Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2026

Piękno dla każdego

Niektóre teksty powstają z przypadkowych spotkań. Tak było tym razem. Ostatniego dnia Nowej Tradycji zagrali Jonny Nash i Tomo Katsuarada. Przyznaję, że na samym początku nie skleiłem, że to TEN Tomo Katsurada z najwspanialszych Kikagaku Moyo. Piękny był to koncert, zresztą napisałem o nim kilka słów. Porozmawialiśmy chwilę po koncercie, szykowali płytę na początek lipca. Wróciłem do domu i od razu zaproponowałem Bandcampowi wywiad, bo Tomo i Jonny tydzień później mieli grać na Kodach, gdzie i tak planowałem być. Porozmawialiśmy chwilę przed tym lubelskim koncertem, na patio przed studiem im. Budki Suflera. Efekty do poczytania tutaj. Na obu koncertach zagrali materiał ze swojej nadchodzącej wtedy płyty.

At the Emerald Pool, ich pierwszy wspólny album (choć nie pierwszy raz ze sobą grają) jest piękny i kojący. O tej potrzebie uniwersalnego piękna mówią dużo w wywiadzie. To muzyka niespieszna, trochę rozmyta, jakby schowana za mgiełką. Pasuje zarówno do późnoletniego poranka, jak i zimowego wieczoru przy kominku. Jest po prostu przytulna i marzycielska.

Czerpią przede wszystkim z ambientu w duchu Briana Eno, sięgają po folkowe struktury. W swoim graniu są bardzo ludzcy. Czasem dają się porwać improwizacji, czasem są piosenkowo konkretni. Mówią, że chcą pisać i grać muzykę, która spodoba się każdemu. I tak w tym wypadku jest.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Drony, bas i bezczas wsi

Czekałem na powrót WCIAS, Trójpole i Hejnały kocham miłością wielką, takie albumy zdarzają się w polskiej muzyce bardzo rzadko. Myślałem, że się nie doczekam, ale po 9 latach Majerowscy znów grają razem. I znów - do czego przyzwyczaili - grają zupełnie inaczej. Są blisko i daleko tradycji, to muzyka wymagająca skupienia, ale wcale nie trudna. Do poczytania w Radiowym Centrum Kultury Ludowej. 

piątek, 24 kwietnia 2026

Primavera, spring, printemps

Wiosna w pełni, robi się coraz zieleniej. Magnolie przekwitły, zaraz rozkwitną kasztany. Czego słuchać (nie tylko) podczas spacerów?


Dzień przed początkiem kalendarzowej wiosny trafiłem na długogrający debiut Aure, Francuzki, więc można ją nazwać auteure-compositrice-interprète, czyli swojską singer-songwriterką. To był zupełny przypadek, jeden z tych momentów, kiedy algorytmy podpowiadają coś interesującego. Okładka Printemps zapowiada, czego można się spodziewać - dystyngowana, elegancka artystka z gitarą akustyczną, oszczędne liternictwo, błękitne tło. Oczywiste nawiązania do francuskich okładek z lat 70. Wiecie, Gainsbourg, Hardy, Gall.

I tak w zasadzie jest. To francuska nouvelle chanson, oszczędna aranżacyjnie. Oparta na brzmieniu gitary akustycznej, czasem pojawią się zamyślone smyczki, delikatna, przytłumiona gitara elektryczna, wyciszone perkusjonalia. Nie jest to album walczący ze wszystkich sił o uwagę słuchaczki, za to idealny na leniwy, słoneczny poranek. Albo wczesny wieczór. Gdybym miał namecheckować dorzuciłbym do wcześniej wymienionych wczesnego Cohena, Simona z Garfunklem. I Clarę Luciani, do której Aure ma bliźniaczo podobny głos - aksamitny, otulający niczym kocyk, lekko matowy alt.

Printemps zaczyna się od ptasich śpiewów, po których następuje pierwsze i największe zaskoczenie. Aure równie chętnie, co po francusku śpiewa po hiszpańsku i angielsku. Czasem przeskakuje między nimi w ramach jednej piosenki, jak w Mi corazón. W tych momentach najlepiej słychać, jak język wpływa na głos i na odbiór muzyki. Słychać, jak zmieniają się same piosenki pod wpływem języków, ich różnych melodii. W tej wielojęzyczności Aure przypomina mi Myriam Gendron, choć jest w swoich kompozycjach dużo delikatniejsza, bardziej - to chyba słowo klucz do tego albumu - elegancka. To łącznik z MPB i hiszpańskojęzyczną nueva canción. Gdy Aure śpiewa po angielsku, zmiękcza swoje piosenki, jak zmiękcza angielski, gdy przechodzi na hiszpański, pojawiają się delikatne elementy tropikalne, leciutkie pulsowanie (co przestaje dziwić, gdy dowiaduję się, że w poprzednim życiu architektki Aure mieszkała w Meksyku).

Debiut Aure jest albumem staroświecko ładnym, nienachalnym i skromnym. Niczego się po nim nie spodziewałem, a od miesiąca wracam do niego regularnie. 



Dźwięki przyrody pojawiają się też na debiutanckim albumie Sabatini, zespołu, który jakąś dekadę temu mógłby uchodzić za warszawską supergrupę. Karol Strzemieczny (z Pauli i Karola), Igor Nikiforow (z bambiliona zespołów, ale najbardziej z Jerza Igora), Paweł Górski (prawdziwy stołeczny kombatant z Xenonów, no i współszef BarKi). To w studiu, bo na scenie rozrastają się do sekstetu.

W pewnym sensie Koniec świata zaczyna się tam, gdzie kończy się Printemps, gitara w Nasielsku przypomina mi podobnie wznoszącą się partię klawiszy w Le jour se lève. A to nie koniec zbieżności. Koniec świata jest tak samo (choć w inny sposób) niedzisiejszy, wyciszony. Jednak korzenie muzyki Sabatini(ch?) leżą gdzie indziej. To spadkobiercy amerykańskiego indie rocka z lat 90., przepuszczonego przez jamowego Neila Younga (czyli w sumie to, czym żył warszawski piosenkowy niezal 16 lat temu). I jeśli pomyślicie, “o, polski MJ Lenderman”, to muszę was trochę rozczarować. Ich piosenkowość jest rozmyta, niedookreślona, co nie znaczy, że szkicowa. Ciągnie ich w stronę post-rocka (post-folku?) i muzyki ilustracyjnej.

Są w tej muzyce rozgrzane sosnowe bory, pachnące igliwiem i piaskiem, nadjeziorne plaże. Późna wiosna, wczesne lato, barwiące chmury na głęboką czerwień zachodzące słońce, poranna mgła na łąkach. Ucieczka z wielkiego miasta w naturę. Jest polskie przetwarzanie amerykańskiej tradycji, coś podobnego robiła Ola Bilińska na debiucie Babadag (bo potem zespół poszedł w inną, suduwską stronę). A na odwrót, choć z podobnym efektem Mateusz Kowalski.

Koniec świata nie jest radosną płytą, wypełnia go poczucie przemijania, świadomość własnej kruchości; przebrzmiałe związki, strata. Koniec świata po prostu. Ten prozaiczny, codzienny, bez apokaliptycznych ogni. I może dlatego bardziej przejmujący. Ale na spacerach słucha się tego albumu bardzo dobrze, nogi same niosą w stronę horyzontu.

Jak Sabatini wypadają na żywo, będzie można się przekonać w niedzielę 26 kwietnia w warszawskim SPATiFie.


I na koniec króciutko, bo też Już wiosna nie jest przesadnie długim wydawnictwem. Na nie też trafiłem przypadkiem, przeglądając tag “folk” w lokacji Warszawa na Bandcampie. (To podpowiedź, jak wynajduję płyty, o których tutaj piszę). To było nocą, szukałem nowych płyt do posłuchania, obsesyjnie przesłuchuję nowości, to moja choroba zawodowa.

O dziewczynie stojącej za Topielą nie wiem absolutnie nic. Ani czy grała już gdzieś wcześniej, ani czy to jej pierwsze nagrania. Zupełnie nic, poza tym, że nie ma nic wspólnego z dwoma zespołami o tej nazwie, które udało mi się znaleźć.

Jej wiosna to roztopy, brudny śnieg, nocne przymrozki, zmrożone lasy, roztapiające się bagna. Sam jej początek, szary i bury. Bas, głos skąpany w reverbie, automat perkusyjny, czasem gitara i elektryczne pianino. Na pierwszy rzut ucha cold wave pasujący do imprez w Chmurach albo kameralnych koncertów w Młodszej Siostrze. Poetyka jej tekstów kojarzy mi się z Księżycem, magicznym realizmem, niepokojącym, wpełzającym pod skórę. Z drugiej strony, skojarzenia biegną w stronę Grouper i jej muzyki pełnej wilgotnych krajobrazów Oregonu.

Topiel gra bardzo skromnie, przestrzennie, ale nie jest to przyjazna przestrzeń. Rozstrzelone dźwięki, pogłosy i echa przypominają, że my tu w Polsce przez pół roku żyjemy bez słońca, w wiecznej szarzyźnie i błocku. Że to stąd ta nasza depresyjność. I nawet jeśli po zimie przychodzi wiosna, to ten mrok nigdzie się nie wybiera.



niedziela, 8 lutego 2026

Ukąszenie pająka


Dopiero co pisałem o październikowym albumie Raüla Refree z Niño de Elche, a ten niestrudzony kataloński producent właśnie wydał kolejną płytę. Z Marią Mazzottą eksplorują południowowłoską, salentyńską tradycją, wywracają ją na drugą stronę i rzucają na nią nowe światło. W szczegółach o San Paolo di Galatina piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

wtorek, 12 listopada 2024

Apokaliptyczny folk spod Wawelu

 

Zaczęło się od instrumentu. Nyckelharpy, kojarzącej się przede wszystkim ze Skandynawią. Ten konkretny egzemplarz wykonała Monika Sobolewska dla swojego męża, Piotra Aleksandra Nowaka. Drugą połowę zespołu stanowi Katarzyna Bobik, grająca na instrumentach perkusyjnych. Oboje też śpiewają i obiecują, że podczas nagrywania albumu nie ucierpiała żadna gitara, bo z żadnej nie korzystali. Choć czasem trudno w to uwierzyć, bo ich folk jest pełen metalowego ciężaru. Nazywają to etno stonerem, ale więcej tu mglistego, dżdżystego, jesiennego Krakowa. Błyszczącego odbitym w mokrym od listopadowego deszczu bruku światłem latarni, z delikatną nutą smogu.

O debiucie Antropocenie obszerniej piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.


wtorek, 27 sierpnia 2024

Najintymniejsza podróż


Po Talàn, będącym podróżą w czasie i przestrzeni wokół Morza Czarnego (i dalej, do Azji Środkowej) i Hizbut Jàmm stawiającym pomosty pomiędzy krautrockiem, psychodelią a muzyką zachodniej Afryki, Raphael Rogiński wybiera się w najintymniejszą podróż – w własną przeszłość i do krainy dzieciństwa, na polsko-litewskie pogranicze, osnute mgłami i pełne magicznych jezior. 


O Žaltysie piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

środa, 22 maja 2024

Roztrojenie

Miałem kiedyś tutaj cykl o muzy(cz)kach z najbliższej zagranicy - Litwy, Słowacji, Czech, Ukrainy - ale oczywiście szybko go zarzuciłem. O samym pomyśle nie zapomniałem i teraz na łamach Czasu Kultury trochę do niego wracam, pisząc o Adeli Mede. Porozmawialiśmy o tożsamości, wielojęzyczności, wyjazdach i powrotach, środkoweuropejskiej wspólnocie losów, byciu zbyt blisko i zbyt daleko jednocześnie. 

A do samego blogowego cyklu może kiedyś wrócę.

czwartek, 14 marca 2024

Kołysanki dla świata na krawędzi


Po dźwiękach domowych, rzece, pograniczu, warszawskie trio jako lejtmotyw swojego piątego albumu wybrały kołysanki mające ukoić zbolały świat, uśpić go, by odnowił się po przebudzeniu.

niedziela, 3 marca 2024

Metafizyczne mazurki po 15 latach


Dokładnie 15 lat temu ukazał się album, który sprawił, że pokochałem oberki i mazurki. Nietypowy, nie do końca tradycyjny, ale od pierwszej do ostatniej sekundy hipnotyzujący.

W lutym 2008 roku zmarł Kazimierz Meto, legendarny – nie bójmy się tego słowa – skrzypek z Gliny spod Rzeczycy. Jedna z najważniejszych postaci dla ruchu ożywienia muzyki tradycyjnej, uczenia się od wiejskich mistrzów. Do niego i Jana Gacy pielgrzymowały zastępy mieszczuchów pragnących poznać tajniki oberków, mazurków, kujawiaków. Obaj wychowali następców, którzy przekazują ich melodie i styl gry dalej. Jednym z nich jest Maciej Filipczuk, wtedy jeszcze „po prostu” lider Lautari, zespołu grającego muzykę z Rumunii, dziś jedna z najważniejszych postaci ruchu in crudo i nowej tradycji, odważniej łączącej ją ze współczesnością.

Miesiąc po śmierci pana Kazimierza, Filipczuk postanowił złożyć hołd swojemu mistrzowi i jednocześnie podsumować lata, które spędził na terminowaniu u Mety, te wszystkie miesiące spędzone w Glinie. Do współpracy – przecież każdy porządny skrzypek potrzebuje kapeli – zaprosił sekcję rytmiczną wrocławskiego Robotobiboka, Marcina Ciupidrę i Kubę Suchara. Żaden z nich nie grał wcześniej muzyki tradycyjnej.

Kiedy pierwszy raz słuchałem MetaMuzyki (to było chyba nawet nie tak długo po jej premierze) ten kontrast miedzy tradycyjnie grającym Filipczukiem, a zupełnie nowoczesną, tylko momentami odwołującą się do oberkowego idiomu, meandrującą sekcją rytmiczną, mnie ujął. Po prostu. Wtedy to była dla mnie zupełna nowość, traktowanie muzyki tradycyjnej – polskiej w szczególności – jako źródła do dalszych poszukiwań, ale dalekich od folku czy, wybaczcie to określenie, world music. Z perspektywy czasu widzę, że to był ten moment, który pchnął mnie w stroję zgłębiania (różnych) tradycji i – przede wszystkim – szukania połączeń ich ze współczesnością, dialogu i współistnienia. Jeśli dzisiaj uważam, że to właśnie na tym styku dzieją się najciekawsze rzeczy w muzyce, że tradycja nie może być tylko skamieliną, źródłem jest MetaMuzyka. Choć w 2009 roku wcale nie byłem tego tak świadomy.

Filipczuk, Suchar i Ciupidro łączą dynamikę wiejskiej kapeli i jazzowego bandu. Jakby szukali wspólnych źródeł, nici łączącej Nowy Orlean i Glinę. Tą nicią jest oczywiście oczyszczająca moc muzyki, możliwość wytańczenia traum i ran. Dlatego grają tak zapamiętale, z niewieloma momentami na zaczerpnięcie oddechu. Najpiękniejszym z nich jest zakładajcie, zaprzęgajcie, marimbowa, króciutka, zamyślona wariacja. Szybko przechodzi w szalony mazurek waloskowy. W nim Moog fantastycznie zastępuje wiejskie basy, dodaje nie tylko burdonu, ale też bulgocze, chrobocze, pulsuje. Gra Suchara raz jest bliska oberkowym kanonom, raz daleko od nich odjeżdża. Ta muzyka faluje, przypływ, odpływ.

Po jazzowemu (ale w żadnym wypadku nie można tej muzyki określić jazzem) każdy z muzyków dostaje swoje pięć minut, czasem Filipczuk wycofuje się całkowicie, daje sekcji zabłyszczeć. Po mazurkowemu wszystko wiruje i orbituje wokół skrzypiec. W końcówce Okrąglaka po latach można dosłuchać się natomiast zaczynów muzyki Radical Polish Ansambl i opery Devil’s Fiddle napisanej dla nich przez Cezarego Duchnowskiego.

Przez 15 lat wielokrotnie wracałem do MetaMuzyki, za każdym razem zadziwiony, jak wspaniały i jednocześnie przeoczony jest to album. Mazurki Kazimierza Mety zespół przenosi w zupełnie nowe muzyczne uniwersum, a one odwdzięczają się melancholijną melodyjnością. Jest w tej muzyce namysł nad odchodzącą tradycją, zanikającymi sposobami życia, ale jednocześnie nadzieja, że nie wszystko jest stracone.

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Taniec na nieheblowanej desce

Przez cały album Lumpeksu przewija się motyw zabawy, ale też wytańcowywania traum, zmęczenia ciała w takim stopniu, by zapomniało o krzywdach. Taniec wyzwala, bo na krótką chwilę unieważnia istniejący porządek - w Dwutygodniku obszernie piszę o drugiej płycie polsko-francuskiego zespołu grającego freejazzowe oberki.

czwartek, 14 września 2023

Nazwij żałobę, pozwól jej zaśpiewać


Julie Byrne nie wydaje często nowej muzyki. Jej długogrający debiut Rooms with Walls and Windows z 2014 roku to tak naprawdę kompilacja dwóch wcześniejszych EPek. Na nich ambientowe plamy syntezatorów oplatają folkowe partie gitary akustycznej i głęboki, kojący głos Julie. Wydany trzy lata później Not Even Happiness przyniósł amerykańskiej pieśniarce stosunkowy rozgłos. W zasadzie Julie kontynuuje na nim obrany kierunek, ale częściej syntezatory zastępuje sekcja smyczkowa. To muzyka delikatna, przejmująca, zanurzona w amerykańskiej folkowej tradycji z poetyckimi tekstami (co nie powinno dziwić, Julie potrafi recytować wiersze ulubionych poetów z pamięci). Na The Greater Wings kazała czekać sześć lat.

Pewnie byłoby krócej, gdyby nie osobista tragedia. Zwykle małomówna w sprawach osobistych, Julie mówi otwarcie mówi o nagłej śmierci współpracownika, przyjaciela i partnera Erica Littmanna. Poznali się na SXSW w 2014 roku, Littmann pracował przy produkcji sesji wideo Julie. “Pokochałam go od razu” mówiła w tym roku Guardianowi. To Littmann stał za za konsoletą podczas nagrywania Not Even Happiness, to z nim pisała piosenki, to on towarzyszył jej na koncertach. 

Pierwsze piosenki powstały długo przed śmiercią Littmanna, jeszcze w 2018 roku. Potem pandemia, która złapała Julie w Kalifornii, to wtedy powstała większośc piosenek. Kiedy można już było podróżować, od razu poleciała do Littmanna, do Chicago, szlifować piosenki, które - w zmienionej formie - trafiły na The Greater Wings. Gdy zmarł, odłożyła je na półkę, nie mogła do nich wrócić, zbyt bolesne przywoływały wspomnienia. Dopiero (a może już?) pół roku po tragedii postanowiła dokończyć pracę nad piosenkami, z towarzyszeniem Aleksa Sommersa, producenta najbardziej znanego ze współpracy z muzykami islandzkimi - Sigur Rós, Pascal Pinon czy Sin Fang. Tę islandzką miękkość i baśniowość - pasującą do muzyki Byrne - Sommers wprowadził naturalnie, wzbogacił paletę brzmieniową. Pojawiające się wcześniej mrugnięcia w stronę Enyi i mistyczności jej muzyki najmocniej pojawiają się w Hope’s Return.

The Greater Wings jest zbiorem reminiscencji zwykłych “niezwykłych momentów”, jak śpiewa w utworze tytułowym. Od zawsze tak budowała teksty - poetyckie opisy w zasadzie banalnych wydarzeń, spaceru po lesie, życia w mieście, nocy w trasie. Jest w tych tekstach niezwykła uważność, dostrzeganie symboliki w każdym geście, każdym zdarzeniu. Czas, który Byrne spędziła z Littmannem to był święty czas, którego nie można zapomnieć. Można tylko do niego wracać.

W całości po śmierci Littmanna powstała tylko Death Is a Diamond, ale cień Erica pojawia się w każdej piosence, nie tylko dlatego, że zdążył zagrać na dziewięciu z nich. You are the family I chose - Jesteś moją wybraną rodziną śpiewa Julie łamiącym się głosem na tle delikatnych, przeplatających się arpeggiów syntezatorów i harfy. Czasem obecność Erica jest powidokiem ulotnej chwili, obrazem uchwyconym kątem oka, jak w Conversation Is a Flowstate. Czasem w centrum jest właśnie ten brak, jak w Portrait of a Clear Day. W zdecydowanie najbardziej filmowym Lightning Comes up From the Ground Littmann jest niczym siła przyrody, na tle narastających smyczków Byrne rozpamiętuje stratę, ale wydaje się z nią pogodzona. Bo przecież strata jest nieodłącznym towarzyszem życia - każdy początek ma w sobie jednocześnie koniec. W tym samym utworze padają najbardziej buntownicze słowa - Death to the old ways - ale zaraz dodaje, czym byłabym bez nich. 

Krytycy porównują The Greater Wings do Carrie & Lowell Sufjana Stevensa czy Skeleton Tree Nicka Cave’a, jednak to splątanie nadziei, pogodzenia, smutku i żałoby najbliższe jest Vulture Prince Arooj Aftab. W Summer Glass śpiewa I want to be whole to risk again, i choć Death Is a Diamond jest wyciskającym łzy pożegnaniem z możliwe, że najważniejszą osobą w życiu Julie, to życie się nie kończy. Zamiast popaść w czarną rozpacz, Julie wybiera odważne skierowanie się w stronę życia i światła. 


poniedziałek, 9 stycznia 2023

Surowa czy przetworzona?

To pytanie zadają sobie chyba wszyscy związani z polską muzyką (około)tradycyjną. Jak podchodzić do tradycji, by nie zginęła w dzisiejszym świecie i nie straciła swojego charakteru? Odpowiedzi na nie są różne, często wzdłuż nich przebiegają podziały środowiskowe. Polskie folk i tradycja miały w ostatnich trzydziestu latach swoje wzloty i upadki, ale dzisiaj muzyka wywodząca się z tradycji to najciekawszy nurt w polskiej muzyce. 

O tym wszystkim przez pryzmat paszportów Polityki piszę w rocznicowym wydaniu"Niezbędnika Inteligenta" poświęconego 30 latom tej nagrody.

czwartek, 4 sierpnia 2022

Podwójne pogranicze


Bastarda i Sutari (tym razem w duecie) spotkali się, by na dwusetlecie Ballad i Romansów Mickewicza dotrzeć do tych samych źródeł, co poeta - tekstów z pogranicza polsko-litewsko-białoruskiego.Tylko nie przewidzieli, że świat się tak bardzo zmieni i przyspieszy.

Pogranicze to zawsze fascynujące miejsce. Nie dzieli jak granica, ale łączy. Mieszają się w nim języki, religie, melodie, zwyczaje. Pogranicze pozwala dostrzec Innego, spotkać się z nim. To na pograniczach, na styku dzieją się rzeczy najciekawsze, wykuwa się nowa jakość. To na pograniczach gatunków działa Bastarda, na pograniczu (tym dosłownym i metaforycznym) działają Sutari. Do ich spotkania musiało kiedyś dojść. Tym bardziej, że Bastarda z podobną dezynwoltura i swobodą traktuje źródła swojej muzyki, co Sutari muzykę tradycyjną. Od Nigunów coraz odważniej szli w stronę muzyki ludowej i za każdym razem przefiltrowywali ją przez swoją wrażliwość.

Przez te pięć lat grania Bastarda tak dobrze wypracowała swój muzyczny język, że nie sposób pomylić jej z niczym innym. Tamoj zaczyna się dobrze znanymi długimi, pociągłymi, przestrzennymi frazami. Zaraz do nich dołączają głosy Kasi Kapeli i Basi Songin, razem z kanklami, skrzypcami i już wiadomo, że to dialog idealny. Podwójne pogranicze. Mickiewicza nie zostało nic, są teksty tradycyjne, teksty napisane specjalnie przez Sutari, jest sięganie po melodie ludowe i ich twórcze przetwarzanie.

Pogranicze to miejsce, które od zeszłego roku kojarzy się jednoznacznie. W lasach i na bagnach umierają ludzie, którzy dostali się w kleszcze nieludzkiej, niehumanitarnej polityki. Traktowani jak pionki i jak pionki zbywalnie, nieważni. Ten kontekst - ciągle trwającej tragedii na konkretnym, namacalnym pograniczu - był nie do uniknięcia. I Sutari, i Bastarda są zespołami, którym sprawy społeczne nie są obojętne. Osią albumu są dwa utwory - Granica / Pasienio / Hranicia i Wojenka (z bezpośrednimi odniesieniami do wojny w Ukrainie, choć wybrany jeszcze przed rosyjską inwazją), mocne również muzycznie, jazgotliwe, z echami metalu, odgrywaniem syren alarmowych, imitacjami eksplozji. Pełne niepokoju, napięcia, tego całego chaosu, który rozgrywa się obecnie na pograniczu. 

Temat rozdzielenia pojawia się też w najlepszych na całym albumie Sadach. W Skuduciai nawiązują do Księżyca, ale to może po prostu podobna wrażliwość. trochę naiwna, trochę baśniowa, podszyta mrokiem. A jednak dość przekornie kończą Tamoj quasi-kołysanką Nim świt nastanie. Noc nie jest zagrożeniem, daje wytchnienie, zapomnienie od codziennej niedoli i bólu.

piątek, 29 kwietnia 2022

Wypić kawę z widokiem na Chortycę


Dziś granie koncertów, branie udziału w różnych inicjatywach ma sens na zupełnie innym poziomie niż przed inwazją. Kiedy wychodzę na scenę, to nie jest rozrywka. To moja płaszczyzna walki - z Dagą i Daną rozmawiam w Dwutygodniku. O wojnie i muzyce.

piątek, 1 kwietnia 2022

Ośmieliłam się

fot. Fly Cheng

W indonezyjskiej muzyce nic nie jest zabronione, nie ma żadnych faux pas. Nie możesz nikogo obrazić tym, jak grasz. Jasne, coś się może nie spodobać ze względów estetycznych, ale nigdy nie słyszałam oskarżeń o szarganie czy sprzeniewierzenie się tradycji - mówi mi Aga Ujma, autorka jednej z moich ulubionych zeszłorocznych płyt, Songs of Experience and Innocence i muzykolożka specjalizująca się w muzyce indonezyjskiej, w wywiadzie dla Dwutygodnika.

wtorek, 15 marca 2022

Rokia Koné śpiewa dla całego świata


Ona – ukochana gwiazda malijskiej muzyki, Róża Bamako. On – doświadczony producent, współpracujący z największymi, ale szukający nowych, odświeżających wyzwań. Połączył ich przypadek. No i pandemia.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o wspólnym albumie Rokii Kone i Jacknife Lee.


wtorek, 30 listopada 2021

Dobry smutek


Można powiedzieć, że to nic nowego, bo lo-fi to dość popularna estetyka, a wykonawców i wykonawczyń podobnych do Grouper jest wiele. A jednak to ta nieśmiała i chmurna artystka wyrosła na jedną z najważniejszych postaci amerykańskiej muzyki alternatywnej.

Dla Dwutygodnika napisałem sylwetkę Liz Harris, pretekstem bardzo dobra, nowa płyta.

poniedziałek, 27 września 2021

Więcej patosu, słuchacz wytrzyma


„Raz na milion lat dochodzi do odłamu planetoid, swoistego zderzenia, które niesie za sobą niezliczone konsekwencje. Strumienie biegu czasu i nieskończone ilości miejsc przenikają się ze sobą w piękny i nieobliczalny sposób, zmieniając zastałe światy. Między pokryte najdostojniejszą rdzą szacunku symbole, wierzenia i tradycje wkrada się coś im obcego. Razem tworzą nowe.

Ten album to ten moment - raz na milion lat.” - głosi notka promująca Pieśni współczesne Miuosh i Śląska. Czy to prawda?

Nie będę czarował, ani budował suspensu. Nic z tej zapowiedzi się nie sprawdza. Miuosh pod płaszczykiem czegoś wyjątkowego sprzedaje po prostu pop. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Tylko, że to jest zły pop, okraszonym klasycyzującymi aranżacjami, z bel canto śpiewaków Śląska. Poza Dolinami nie ma tu nic, co przykuwało by uwagę na więcej niż 15 sekund.

Gdybym miał opisać ten album jednym zdaniem byłoby to „Więcej patosu, słuchacz wytrzyma”. Nienośny patos wylewa się litrami z każdego dźwięku. Oto Miuosh, artysta z zupełnie innego świata, przekracza granice gatunków i ofiaruje światu swoje nawet nie Dzieło, tylko DZIEŁO. Wprowadza ten patos bardzo prostymi i oczywistymi środkami. A to zabrzmią groźnie kotły, a to smyczki szumnie zatrylą, a to sekcja dęta wprowadza podniosłe, wolne frazy, a to pojawiają się wokalizy. Oczywista oczywistość, ciężko się nabrać na te zabiegi, są zbyt wyraźne, zbyt grubymi nićmi szyte.

Pieśni współczesne są skażone przypadłością ścieżek dźwiękowych blockbusterów. To muzyka całkowicie przezroczysta, której jedynym celem jest budowanie podniosłego nastroju, wrażenia obcowania z czymś wielkim, niepowtarzalnym. Wystarczy jednak wsłuchać się odrobinę uważniej, potraktować je jako coś więcej niż tylko muzykę tła, by zorientować się, że jest to wydmuszka. Muzyka nie niesie ze sobą żadnej wartości, jest do bólu bezpieczna, wygładzona. W zasadzie poza użyciem łemkowskiego przez Igora Herbuta nie ma w niej niczego zaskakującego. Żaden z zaproszonych wokalistów nie wyszedł ze swojej strefy komfortu, nikt nie postarał się, żeby w nawet najdrobniejszy sposób zrobić coś nieoczywistego. Najlepiej słychać to w Zmierzchu z Kwiatem Jabłoni. To po prostu ich piosenka z troszkę innym aranżem. Jak pojawia się Król, to wiadomo, że muszą być syntezatory. Proste? Ach, zapomniałbym, pojawia się zza grobu Kora. Popkulturowa nekrofilia w pełnej krasie.

Wszystko może byłoby mniej bolesne, gdyby Miuosh nie dorabiał do tego szumnej ideologii. Gdyby nie twierdził, że razem ze Śląskiem tworzą nową, ale zakorzenioną w tradycji muzykę regionu. Zastanawiam się, czy poza Zespołem Pieśni i Tańca, region nie ma nic do zaprezentowania? Nie ma kapel, nie ma instrumentalistów? Zresztą, jaka to jest przełomowość, kiedy po podobne tropy sięgał 9 lat temu Donatan na Równonocy, kiedy mnóstwo jest albumów, na których popowe piosenki odgrywają orkiestry symfoniczne. A przecież można wplatać w muzykę rozrywkową czy alternatywną motywy oparte na tradycji na dużo ciekawsze sposoby. Pisałem o tym tyle razy, że nie widzę sensu w powtarzaniu się. Zostawię tylko link.

Taki album zdarza się raz na milion lat? Bardzo bym sobie tego życzył, ale obawiam się, że nastąpi wysyp podobnych potworków. Zresztą, album najlepiej podsumował sam autor w wywiadzie dla Wyborczej: W naszym kraju w ciągu ostatnich 25 lat zauważalna jest tendencja, żeby z kultury czy dziedzictwa robić cepelię. Mnie nie pozostaje nic innego, jak tylko się z nim zgodzić.

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Daleko od domu


Piękna historia zaśpiewana pięknym głosem.

Ana Arsuaga jest baskijską artystką mieszkającą w Bilbao. Pod swoim własnym nazwiskiem maluje obrazy. jako Verde Prato interpretuje baskijskie piosenki (nie tylko, ale nie uprzedzajmy faktów) świeckie i religijne. Robi to jak łatwo się domyślić - inaczej raczej bym o nie pisał - w sposób bardzo nieortodoksyjny.

Kondeira eder hura czyli po po baskijsku Ta piękna historia jest opowieścią o chłopaku opuszczającym rodzinną wioskę. To doświadczenie bardzo powszechne wśród Basków, narodu migrantów, którzy tłumnie opuszczali górskie wsie w poszukiwaniu lepszego życia. Ana opowiada ją z różnych perspektyw. Jest tu pieśń matki, ojca, siostry, brata, przyjaciół. Przechodzą płynnie jedna w drugą - od matki wyprawiającej syna w drogę, życzącej mu spotkania odpowiedniej dziewczyny przez ojca, który dzieli się z synem swoimi własnymi doświadczenia, aż po śmierć seniora rodu. Każda - jeśli Google Translate niczego nie przekłamał - wywiedziona z tradycji, operująca tradycyjną melodią. Na samym końcu Ana zmienia baskijski na kastylijski, ale raczej nie robi dlatego, żeby podkreślić utratę tożsamości przez głównego bohatera. Z tym wykorzenieniem Baskowie zmagali się przez lata i zmagają do dziś.

Ana piosenki zanurza w pogłosach, jakby nagrywała w kościele albo jaskini. A może na szczytach Pirenejów. Nadaje to im mistycznego i mitycznego charakteru. Wskazuje, że Ana opowiada nie o konkretnych osobach, ale archetypach, doświadczeniach wspólnych dla większości baskijskich rodzin. Dlatego najważniejszy jest tu głos. Ana śpiewa na tle bardzo oszczędnych, skromnych partii syntezatorów i automatu perkusyjnego, czasem pojawi się klaskanie. gdzieś w tle przemknie harfa. Czasem zaśpiewa a capella. A głos ma naprawdę wyjątkowy. Niezwykle plastyczny, z łatwością przechodzi z altu w sopran, trochę przypomina Antoninę Nowacką, tak samo ślizgają się po dźwiękach. Podobnie jak Polka uwielbia wokalizy bez słów. Z drugiej strony przywodzi mi na myśl Zosię Hołubowską i jej Mala Herbę, choć to muzyka dużo delikatniejsza, spokojniejsza, ale tak samo łącząca tradycyjny śpiew z elektroniką. Najbardziej jednak ta szkieletowość przypomina wspólny album Liny i Raula Refree, dekonstruujący podobnymi środkami portugalskie fado.

Kondeira eder hura wpisuje się w szerszy ruch modernizacji iberyjskiej tradycji. Można ją postawić obok płyt Marion Cousin z reinterpretacjami folkloru Balearów i Estremadury z jednej strony, a Rodrigo Cuevasem tworzącym fantazyjne opowieści na podstawie pieśni i melodii z Asturii (przy sporym udziale Raula Refree). Nie trzeba jednak być specem od folkloru, by docenić twórczość Verde Prato. To po prostu uniwersalnie piękna muzyka.

A już tak zupełnie na marginesie. Trafiłem na jej cover Ostatniej niedzieli zaśpiewany bardzo łamanym polskim. Niestety, nie odpowiedziała na pytanie, dlaczego postanowiła zabrać się za ten nasz klasyk.