Pokazywanie postów oznaczonych etykietą world. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą world. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 kwietnia 2021

Podróż na południe

Zapomnieć o 10 urodzinach jednej z płyt życia, no nieźle. Chyba tylko ja to potrafię. Niewielką pocieszeniem jest fakt, że Jeremy Barnes i Heather Trost też chyba o niej zapomnieli.

10 lat temu napisałem o Cervantine. To nie jest album, który odkryłem po czasie, zachwycił od razu. Choć z perspektywy czasu tamta recenzja jest nieporadna, zbyt skrótowa, to głównych myśli nie zmieniłbym i dziś. Wtedy podskórnie wiedziałem, co w muzyce A Hawk and a Hacksaw zachwyca mnie najbardziej. To ten kolor sepii, nostalgia i pewna bezczasowość. Zdjęcie sprzed kilkunastu dziesięcioleci, świadectwo świata, którego już nie ma.

Oczywiście, to wszystko tylko sztuczne konstrukty, sam od dawna piszę, że muzyki nie da się zamknąć w ramach, że ona musi być żywa, musi się zmieniać. Akordeon był nowością, która miała zniszczyć charakter muzyki tradycyjnej, tak jak kilkadziesiąt lat później keyboard. Barnes i Trost też to doskonale wiedzą. To, co prezentują to nieprawdziwy obrazek (bo też i nie mają takich folklorystycznych ambicji), ale zbudowany na bardzo solidnych podstawach. Na Cervantine doprowadzili go do perfekcji, a ona stała się punktem wyjścia do dalszych podróży.

Zmierzali w tym kierunku - na południe - od samego początku. Czerpali z muzyki bałkańskiej (i środkowoeuropejskiej), zamieszkali w Budapeszcie, uczyli się od tamtejszych muzyków, jeździli po Bałkanach, puszczali oko do Imperium Osmańskiego i Grecji. Choć Jeremy ciągle śpiewał po angielsku w tych coraz rzadszych momentach, kiedy stawał przed mikrofonem. Tutaj takie momenty są dwa, ale śpiewa obdarzona niesamowicie plastycznym głosem Stephanie Hladowski, która brzmi, jakby nagrano ją na początku XX wieku w Smyrnie albo Konstantynopolu. Jakby dzieliła kawiarniane sceny z Rozą Eskenazi albo moją ukochaną Mariką Papagiką. Tak się dzisiaj nie robi. A ona tak wykonuje Uskudar, piosenkę-symbol jednoczący całe Bałkany i będący przedmiotem odwiecznych sporów. I robi to po grecku, wybór kontrowersyjny i odważny, bo najbardziej znany jest tekst turecki. Mana Thelo Enan Andra jest z kolei popisem jej brata, Chrisa, którego bouzouki kieruje wszystko w stronę rebetiko. Niekoniecznie tego kawiarnianego, nie ma tu tej ciasnoty, jest przestrzeń. To muzyka otwartych przestrzeni, widoków na morze i góry. Jak w Grecji.

Do tej Grecji, która dominuje, Barnes i Trost dodają szczyptę Hiszpanii i swojego rodzinnego Nowego Meksyku. Jednoznacznie wychodzą poza Europę Południowo-Wschodnią, ale przecież krajobrazy Andaluzji, okolic Albuquerque i Krety czy Cypru nie są tak bardzo różne. Uciekają z szufladki kolejnego amerykańskiego zespołu, który chce grać jak Bregović, Kusturica albo Boban Marković. Nie, oni zawsze dodawali wiele od siebie, czerpali chociażby z psychodelicznego folku spod znaku New Weird America. Tutaj tworzą świat, w którym Via Egnatia zahacza o Kordobę i Santa Fe.

Dlatego można potraktować Cervantine jako muzykę drogi. Ten motyw powtarza się w ich muzyce, na Forest Bathing z 2018 roku chyba najsilniej. Podróżują także w czasie, utwory brzmią jak pocztówki z przeszłości (ale mniej tu mityczności i baśniowości niż na You Have Already Gone to The Other World), trzeszczą jak stary szelak, mam wrażenie, jakbym wchodził do wnętrza starej płyty. To podróż pełna wrażeń. Od nawałnicy jaką jest No Rest for the Wicked po czyste niebo i widok na upstrzone wyspami Morze Egejskie w The Loser. To chyba też ucieczka przed rzeczywistością, przynajmniej dla mnie. Przypomina o tych wszystkich razach, kiedy byłem na południu Włoch, Dalmacji, Cyprze, Grecji, ten jeden raz w Stambule, który przebijał niebo minaretami Hagi Sophii i Błękitnego Meczetu. Każdą podróż na południe, każdą podróż za słońcem.

wtorek, 30 marca 2021

Szwedzko-senegalska współpraca na miarę XXI wieku

Wszystko zaczęło się na początku 2018 roku, gdy Karl-Jonas Winqvist, szwedzki muzyk i wydawca, spędził kilka tygodni w senegalskim Toubab Dialaw, położonym mniej więcej godzinę drogi samochodem od Dakaru. Dawna rybacka osada jest dziś miejscem, w którym kwitnie środowisko artystyczne. Tam, w ciągu jednego, marcowego tygodnia Winqvist grał improwizowane sesje z muzykami poznanymi za pomocą Arouny Kanego, lokalnego producenta i właściciela studia. Po powrocie do Sztokholmu Karl-Jonas zrekrutował swoich szwedzkich kolegów i koleżanki, by dograli się do istniejącego już materiału. Następnie, razem z Kanem pracowali nad szlifowaniem całości, wysyłając sobie materiały WhatsAppem, popularnym komunikatorem internetowym.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o fenomenalnym Wau Wau Collectif.

niedziela, 6 maja 2018

A Hawk and a Hacksaw - "Forest Bathing"



Tytułowe “leśne kąpiele” to angielskie tłumaczenie japońskiego terminu “shinrin-yoku”, leczniczego przebywania w lesie, cyklicznego odpoczynku od cywilizacji. W taką właśnie podróż, na (nomen omen) obrzeża Europy po raz kolejny wyruszają Jeremy Barnes i Heather Trost.

O ile pierwsze płyty A Hawk and a Hacksaw wyrastały z nurtu “New Weird America”, to zawsze była w nich obecna fascynacja Bałkanami, która swoją pełnię osiągnęła na Cervantine sprzed siedmiu lat. Na nim Barnes i Trost zapuścili się najdalej w pachnące rozmarynem, skąpane zachodzącym słońcem góry Grecji.

Bezczasowość, czy może właśnie pozaczasowość była leitmotivem ich kolejnej płyty, You Have Already Gone to The Other World, będącej ich interpretacją ścieżki dźwiękowej do Cieni zapomnianych przodków Siergieja Paradżanowa. Słoneczne Bałkany ustąpiły mroźnym krajobrazom Karpat, wschodnioeuropejskim melodiom. Zamiast Stambułu i Salonik - Jasina i zimne wody Czeremoszu.

W czasie pięcioletniej przerwy Barnes i Trost wcale nie milczeli. Zajmowali się nagrywaniem muzyki do filmów, gier, seriali. Wydali też solowe płyty, na których dość daleko odchodzili od tego, co robili w duecie - Heather bawiła się dronami i południowoeuropejską psychodelią z lat 70., Jeremy instrumentalnymi, surrealistycznymi pochodami z Johnem Dieterichem i kasetowymi poszukiwaniami. Razem prowadzili wytwórnię, L.M. Dupli-cation. Z każdego tego doświadczenie czerpie Forest Bathing, pojawiają się na niej nie tylko echa ich pozazespołowych poszukiwań, ale także goście - wspomniany już John Dieterich z Deerhoof, Cuneyt Sepetci, cymbalista Unger Balazs czy Lone Pinon. Wszyscy to podopieczni L.M. Dupli-cation.

Muzyka na Forest Bathing jest poza czasem - tradycyjne instrumenty współbrzmią z syntezatorami i to takimi brzmiącymi bardzo współcześnie, jak w Bayati Maqam, ale też bardzo retro, jak w A song for Old People/A song for Young People. Czy jest poza przestrzenią? I tak. i nie. Jest, bo nie sposób przyporządkować do jednego miejsca, wpływy, strzępki melodii przenikają się i przeplatają. Nie jest, bo można ten region, w którym się zdefiniować - to tereny na południe od Karpat, przez Węgry, Bałkany aż do Krety i Stambułu, i momentami Iranu, najmocniej słyszalnym w santurze wybrzmiewającym na początku i końcu albumu. Jednak nigdzie nie zostają dłużej, nie grają tradycyjnych melodii, tylko czerpią z tego bogactwa stylów i gatunków, by zbudować własną, autorską wypowiedź.

Jeszcze silniej niż na poprzednich płytach muzycy zaznaczają wątek podróży. W zasadzie można powiedzieć, że Forest Bathing to album drogi. Zapis wędrówki po bezdrożach, zarośniętych, zapomnianych ścieżkach (A Broken Road with Poplar Trees), po górskich halach (The Shepherd Dogs Are Calling). A może to wyprawa kupiecka zdążająca z Kopriwszticy na południe, do Konstantynopola. Może nawet do Bagdadu z czasów świetności? W końcu ani czas, ani przestrzeń nie są dla nich żadną przeszkodą.

Takie mam wrażenie, słuchając Bayati Maqam kończącego płytę. (Na marginesie, AHAAH mają rękę do końcówek albumów, wystarczy wspomnieć przejmujące Lassu z Delivrance czy On the River Cheremosh z You Have Already Gone to the Other World). To przecież dźwiękowy obraz zbliżania się do najwspanialszego miasta świata, które oszałamia swoim przepychem.

Forest Bathing dokumentuje także podróż samych muzyków i podsumowuje ostatnie kilkanaście lat ich fascynacji muzyką z Środkowej i Południowej Europy, wzbogaca ją o kolejne wpływy. Teraz mogą już zagrać wszystko.


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Melodie mają dialekty - wywiad z Xylouris White



Dzisiaj wyciągam coś z archiwów. Druga płyta duetu Xylouris White, Black Peak to jeden z moich ulubionych zeszłorocznych albumów, a ich koncert na Unsoundzie był jednym z najlepszych, jakie widziałem w 2016 roku. Właśnie przed krakowskim występem udało mi się porozmawiać z tym nietypowym duetem kreteńskiego lutnisty i australijskiego perkusisty. Wygrzebuję tę rozmowę z szuflady na miesiąc przed ich kolejnym koncertem w Polsce.

Może to banalne pytanie, ale jak się spotkaliście?

Jorgios Xylouris: Poznaliśmy się bardzo dawno temu. W Melbourne, 27 lat temu. Grałem tam koncert razem z zespołem mojego ojca (Psarantonisa, legendarnego kreteńskiego wirtuoza liry - przyp. mój). Tak poznałem Jima. A potem na początku lat 90. mieszkałem w Australii i utrzymywałem kontakt z Jimem, który wtedy zaczynał grać z Dirty Three. Zagrałem z nimi kilka koncertów jako gość. Potem wróciłem na Kretę, Jim przeprowadził się do Stanów. Kilka lat temu odwiedził nas, pograliśmy trochę, nagraliśmy trochę muzyki i tak się to zaczęło cztery lata temu.

Wspólnie tworzycie muzykę?

Jorgios: Od dwóch i pół roku sporo ze sobą graliśmy, każdy z nas przynosi swoje pomysły. Jim zagra coś, ja coś zagram. Zbieramy pomysły, a potem o nich rozmawiamy.

Jak dużo wasza muzyka zawdzięcza kreteńskiej tradycji?

Jorgios: Niektóre nasze melodie są oparte na muzyce tradycyjnej, inne nie. Słuchamy dużo starych nagrań kreteńskiej muzyki, nawet tych najstarszych, z początku XX wieku. Wychowałem się na tej muzyce, gram ją całe życie, ale Jim przenosi ją w inną przestrzeń. Dajemy sobie możliwość głębokiego wejścia w muzykę, poszukiwania i rozwijania brzmienia i utworów.

Na Goats, waszej pierwszej płycie prawie w ogóle nie śpiewasz, w przeciwieństwie do Black Peak.

Jorgios: Nie chciałem się powtarzać, a śpiewanie dało mi możliwość wyrażania siebie inaczej i podążenia w innym kierunku.

Jim White: Poza tym, gdy graliśmy razem po raz pierwszy, nie byliśmy pewni, jak to wyjdzie instrumentalnie, prawda George? Śpiewanie pojawiło się naturalnie i dlatego pojawiło się na Black Peak.

Moim zdaniem Black Peak jest mroczniejszą plytą niż Goats.

George: Tak jest.

Dlaczego?

George: Chcesz wiedzieć dlaczego?

Tak.

Jim: Wiesz, mnie wydaje się, że nie do końca o to chodzi. W pewnym sensie jesteśmy na niej bardziej skupieni, ale to jednocześnie dynamiczniejsza płyta. Nawet jeśli nie jest mroczniejsza, jak to określiłeś, na pewno jest odrobinę cięższa. To wynika z tego, że dużo gramy, prezentujemy się przed bardzo różnymi publicznościami, mamy czasem bardzo mało czasu, żeby je do siebie przekonać. Dlatego nasza muzyka stała się bardziej zwarta. Forging była jedną z pierwszych piosenek, które napisaliśmy na Black Peak i w pewnym sensie ustawia całość. Muzyka odzwierciedla nasz stan w momencie pisania utworu. Nie nagrywania, nagrywanie nie jest częścią tworzenia. Możemy nagrywać w zasadzie wszędzie, bo jest nas tylko dwóch. Nie postanowiliśmy, że nagramy mroczniejszą płytę. Muzyka jest na pierwszym miejscu, a dopiero później rozmowy o niej. I nie zawsze są ze sobą związane. Dla ciebie Black Peak może być mroczniejsza, bo tak czujesz, ale to niekoniecznie odzwierciedla prawdę. No ale taka jest praca dziennikarzy, opisywanie muzyki.





Jorgios, dlaczego zdecydowałeś się na teksty Mitsosa Stawrakakisa?

Jorgiis: Po pierwsze dlatego, że lubię Mitsosa i jego wiersze. Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi, pracujemy razem, znamy się od bardzo dawna. Poza tym on ma wizję swoich tekstów, które są bardzo metaforyczne. Dzięki temu daje dużo miejsca na interpretację.

Rozmawiacie o tekstach?

Jim: Rozmawiamy. Ja nie mówię po grecku, ale George opowiada mi, o czym śpiewa. Jeśli więc nie kłamie, to znam teksty.

Jorgios: (śmiech)

Jim: Jeśli dobrze rozumiem, wiele z nich jest opartych na systemie piętnastosylabowych kupletów. Zresztą George miesza teksty, wymienia wersy podczas śpiewania. Czasem gramy piosenkę i George śpiewa zupełnie inne wersy. Pytam się go, dlaczego, a on mi odpowiada, że to w sumie ta sama piosenka, ale tym razem woli taki tekst. Piosenka egzystuje oddzielnie od tekstów, ale jeśli wszystko dobrze rozumiem, wiersz Mitsosa pasują do naszej muzyki. Tak przynajmniej rozumiem je z tłumaczeń George'a.

Śpiewasz także fragment Erotokritosa, słynnego kreteńskiego poematu.

Jim: Mitsos nie napisał tych słów, nie jest aż tak stary. (obaj się śmieją).

Jorgios: Mitsos jest jednocześnie i młody, i stary, ale masz rację, nie aż tak.

Jim: To z jakiego czasu pochodzi ten poemat?

Jorgios: Z XVI wieku.

Jim: I jeszcze opowiada o przeszłości.

Jorgios: Tak, o tym jak się to zaczęło.

Jim: Składa się z 20 tysięcy wersów. (Tak naprawdę jest ich dwa razy mniej - przyp. mój)

Jorgios: My śpiewamy dziesięć. Erotokritos ma wiele wersji w różnych regionach Krety. Wielu ludzi zna go na pamięć i do tej pory wykonuje w całości.

Jim: Naprawdę znają go na pamięć?

Jorgios: Oczywiście. Dawno temu ludzie wymawiali te słowa na różne sposoby. Właśnie tak, słowa były te same, ale wymowa różna. To dlatego, że siedzieli w górach i nie mieli za dużo kontaktu z miastowymi. Ludzie zbierali się wokół ogniska. To byli przede wszystkim pasterze, którzy całe sezon letni spędzali w górach. Słuchanie Erotokritosa było jedną z ich niewielu rozrywek. Wędrowni śpiewacy chodzili od mitato do mitato, czyli szałasów pasterzy.

Jim: Czyli to było coś w rodzaju profesji?

Jorgios: W pewnym sensie. Nie robili tego dla pieniędzy, a bardziej dla przyjaciół i społeczności. Erotokritos jest niczym Biblia dla kreteńskiego dialektu.




Próbowałeś zaśpiewać go kiedyś w całości?

Jorgios: Nie, nie. To by nam zajęło ze 30 płyt. Każdy muzyka na Krecie wybierał część Erotorktiosa, w której chciał się specjalizować i śpiewał ją na melodię z różnych regionów Krety. Wiesz, melodie też są jak mowa, mają swoje dialekty.

A ty śpiewasz Erotokritosa na jaką melodię?

Jorgios: Bardziej wschodnią. Bazuję na tym stylu, ale robię to po swojemu.

Dlaczego zdecydowaliście się, żeby to Guy Picciotto nagrywał wasze płyty?

Jim: Graliśmy koncert niedaleko jego domu, a potem chcieliśmy coś nagrać, więc się z nim umówiliśmy i nagraliśmy u niego. Ujęły nas jego wrażliwość i zaangażowanie. Dużo rozmawiamy o nagraniach i nagrywaniu, pomaga nam wybrać dobre pomysły. Jest zdecydowanie kimś więcej niż tylko inżynierem dźwięku. Uwielbiamy z nim pracować, więc po prostu to robimy.

Prawie ciągle coś nagrywacie, więc pewnie macie dużo niewykorzystanych nagrań.

Jim: To prawda.

Na jakiej podstawie wiecie, że muzyka lub nagranie jest już gotowe?

Jim: Dobre pytanie. George, to dla ciebie (śmiech).

Czasem jest to zupełnie oczywiste, po prostu czujemy, że to już. Czasem wynika to z tego, że dana wersja bardziej pasuje do reszty płyty. Gramy dużo w studio, więc mamy z czego wybierać. Lubimy nagrywać, bo możemy wrócić do starszych wersji i sprawdzić, czy sprawdzają się teraz. Lubimy tez sprawdzać, jak zmieniły się pomysły, jak ewoluowały. Czasem nagrywamy piosenkę wielokrotnie. Na naszej pierwszej płycie jest utwór, który nagraliśmy szesnaście razy, ale wiele jest takich, które udają się za pierwszym podejściem. George, chcesz coś dodać?

Jorgioa: Nie, w zupełności się z tobą zgadzam.

Kto ma ostatnie słowo? Kto podejmuje ostateczną decyzję?

Jim: My obaj.

poniedziałek, 12 września 2016

Le pays des Grands Froids



Kanada to lepsza wersja Stanów Zjednoczonych, pozbawiona ich wad. Nie ma powszechnego dostępu do broni palnej, jest publiczna i darmowa służba zdrowia, premier Justin Trudeau wydaje się całkowicie odmienny od amerykańskich polityków. Kanada ma też świetną scenę muzyczną, hojnie wspieraną przez władze państwowe, które potrafią łożyć nawet na takie zespoły jak Fucked Up. Muzyka z kraju klonowego liścia to nie tylko Neil Young, Bryan Adams, Arcade Fire, czy Japandroids. Bardzo dużo dzieje się na mniejszą skalę. Tę różnorodność i żywotność stara się pokazać warszawski minifestiwal Canada vs Poland. W zeszłym roku impreza trwała dwa dni, w tym wystąpią cztery zespoły, każdy z innej bajki. 

Mnie jednak brakuje dość ważnego elementu tej układanki pod nazwą "kanadyjska muzyka alternatywna". Zresztą brakuje go nie tylko na tej imprezie, ale po prostu w ogólnym obrazie kanadyjskiej muzyki, który dociera zagranicę. To muzyka frankofońska. Oczywiście, wszyscy znają Celine Dion, ale przecież nie o nią tu chodzi. Alternatywna muzyka po francusku z Quebecu i innych prowincji jest bardzo interesująca. Jest także zupełnie inna od muzyki anglojęzycznej. Tak inna, jak Quebec różni się od reszty kraju, czyli bardzo wyraźne są w niej wpływy metropolitarnej Francji. A kogo z tego kolorowego środowiska chciałbym najbardziej zobaczyć na takim przeglądzie?

Coeur de Pirate
O muzyce Beatrice Martin pisałem już w różnych miejscach (chociażby tutaj i tutaj). Zaczynała od prostych, krótkich piosenek na fortepian i głos (osiem lat temu), a dzisiaj jest jedną z największych gwiazd w Quebecu i coraz większą we Francji. Jedyne, czego szkoda to porzucenia francuskiego na rzecz angielskiego na zeszłorocznej "Roses".


Canailles
To jeden z tych zespołów, które zostawiają po sobie zgliszcza. Są nieprzewidywalni, są dzicy, są skorzy do awantur. Grają country, ale gdyby każdy grał tak, jak oni, to ja już dawno wyjechałbym na prerię zaganiać krowy.

Catherine Leduc
Debiutancka (i jak na razie jedyna) płyta Catherine Leduc, byłej wokalistki Tricot Machine, to idealna pozycja na nadchodzącą zimę. Przyznaję, że zapomniałem o niej na długi czas i wróciłem do niej, szukając ochłody w czasie sierpniowych upałów. Zadziałała bardzo skutecznie, swoimi aksamitnymi piosenkami, w których odbija się zimowy, pełen śniegu krajobraz.

Les Soeurs Boulay
Siostry Boulay to kolejny przedstawiciel mojej ulubionej kanadyjskiej wytwórni - Dare to Care/Grosse Boite. Wspominałem o nich tutaj przy okazji debiutu, ale to przy jego następcy, "4488 de l'amour" warto zatrzymać się na dłużej. Z niego pochodzi jedna z moich ulubionych kanadyjskich piosenek, "Fais-moi un show de boucane", która porywa już od pierwszych dźwięków akustycznej gitary.

Safia Nolin
Taki głos to skarb, a dwudziestoczteroletnia Safia Nolin, wie, jak z niego korzystać. Wokół niego plecie wyciszone, akustyczne piosenki.

Pierre Kwenders
Pochodzący z Konga raper był w 2014 roku jedną z sensacji w Montrealu (czego efektem bły nominacje do nagród Polaris i Juno). Zupełnie zasłużenie, bo jego debiutancki album "Le Dernier empereur bantou" porywa od pierwszych dźwięków, mieszając Afrykę z zimną Kanadą, a Pierre swobodnie przeskakuje między angielskim, francuskim, a linga i luba (jednymi z urzędowych języków Konga).

Caroline Savoie
Na tę pochodzącą z Nowego Brunszwiku wokalistkę i gitarzystkę trafiłem dzięki BRBRTFO, świetnemu kanałowi na YouTube, który dokumentuje muzykę fankofońską poza Quebekiem. Za dwa tygodnie wychodzi jej debiutancka płyta, na razie można posłuchać singla, "Aux alentours" i nagranego dla BRBRTFO "Premiere neige".

sobota, 18 maja 2013

Rewolucja nie umarła

Maciek Piasecki na łamach T-Mobile-Music w tekście o śmierci muzycznej lewicy próbuje wyjaśnić, dlaczego muzycy nie piszą już protest songów. Zgodzić można się w pełni jedynie z pierwszym słowem tytułu jego tekstu "TU już nie będzie rewolucji", ona dzieje się gdzie indziej.

Podobnie nie umarły protest songi. W tym samym czasie, gdy zawiązywał się ruch Occupy, a Londyn ogarniały zamieszki, północna Afryka i Bliski Wschód budziły się ze snu Arabskiej Wiosny. Autorytarne reżimy zostały zmiecione przez (naprawdę) masowe protesty w Egipcie, Tunezji i Jemenie. Nie wszędzie poszło tak gładko. Libijczycy w krwawy sposób usunęli Muammara Kaddafiego (co pośrednio wpłynęło na kolejne tuareskie powstanie), a Baszar Al-Assad wraz z antyrządowymi rebeliantami postanowili utopić Syrię we krwi. Wszędzie tam byli muzycy. Część z gitarami, część zamieniła je na karabiny.

Wszystko zaczęło się od samospalenia Mohameda Bouazizego, dwudziestosześcioletniego ulicznego sprzedawcy. Na to wydarzenie niemal natychmiast zareagowała mieszkająca od 2008 roku w Paryżu Emel Mathlouthi. Do Francji wyemigrowała z powodu różnych szykan ze strony reżimu, w tym zakazu emisji jej utworów w radiu i telewizji. Dzięki Internetowi jej piosenka "Kelmti Horra" stała się hymnem tunezyjskiego przewrotu. W swojej muzyce Mathlouthi łączy ciężką, trochę trip-hopową elektronikę z folkiem (nie tylko arabskim, lecz również dylanowskim) i orkiestrowymi, patetycznymi aranżacjami. W marcu ubiegłego roku, gdy rządy Ben Alego były tylko złym wspomnieniem, ukazał się debiutancki album artystki, zatytułowany, jak jej najsłynniejszy protest song. Co ciekawe, wydawcą jest francuska wytwórnia World Village, a Mathlouthi w rodzinnej Tunezji gra sporadycznie.



W Egipcie rewolucja brzmiała na więcej głosów. Najgłośniej przebijał się Ramy Essam, od samego początku biorący udział w manifestacjach na kairskim placu Tahrir. Zamieszkał tam w namiocie i dzień w dzień pisał piosenki, które potem wykonywał publicznie przynajmniej kilka razy dziennie. Najpierw po prostu wśród ludzi, następnie na prowizorycznych scenach. Jego piosenki to z jednej strony klasyka muzyki buntu w zachodnim rozumieniu, tylko na głos i gitarę, z drugiej Essam w nagraniach nie stroni od nowoczesnych brzmień, dubstepowe dropy nie są mu obce. Inną, subtelniejszą drogę obrała Youssra El Hawary niż nie przebierający w słowach i środkach gitarzysta. Jej "bronią" jest akordeon i błyskotliwe teksty. Najsłynniejszy jej utwór "El Soor" do słów Waleda Tahora odnosi się już do porewolucyjnego Egiptu i tytułowego muru oddzielającego dzielnicę rządową od reszty Kairu. Głośno również protestowali egipscy raperzy.

To tylko kilka przykładów, które absolutnie nie są wyczerpujące. Warto przy tym pamiętać, że utożsamianie arabskich protest songów jedynie z lewicą jest równie błędne co zakładanie śmierci muzyki buntu w ogóle. Obalane reżimy odwoływały się do socjalistycznych wartości i były całkowicie świeckie. W manifestacjach natomiast brali udział zarówno członkowie islamistycznych grup, jak różne frakcje lewicowe.Te protesty różniły się od wydarzeń w USA i Zjednoczonym Królestwie również tym, że na przykład Occupy Wall Street otrzymało wsparcie od części uznanych muzyków, jak Bruce'a Springsteena czy Neila Younga, to arabskie gwiazdy siedziały bardzo cicho i zabrały głos dopiero, gdy znany był już wynik starcia.



Świat arabski to tylko jeden z przykładów na fałszywość twierdzenia o śmierci protest songu. Budzi się południowowschodnia Azja, po poluzowaniu reżimu z zupełnego podziemia wyszli birmańscy punkowcy, w Afryce Subsaharyjskiej muzyka zaangażowana społecznie i politycznie przeżywa renesans, szczególnie w Mali, Nigerii i Senegalu (o czym prawdopodobnie napiszę wkrótce), o tuareskiej muzyce zaangażowanej już pisałem. Piasecki pisze "w zachodniej muzyce kończy się zatem etap, który trwał co najmniej od zaangażowanych społecznie bluesowych ballad Wielkiego Kryzysu", jednak nawet w Europie nie jest to zjawisko martwe. Owszem, w Grecji najmocniej i najgłośniej grzmiał ponad sześćdziesięcioletni Yannis Aggelakis, jednak do świadomości ogółu przebijali się z równą mocą raperzy z Soul System czy Active Member, którzy w swoich tekstach nie tylko wzywają do buntu, ale zamieszczają poważne deklaracje polityczne. W Portugalii protesty zostały częściowo zainspirowane piosenką powstałego w 2006 roku kwartetu Deolinda. Wystarczy tylko pamiętać, że świat nie kończy się na Nowym Jorku i Londynie.


czwartek, 20 września 2012

Young Magic - Melt


Dwóch Australijczyków, Isaac Emmanuel i Michael Italia, wyruszyło niezależnie od siebie ze swojej ojczyzny. Zjechali Europę, Azję i Ameryką, nagrywając muzykę i zbierając dziwne instrumenty.  Po pewnym czasie spotkali się na Brooklynie, gdzie mieszka trzeci element tej układanki, Melati Malay, również pochodząca z Antypodów.

Rok 2011 spędzili na klejeniu zebranych przez siebie dźwięków w nowe piosenki. Skoro wykorzystali technikę kojarzoną z hip hopem, piosenki na „Melt” są zbudowane na ciężkich bitach perkusji. Hip hopem to jednak nie są, bo tkane przez Young Magic na tym fundamencie dźwięki lokują się blisko Washed Out i Toro y Moi. Rozmyte, rozmarzone, senne, ale bardziej od nich rytmicznie zdyscyplinowane. Nie zawsze jednak udaje się nowojorczykom przyciągnąć uwagę, bo choć „Melt” zaczyna się od fantastycznego singla „Sparkly” i potem umieścili takie perełki jak „Night in the Ocean”, to Young Magic momentami zdają się nie mieć nic ciekawego do przekazania i tę niemoc maskują egzotycznymi instrumentami.

Łącząc chillwave z hiphopem, synth pop z muzyką etniczną, starali się wytworzyć nową jakość, która będzie pasować i dobrze opisywać zglobalizowany świat. Na razie te próby są zbyt nieśmiałe, by wynosić Young Magic na piedestał nowej muzyki świata.

Electric Nights marzec 2012