Swój własny ból oraz nieszczęście Tuaregów za pomocą gitar elektrycznych wygrywają kolejne pokolenia muzyków. Wygrywający solówki gitarzysta staje się jednocześnie bardem, strażnikiem pamięci i rzecznikiem tuareskiej sprawy. Poważanym u siebie i słuchanym w świecie. Najwyżej ten sztandar od kilku lat niesie Mdou Moctar, książę Sahary, który miesiąc temu wydał Funeral For Justice, a ja o tym albumie piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.
Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desert rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desert rock. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 4 czerwca 2024
piątek, 27 maja 2022
Gitary z Sahary
Gdzie bije teraz serce muzyki gitarowej? Pewnie powiecie, że w Wielkiej Brytanii, gdzie kwitnie postpunk pod postacią: Black Country, New Road, Squid czy Black Midi. Prawdziwa rewolucja dzieje się jednak gdzie indziej. Na Saharze i w Sahelu. Na potańcówkach, ogniskach i weselach.
wtorek, 25 maja 2021
Tak wygląda przyszłość rocka
poniedziałek, 19 września 2016
Historyczne graffiti
Z poprzedniego koncertu Yawning Man w Polsce pamiętam miejsce - wrocławską piwnicę Od zmierzchu do świtu - i że był to straszliwie gorący dzień. Pamiętam też, że koncert bardzo mi się podobał i to, że Mario Lalli nie dojechał do Europy. Sięgam po swoją relacją z tamtego koncertu - grali Rock formations i bas był za głośno.
Te dwie rzeczy zgadzają się z tym, co działo się w Chmurach. Też zagrali Rock formations i też bas momentami przytłaczał wszystko. Zapamiętam jednak przede wszystkim pejzaże, jakie malowali dźwiękami. Kolorowe, jasne, pełne słońca, jak ich rodzinna pustynia. Zapamiętam, że w końcu usłyszałem przepiękny Catamaran, który najbardziej znany jest z wersji Kyussa.
***
Do Warszawy Amerykanie przyjechali promować swój najnowszy album, Historical Graffiti, będący zapisem wyjątkowej sesji. W legendarnym studiu ION w Buenos Aires do Yawning Mand dołączyli muzycy na co dzień zajmujący się tangiem. Skrzypce, bandoneon i melotron dodają nowego wymiar gitarowej muzyce tria Arce-Lalli-Stinson (które zresztą na obecnej trasie rozrosło się do kwartetu). Oczywiście, to tylko dodatki, nadal Yawning Man można rozpoznać po charakterystycznym, miękkim, rozmytym oraz po niespiesznych tempach, które podkreśla gra basu.
30 lat improwizowania wyraźnie procentuje na Historical Graffiti. Nie ma tu miejsca na nudę, a to przecież trudne zadanie, bo Yawning Man grają bardzo ilustracyjnie. Potrafią jednak utrzymać uwagę, a gdy tylko wkradają się cienie monotonii, szybko reagują wprowadzając nowe wątki w utwory.
Najbardziej cieszą The Wind Cries Edalyn i kompozycja tytułowa, w których najbardziej słychać argentyńskich gospodarzy. W nich też najbardziej słychać, że Yawning Man mogliby grać tak bez przerwy, bez końca oddając hołd kalifornijskiej pustyni.
środa, 26 sierpnia 2015
Wersja demo
Do pomysłów wydawania demówek, szkiców, czy niedokończonych nagrań mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony często jest to skok na kasę, zapełnienie cyklu wydawniczego, wywiązanie się z kontraktu, czy próba zarobienia na nieżyjącym muzyku. Z drugiej - fantastyczny wgląd w warsztat pracy muzyka. Liczne demówki, rozmaite wersje pokazuję, ile pracy i wysiłku trzeba włożyć, by stworzyć kompletny utwór. Że to częsta droga na oślep. Słuchając ich można spróbować zrozumieć proces twórczy, ale i mocno się rozczarować, gdy demówka wzbudza więcej emocji niż finalny produkt. Fascynujące jest także przywiązanie do utworów, które mogą wyjść na światło dzienne nawet kilka dekad po napisaniu (vide Neil Young i jego ciągłe buszowanie we własnych archiwach).
Najnowsza kompilacja dem Marka Lanegana, Publishing Demos: 2002 pokazuje muzyka w procesie przejście od bardziej tradycyjnego, bluesowego grania do elektrycznego, narkotycznego rocka. Miniaturka Grey Goes Black na głos i gitarę wypłynęła dekadę później na Blues Funeral w postaci pełnokrwistej piosenki, napędzanej automatem perkusyjnym z dyskotekowym posmakiem. Jeszcze ciekawiej sprawa się ma z największym przebojem Lanegana, Metamphetamine Blues. Pierwotnie zatytułowany When It's in You, mógł spokojnie pojawić się na wczesnych płytach wokalisty (albo na Dust Screaming Trees). Ciepłe brzmienie, bogata aranżacja z delikatnymi echami grunge'u w niczym nie przypomina wersji, która ukazała się dwa lata później na Bubblegum. Został tylko fantastyczny refren ze słowami "I don't want to leave this heaven so soon". Wszystko inne się zmieniło. Lanegan nie śpiewa delikatnie, lecz charczy swoim barytonem, jakby to było jego ostatnie nagranie; tekst stał się jeszcze bardziej gorzki. A piosenka zmieniła się z bluesowej ballady w majstersztyk prosto z Palm Desert. Zapiaszczone brzmienie, świdrująca gitara, metaliczna perkusja. Zupełnie inna jakość. Jedyne, czego szkoda z When It's in You to powtarzający się motyw pianina. Zresztą sami posłuchajcie:
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Świat 2013: miejsca 25-21
25. Matana Roberts - "Coin Coin Chapter Two: Mississippi Moonchile"
Amerykańska saksofonistka kontynuuje dzieło życia. Zanurza się przeszłości swojej rodziny przybyłej do Ameryki na jednym ze statków niewolniczych. U podstaw leżą spirituale, blues, wczesny jazz przede wszystkim free. Frapujące.
24. Land of Kush - The Big Mango
Sam Shalabi, montrealski gitarzysta, zamienił Kanadę na Kair. Akurat w czasie arabskiej wiosny. Nic dziwnego, że jego nowe miasto zainspirowało najnowszy album jego orkiestry. Choć początek "The Big Mango" (to jeden z przydomków egipskiej stolicy) zmierza w stronę awangardy i może odstraszać, to począwszy od przebojowego "The Pit" z tej magmy zaczynają wyłaniać się fantastyczne, łączące Egipt z Montrealem piosenki.
23. Yasmine Hamdan - "Ya nass"
Najpierw przez kilka lat cisza, a potem dwa albumy rok po roku? Nie ma tak dobrze, "Ya nass" to odświeżona wersja solowego debiutu Yasmine z 2012 roku. Wydana na rynki międzynarodowe. Poza tym nic się nie zmieniło. Hamdan rozwija tropy jeszcze z czasów Soap Kills. Delikatny elektropop miesza się z akustycznymi brzmieniami, a nad nimi panuje zmysłowy Libanki snującej swoje opowieści. Oczywiście po arabsku.
22. Esmerine - "Dalmak"
Kolejni przedstawiciele Constellation Records i kolejni ze wschodnimi ciągotami. Montrealski kwartet w 2012 roku przeniósł się na sześć miesięcy do Stambułu, tam dokooptowali drugą czwórkę lokalnych muzyków i już w oktecie nagrali "Dalmak". Tytuł to niejedyne tureckie odniesienie, muzyka na tym albumie łączy wschodnią melancholię i tradycję z zachodnim minimalizmem, tworząc spójną i niezwykle obrazową całość.
21. Arctic Monkeys - "AM"
Przemiana w lżejszą wersję Queens of the Stone Age rozpoczęta w 2009 roku trwa. Alex Turner przejął teraz od Josha Homme'ego jeszcze seksapil i uwodzicielstwo. Cięte riffy, noc i pustynię zakosili mu już wcześniej. Owszem, wracają tu trochę do swojej indie-brytyjskości, na szczęście tylko incydentalnie, bo to najsłabsze momenty "AM". Najciekawiej robi się za to, gdy bez kompleksów rzucają rękawicę swoim mistrzom. I wychodzą z tego pojedynku zwycięsko, nie tylko z powodu mizerii "...Like Clockwork".
Amerykańska saksofonistka kontynuuje dzieło życia. Zanurza się przeszłości swojej rodziny przybyłej do Ameryki na jednym ze statków niewolniczych. U podstaw leżą spirituale, blues, wczesny jazz przede wszystkim free. Frapujące.
24. Land of Kush - The Big Mango
Sam Shalabi, montrealski gitarzysta, zamienił Kanadę na Kair. Akurat w czasie arabskiej wiosny. Nic dziwnego, że jego nowe miasto zainspirowało najnowszy album jego orkiestry. Choć początek "The Big Mango" (to jeden z przydomków egipskiej stolicy) zmierza w stronę awangardy i może odstraszać, to począwszy od przebojowego "The Pit" z tej magmy zaczynają wyłaniać się fantastyczne, łączące Egipt z Montrealem piosenki.
23. Yasmine Hamdan - "Ya nass"
Najpierw przez kilka lat cisza, a potem dwa albumy rok po roku? Nie ma tak dobrze, "Ya nass" to odświeżona wersja solowego debiutu Yasmine z 2012 roku. Wydana na rynki międzynarodowe. Poza tym nic się nie zmieniło. Hamdan rozwija tropy jeszcze z czasów Soap Kills. Delikatny elektropop miesza się z akustycznymi brzmieniami, a nad nimi panuje zmysłowy Libanki snującej swoje opowieści. Oczywiście po arabsku.
22. Esmerine - "Dalmak"
Kolejni przedstawiciele Constellation Records i kolejni ze wschodnimi ciągotami. Montrealski kwartet w 2012 roku przeniósł się na sześć miesięcy do Stambułu, tam dokooptowali drugą czwórkę lokalnych muzyków i już w oktecie nagrali "Dalmak". Tytuł to niejedyne tureckie odniesienie, muzyka na tym albumie łączy wschodnią melancholię i tradycję z zachodnim minimalizmem, tworząc spójną i niezwykle obrazową całość.
21. Arctic Monkeys - "AM"
Przemiana w lżejszą wersję Queens of the Stone Age rozpoczęta w 2009 roku trwa. Alex Turner przejął teraz od Josha Homme'ego jeszcze seksapil i uwodzicielstwo. Cięte riffy, noc i pustynię zakosili mu już wcześniej. Owszem, wracają tu trochę do swojej indie-brytyjskości, na szczęście tylko incydentalnie, bo to najsłabsze momenty "AM". Najciekawiej robi się za to, gdy bez kompleksów rzucają rękawicę swoim mistrzom. I wychodzą z tego pojedynku zwycięsko, nie tylko z powodu mizerii "...Like Clockwork".
czwartek, 8 kwietnia 2010
Polecanki #2
W dzisiejszym wydaniu polecanek trochę rzeczy tegorocznych, trochę rzeczy starszych
ALO - Man of the World
Rzecz z lutego, ale bardzo, bardzo wiosenna, nawet letnia. Trochę rozleniwiona, trochę energetyzująca, błoga, hawajska, przyjemna i delikatna. Tylko ten Jack Johnson niepotrzebny. A, początek "Suspended" brzmi totalnie jak początek "60 Feet Tall" Dead Weather.
ALO - Man of the World
Rzecz z lutego, ale bardzo, bardzo wiosenna, nawet letnia. Trochę rozleniwiona, trochę energetyzująca, błoga, hawajska, przyjemna i delikatna. Tylko ten Jack Johnson niepotrzebny. A, początek "Suspended" brzmi totalnie jak początek "60 Feet Tall" Dead Weather.
Murder by Death - Good Morning, Magpie
Tym razem zrezygnowali z koncept albumu, ale muzyka nadal ta sama, czyli americana z mocniejszym uderzeniem i wokalistą a la Johnny Cash. No, może jest troszkę mniej ponuro.
Staff Benda Bilili - Tres Tres Fort
Nie od dziś wiadomo, że Afrykanie to twardziele. Dziwnym więc nie jest, że te ziomki to chorzy na polio, poruszający się na specjalnych wózkach. Kozaki z nich może nie aż takie, jak FDR, ale jednak. Mimo że Afryka, to przede wszystkim słuchać u nich Kubę w wydaniu najlepszym, czyli Buena Vista Social Club. Do tego trochę Afryki i rootsowego reggae. Kto nie posłucha, ten bej.
Brant Bjork - Gods & Goddesses
Już samo nazwisko powinno wystarczyć za odpowiednią polecankę, ale nie żyjemy w świecie idealnym. Co my tu mamy w takim razie? Szczypta hipisowskiego rocka, dużo piaszczystej, kalifornijskiej pustyni, trochę space rocka, sporo pogłosu. I charakterystyczny, niepodrabialny groove BB.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













