Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blues. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blues. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 kwietnia 2024

Na tropie anomalii


Na miniaturze – albo z daleka – okładkowy motyw „Anomalii” przypomina wielbłąda. Gdy jednak przyjrzeć mu się odrobinkę dokładniej, wyraźnie widać, że ta surrealistyczna kompozycja nie ma nic wspólnego z tym zwierzęciem. Poza kształtem. Zespół dopowiada jeszcze, parafrazując słowa Rene Magritte’a, że pomarańczowy owoc „to nie jest gruszka”. To wskazówka, jak odczytywać ich muzykę – nic nie jest tym, czym się wydaje. Polski Piach bezustannie prowadzi grę ze słuchaczem.

Więcej w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

 

poniedziałek, 19 marca 2018

Dźwięk podobny do deszczu


Białe łzy Hariego Kunzru można odczytywać na wiele sposobów. Zapowiadająca się jako zwykła historia o dwóch chłopakach zakochanych w muzyce z Nowym Jorkiem w tle, powieść brytyjskiego pisarza wraz z biegiem fabuły staje się krytyką amerykańskiego, systemowego rasizmu, zawłaszczenia kulturowego, pojawia się także marksowska akumulacja pierwotna i fortuny zbudowane na przemocy. Muzyka - przedwojenny blues ze starych sfatygowanych szelakowych dziesięciocalowych siedemdziesiątekósemek - jest osią i głównym medium tej opowieści. Od niej się zaczyna i na niej się kończy.

Kunzru zagłębia się w historię bluesa, jego krwawe początki i korzenie. Swoich bohaterów wysyła w tę samą podróż, w którą udaje się Matana Roberts w swojej serii Coin Coin - na Południe. To stamtąd pochodziła większość legendarnych, pierwszych bluesmanów, to tam rozgrywała się tragedia czarnej ludności. Tam na targu niewolników sprzedano przodków Roberts, o czym śpiewa w pierwszej części swojego cyklu. Kunzru głównemu bohaterowi, Sethowi, każe przeżyć niesłuszne oskarżenie o morderstwo, policyjną brutalność i wreszcie egzekucję na krześle elektrycznym. Powracający duch przeszłości, którego nieświadomie budzą postaci uzupełnia ten obraz o swoje własne wspomnienia, by później krwawo zemścić się na potomkach swoich ciemiężców.

Przy okazji, w swoistym epilogu Białych łez Kunzru napisał chyba najlepszy i najtrafniejszy opis starych nagrań, nie tylko bluesowych:

Gdy słucha się starej płyty, nie można mieć złudzeń, że jest się obecnym podczas wykonania. Słucha się przez szarą mżawkę zakłóceń, dźwięk podobny do deszczu. Nie sposób zapomnieć, jak daleko człowiek się znajduje. Zawsze to słychać - dźwięk oddalania w czasie. Ale co w takim razie łączy słuchacza i muzyka? Czy to ważne, że jeden jest żywy, a drugi martwy?

Czego ja właściwie szukam w takich nagraniach? Co sprawia, że po nie sięgam, że słucham kompilacji o mających wzbudzić poczucie tajemniczości tytułach i o nich piszę? Częściowo na to pytanie odpowiedziałem w krótkim tekście o I’m Always Crying Niñii de la Puebla. Za tym deszczopodobnym szumem szelaku, wzmacnianym przez kolejne szumy winylu czy taśmy magnetofonowej kryje się okienko do dawno minionego świata. Obcowanie z głosem z przeszłości - to cenię najbardziej. To naiwne, wiem, ale może jest w tych głosach ukryta wiedza, jak ci ludzie żyli przed stoma laty. Słychać, jak świat zmienił się od tamtej pory, jak muzyka się zmieniła. W ciągu ostatniego wieku świat tak przyspieszył, że sto lat to nie jedna, a kilka epok.

Przypominam sobie ten opis, gdy słucham dwóch kaset dokumentujących rebetiko w USA, czyli ten gatunek z przeszłości, który mnie pociąga najmocniej. Na taśmach wydanych przez - nota bene - Death Is Not The End uwaga skupia się na dwóch wykonawcach, Kostasie Dousasie i Jorgosie Katsarosie, którzy rebetiko grają na gitarach, a nie najmocniej kojarzonym z “greckim bluesem” bouzouki. W tej muzyce są kawiarnie, w których wąsaci mężczyźni popijają kawę w małych czarkach, grają w tryktraka, wieczorami palą haszysz i piją ouzo. Tylko ich miastem nie są Saloniki, Stambuł ani Smyrna, a Manhattan. To lata jeszcze przed Wielkim Kryzysem, kiedy prawie każda w miarę liczna grupa etniczna miała nie tylko swoje własne miejsca spotkań, ale wytwórnie wydające płyty w rodzimych językach, z muzyką przypominającą stary kraj. Ten mozaikowy świat, o którym z pasją opowiadał mi dwukrotnie Ian Nagoski (z jednej strony bardzo podobny do kolekcjonerów z Białych łez, a z drugiej ich kompletne przeciwieństwo, bo nie chce zachować muzyki tylko dla siebie, wręcz przeciwnie) też odszedł. A może nie tyle odszedł, ile radykalnie się zmienił.

Za częściowo te same piosenki zabrał się Dimitris Mistakidis na swojej zeszłorocznej płycie Amerika, na której, jak łatwo się domyślić, gra rebetiko greckiej diaspory za Oceanem. Odarte z “mżawki zakłóceń”, krystalicznie brzmiące utwory w zasadzie nie tracą nic ze swojego uroku. Oczywiście, Mystakidis interpretuje je inaczej, inaczej sobie akompaniuje, inaczej śpiewa - słowem słychać, że to wiek XXI, a nie początek XX. A może, gdyby przybrudzić, zaszumić te nagrania, tak jak zrobili to Seth i Carter, to przeszłość by się zmaterializowała?

czwartek, 4 września 2014

Przeczesując Bandcamp #2

Miało być tylko po francusku, ale wkradł się jeden rodzynek z Kaukazu.


Balkhar Ensemble - Songs of Balkhar's Women
Za Ored Recordings kryje się czwórka młodych Czerkiesów, którzy utrwalają tradycje muzyczne Północnego Kaukazu (czyli tej części regionu znajdującej się w Federacji Rosyjskiej). Są przeciwnikami studyjnych zabiegów, więc postanowili na nagrania terenowe. Podczas jednej ze swoich wypraw dotarli do Balcharu, dagestańskiej wioski zamieszkanej przez Laków, jedną z 70 kaukaskich grup etnicznych. 13 piosenek, w tym obrzędowe, liryczne, epickie. Ciekawy wgląd w nieznaną kulturą.



Chantal Archambault - Les élans
Jedną z prawd objawionych jest fakt, że nawet największy banał brzmi pięć razy lepiej po angielsku niż po polsku. Zapytajcie polskich muzyków albo korpopracowników. O ile lepiej być Sales Managerem niż zwykłym, szarym sprzedawcą. Nie wiem, czy Anglosasi mają tak samo z francuskim, ale mieć powinni. Chantal Archambault z, w gruncie rzeczy dość sztampowego, folku podbarwionego country robi ślicznie delikatne piosenki od których nie sposób się oderwać. I jestem pewien, że to w połowie zasługa języka.


Canailles - Ronds-points
Tych gagatków śledzę od wydania debiutu i ciągle żałuję, że jeszcze nikt nie zdecydował się na zorganizowanie im trasy po Europie. Już w nagraniach studyjnych słychać, że są koncertową petardą. A co się tam dzieje! Jest zydeco i cajun z bagnistej Luizjany, jest bluegrass z Appalachów, jest szalejące banjo prosto z Alabamy, jest punkowa złość, jest blues z delty Missisipi, jest wreszcie nieprzenikniona Północ. Ósemka z Montrealu to niezłe zawadiaki, zawsze gotowi do bitki. Rzucisz im wyzwanie?


Catherine Leduc - Rookie
Nagrywająca dla tej samej wytwórni, co Canailles, Catherine Leduc gra muzykę wycofaną, pozornie zimną, jak kanadyjski grudzień. Nic wielkiego się nie dzieje w ciągu tych 10 piosenek, ale ten mroźny, snujący się klimat całości silnie przyciąga.


Sweet Crude - Super Vilaine
Na sam koniec trochę oszukana francuszczyzna. Sweet Crude w swoim kontrolowanym bałaganiarstwie przypominają Canailles, ale są nastawieni do świata bardziej pokojowo. Francuszczyzna oszukana, bo dialekt luizjański mieszają z angielskim i łączą nowoczesny indie pop (mniej wygładzone Foster the People) z  bagnami zamieszkałymi przez Cajunów.

piątek, 3 stycznia 2014

Polska 2013: miejsca 10-6

10. Susanna Jara - "Wesna, wesnoju"




Kolejna po Angeli Gaber "absolwentka" Widymo. Susanna Jara w przeciwieństwie do swojej koleżanki, skupia się jedynie na muzyce ukraińskiej, część piosenek napisała sama. Jazzujące aranżacje uwspółcześniły stare pieśni, język jest elementem bliskiej egzotyki, ale tu chodzi przede wszystkim o niepowtarzalny głos Jarej.

9. kIRk - "Zła krew"




Ciężkie bity, upiorne sample, demoniczna trąbka. Duszna atmosfera. Rozkład. Wręcz fizyczna opresja dźwięków. Płocko-warszawskie trio znów wydobywa najciemniejsze zakamarki swojej duszy, by przekuć je w jedna z najlepszych płyt minionego roku. Muzyczne katharsis.



8. Stara rzeka - "Cień chmury nad ukrytym polem" (recenzja)




Nazwisko Kuby Ziołka pojawiało się w ubiegłym roku wszędzie, od Pitchforka, po Politykę. Przede wszystkim za ten album. Mnie bardziej spodobała się kaseta, gdzie metalowe wstawki zostały zastąpione folkiem, bo jeszcze bardzie podkreślały słowiański charakter tego albumu.





7. T'ien Lai - "Da'at" (recenzja)



Kuba Ziołek po raz trzeci. W duecie z Łukaszem Jędrzejczakiem (Tin Pan Alley, Duży Jack). Odstawiają gitary, zabierają się za samplery i stare radia, by z dźwiękowej magmy stworzyć płytę medytacyjną, kosmiczną i wreszcie po prostu piękną.



6. Wovoka - "Tree Against the Sky" (recenzja)



Korzenne bluesy, spirituale, Indianie, wywoływanie duchów. Od nawiedzonego głosu Mewy Chabiery stają włosy na głowie. Kwartet dowodzony przez Raphaela Rogińskiego sięga w głąb historii, do niechlubnych czasów podboju Ameryki, podobnie, jak Matana Roberts ze swoim monumentalnym projektem "Coin Coin", lecz szukają w nich nie korzeni rodzinnych, a porozumienia z duchami zbiegłych niewolników.

Miejsca 20-16 tu.
Miejsca 15-11 tu.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Odmienne oblicza szamanizmu

Wovoka - "Trees Against the Sky"/T'ien Lai - "Da'at"

Raphaela Rogińskiego i Kubę Ziołka wbrew pozorom łączy całkiem sporo. Obaj są nadaktywni, uczestniczą w niezliczonej ilości projektów, wykształcili wokół siebie prężne środowiska, mają wyrazisty, niepodrabialny styl i, wreszcie, szukają podobnych elementów w muzyce.

T'ien Lai to duet Ziołka z Łukaszem Jędrzejczakiem. Skąpany w oparach kabalistycznej mistyki i wschodniej tajemniczości "Da'at" opiera się na samplerach, przesterach i wyłapanych (przypadkowo?) fragmentach audycji radiowych. W Wovoce wszystko kręci się wokół pierwszych bluesów, potężnego głosu Mewy Chabiery, organiczności brzmienia, sięgania do korzeni. Oba te projekty, tak różne formalnie, są dwoma obliczami sztuki starej, jak ludzkość.



"Trees Against the Sky" przenika do szpiku kości. Przypomina o czasach, gdy duchy przodków były na wyciągnięcie ręki, a biały człowiek nie rządził jeszcze całą Ameryką. Gdzieś pojawiają się dalekie echa Afryki Zachodniej, organy nadają trochę doorsowego klimatu, no ale przecież Morrison też był szamanem. Tutaj mistrzynią ceremonii przywołującą przodków jest debiutantka Chabiera, samorodny talent. Swoim głosem przekazuje smutek i fatalizm Indian i czarnych niewolników, którzy przywieźli swoje duchy zza Oceanu. Ale stare bóstwa nie mgły im pomóc. Raphael Rogiński równie łatwo porusza się po bluesie, co po tradycji żydowskiej.




Od fascynacji kabałą wychodzi "Da'at" i zmierza w zupełnie innym kierunku. Syntezatorowe drony nie uderzają z taką mocą, jak korzenne bluesy, ale wsączają się jeszcze mocniej pod skórę. Z tej magmy wyłaniają się strzępy melodii, krótkie motywy. Nie wpływa to na medytacyjność muzyki Ziołka i Jędrzejczaka. Oni duchy przywołują inaczej, nie w czasie ekstatycznych rytuałów, lecz poprzez wyciszenie i podróż w głąb siebie. Tropy prowadzą do praktyk indyjskich i tybetańskich, i rzeczywiście, pojawiają się dalekie cha klasycznej muzyki indyjskiej i buddyjskich mantr.

"Da'at" i "Trees Against the Sky" są jak dwie strony medalu, jin i jang. Jedno zimnie, beznamiętne, bierne, drugie pełne ognia i żarliwości. Obie są tym samym, współczesnym szamanizmem.

środa, 22 maja 2013

Baxamaxam

Ze strony wytwórni, Black Sweat Records, jedynego źródła wiedzy o Baxamaxam (ich fejs świeci pustkami, a strony nie mają) nie można dowiedzieć się zbyt wiele. Ot, krótka informacja, że są duetem złożonym z włoskiego gitarzysty, Cristiano Buffy oraz senegalskiego wokalisty i perkusisty Abdou Mbayego, pochodzącego z rodziny griotów. I już. Ma to swoje zalety. Muzyki nie przesłaniają ani biografie muzyków, ani ekstraordynaryjne okoliczności poznania, czy nagrania płyty. Nie, liczą się tylko dźwięki. Nic nie zakłóca ich odbioru

Bardzo dobrze działa to na "Baxamaxam". Nic nie odwraca uwagi, a to jedna z tych płyt, które odwdzięczają się za pełne skupienie. Nie, nie trzeba zanurzać się w nią, by na dziesiątym planie szukać smaczków. To wyjątkowo skromny album, wręcz niepozorny. Nagrany w jeden, gorący lipcowy dzień. Częściowo na dworze, co słychać w "Demb" wypełniony dźwiękami cykad. Jak każdy album związany z Afryką Zachodnią, "Baxamaxam" jest wypełniony transem, bardzo blisko mu do muzyki Sahelu i Sahary. Wiecie, ognisko na pustyni, rozgwieżdżone niebo nad głową, te sprawy. Właśnie dlatego, dla tych przenosin do Afryki warto słuchać debiutu tego międzykontynentalnego duetu w zupełnym oderwaniu od laptopa.