej piosenki - Carry On/Oublie-moi. Tytuły sugerują ("idź dalej; dosłownie: kontynuuj" i "zapomnij mnie"), że mogą się różnić czymś więcej niż tylko językiem. W rzeczywistości to ta sama historia różnica się drobnymi szczegółami. Mnie dużo bardziej podoba się francuska, zwiewniejsza i delikatniejsza. Mimo że to tylko kwestia języka.




czwartek, 4 września 2014

Przeczesując Bandcamp #2

Miało być tylko po francusku, ale wkradł się jeden rodzynek z Kaukazu.


Balkhar Ensemble - Songs of Balkhar's Women
Za Ored Recordings kryje się czwórka młodych Czerkiesów, którzy utrwalają tradycje muzyczne Północnego Kaukazu (czyli tej części regionu znajdującej się w Federacji Rosyjskiej). Są przeciwnikami studyjnych zabiegów, więc postanowili na nagrania terenowe. Podczas jednej ze swoich wypraw dotarli do Balcharu, dagestańskiej wioski zamieszkanej przez Laków, jedną z 70 kaukaskich grup etnicznych. 13 piosenek, w tym obrzędowe, liryczne, epickie. Ciekawy wgląd w nieznaną kulturą.



Chantal Archambault - Les élans
Jedną z prawd objawionych jest fakt, że nawet największy banał brzmi pięć razy lepiej po angielsku niż po polsku. Zapytajcie polskich muzyków albo korpopracowników. O ile lepiej być Sales Managerem niż zwykłym, szarym sprzedawcą. Nie wiem, czy Anglosasi mają tak samo z francuskim, ale mieć powinni. Chantal Archambault z, w gruncie rzeczy dość sztampowego, folku podbarwionego country robi ślicznie delikatne piosenki od których nie sposób się oderwać. I jestem pewien, że to w połowie zasługa języka.


Canailles - Ronds-points
Tych gagatków śledzę od wydania debiutu i ciągle żałuję, że jeszcze nikt nie zdecydował się na zorganizowanie im trasy po Europie. Już w nagraniach studyjnych słychać, że są koncertową petardą. A co się tam dzieje! Jest zydeco i cajun z bagnistej Luizjany, jest bluegrass z Appalachów, jest szalejące banjo prosto z Alabamy, jest punkowa złość, jest blues z delty Missisipi, jest wreszcie nieprzenikniona Północ. Ósemka z Montrealu to niezłe zawadiaki, zawsze gotowi do bitki. Rzucisz im wyzwanie?


Catherine Leduc - Rookie
Nagrywająca dla tej samej wytwórni, co Canailles, Catherine Leduc gra muzykę wycofaną, pozornie zimną, jak kanadyjski grudzień. Nic wielkiego się nie dzieje w ciągu tych 10 piosenek, ale ten mroźny, snujący się klimat całości silnie przyciąga.


Sweet Crude - Super Vilaine
Na sam koniec trochę oszukana francuszczyzna. Sweet Crude w swoim kontrolowanym bałaganiarstwie przypominają Canailles, ale są nastawieni do świata bardziej pokojowo. Francuszczyzna oszukana, bo dialekt luizjański mieszają z angielskim i łączą nowoczesny indie pop (mniej wygładzone Foster the People) z  bagnami zamieszkałymi przez Cajunów.

wtorek, 28 stycznia 2014

Świat 2013: miejsca 20-16

20. Basia Bulat - "Tall, Tall Shadow"




Basia kazała czekać na następcę "Gold Rush" trzy lata. Mam wrażenie, że świat o niej przez ten czas trochę zapomniał i jej trzeci album przeszedł bez należnego mu echa. kanadyjka rozbudowała aranżacje, robiąc miejsce choćby na pojawiającą się tu i ówdzie sekcję dętą i bardziej taneczne podejście do grania, co chyba było efektem trasy z Arcade Fire. Szczęśliwie, nie ucierpiały na tym piosenki, uwodzące, jak zawsze.



19. Omar Souleyman - "Wenu, Wenu"




Omar Sulejman w ostatnich latach stał się na Zachodzie istnym fenomenem. Odkryty dla hipsterów przez Sublime Frequencies, najnowszy album wydał w Domino pod okiem Kierana Hebdena, czyli Four Tetea (ale nie Buriala). Brytyjczyk czuwał jedynie nad jakością brzmienia, resztę zostawiając Sulejmanowi i Rizanowi Sa'idowi, muzycznemu mózgowi całego tego przedsięwzięcia. Dzięki temu "Wenu Wenu" nie różni się zbytnio od poprzednich dokonań Syryjczyka i jest wypełnione kiczowatym, elektronicznym brzmieniem. Czerstwe to strasznie, ale tańczy się do tego lepiej niż do niejednych klubowych bangerów.



18. Jupiter & Okwess International - Hotel Univers




Grał z Albarnem, jest samozwańczym królem Kinszasy. Po latach na ulicach stolicy Konga, Jupiter został gwiazdą filmu (o sobie samym) i doczekał się debiutu. Czego można się po nim spodziewać? Wszystkiego. Przede wszystkim gitarowej radości i tanecznych rytmów z odrobiną nigeryjskiego afrobeatu.



17. Franz Ferdinand - "Right Thoughts, Right Words, Right Actions"




Są zespoły, które nie potrzebują żadnych zmian. Brytyjczycy swój styl wykrystalizowali już na debiucie sprzed dziesięciu lat. Funkujący rytm, przycinane ostro gitary, reżim rytmiczny, elegancja. Niczego nowego nowego poza ukrytymi smaczkami, jak chociażby delikatne brzmienia sitaru i więcej odniesień do Bitelsów, nie dodają. Bo i po co? Fantastyczne piosenki już mają.



16. Les soeurs Boulay - "Les poids de confettis"




Debiut kanadyjskich sióstr jest najbardziej niepozorną płytą w całym zestawieniu. Rzadko pojawia się coś więcej niż głos, gitara i ukulele. Stephanie i Melanie przy pomocy tych skromnych środków wyczarowują przepiękną, bezpretensjonalną muzykę. Skromne, folkowe piosenki i już nie trzeba więcej pisać.



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Świat 2013: miejsca 25-21

25. Matana Roberts - "Coin Coin Chapter Two: Mississippi Moonchile"




Amerykańska saksofonistka kontynuuje dzieło życia. Zanurza się przeszłości swojej rodziny przybyłej do Ameryki na jednym ze statków niewolniczych. U podstaw leżą spirituale, blues, wczesny jazz  przede wszystkim free. Frapujące.



24. Land of Kush - The Big Mango



Sam Shalabi, montrealski gitarzysta, zamienił Kanadę na Kair. Akurat w czasie arabskiej wiosny. Nic dziwnego, że jego nowe miasto zainspirowało najnowszy album jego orkiestry. Choć początek "The Big Mango" (to jeden z przydomków egipskiej stolicy) zmierza w stronę awangardy i może odstraszać, to począwszy od przebojowego "The Pit" z tej magmy zaczynają wyłaniać się fantastyczne, łączące Egipt z Montrealem piosenki.



23. Yasmine Hamdan - "Ya nass"



Najpierw przez kilka lat cisza, a potem dwa albumy rok po roku? Nie ma tak dobrze, "Ya nass" to odświeżona wersja solowego debiutu Yasmine z 2012 roku. Wydana na rynki międzynarodowe. Poza tym nic się nie zmieniło. Hamdan rozwija tropy jeszcze z czasów Soap Kills. Delikatny elektropop miesza się z akustycznymi brzmieniami, a nad nimi panuje zmysłowy Libanki snującej swoje opowieści. Oczywiście po arabsku.



22. Esmerine - "Dalmak"




Kolejni przedstawiciele Constellation Records i kolejni ze wschodnimi ciągotami. Montrealski kwartet w 2012 roku przeniósł się na sześć miesięcy do Stambułu, tam dokooptowali drugą czwórkę lokalnych muzyków i już w oktecie nagrali "Dalmak". Tytuł to niejedyne tureckie odniesienie, muzyka na tym albumie łączy wschodnią melancholię i tradycję z zachodnim minimalizmem, tworząc spójną i niezwykle obrazową całość.



21. Arctic Monkeys - "AM"




Przemiana w lżejszą wersję Queens of the Stone Age rozpoczęta w 2009 roku trwa. Alex Turner przejął teraz od Josha Homme'ego jeszcze seksapil i uwodzicielstwo. Cięte riffy, noc i pustynię zakosili mu już wcześniej. Owszem, wracają tu trochę do swojej indie-brytyjskości, na szczęście tylko incydentalnie, bo to najsłabsze momenty "AM". Najciekawiej robi się za to, gdy bez kompleksów rzucają rękawicę swoim mistrzom. I wychodzą z tego pojedynku zwycięsko, nie tylko z powodu mizerii "...Like Clockwork".



poniedziałek, 30 grudnia 2013

Koncerty 2013

Mijający rok był mniej intensywny w materii koncertowej. Przynajmniej dla mnie. Sporo koncertów świadomie ominąłem, część mi umknęła w natłoku informacji. Z tych, na które się wybrałem, zestawiłem trzynastkę, która najmocniej utkwiła mi w pamięci. I postarałem się je jakoś ułożyć w kolejności.

13. Ryan Francesconi & Mirabai Peart, 13.08, Pardon, To Tu

Połowa sierpnia była bardzo gorąca. W Pardonie jeszcze goręcej (ale tam niezależnie od pory roku panuje tropikalne temperatury). Ludzi nie przyszło bardzo wielu, by posłuchać tego duetu inspirującego się muzyką Bałkanów. Nie, to nie A Hawk and a Hacksaw, na których koncercie w tym samym miejscu cztery miesiące wcześniej panował konkretny ścisk. Ryan Francesconi i Mirabai Peart zagrali bardzo kontemplacyjnie. Bałkany przefiltrowali przez americanę. Francesconi sięga przede wszystkim po muzykę Wysp Egejskich, trochę sielankową i wycofaną. Najciekawiej robiło się, gdy zamieniał gitarę na bułgarska tamburę. Wtedy muzyka robiła się śmielsza, traciła ilustracyjny charakter i nabierała żywotności. Lepiej też współbrzmiały w tych momentach skrzypce Peart. Ani na chwilkę ich muzyka nie traciła skupionego piękna.

12. kIRk, 12.09, Pardon, To Tu

Nie byłem na marcowym koncercie kIRków z materiałem ze "Złej krwi" w Powiększeniu. We wrześniu przyjechali ze swoją wersją ścieżki dźwiękowej "Zewu Chtulhu" i odkopanymi fragmentami "Mszy św. w Brąswałdzie". Przez ponad godzinę opowiadali o strachu, zepsuciu, nienawiści, nie mówiąc ani słowa. Ich muzyka miała prawie namacalną strukturę, przytłaczała swoim ciężarem i pozbawiała tchu w piersiach. Pod koniec jednocześnie modliłem się, by juz skończyli i nie mogłem wyrwać się z dźwiękowej hipnozy.

11. Kvelertak, 26.03, Hydrozagadka

Metalowa bestia z przebojowym zacięciem w Hydrozagadce rozwiała wszelkie wątpliwości. Tak powinno się grać metal. Bez spiny, na luzie, ale i bez buractwa. I z takimi fantastycznymi piosenkami. Plus sceniczna charyzma, której Norwegom wielu może pozazdrościć.

10. Jessie Ware, 23.03, Palladium

Jessie Ware, kocham Cię.

9. Maalem Mokhtar Gania, Wacław Zimpel, Paweł Szpura; 12.05, Pardon, To Tu

Znów Pardon, który nie miał w tym roku konkurencji. Z klarnecistą Wacławem Zimplem i perkusistą Pawłem Szpurą zagrał Mokhtar Gania, marokański griot i mistrz gry na gimbri, basowej dwustrunowej lutni. We trzech od razu weszli w saharyjski trans, w którym, gdyby chcieli, mogliby pozostać całą noc. Bardzo taneczny i ekstatyczny groove leżał u podstaw tego występu, więc decyzja organizatorów o rozstawieniu krzeseł była zupełnie niezrozumiała i nietrafiona. Gdzieś w tle pobrzmiewały echa zachodnioafrykańskich big bandów. Czekam na płytę.

8. Konono no. 1, 10.04.2013, Cafe Kulturalna

Z ich poprzedniego koncertu musiałem wcześniej wyjść, żeby porozmawiać z Brianem Shimkovitzem z Awesome Tapes from Africa. W tym roku znów zagrali jednego dnia, ale zamiast namiotu festiwalowego rozgrzali Kulturalną do czerwoności, choć przyjechali w zmniejszonym składzie.

7. Hera, 18.12, Pardon, To Tu

Ostatni tegoroczny koncert, jaki widziałem. Herę na OFFie odpuściłem, wybierając zamiast kwartetu Zimpel/Postaremczak/Wójciński/Szpura Hokei (ich zresztą też potem widziałem w Pardonie, zagrali dużo lepiej niż w Katowicach). Po "Seven Lines" uświadomiłem sobie ten błąd, a po tym koncercie jeszcze mocniej to do mnie dotarła. Dźwiękowy walec, piękna apokalipsa. Chwilą wytchnienia były tylko bisy, a tak przez półtorej godziny pięknie hałasowali, zatapiając się we własnym graniu.

6. A Hawk and a Hacksaw, 14.04, Pardon, To Tu

Warszawski koncert Amerykanów, choć z tym samym materiałem, był zupełnie inny od zeszłorocznego występu na OFF Clubie. Przede wszytkim nie grali do filmu, mimo że przyjechali promować własną wersję ścieżki dźwiękowej do "Cieni zapomnianych przodków" Paradżanowa. Muzyka oderwana od obrazu obroniła się świetnie, Jeremy Barnes i Heather Trost w swoich poszukiwaniach przenieśli sie do Europy Środkowo-Wschodniej, więc zabrzmiały rumuńskie, węgierskie i ukraińskie melodie do tańca. We dwoje chwilami brzmieli jak orkiestra, zarówno dzięki technice, jak i nietuzinkowym pomysłom wykonawczym. A gdy zakończyli bis zagranym na środku klubu "No Rest for the Wicked" z mojej ukochanej "Cervantine", poczułem się jak na weselu, gdzieś na końcu świata.

5. Japandroids, 04.08, OFF Festival

Cóż, że przyjechali na festiwal i zagrali krótko w środku dnia, że zabrakło kilku fantastycznych numerów. King i Prowse wiedzą, jak rozpalić mały klub i scenę plenerową. Do tradycyjnego zestawu: pot, głośne gitary, przeboje na OFFie doszedł wszechobecny kurz i piach.

4. Fucked Up, 04.08, OFF Festival

Jak JPNDRDS, tylko bardziej. Nie wiem, jak przeżyłem te dwa koncerty bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Dzieliło je pięć minut.

3. Alireza Ghorbani, 08.06, Ethno Port

Czyste piękno. Nie trzeba więcej pisać.

2. Bombino, 21.10, Stodola

Dzięki koncertowi Bombino dowiedziałem się, że Stodoła ma też dodatkową salkę. Ale nie dlatego jest tak wysoko w tym podsumowaniu. Trafił tu, bo przez prawie półtorej godziny byłem na Saharze.

1. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan, 07.06, Ethno Port

Jak numer trzeci, tylko jeszcze piękniejszy i z dachem z gwiazd.

wtorek, 29 października 2013

Bunt wciąż się tli

Piosenki buntu towarzyszyły protestom w Egipcie, Libii, Algierii, Syrii, Turcji. Początek obecnej dekady był nad wyraz  urodzajny w społeczne rozruchy, a gdzie one, tam są też muzycy. Czy wszędzie? Na Zachodzie część obserwatorów utyskuje, że dzisiaj nikt nie pisze protest songów (za wyjątkiem Springsteena), podobny pogląd na łamach T-Mobile Music prezentował Maciek Piasecki w tekście „Tu już nie będzie rewolucji”.  Nie mają racji.
Głosem młodego pokolenia targanej kryzysem Portugalii został folkowy kwartet Deolinda, założony w 2006 roku. Dwa pierwsze albumy zespołu odniosły sukces, lecz apogeum przyszło pięć lat później, w styczniu 2011, podczas czterech wyprzedanych koncertów w największych salach Porto i Lizbony. Wśród nowych piosenek zespół zaprezentował porywające Que parva que eu sou (Jakimże jestem głupcem). W ciągu czterech minut wokalistka Ana Bacalhau rozlicza się ze wszystkimi bolączkami swoich rówieśników – wiecznymi stażami, niespłaconymi kredytami, ciągłym pomieszkiwaniem u rodziców. „Jakiż to głupi świat, gdzie by zostać niewolnikiem, trzeba skończyć studia” – śpiewa w refrenie, by pod koniec wyrzucić z siebie „Jestem z pokolenia <<Nie zniesiemy tego więcej>> / już nie jestem głupia”. Nagrywany komórkami utwór z miejsca stał się viralem w portugalskim Internecie i nieformalnym hymnem protestów, które wybuchły w marcu tego samego roku.
Na fali społecznego niezadowolenia wypłynął również braterski duet „Homens da Luta” , który zaczynał od parodiowania piosenek poprzedniej portugalskiej rewolucji z 1974 roku. Bracia Vasco i Nuno Duarte pojawiali się na protestach, ogrywali swoje piosenki i zdobywali popularność. Dwukrotnie pokusili się o start w krajowych eliminacjach do Eurowizji, za drugim razem je wygrali z piosenką „A Luta e alegria” (Walka jest radością). Pod płaszczykiem kabaretowości Homens da Luta wzywają Portugalczyków do wyjścia na ulicę i wzięcia sprawy w swoje ręce, jednocześnie odżegnując się od użycia przemocy. Nowoczesna rewolucja ma być pokojowa. Nie wszędzie taka jest. Protestujący w Grecji w przerwach między zamieszkami zasłuchiwali się nie tylko w „To Tragoudi Tis Plateias” weterana Vasilisa Papakonstatinou do słów żyjącego sto lat temu poety Giorgiosa Sourisa. Ważnym głosem społeczeństwa był rap. Ateńska ekipa Soul System pojawiała się na większości demonstracji w stolicy, a ich najgłośniejsza piosenka „Flame On” doskonale oddaje bojowe nastroje rodaków.
Kiedy parlament Quebeku, by ukrócić zeszłoroczne studenckie protesty, przegłosował Ustawę 78 czasową zawieszająca m. in. prawo do zgromadzeń, demonstracje przybrały na sile, uaktywnili się też muzycy. Montrealska wokalistka Ariane Moffat nagrała nową wersję własnego utworu „Le mai 17”. Wykorzystała ją organizacja studencka FECQ w swojej zajawce demonstracji przeciwko niesławnej ustawie, a potem kanadyjski Internet wypełnił się udostępnieniami tej piosenki. Moffat pierwotny tekst o banalności tematów dominujących się w mediach zamieniła na opis protestów i działania władzy, kończąc wersem „Dzisiaj, 17 maja rano, sprzeciwiam się tej ustawie”. Inni muzycy poświęcali swoje piosenki ruchowi Occupy. Tak zrobili na przykład CerAmony, duet interesujący również z powodu zaangażowanie w emancypację Indian czy znany z Broken Social Scene Jason Collett. Do muzyki zaangażowanej w postaci „Youth Without Youth” wrócili Metric, a kawałek zilustrowali niepokojącym teledyskiem.
Równie bezpośredni był przekaz Plan B, brytyjskiego rapera. W 2012 roku wydał politykujący album „Ill Manors”, z którego najgłośniejszym echem odbił się utwór tytułowy, przez Independent (przyznajmy to, na wyrost) nazwany jednym z najważniejszych protest songów. Ben Drew (tak naprawdę nazywa się muzyk) krytykuje rządową politykę społeczną, upatrując w niej jedną z przyczyn zamieszek z 2011 roku. „Tym, co wymaga naprawy jest system/ nie witryny w Brixton”. Mocne słowa padały także na Islandii. Ten wyspiarski kraj stanął na skraju bankructwa podczas kryzysu finansowego sprzed pięciu lat. Indie popowy muzyk Toggi w niewybrednych słowach nawoływał do rozprawienia się z bankierami i politykami na ich usługach w „Let Them Bleed”.
Świat zachodni powoli wychodzi z kryzysu, protest songów w tym roku też jakby mniej. Nie znaczy to jednak, że nadszedł dla nich koniec historii. Wiele jeszcze zostało do zrobienia, a tam, gdzie społeczne niezadowolenie, jest i muzyka buntu.

T-Mobile Music, październik 2013

sobota, 20 kwietnia 2013

5x7"

Tegoroczny Record Store Day jest równocześnie początkiem nowego cyklu, w którym będę przedstawiał nowsze i starsze warte uwagi siedmiocalówki/dziesiątki/kasety. Raz w miesiącu.



Haunted Hearts - "Something That Feels Bad Is Something That Feels Good / House of Lords"
On to Brandon Welchez z Crocodiles, ona - Dee Dee z Dum Dum Girls. Razem grają to samo, co oddzielnie, czyli mocno psychodelicznego garażowego rocka. Pod okładką, która nie zagości na półkach Wal-Martu, znajdują się dwa motoryczne kawałki, od których transowej melodyjności trudno się oderwać.






Japandroids - "Younger Us / Sex And Dying in High Society"
Oczywistym jest, że do pierwszej odsłony tego cyklu wybiorę singel swojego ulubionego zespołu. "Younger Us" to doskonała piosenka o nostalgii za (nie tak dawno przecież) minioną młodością, za tymi wszystkimi nieprzespanymi nocami, za niewypowiedzianą chęcią pogoni, no właśnie za czym? Za szczęściem, wrażeniami? To chyba mniej ważne, liczy się sam fakt poszukiwania. To też piosenka doskonała w swej prostocie, gdyby świat był idealny, to w sklepach muzycznych byłby zakaz grania właśnie jej, ale że nie jest, ten wątpliwy zaszczyt przypadł "Nothing Else Matters". Towarzyszący "Younger Us" cover klasyka kalifornijskich punkowców z X jest tak napakowany energią, że żwawy oryginał przy nim wypada jak gruźlik w fazie terminalnej. Tak się właśnie powinno grać cudze kawałki.


L'Orchestre National de Mauritanie - "La Mone / Kamlat"
Nie byłbym też sobą, gdybym nie wyciągnął czegoś z Afryki. To znaczy, z niebytu tę siódemką wyciągnął nieoceniony Chris Kirkley z Sahel Sounds i wydał ją w swojej wytwórni. Rzecz to naprawdę niezwykła.W 1973 1967 roku świeżo upieczony prezydent Mauretanii wzorem swoich kolegów z krajów ościennych postanowił dać swoim rodakom nowoczesny zespół z prawdziwego zdarzenia. W tym celu wysłał Hadramiego Oulda Meidaha (pochodzącego z rodziny griotów) i 14 muzyków do Gwinei, gdzie mieli się nauczyć, jak grać, by było i nowocześnie, i tradycyjnie jednocześnie. Nauka się opłaciła, zelektryfikowane, podrasowane dęciakami brzemienie gitar zespół łączy z tradycyjną techniką gry na oud i sintirze, dźwiękami mauretańskiego fletu i funkową pulsacją. Blisko im zarówno do tuareskiego rocka (który powstał kilkanaście lat później), jak i malijskich orkiestr. "La Mone" to piosenka okolicznościowa na przyjęcie nowej waluty (bycie oficjalną orkiestrą państwową zobowiązuje), a "Kamlat" jest oparte na starej pieśni o jednym z mauretańskich emirów. Obie piosenki z tej siódemki nagrano podczas jednego z koncertów w stołecznym Domu Młodych.



Bad Banana - "Cry It Out"
O siostrach Crutchfield pisałem nie raz. Bad Banana to kolejny efekt ich niczym nieskrępowanej kreatywności. 4 piosenki, niecałe osiem minut. Prościutki pop punk ze słabą produkcją i jeszcze gorszym brzmieniem z silnymi wpływami lat 90. Raz śpiewa Katie, raz Allison. To  bardziej niedopracowane demo niż pełnoprawna czwórka, z pomyłkami, nietrafionymi dźwiękami, nie do końca strojacymi gitarami i dzięki temu bardzo naturalne w swojej niezręczności.




Balkan Arts 701: Bulgarian Folk Dances
Na koniec zostawiłem kolejną zapomnianą perełkę. Do niedawna całkowicie. Dopiero przypadkowe natknięcie się przedstawiciela Evergreene Music na pudło wypełnione nieużywanymi  wyprodukowanymi w latach siedemdziesiątych siódemkami, sprawiło, że zdigitalizowano nagrania Martina Koeniga. Zresztą sam Koenig jest postacią równie fascynującą, co muzyka, którą nagrywal na Bałkanach na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku i prawie tak nietuzinkową, jak jego zdjęcia z tamtego okresu. Pierwsza z trzynastu siódemek wydanych, a może lepiej napisać udostępnionych przez Evergreene Music, bo to te płyty z zakurzonego pudełka, poświęcona jest muzyce bułgarskiej. Dwa utwory nagrane na miejscu, dwa zmontowane już w Stanach przez Koeniga prezentują ginącą muzykę tradycyjną, która jest jak pocztówka w sepii. Trochę nierealna, trochę tajemnicza, przede wszystkim po prostu piękna.



sobota, 9 lutego 2013

2012: miejsca 5-1

5. Kristi Stassinopoulou & Stathis Kalyviotis - "Greekadelia"

"Greekadelia" - jak ładnie to słowo brzmi. Bardzo dobrze też brzmi kolejna płyta weteranów greckiej sceny alternatywnej. Po raz kolejny Stathis i Kristi sięgają po ludowe piosenki z całego kraju i tym razem podrasowują je loopami, efektami i narkotyczną atmosferą. Ten minimalizm służ ludowym kompozycjom, które wydają się być z jednej strony archaiczne, z drugiej XXI-wieczne, lecz tak naprawdę ponadczasowe.


4. Kayhan Kalhor & Ali Bahrami Fard - "I Will Not Stand Alone"

Współpraca Kayhana Kalhora z Alim Bahramem Fardem zawiera w sobie małe, odcięte od świata kaszmirskie, afgańskie, irańskie wioski, spaloną słońcem ziemię, na której od lat nic nie wyrosło, majestatyczność gór i samotność pustyni. Niesie w sobie wyobrażenia o Azji Środkowej, jako ziemi niedostępnej, z bogatą historią. Jednej z ostatnich białych plam na mapie. Cóż z tego, że to nieprawda, że świat się skurczył, skoro ta muzyka tak pobudza wyobraźnię.


me>

3. Crystal Castles - "(III)"

Koniec świata nie nadszedł. Nie tym razem, choć trzeba przyznać, że nasz świat się trzęsie. Crystal Castles w tej sytuacji występują jednocześnie jako rzecznicy rewolucji, kasandryczni prorocy i obrońcy ludzkości. Nie boją się spraw i tematów ostatecznych, mimo że przetwarzanie wokali często w niezrozumiały strumień dźwięków ukrywa ich intencje. Jest też sporo rozczarowania kondycją rodzaju ludzkiego i dążenia samodestrukcji. A także piękna. Dla Crystal Castles zmierzanie naszego gatunku ku zagładzie jest piękne.

Mogę powtórzyć to, co napisałem kilka miesięcy temu. gdy recenzowałem "(III)": Ethan Kath zrobił najlepszy witch house. Nie wysforował się przed szereg, jak w przypadku dwóch poprzednich płyt, lecz pokazał swoim epigonom, kto tu rządzi. Niezmiennie od czterech lat.



2. OM - "Advaitic Songs"

Jak zmienić oblicze zespołu nie zmieniając zbyt wiele? Jak odświeżyć sprawdzoną, ale wyczerpującą się formułę? OM postawili na na rozszerzenie instrumentarium, co sygnalizowali już na "God Is Good". Trzy lata później ascetyzm bębny + bas jest już przesżłością. Gościnni muzyce, wokalistka śpiewająca hinduską mantrę. Dużą rolę odgrywają smyki i sample. Wzrosła rola perkusjonaliów. Nie zmieniła się tylko haszyszowa transowość uzupełniona przez sięganie do rozmaitych kultur muzycznych, Cisneros i Amos czerpią z muzyki arabskiej, bizantyjskiej, perskiej, indyjskiej. Z doskonałym skutkiem, rok 2012 nie słyszał lepszej fuzji.

1. Japandroids - "Celebration Rock" (recenzja)

Czy druga płyta Japandroids zostanie zapamiętana przez przyszłe pokolenia jako jasny punkt 2012 roku? Śmiem wątpić. Nie jest to album przełomowy, ani przesadnie oryginalny. Brian King i Dave Prowse niczym nie zaskoczyli. Ani muzycznie - dwóch gości weszło do studia nagrać to samo, co poprzednio, tylko głośniej i czyściej. Ani pozamuzycznie - nie wyznali niczego skandalizujące, swoim wyznaniem nie podważyli stereotypów o środowisku, nie mają ego napompowanego do granic możliwości, nie pokusili się o rozbudowaną historię w tekstach, nikogo nawet nie zbluzgali na forum publicznym."Celebration Rock" nie jest dziełem monumentalnym - osiem piosenek (a tak naprawdę siedem, jedna to cover The Gun Club) w trzy lata to naprawdę skromne osiągnięcie. Mimo tego wszystkiego drugi album Kanadyjczyków nie miał w tym roku konkurencji.

Tych dwóch niepozornych trzydziestoletnich facetów gra tak, jakby świat się miał skończyć nawet nie jutro, ale już zaraz., a przecież jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. 35 minut, w których zamyka się "Celebration Rock" kipi energią, jak plac Tahrir w Kairze. Te osiem piosenek powinno się wystawić w Sevres jako wzór rocka. Pędzącego na złamanie karku, szczeniackiego, bezczelnie przebojowego, prostego, lecz nie prostackiego. Są dziewczyny, są imprezy, jeśli miłość to już teraz, ale na zabój. Jest i nostalgia za młodością, a ja choć sześć lat młodszy, czuję się przy nich staro. No i te piosenki, chcę ryczeć, chcę krzyczeć, chcę śpiewać. Chcę wsiąść do samochodu i popędzić na kraniec świata (ale oczywiście prawko najpierw). Chcę poczuć, że żyję. Tego w tym roku muzycznie nie zafundował mi nikt poza nimi. I chyba najważniejsze. Sprawili, że po bardzo długiej przerwie zacząłem znowu coś tam dłubać przy gitarze. Niby nic takiego, ale kurz na niej osiągnął już prawie samoświadomość.