Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 września 2022

Głos Globalnego Południa


Muzyka z Haiti, Senegalu, Sudanu, Dżibuti, Wysp Zielonego Przylądka, tych wszystkich krajów, które Donald Trump nazwał shitholes. Zapomniani wirtuozi, zakurzone legendy, perły ratowane od zapomnienia, nagrania wyciągnięte z archiwów państwowych nadawców i domowych kolekcji – to wszystko znajdziemy w katalogu Ostinato Records, oficyny prowadzonej przez barwną postać, Vika Sohoniego. To przywództwo znaczące: zdecydowaną większość wydawnictw zajmujących się muzyką archiwalną z krajów Globalnego Południa prowadzą przedstawiciele Globalnej Północy, często dawnych imperiów kolonialnych. Ostinato Records – choć siedzibę ma w Nowym Jorku – jest jaskółką zmian, oferując nowe spojrzenie na muzykę, kulturę i historię postkolonialnych społeczeństw.

W Czasie Kultury opisuję misję Ostinato Records. Na Le Guess Who? pojawi się Vik Sohonie, założyciel labelu oraz Ano Nobo Quartet i Noori & His Dorpa Band i to jest przyczynek do tekstu.


wtorek, 15 marca 2022

Rokia Koné śpiewa dla całego świata


Ona – ukochana gwiazda malijskiej muzyki, Róża Bamako. On – doświadczony producent, współpracujący z największymi, ale szukający nowych, odświeżających wyzwań. Połączył ich przypadek. No i pandemia.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o wspólnym albumie Rokii Kone i Jacknife Lee.


poniedziałek, 17 stycznia 2022

Wejście ducha w człowieka

JuJu Sounds to przedsięwzięcie, któremu kibicuję od samego początku. Jeszcze przed wydaniem fenomenalnej kasety Mono Egypt słuchałem nagrań i czytałem opowieści pojawiające się na stronie Luki Kumora. Zar: Songs for the Spirits potężna, bo dwupłytowa kompilacja jest chyba jeszcze wspanialsza, a zaraz (mam nadzieję) wyjdą jego nagrania z maloya i segą z Maskarenów. Porozmawialiśmy sobie z Luką dwukrotnie, po godzinie. Wyszło z tego 25 minut czytania w Dwutygodniku.

środa, 16 czerwca 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 16 VI 2021



Anthony Joseph w Afrykańskich korzeniach UFO tworzy świat deliryczny, afrokaraibski, afrofuturystyczny, astrodystopijny. W muzyce z Mali, Nigru. Konga-Kinszasy, Ugandy i Haiti szukam tych jakości i sprawdzam, jak brzmi kosmiczna afrykańska muzyka

1. Luka Productions - Allah Be
2. L'Orchestre Kanaga de Mopti - Kulukutu
3. Mamman Sani - Taaritt
4. Hama - Khoumeissa
5. Konono n1 - Guiyome
6. Chouk Bwa & The Angstromers - Fidelite
7. Rey Sapienz & the Congo Techno Ensemble - Eza Makambo
8. Zazou Bikaye - Kabe
9. Mamman Sani - Gosi

wtorek, 25 maja 2021

Tak wygląda przyszłość rocka

Tego, że najlepsza muzyka gitarowa pochodzi z Afryki Zachodniej – Sahelu i Sahary, nie trzeba już chyba nikomu udowadniać. Sam zresztą o tym pisałem wielokrotnie. Jednak to, co robi na „Afrique Victime” tuareski gitarzysta Mdou Moctar powinno przekonać największych niedowiarków.

środa, 10 lutego 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 10 II 2021

Gitara, kologo i oud - trzy instrumenty, spokrewnione ze sobą. Między nimi keyboard Casio. Mali, Ghana, Tanzania, Egipt. Nowości, klasyki, muzyka przedmieść i elegie dla zniszczonych miast. Płacz za utraconym pokoleniem, biedni i uchodźcy to też ludzie, a co może zrobić mężczyzna, z pewnością lepiej zrobi kobieta. O co chodzi? Nie bójcie się, wszystko wytłumaczyłem.

1. Nahawa Doumbia - Foliwilen (Kanawa)
2. Nahawa Doumbia - Danaya (à Sidi Konaté Pour Toujours) (La Grande Cantatrice Malienne Vol. 3)
3. Alostmen - Kologo (Kologo)
4. King Ayisoba - 1000 Can Die (1000 Can Die)
5. Ayuune Sule - What a Man Can Do, Woman Can Do More Better (We Have One Destiny)
6. Alostmen - Minus Me (Kologo)
7. Jamaica Mnanda - Masikini Naye Mtu (The Poor Are Also People)
8. Natik Awayez - Modonen 'Egaf' مدن عجاف (Barren Cities) (Manbarani)


środa, 18 listopada 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 18 XI 2020

Niger jak bumerang rozciąga się po Zachodniej Afryce. Zaczyna swój bieg w Gwinei, kończy w Nigerii, w rozległej delcie. Niger jest szlakiem handlowym, migracyjnym, cudem natury, jednym stabilnym źródłem wody na Sahelu. Po drodze do ujścia mija wielkie metropolie, legendarne miasta, których nazwy przywodzą o dreszcze ekscytacji, małe, ale żywotne miasteczka. Posłuchaliśmy muzyków, którzy mieszkają właśnie nad tą "rzeką rzek", mają nam dużo do powiedzenia.


1. Songhoy Blues - Barre (Optimisme)
2. Songhoy Blues - Badala (Optimisme)
3. Afel Bocoum - Sambu Kumba (Linde)
4. Afel Bocoum - Bombolo Lillo (Linde)
5. Amadou & Mariam - La Confusion (La Confusion)
6. Amadou & Mariam - Femmes du monde (La Confusion)
7. Oumou Sangare - Yere faga (feat. Tony Allen) (Mogoya)
8. Orchestre de Gao - Wotti Bayen (Panorama du Mali)
9. Tal National - Entente (Tantabara)
10. Star Feminine Band - Femme africaine (Star Feminine Band)

wtorek, 21 lipca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 15 VII 2020


Rok na antenie minął (prawie) jak jeden dzień. Pierwsza audycja w nowym terminie (co druga środa o 19) i nowym roku jest bardzo do pierwszej audycji w ogóle - znów sama muzyka.

Może wypada jakoś ten pierwszy rok i 26 odcinków podsumować. Nie stawiałem sobie żadnych celów, ale i tak (a może właśnie dlatego) jestem zadowolony z tego, jak rozwija się audycja. Udało mi się porozmawiać z Mackiem Okraszewskim z Działu Zagranicznego podczas jedynej audycji na żywo i z tego wywiadu jestem naprawdę dumny. Podobnie z radiowej premiery dwóch fragmentów II Tropical Soldiers in Paradise. Nie sprawdzałem statystyk zbyt często, ale audycji słucha więcej osób niż się spodziewałem. To fajnie.

W środę słuchaliśmy takich rzeczy:

1. Bananagun - People Talk too Much (The True Story of Bananagun)
2. Bananagun - Out of Reach (The True Story of Bananagun)
3. Cucoma Combo - JJD (Cucoma Combo)
4. Pedro Lima - Maguidala (Maguidala)
5. General Franco Lee Ezute And His Harmony International Band - Onye Kata​-​Obia ‎(Onye Kata​-​Obia)
6. Gold Codes - Feverfew (Gold Codes)
7. Nihiloxica - Salongo (Kaloli)
8. Moulay Ahmed El Hassani - Dnya Yakhlik (Atlas Electric)


poniedziałek, 15 czerwca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 9 VI 2020



10 tysięcy kilometrów po Afryce - tyle mniej więcej zrobiliśmy w ostatniej audycji. Od Malawi przez Dżibuti po Mali. 10 tysięcy kilometrów - to tyle ile z Warszawy do Władywostoku. Posłuchamy różnych stylów, rytmów i epok. Bo Afryka to nie monolit, ale fascynujący, złożony i różnorodny kontynent. Sama muzyka, bez zbędnych słów.

1. WILD/LIFE - Kolega (Maloto/Dreams)
2. Gasper Nali - Olemera (Zoona Malawi)
3. Madalitso Band - Mita (Wasalala)
4. Groupe RTD - Uurkan Kaadonaya (I Want You) (Dancing Devils of Djibouti)
5. Sahra Halgan - Hiddo (Waa Dardaaran)
6. Sahra Halgan - Caaqil (Waa Dardaaran)
7. Kwi Bamba & L'orchestre de Gama Berema - Logouno ka nougé (Kwi Bamba & L’orchestre de Gama Berema)
8. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de L'I.J.A. - Fama Allah (Le Tioko Tioko)
9. Gyedu-Blay Ambolley - Ignorance (11th Street, Sekondi)
10. Isaac Birituro and The Rail Abandon - Yesu Yan Yan (Kalba)
11. Le Kéné-Star de Sikasso - Hodi Hu Yenyan (Le Kéné-Star de Sikasso)

środa, 13 maja 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 12 V 2020


Całą godzinę spędziliśmy w tropikach - tych prawdziwych, i tych wyimaginowanych. W programie: jazzy z Dżibuti, Karaiby i Indochiny w Paryżu, premierowe Basy Tropikalne z Tanzanii, etiopska klasyka, słoneczna Szwecja, polsko-malawijsko-rwandyjsko-tanzańska współpraca ponad podziałami (wydana wspólnymi siłami 1000Hz i Mik Musik) oraz prawdziwy rarytasik - absolutna premiera dwóch kawałków kotów z Tropical Soldiers In Paradise.

1. Daniel Ögren - Hjälmarsfjorden (Fastingen​-​92)
2. Tropical Soldiers in Paradise - Chinatown (II)
3. Phat Dat - Trust in Me (Culture Shock)
4. Phat Dat - The Wish to Cry (Culture Shock)
5. Groupe RTD - Raga Kaan Ka’Eegtow (The Dancing Devils of Djibouti)
6. Hailu Mergia & Walias Band - Lomi Tera-tera (Tche Belew)
7. Wild/Life - Motho (Smoke & Burn / Motho)
8. Mario Swagga & Dj Silila - Usinichukulie Poa (Don't Take Me For Granted) (Mapenzi Digital)
9. Mario Swagga & Dj Silila - Kibampani (COQUNGELI)
10. Cléa Vincent - Poupée canapé (Tropi​-​Cléa 2)
11. Tropical Soldiers in Paradise - Delta (II)

wtorek, 15 października 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 15 X 2019


Nie mam głowy do dat i rocznic. Dzisiaj były urodziny Feli Kutiego, 81, a ja dowiedziałem się o nich dopiero po nagraniu audycji. Tak sobie krążyłem po Afryce Zachodniej, ale do Nigerii nie dotarłem dzisiaj. Zaczęliśmy jednak we Włoszech. Coś jest w tym kraju, w tym powietrzu, że Włosi bardzo dobrze rozumieją muzykę afrykańską i latynoską.

1. Gabriele Poso - Black Sand (Batik)
2. Pat Thomas & Kwashibu Area Band - Obi Nfreno (Obiaa!)
3. Pat Thomas & Kwashibu Area Band - Onfa Nkosi Hwee (Obiaa!)
4. Le Mystere Jazz de Tomboctou - Leli (Le Mystere Jazz de Tomboctou)
5. L'Orchestre Kanaga de Mopti - Sory Bamba (L'Orchestre Kanaga de Mopti)
6. Guelewar - Sama Yaye Demna N'Darr (Sama Yaye Demna N'Darr)
7. Baba Commandant & the Mandingo Band - Siguissi (Siri Ka Bele)

Tekst, o którym mówię w audycji, znajdziecie tutaj.


niedziela, 15 września 2019

70% arabiki 30% robusty



Takie odkrycia lubię najbardziej. Niespodziewane. Ot. dostałem informację, że jedna z wielu wytwórni, które obserwuję na Bandcampie, wydała nową płytę. Już okładka jest intrygująca. Jak się okazuje muzyka również.

Za Cucoma Combo stoi Marco Zanotti, włoski perkusista, który na muzyce latynoskiej i zachodnioafrykańskiej zna się, jak mało kto. Lista projektów, które był zaangażowany jest prawie tak bogata, jak Huberta Zemlera. W tym miejscu wystarczy wspomnieć Orchestra Classica Afrobeat kameralny ansambl reinterpretujący chociażby Regard Sur Le Passe gwinejskiej Bembeya Jazz National, jedną z najważniejszych afrykańskich płyt lat 70. (sam zresztą pisałem o niej dawno temu przy okazji tekstu o rządowych orkiestrach w Afryce Zachodniej).

Cucoma to dialektalna nazwa okładkowej kawiarki. Bo muzyka zespołu, łącząca Afrykę i Amerykę Południową, jest jak mieszanka kawy, która pochodzi z tych dwóch regionów, tak piszą sami. Że wysyłają w świat przesłanie jedności, tolerancji i równości. Trochę to pretensjonalne, ale co zrobić, skoro to prawda. Zanotti miesza highlife, juju, afrobeat, cumbię, soukous, sambę, maloyę w idealnych proporcjach. Wyciąga co z nich najlepsze i najbardziej charakterystyczne, razem z chóralnymi zaśpiewami, nerwowym rytmem, przycinaną gitarą, akcentami dęciaków. Jest tu wszystko, co lubię najbardziej. A humanistyczne przesłanie dosłownie pojawia się w Passa Passa, moim ulubionym fragmencie albumu w postaci czytanej Deklaracji Praw Człowieka. W ramach bonusów na kompakcie i wersji cyfrowej Zanotti z kolegami i koleżankami reinterpretują Kaa Ye Oyai Hedzoleh Soundz i JJD Feli Kutiego, żeby jeszcze bardziej podkreślić, żę na takim graniu się znają i nawet starcie z klasykami jest im niegroźne.

Słoneczna to płyta. Taneczna też, trudno usiedzieć przy niej w miejscu. Radosna, chwytająca życie pełnymi garściami, celebrująca drobne przyjemności. Wypływa z doświadczeń Zanottiego, jego podróży. Podobno pierwsze szkice powstawały na kalimbie i mbirze, spokrewnionych, przenośnych metalofonach. Mieszczą się do plecaka, można je wszędzie ze sobą zabrać. Jak tę kawiarkę.

środa, 7 sierpnia 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 06 VIII 2019

Rzadki moment, kiedy Makaveli stoi w miejscu

Aż chciałoby się napisać "raz, raz, raz - próba mikrofonu". Wszystko dojechało, przemówiłem do was, ale - wiadomo - przez to zrobiło się mniej miejsca na muzykę. Wróciłem z OFFa, zabieram się za pisanie relacji i spisywanie wywiadów, z sześciu zaplanowanych udało się zrobić dwa. Porozmawiałem z Boogarins i Juanem Wautersem. Z tymi pierwszymi krócej, bo zrobiła się do nich kolejka dziennikarzy, z tym drugim dłużej. Efekty, mam nadzieję, już niedługo. O najlepszych koncertach tegorocznej edycji opowiadam trochę w audycji.

1. Cucoma Combo - Passa Passa (Cucoma Combo)
2. Bamba Pana & Makaveli - Linga Linga (Poaa)
3. Bamba Pana - Biti Six (Poaa)
4. Jako Maron - Maloya Valsé chok 1 (The electro Maloya experiments of Jako Maron)
5. Boogarins - Sombra ou Dúvida (Sombrou Dúvida)
6. Susso - Son Kunda (Keira)
7. iZem - Water (Hafa)
8. KOKOKO! - Zala Mayele (Fongola)
9. Javva - Sentinel (Balance of Decay)


piątek, 23 listopada 2018

Muzyka z "pomiędzy"


Żyjących na marginesie chłopaków poznał prowadzący w Mzuzu badania terenowe dr Piotr Cichocki. Spotkanie z nimi nakłoniło go założenia labelu 1000Hz i wydawania muzyki, którą poznawał podczas swojej pracy naukowej. O tym, dlaczego wybrał Malawi, jako teren swoich badań, o społecznych i religijnych aspektach wykonywania i słuchania muzyki opowiedział mi w wywiadzie, który możecie przeczytać w Dwutygodniku (pod świetnym tytułem "600 uderzeń na minutę").

Cichocki opowiedział mi także o swojej pracy z Tonga Boys. O ile ich pierwsza płyta to w zasadzie nagranie terenowe, nieedytowane, tak Vindodo można nazwać pierwszym, prawdziwym albumem Tonga Boys. Może jeszcze nie studyjnym, ale z pewnością nie jest to nagranie etnograficzne, bowiem w przestrzeń wchodzi jak najbardziej zachodnia elektronika. Na prośbę członków zespołu ubarwił ich kompozycje nienachalnymi, ale bardzo sugestywnymi syntezatorowymi plamami i syntetycznym rytmem. Do pomocy zaprosił Wojtka Kucharczyka i Czarnego Latawca, każdy z nich dodał coś od siebie do jednej piosenki.



W efekcie otrzymujemy jedną z najciekawszych tanecznych płyt roku, z jednej strony jednoznacznie przypisaną do regionu, ale z drugiej wyrywającą się z niego w przestrzeń, jak to określa sam Cichocki, pomiędzy. I to jest w niej najbardziej fascynujące - dodanie do niej warstwy elektroniki nadaje jej delikatnie klubowego sznytu i tylko podkreśla jej osobność.



Historia Tonga Boys przypomina trochę inny malawisjki zespół, Malawi Mouse Boys. To też społeczne wyrzutki, żyjący na skraju nędzy, nawet jak na warunki jednego z najbiedniejszych państw świata. Utrzymują się z przydrożnej sprzedaży grillowanych gryzoni (stąd nazwa). Ich też znalazł zachodni producent, Ian Brennan, i tak samo dał im wolną rękę, nie majstrował wiele przy ich oszczędnym, akustycznym gospel.



Najnowszy album Malawi Mouse Boys, Score for a Film About Malawi Without Music From Malawi radykalnie odchodzi od tego, co grali wcześniej. Nie wiem, w jak dużym stopniu jest to wpływ Brennana, ale chłopaki nagrali krótką, bo ledwie dwudziestotrzyminutową, w pełni eksperymentalną płytę. I tak samo jest ona przywiązana do ziemi, a jednocześnie oderwana od geograficznego kontekstu. Za pomocą tego, co jest pod ręką - własnoręcznie wytworzonych gitar, drutów, blach - Malawi Mouse Boys stworzyli muzykę, której nie powstydziłyby się Małe Instrumenty i bez problemu mogłaby się znaleźć w katalogu nieodżałowanej BDTA albo wyjść w jakiejś niszowej kasetowej wytwórni. Zaledwie w kilku momentach przywołują delikatne brzmienie, z którego są znani.

Dlatego, choć to muzyka fascynująca i obezwładniająca, nie dziwię się, że ostatecznie nie została wykorzystana w filmie, do którego została napisana.


Równie eksperymentalna jest ścieżka dźwiękowego do nowego filmu zrealizowanego przez Chrisa Kirkleya w Agadezie. Po tuareskiej interpretacji Purple Rain przyszedł czas na pierwszy tuareski psychodeliczny western.

Za oprawę muzyczną Zerzury odpowiada grający jedną z ról w filmie gitarzysta Ahmoudou Madassane. Składają się na nią przede wszystkim gitarowe impresje równie mocno zanurzone w tuareskiej tradycji, co w amerykańskich eksperymentalnych poszukiwaniach opartych na bluesie i folku z elementem noise'u. Tak, słychać echa Dead Man Neila Younga. Ponownie, nie wiem, na ile jest to wpływ Chrisa Kirkleya i amerykańskich muzyków, w tym Marisy Anderson, którzy pracowali z nim nad tą ścieżką dźwiękową.



Jaka by nie była przyczyna, Madassane nagrał bardzo odświeżającą płytę. Wyrwał się z okowów krepujących większość tuareskich gitarzystów - Tinariwen i poszukał własnego języka. Dźwięki gitary mieszają się z nagraniami terenowymi, dźwiękami Mooga. Madassane co i rusz zbliża się tradycji, by zaraz się od niej odbić w rejony bliższe wolnej improwizacji, czy nawet ambientowych plam.

Właśnie to balansowanie między geograficznym i kulturowym zakotwiczeniem a nieokreślonością łączy te trzy albumy. 

piątek, 31 sierpnia 2018

Hakuna kulala, jak cudownie to brzmi?


Nie śpiewają tutaj ani surykatka, ani guziec. Nie ma też lwa, ale i tak warto się nimi zainteresować. I nie do końca cudownie brzmi, bo w suahili te dwa słowa oznaczają brak snu.

Hakuna kulala to - mam nadzieję, że tylko chwilowo - cyfrowa odnoga Nyege Nyege Tapes, ugandyjskiego kolektywu, zajmującego się muzyką na styku tradycji i elektroniki, jednej z najciekawszych afrykańskich inicjatyw ostatnich lat. Nyege Nyege prezentują najbardziej interesujące zjawiska i artystów ze Wschodniej Afryki, regionu stojącego w cieniu (poza Etiopią) Maghrebu i Afryki Zachodniej, jeśli chodzi o popularność na Zachodzie. I jak to pokazują dotychczasowe wydawnictwa Ugandyjczyków zupełnie niesłusznie. W ramach Hakuna Kulala skupiają się na najświeższej muzyce elektronicznej, wydając EPki i single. Na koncie mają pięć wydawnictw artystów z prawie wszystkich krajów regionu - Tanzanii, Ugandy, Kenii oraz Konga.

Rozpiętość gatunkowa jest równie imponująca - od futurystycznego rapu (niebędącego trapem) do paraplemiennych brzmień. Niezwykle ważne jest, że te na wskroś nowoczesne produkcje wchodzą w dialog z tradycją. Wykorzystują rytmy, wplatają sample starych nagrań, przetwarzają popularne gatunki, jak soukous. Trzeba im po prostu przyklasnąć, jak świetnie i naturalnie przychodzi im to działanie. Z czwórki dotychczasowych wydawnictw Hakuna Kulala największe wrażenie robią trzyutworowa EPka Kongijczyka Reya Sapienza, od której nazwę wzięła oficyna i dwie piosenki od Kenijczyka Alai K. ukrywającego się pod pseudonimem Disco Vumbi. Ten pierwszy w swoją basową muzykę i rap wszywa sample ze starych hitów, ten drugi od obszarów bliskich opisywanemu przeze mnie niedawno Raphaelowi Kariuki przechodzi do słonecznej, wręcz stereotypowej piosenki (opartej na śpiewie dzieci z podkampalskiej wioski). Dwie pozostałe EPki - Ndi Mukazi MC Yallah i Lasakaneku Slickbacka również warto poznać. Szczególnie tę drugą, połamaną, momentami wręcz noise’ową, ale cały czas klubową.

Bom Pana, jeden z bohaterów fenomenalnej składanki “Sound of Sisso” wydanej przez Nyege Nyege, przyjeżdża w październiku na Unsound. Mam nadzieję, że w kolejnych latach dołączą do niego także podopieczni Hakuna Kulala. Oraz, że zagoszczą również w obiegu klubowym, poza festiwalami.


środa, 20 września 2017

Między klubem a galerią


Nie widziałem Horse Lords na zeszłorocznym Unsoundzie, nie pojechałem na ich koncert na Jazz Jantar. Amerykanów zobaczyłem dopiero w kwietniu, w Krakowie, gdzie w klubie RE zagrali fenomenalny koncert, pełny afrykańskich polirytmów, zapętleń, transowości krautrocka i intensywności noise rocka. Po koncercie, gdy emocje opadły, porozmawialismy. Najpierw tylko z Owenem Gardnerem, z czasem stopniowo dołączyła reszta. Kwartet był wtedy chwilę przed wydaniem "Mixtape IV" której recenzję znajdziecie na końcu tekstu.

Kiedy i dlaczego zainteresowałeś się muzyką Afryki Zachodniej?

Owen Gardner (gitarzysta): Ponad 10 lat temu. Nie jestem w stanie powiedzieć, od czego się zaczęło. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczynałem grę na gitarze, zacząłem grać na banjo. Banjo jest w zasadzie instrumentem afrykańskim i technika gry na nim zawdzięcza wiele technikom afrykańskim. Nie pamiętam, czy zauważyłem to od razu, ale zacząłem słuchać muzyki z Afryki i odnajdywać połączenia z muzyką amerykańską, studiować różne afrykańskie tradycje muzyczne.

Byłeś kiedyś w Afryce?

Owen: Nie, ale bardzo bym chciał ją kiedyś odwiedzić.

Masz swojego ulubionego afrykańskiego wykonawcę?

Owen: Nie jestem w stanie wymienić tylko jednego, ale jeśli rozmawiamy o żyjących osobach, uwielbiam Nourę Mint Syemali i jej męża Jeiche Ould Chighaly’ego. Pochodzą z Mauretanii, ale grają po całym świecie.

Znam ich, grali w Polsce kilka lat temu [od czasu naszej rozmowy zdążyli zagrać na OFF Festivalu - przyp. aut.].

Owen: On jest najlepszym gitarzystą, jakiego obecnie znam.

Dlaczego zacząłeś korzystać w swojej muzyce z mikrotonów?

Owen: Przed Horse Lords grałem w zespole Teeth Mountain. Graliśmy muzykę mikrotonalną, a ja grałem na wiolonczeli. Przyzwyczaiłem się do jej brzmienia i gładkości. W tym samym czasie porzuciłem gitarę, bo byłem sfrustrowany, że nie można grać na niej mikrotonami. W końcu dowiedziałem się, co trzeba zrobić, żeby wykorzystywać gitarę w muzyce mikrotonalnej i przebiłem nowe progi w swojej. To było w 2009 roku.

Wydaje mi się, że innym ważnym elementem waszej muzyki jest jazz.

Andrew Bernstein (saksofonista): Wszyscy słuchamy dużo jazzu w rozmaitych odmianach, przede wszystkim awangardowej i free, różnych eksperymentalnych rzeczy z lat 50. i 60. Jasne, mamy saksofon w składzie, co narzuca pewne łatwe skojarzenia, ale nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek myśleli o sobie, że jesteśmy zespołem jazzowym.

A za jaki się postrzegacie?

Andrew: Myślę, że postrzegamy się za… To znaczy, jesteśmy zespołem rockowym, bo mamy rockowe instrumentarium. Myślę, że jeśli chodzi o gatunek, postrzegamy siebie jako zespół rockowy, ale naszą muzykę można postrzegać bardziej jako współczesną muzykę komponowaną. Wyrośliśmy na idei grania muzyki z przyjaciółmi w garażu, więc to właśnie w tym środowisku czujemy najswobodniej, ale po drodze poszerzyliśmy swoje pole działania. Wiem, że to nie opisuje naszej muzyki, a bardziej to jak funkcjonujemy na rynku muzycznym. W Stanach jesteśmy częścią sceny DIY (Do-It-Yourself, sceny niezależnej) i noiserockowej.

Max Eilbacher (basista): Granica między jazzowym a rockowym zespołem jest dla nas niedookreśona. Często ją przekraczamy, bierzemy formy z obu gatunków i staramy się z nich zbudować coś nowego.

Czym jest awangarda?

Max: Wszystko, co przesuwa granice, zadaje nieoczywiste pytania i jest przyszłościowe.

Owen: Moim zdaniem każde brzmienie może być określone jako awangardowe.

Andrew: Awangarda to obalanie ustalonych rozpoznawalnych form. Tak myśleliśmy o naszym zespole od samego początku. Tak, to zespół rockowy, ale od momentu, w którym to powiedzieliśmy, możemy robić wszystkie rzeczy, które obalają stereotypy na temat zespołu rockowego. Jeśli postrzegalibyśmy się jako ansambl muzyki współczesnej, może i muzyka byłaby tak samo awangardowa, ale nie robilibyśmy tych samych rzeczy, bo one wynikają z myślenia “a co jeśli zespół rockowy zagra tak…”

Czy jeszcze będzie zespołem rockowym?

Owen: Myślę, że za rzadko mówi się o tym, jak bardzo “tradycyjne” gatunki są zideologizowane. Warto się z tym konfrontować i podważać ich założenia.



Skąd pomysł na granie na dwie perkusje?

Sam Haberman (perkusista): Kochamy polirytmie. Wydaje mi się, że podejście do czasu w muzyce afrykańskiej wręcz zaprasza do repetycji. Afrykańskie gatunki posługują się wzorami, którą być powtarzane i powtarzane. Za każdym razem, za każdym powtórzeniem odkrywają coś nowego, rozwijają się w czasie.

Andrew: Polirytmy mają wbudowany rozwój, tak jak to powiedział Sam. To, do czego dążymy, to sprawienie, że cztery instrumenty brzmią jednocześnie jak jeden i cztery jednocześnie. Zawsze inspirowała mnie muzyka afrykańska, rola improwizacji w tych tradycjach.

Skoro już wspomniałeś improwizację, czy to ważny element w Horse Lords?

Owen: Powiedziałbym, że bardziej improwizujemy poza zespołem.

Sam: Na pewno nasza muzyka wypływa z improwizacji, ale w zasadzie nie improwizujemy dużo jako zespół. Oczywiście, są wyjątki, jak na przykład partie solowe gitary i saksofonu. Jest wbudowany w naszą muzykę pewien stopień nieokreśloności - z braku lepszego słowa. Nie improwizujemy, ale też nie pewności, kiedy coś się wydarzy w piosence, albo co dokładnie ktoś gra w danym momencie. Poza mną, ja muszę być bardzo regularny, gdybym grał inne rytmy co wieczór, reszta wpadłaby w szał.

Andrew: Sam jest naszą gwiazdą.

Sam: Muszę być konsekwentny w swoim graniu.

Owen: Rozpłakałbym się, gdyby było inaczej.

Sam: Reszta ma dużo więcej wolności, mogą podążać, gdzie chcą, dopóki wracają do określonej strefy w odpowiednim czasie.

Andrew: Tak naprawdę jest bardzo mało złych dźwięków, które możesz zagrać w danym momencie. Staram się grać swoje partie za każdym razem trochę inaczej. Jak w życiu, nigdy nie robisz tego samego dwukrotnie. Nie wiem, czy można nazwać to improwizacją.

Sam: Lubimy tak pisać nasze piosenki, żeby nie dało się ich replikować jeden do jednego. Wyzwaniem jest próba zagrania ich tak, jak zostały nagrane, ale to nigdy się nie udaje.

Owen: Dzięki temu nie nudzą nam się.

Każdy z was jest multiinstrumentalistą. Jaki ma to wpływ na waszą twórczość?

Max: Ja w wolnym czasie zajmuję się muzyką elektroniczną i lubię bawić różnymi tembrami, różnymi kolorami brzmienia basu. Z pewnością mój styl gry na basie jest inspirowany moimi doświadczeniami z elektroniką.

Andrew: Ja też mam doświadczenie z muzyką elektroniczną i komponowaną. Gdy zaczynałem grać na saksofonie, traktowałem go jako kolejny generator dźwięku i myślałem, jak sprawić, żeby był nieodróżnialny od gitary Owena. Żeby nie brzmiało to jak saksofon i gitara grające jednocześnie, ale nowy, hybrydowy instrument. Z drugiej strony gram na perkusji, więc w moim podejściu do gry na saksofonie ważne są polirytmie z pozostałym instrumentami. Dlatego gram tak repetytywnie i opanowałem technikę pozwalającą na ciągłe granie, co też uwypukla moje zainteresowanie drone music. Tak wygląda moje doświadczenie jako multiinstrumentalisty.

Poza płytami wydajecie mikstejpy. Skąd taki pomysł?

Sam: W 2012 roku wybieraliśmy się na naszą pierwszą trasę i chcieliśmy mieć coś na sprzedaż. Mieliśmy trochę drobnych pomysłów, stwierdziliśmy, że zrobimy z nich kolaż. Podoba nam się myślenie z hiphopowego świata, gdzie mikstejp jest mniej dopracowanym materiałem, więc zdecydowaliśmy zrobić naszą własną wersję. Ta forma przypadła nam do gustu na tyle, że postanowiliśmy ją kontynuować, bo pozwala nam wykorzystać nawet najbardziej szalone pomysły. Nie musimy się martwić, czy do siebie pasują, czy produkcja jest odpowiednia.

Andrew: Ta intencja dotyczy też najnowszej taśmy. Co prawda, jedna strona to kompozycja Stay on It Juliusa Eastmana, do której bardzo się przyłożyliśmy, siedzieliśmy nad produkcją. Nie ma w niej żadnego chaosu. Natomiast strona B kasety to już utwór bliższy poprzednim mikstejpom - kolaż nagrań terenowych, elektroniki i nagrań w pełnym składzie.

Sam: Chcieliśmy oddać Eastmanowi sprawiedliwość, słuchaliśmy różnych wersji tego utworu, czytaliśmy o nim, podeszliśmy do tego najpoważniej jak się dało, staraliśmy się też, żeby to zabrzmiało jak najlepiej w naszej piwnicy, nagrane do kilku mikrofonów.

***

Porwać się w zespole "rockowym" na współczesną muzykę poważną, to nie lada wyzwanie. Jednak Horse Lords, jak mogliście przeczytać wyżej, daleko do bycia zwykłym zespołem rockowym, a i Stay on It Juliusa Eastmana dużo zawdzięcza zarówno repetycjom minimalizmu, jak i funkowemu groove'owi i dźwiękom rodzącym się na Harlemie w latach 70., czyli wczesnemu hip hopowi. 

Horse Lords w swojej interpretacji Stay on It idą dwoma ścieżkami. Jedną z nich jest rytm, który swoją nerwową stałością przywodzi na myśl Tal National, czy Le Mystere Jazz de Tomboctou, a wiec Afrykę Zachodnia i muzykę czerpiącą w równym stopniu z Zachodu, jak i tradycji lokalnych. Z drugiej - rozpad kompozycji w połowie, pozorna kakofonia, wyjący saksofon, kierują skojarzenia w kierunku spiritual i free jazzu. Drobne przesunięcia, mikroskopijne zmiany z każdym powtórzeniem

Afryka to odniesienie ważne nie tylko dla Horse Lords, ale i dla Eastmana, postaci niezwykle ciekawej, przez lata zapomnianej. Dopiero prawie 30 lat po śmierci wraca zainteresowanie twórczością tego kompozytora, czego najbliższym przejawem jest uczynienie go jednym z głównych bohaterów zaczynającej się w przyszłym tygodniu edycji Sacrum Profanum. 

Stay on It w wersji Horse Lords zaczyna się od melodeklamacji noty programowej utworu, która jeszcze mocniej podkreśla rolę rytmu i ruchu (Eastman był także tancerzem) dla kompozycji. Utwór niemający określonego instrumentarium, kwartet zaaranżował tak, że Stay on It staje się niemal nieodróżnialna od reszty ich katalogu, świetnie sprawdziłaby się na ich koncertach. 

Paradoksalnie, wypełniający drugą stronę kasety Remeber the Future, wydaje się bardziej "akademicki", pasujący do galerii, a nie do dusznego klubu, czy garażu. W tym kolażu elektronika przeplata się z politycznymi manifestami, zabawą słowem, krytyką krytyki muzycznej, nagraniami terenowymi z marcowych marszów kobiet w USA, pociętymi fragmentami zespołowego grania. Na stabilne tory Remember the Future wpada dopiero pod koniec, a gdy muzyka zaczyna się rozkręcać i przypominać to, co zwykle grają Horse Lords, urywa się jak nożem uciął. Czy zostawiając niedosyt? Zdecydowanie nie, Remember the Future jest zbyt rozchwiane między eksperymentem a polityką. To ważna wypowiedź, zapisek niepokojących czasów, ale jak dzisiejsza rzeczywistość jest przeładowany bodźcami.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

"Niezach" na ratunek

Jambinai

OFF miał w tym roku wyjątkowego pecha. Koncerty odwołało pięciu wykonawców, jeden artysta przyleciał spóźniony, innemu linie lotnicze zgubiły sprzęt. Jednak była to najlepsza edycja, na której byłem.

Drugi dzień tegorocznego OFF Festivalu był dla mnie idealny. Poza jednym wyjątkiem widziałem tylko artystów „niezachowych”. Dwóch z nich zagrało na głównej scenie w najlepszych, headlinerskich slotach. I tylko fakt, że nie było to działanie celowo, a łatanie dziur po odwołanych wykonawcach, psuje ten piękny obrazek.

Na głównej zagrali Jambinai i Islam Chipsy z EEK. Ci pierwsi zostali przetransferowani ze sceny Eksperymentalne, która po raz trzeci na jeden dzień zamieniła się w scenę etno. Pierwotnie mieli ją zamykać, ale szczęśliwie zagrali zamiast GZA. Porwali tłumy, chwalił ich nawet sam Artur Rojek. Bo też miał za co – Jambinai prezentują bardzo świeże podejście do post-rocka, jednego z najbardziej wyeksploatowanych gatunków, łącząc go z tradycyjnymi koreańskimi instrumentami. Polecałem ich bardzo przed festiwalem, a teraz mogę spokojnie napisać, że czeka ich wielka kariera. To jednak nie oni zrobili na mnie największe wrażenie. Grający na dawnej scenie Leśnej Egipcjanie z EEK pokazali, jak tańczy się w Kairze i jak rozkręca się najlepsze imprezy. Magik keyboardu – Islam Chipsy – i dwóch, wygrywających polirytmie perkusistów – EEK – oto przepis na sukces. Szaleństwo porównywalne do tego, co działo się na koncercie Omara Souleymana (choć sami muzycy odżegnują się od porównań z Syryjczykiem) i dlatego to właśnie oni finalnie zastąpili the Kills. Choć trudno w to uwierzyć, ten drugi koncert był jeszcze lepszy. O ile na Leśnej rozkręcali się powoli, jakby trochę onieśmieleni, to na Głównej od razu weszli na najwyższe obroty, nie pozostawiając cienia wątpliwości, kto najlepiej gra do tańca.

A przecież mieli ogromną konkurencję – cała Leśna została w tym roku poświęcona tanecznej elektronice. Poza tym w sobotę tańce rozkręcili dwaj goście z Afryki. Ata Kak, odkryty kilka lat temu przez Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa, po raz pierwszy pojechał w trasę. Widać było, jak go to wszystko cieszy i zaskakuje. Jego połączenie highlife'u, disco, funku i oryginalnego rapu sprawiło, że podłoga w namiocie Eksperymentalnej się zatrzęsła. Jeszcze więcej tańca zapewnili Orlando Julius i the Heliocentrics. Orlando, starszy już pan przecież, zaczarował swoją grą na saksofonie i kondycją. Tak świetnego afrobeatowego grania nie słyszałem, ale tak naprawdę, nie ma czemu się dziwić, bo Orlando jest jednym z twórców nurtu, w jego zespole grał Fela Kuti. Do tego świetny zespół, pozytywne (i polityczne) przesłanie, zjawiskowa, charyzmatyczna wokalistka i podłoga po raz drugi zaczęła się bujać.

Bujała się także podczas koncertu ściągniętych na ostatnią chwilę Fumaça Preta, łączących muzykę południowoamerykańską z kwaśnym rockiem. A na początek dnia na Eksperymentalnej zagrali perfekcyjni Japończycy z Goat.

W sobotę tym jedynym anglosaskim wykonawcą, którego widziałem była Basia Bulat, która wróciła do Polski po sześciu latach. Był to powrót przeze mnie bardzo wyczekiwany i udany. Nowe oblicze, bardziej popowe niż folkowe, Basia dużo pewniejsza na scenie, niestraszne były jej chwilowe problemy techniczne. I wreszcie na koniec W zielonym zoo Ludmiły Jakubczak, stały punkt polskich koncertów Kanadyjki.

Pozostałe dni nie były tak spektakularne, ale równie dobre. Pierwszego dnia zachwycili Master Musician of Jajouka, którym linie lotnicze zgubiły rytualne stroje i bęben obręczowy (który zastąpiła centrala z zestawu perkusyjnego). Dało to jednak możliwość spojrzenia na ich muzykę w oderwaniu od stereotypów. Zagrali wspaniale, transowo, hipnotycznie. Najpiękniej zabrzmieli właśnie z towarzyszeniem skrzypiec, przejmująco do szpiku kości. Zachwyciła też Brodka, której show oparty w ogromnej większości na nowej płycie, jest dopracowany w każdym szczególe. Zaskoczeniem byli Show Me the Body, którzy zagrali bardzo intensywnie. Dość powiedzieć, że koncert zaczął się od oplucia przez wokalistę pierwszych rzędów, a skończył rzuceniem statywu w ochroniarza i obowiązkową wycieczką w publiczność i crowdsurfingiem. Wszystko w dwadzieścia minut.

Wspaniały był duet Zimpel/Ziołek, choć ich wolałbym zobaczyć w klubie. Podobnie Williama Basinskiego i jego hołd dla Davida Bowiego. Toruńska Jesień pokazała, że jest gotowa na podbój scen ze swoją wersją gitarowego hałasu. Właśnie, podobnie jak w poprzednich latach polska reprezentacja była dobrana bardzo dobrze. Skupiona muzyka Laudy przenosiła do wyimaginowanego filmu, Lotto zmiażdżyło walcowatością, Kaliber 44 przypomniał swoje najlepsze czasy. Masecki vs Sienkiewicz zaskoczyli o tyle, że spodziewałem się czegoś wyjątkowego, a zagrali dość zachowawczo.

Siła OFFa do tej pory były gitary z Ameryki, ale w tym roku widziałem tylko trzy takie koncerty. Beach Slang zagrali bezpretensjonalnie, pozytywnie i mnie porwali. Ja wiem, że takich zespołów jest w Stanach na pęczki, w co drugim garażu, ale co zrobić, skoro piszą takie dobre piosenki. Mudhoney widziałem po raz trzeci, nie zaskoczyli, ale i nie zawiedli. FIDLAR zaczęli od Sabotage Beastie Boys i to był najlepszy moment ich koncertu.

W tym roku odwołanie koncertów przez większość największych gwiazd zaowocowało tym, że na pierwszy plan wyszli muzycy mniej znani, a ciekawsi i bardziej wartościowi. Mam nadzieję, ze organizatorzy wyciągną z tego wnioski i w przyszłym roku nie będą potrzebne wypadki losowe, by pokazać bogactwo „niezachu”.

czwartek, 4 sierpnia 2016

10 koncertów OFF Festivalu, których nie wolno przegapić



Jutro zaczyna się kolejna edycja OFF Festivalu, więc wybrałem 10 koncertów, na które wybieram się koniecznie. Z dala od największej sceny i headlinerów, bo to taki festiwal, gdzie najciekawsze rzeczy dzieją się na obrzeżach, na mniejszych scenach i o wczesnych porach. 

Show Me The Body, piątek, scena Trójki, 16:10 (posłuchaj)
Wkurzone małolaty robią hałas i rozpierduchę, grają na banjo. Widzimy się pod sceną.

Zimpel/Ziołek, piątek, scena Eksperymentalna, 17:00
Obu muzyków uwielbiam, obaj są wybitnymi postaciami polskiej sceny, obaj nagrywają solo i w rozmaitych konstelacjach. Do tego spotkania tak naprawdę musiało dojść, biorąc pod uwagę ich oryginalność, ale także podobne podejście do muzyki.

Masecki vs. Sienkiewicz, piątek, Scena Electronic Beats, 18:45
Jeden jest bodaj najoryginalniejszym polskim pianistą, nagrywał Bacha na dyktafon, grał polonezy z orkiestrą dętą, bawił się hymnami, założył kilka świetnych składów. Drugi jest królem polskiego techno. Co wyniknie z tego spotkania? Chyba nawet oni sami tego do końca nie wiedzą.

Master Musicians of Jajouka led by Bachir Attar, piątek, Scena Eksperymentalna, 20:50 (posłuchaj)
Prawdziwa legenda. Pochodzą z małej wioski w Maroku, ale nagrali płytę dla Briana Jonesa ze Stonesów. Grają muzykę tradycyjnego dla swojego regionu, przesiąkniętą sufickim mistycyzmem. Dlaczego przy nazwie pojawia się dopisek o osobie lidera? By odróżnić się od innej grupy pretendującej do kontynuowania tradycji oryginalnego składu. 

Islam Chipsy & EEK, sobota, Scena Electronic Beats, 18:45 (posłuchaj)
Pamiętacie,co działo się na koncercie Omara Souleymana w 2011 roku (albo na każdym jego innym koncercie)? Dzikie tańce, pęknięta podłoga na Scenie Eksperymentalnej. To teraz wyobraźcie sobie, że będzie bardziej. Ale tak naprawdę bardziej, jakby Rizan Sa'id grał jeszcze szybciej, jeszcze bardziej narkotycznie. Do tego przenieśmy scenerię z syryjskiego wesela do zatłoczonego kairskiego klubu. Właśnie tak będzie na koncercie kolejnego magika keyboardu, Islam Chipsy'ego i EEK (czyli dwóch - tak! - perkusistów). Ja już nie mogę się doczekać.

Basia Bulat, sobota, scena Trójki, 19:45 (posłuchaj)
Najładniejsze piosenki festiwalu? Możliwe, że nie. Moje ulubione piosenki festiwalu? Z całą pewnością. To nie będzie najbardziej dyskutowany koncert tegorocznego OFFa. Dlaczego nie wolno go przegapić? Po pierwsze, to będzie powrót Basi po latach do Polski. Po drugie, nagrała swoją najlepszą płytę, którą zrywa z poprzednią, folkową stylistyką. Po trzecie, bo będzie ciekawie zobaczyć, co zmieniła w swoich starych piosenkach. Po czwarte wreszcie, Basia gra fantastyczne koncerty.

Orlando Julius & the Heliocentrics, sobota, Scena Eksperymentalna, 23:10 (posłuchaj)
Kolejna legenda, tym razem z Nigerii. To właśnie twórczością Orlando inspirował się Fela Kuti, tworząc afrobeat. Do Katowic Julius przyjeżdża z towarzyszeniem the Heliocentrics, brytyjskimi specjalistami od współpracy z afrykańskimi mistrzami. Razem nagrali dwa lata temu wyśmienitą, taneczną płytę. 

Ata Kak, sobota, Scena Eksperymentalna, 20:50 (posłuchaj)
Pierwsze odkrycie Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa. Jeśli ta rekomendacja wam nie wystarcza, po prostu posłuchajcie.

Jambinai, sobota, scena eksperymentalna, 01:40 (posłuchaj)
Kto by się spodziewał, że najbardziej ekstremalnych wrażeń na tegorocznym OFFie najprawdopodobniej dostarczą Koreańczycy grający na tradycyjnych instrumentach. A przypominam, mają solidną konkurencję w postaci Napalm Death i Mgły. Ich muzyka jest ideałem mojego wyobrażenia "niezachu" (że tak ukradnę Bartkowi Chacińskiemu ten zgrabny termin) - zanurzona w lokalnej tradycji, czerpiąca z niej całymi garściami, ale jednocześnie nie zniewolona przez nią, przekraczająca granice. Tutaj usłyszycie i metal, i post-rock, oraz, co ważne, ani grama obciachu i cepelii.

Jesień, niedziela, scena Trójki, 15:00 (posłuchaj)
Dla nich warto wstać wcześnie w niedzielę i pojawić się na otwarciu festiwalu. Trzech chłopaków z Torunia gra w duchu najlepszych tradycji lat 90. Słychać też inspiracje sceną lokalną - Starymi Singersami, Ewą Braun. A na żywo są z 10 razy lepsi niż w studiu. Wiem, bo widziałem. 

piątek, 29 lipca 2016

Ocalić od zapomnienia



Lwia część zarejestrowanej kiedykolwiek muzyki nie została zdigitalizowana. Wiele z tych nagrań kurzy się w archiwach wytwórni, część istnieje tylko na pojedynczych egzemplarzach szelakowych czy winylowych płyt przetrzymywanych w sklepach ze starociami. Czeka je zapomnienie, gdy rozmagnesują się w końcu taśmy matki lub wylądują na śmietniku. Są ludzie, którzy postanowili do tego nie dopuścić.

W grudniu 2013 furorę zrobiła kompilacja Sonda. Muzyka z programu telewizyjnego. Pierwszy nakład rozszedł się jeszcze przed świętami, szykowane są dodatkowe tłoczenie i wersja winylowa. Albumu, który składa się z anonimowych utworów library music wyszperanych w Niemczech. Jednak dla wielu trzydziesto- i czterdziestolatków jest fascynującą podróżą w czasy dzieciństwa. Nostalgia to nie jedyny powód, dla którego podobne kompilacje stają się coraz popularniejsze. Równie ważna jest edukacja. W latach 60., 70. i 80. w Polsce powstawało wiele doskonałej muzyki, która - często nieopublikowana w postaci żadnego nośnika - przepadła. Zniknęła, a jest ważna i ciekawa. – mówi Michał Wilczyński, właściciel GAD Records, wydawcy Sondy.

Problemem najczęściej jest dostęp do dobrej jakości nagrań. Jak ognia unikamy przygotowywania kompaktowej reedycji płyty winylowej posługując się zgraniem muzyki wprost z winyla. Z tego powodu odpuściliśmy już niestety kilka projektów – przyznaje szef GAD Records. Podobnych skrupułów nie ma Ian Nagoski, prowadzący malutką oficynę Canary Records. Z prostego powodu, wydaje kompilacje nagrań pochodzących sprzed 70, 80, a nawet 100 lat. Istnieją jedynie na trzeszczących szelakowych płytach. Proces czyszczenia i digitalizacji wymaga sporo czasu i wysiłku. Niemniej, jak sam mówi, to bardzo satysfakcjonujące zajęcie. W swoim katalogu ma winylowe kompilacje muzyki imigrantów do Stanów Zjednoczonych. Z całego świata, od Polski po Daleki Wschód, choć najmocniej skupia się na byłych poddanych Imperium Osmańskiego, którym poświęcił cztery płyty. W mojej działalności największym problemem jest dostęp. Do nagrań, do opracowań, do jakichkolwiek materiałów źródłowych, ale to specyfika działki, jaką wybrałem – dodaje. Etnomuzykologiczne podejście prezentuje Dust-to-Digital Records, dla których Nagoski w 2007 roku wydał kompilację Black Mirror: Reflections in Global Musics. Ich wydawnictwa to bardziej książki z dołączonymi płytami, jak fantastyczna zeszłoroczna pozycja „Longing for the Past: The 78 rpm Era in Southeast Asia”.

Oprócz przekrojowych kompilacji, wytwórnie zajmujące się archiwalnymi nagraniami, coraz częściej decydują się na wydawanie reedycji zapomnianych i nieznanych w naszym kręgu kulturowym klasyków. Hiszpanie z Pharaway Sounds jako swoją specjalizację obrali Turcję i Iran, przypominając takich tuzów tamtejszej psychodelii, jak Erkin Koray, Ramesh, czy Selda. Po kilku latach funkcjonowania w blogosferze za reedycje zabrał się Brian Shimkovitz z Awesome Tapes from Africa. Czarny Ląd, jako kierunek poszukiwań wybrali także Holendrzy z Kindred Spirits, wydający big bandy z lat 70. Teranga Beat eksploruje scenę senegalską. Strawberry Rain zajmują się między innymi Azją Południowo-Wschodnią. I długo by jeszcze wymieniać, rynek, na którym funkcjonowało jeszcze niedawno kilkanaście wydawnictw, rozrasta się w szybkim tempie.

Nie tylko egzotyka jest w cenie. GAD Records skupia się na Europie Środkowo-Wschodniej, ma na koncie wydanie niepublikowanych wcześniej nagrań Jerzego Miliana, SBB, Klanu, czy czechosłowackiego Jazz Q. Finders Keepers - jedna z najważniejszych oficyn na rynku, założona przez Douga Shiptona i Andy'ego Votela - zaczęła swoją działalność od wznowienia albumu Jean-Claude’a Vanniera, francuskiego kompozytora. W swoim katalogu mają też kilka pozycji Andrzeja Korzyńskiego, trochę zapomnianego kompozytora muzyki filmowej, który najbardziej znany jest ze współpracy z Andrzejem Żuławskim. "Ludzi słuchających muzyki można podzielić na tych, którzy ograniczają się tylko do tej czynności i na tych, którzy szukają czegoś więcej, idą krok dalej, czytają spisy muzyków na płytach i tak dalej, sprawdzają wytwórnie. Nazwisko Korzyńskiego pojawiło się na kilku płytach, które lubimy, napisał muzykę do genialnego filmu Opętanie Żuławskiego. Andy Votel się z nim skontaktował i zaproponował wspólny projekt" – zdradza mi Shipton. Namówienie Korzyńskiego nie było problemem, a szperacze dostali nieograniczony dostęp do jego archiwów. Z tych poszukiwań powstały jak na razie dwie kompilacje niewydanych wcześniej nagrań i wydanie ścieżki dźwiękowej do Opętania. – Uderzyło nas, ze Korzyński był bardzo otwarty na nasze pomysły, w końcu nie tylko jest od nas sporo starszy, ale i pochodzi z innej kultury. A jednak nie było go trudno przekonać, że to, co robimy jest ok. Andrzej całkowicie nas wspiera, co daje nam kopa do dalszego działania. Na początku nie znaliśmy go zupełnie, a teraz mogę powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi.

Nie zawsze jest tak łatwo. Znów oddajmy głos Shiptonowi. - Mieliśmy spore kłopoty z jednym indonezyjskim zespołem, ponieważ w ich kulturze wszystko musi być załatwiane twarzą w twarz i przypieczętowane uściskiem dłoni. Odmówili negocjacji w inny sposób, więc wybraliśmy się do nich. Inny ekstremalnie trudny przypadek to Vampires of Dartmoor. Jedyny ich członek, który żyje do dziś, nienawidzi przemysłu muzycznego do szpiku kości. Nie chciał z nami rozmawiać, w końcu wylicencjonowaliśmy jego nagrania od wytwórni, ale chcieliśmy się od niego dowiedzieć, kto wtedy grał w zespole. Często zaufanie, jakim muzyk obdarza podobne przedsięwzięcia, procentuje. Zupełnie nieznany poza rodzinnym Nigrem Mammane Sani, pionier tamtejszej muzyki elektronicznej, w tym roku zagra kilka koncertów w Europie dzięki wznowieniu jego debiutu La musique eletronique du Niger przez Sahel Sounds. Charanjit Singh, o którym krytycy mówią, że grał acid house w Bombaju dwa lata przed wynalezieniem tego gatunku w Detroit, w 2012 roku wyprzedał trasę po europejskich klubach i przygotowuje tournee po Ameryce. Najsłynniejszym muzykiem wyciągniętym z niebytu jest oczywiście Sixto Rodriguez, bohater filmu „Sugar Man”. Już kilka lat przed premierą obrazu, albumy Amerykanina wznowiła Light in the Attic, co spowodowało początek zainteresowania jego twórczością.

Właśnie ta możliwość przywrócenia zapomnianych muzyków choćby pamięci kolekcjonerów jest motorem działania większości podobnych wytwórni. Czasem się zastanawiam, jak to możliwe, ze niezwykle piękna muzyka, przynajmniej dla moich uszu, została zapomniana na 70, 80 lat. Jeśli mam możliwość ponownego jej odkrycia, robię to. To po prostu ważne. – mówi Nagoski. Nie uda się ocalić wszystkich nagrań, to pewne. Wiele z nich zostało utraconych bezpowrotnie. Tym bardziej warto raz na jakiś czas przerwać pogoń za nowościami i sprawdzić, jak brzmi przeszłość.

T-Mobile Music grudzień 2013

poniedziałek, 18 lipca 2016

Zapomniana rewolucja




W czasie, gdy Bitelsi podbijali świat, hipisi opanowywali Stany Zjednoczone, Afryka Zachodnia przeżywała własną muzyczną rewolucję.

Rok 1960, rok Afryki. Piętnaście kolonii chylących się ku upadkowi mocarstw europejskich uzyskuje niepodległość. Przywódcy nowych krajów jednym głosem postanowili odciąć się od metropolii i, co ważniejsze, ze zlepków rozmaitych grup etnicznych, plemiennych i klanowych stworzyć współczesne narody. Rozwiązaniem było stworzenie własnej, nowej tożsamości i kultury. W sukurs przyszedł prezydent Gwinei, Ahmed Sekou Toure rządzący niepodzielnie krajem od 1958 do 1984 roku. W chwili odzyskania niepodległości na pierwszą narodową orkiestrę Toure wyznaczył L’Orchestre de la Garde Republicaine. Niecały rok później, 1 listopada 1959 roku autokrata rozwiązał wszystkie działające w kraju orkiestry oraz zakazał rozpowszechniania muzyki francuskiej i zachodniej. Jednocześnie nakazał nowym, państwowym już orkiestrom, czerpać inspirację z rodzimej tradycji. Od tej pory muzyka popularna zaczęła służyć młodemu państwu. W czasie rządów Sekou Toure powstało około 60 sponsorowanych przez rząd orkiestr. Zespół był w każdej prefekturze i większym mieście. Wtedy też, ustalił się typowy skład osobowy: dwie gitary, bas, perkusjonalia, klawisze, sekcja dęta składająca się z trąbki, puzonu i saksofonu. Choć w państwowej skarbnicy często widać było dno, każdej zakupiono instrumenty, każda miała możliwość odbycia sesji nagraniowej w rządowym studiu w stołecznym Conakry, każda mogła wydać nagrania w (państwowej, a jakże) wytwórni Syliphone.

Nic dziwnego, że wśród ponad 700 nagrań nie znajdzie się ani jedno krytykujące rządy Sekou Toure. Za to możemy dowiedzieć się, jak przyjemnie pracuje się w polu, a Les Amazones de Guinee, pierwsza orkiestra składająca się jedynie z kobiet, przestrzegała przed nadużywaniem alkoholu. Gros tej twórczości wychwala prezydenta i jego partię (jedyną legalną). Sekou Toure jest porównywany do Sundiaty Keity, założyciela średniowiecznego imperium Mali, którego spadkobiercami czują się wszyscy Mande, w tym również prezydent. Wykorzystywanie muzyki w celu sławienia władcy nie jest w Afryce Zachodniej niczym nowym, od wieków zajmowali się tymi grioci, przedstawiciele zamkniętej kasty quasi-bardów, służący jako doradcy panujących i strażnicy ustnej tradycji. Pod względem wpływu griotów na gwinejską muzykę popularną, przełomowy okazał się rok 1969 i nagranie Regard sur le passe Bembeya-Jazz National, najsłynniejszej państwowej orkiestry. Na album składa się jeden trzydziestosiedmiominutowy utwór opisujący życie słynnego dziewiętnastowiecznego rewolucjonisty i powstańca Almaniego Samori Toure. Utwór łączy śpiew w języku mande i francuską melodeklamację z oszczędną instrumentacją i jest utrzymany w stylu epickich opowieści. Całość kończy się przywołaniem ówczesnego prezydenta i legitymizacją jego rządów jako prawnuka Samoriego. Czy był nim naprawdę? Badacze w to wątpią.



Rok 1984 przyniósł kres rządom Toure. Trzymający kraj silną ręką przywódca zmarł w Stanach Zjednoczonych. Jego następcy, wojskowa junta, postanowili odciąć się od przeszłości i zdemontowali całą politykę kulturalną.

Z wzorców gwinejskich chętnie korzystał Modibo Keita, pierwszy prezydent Mali. Do prowadzenia pierwszą narodową orkiestrą „A” wyznaczył Keletigui Diabate, członka L’Orchestre de la Garde Republicaine. Mali na początku miała trzy orkiestry narodowe, oznaczone kolejnymi literami alfabetu, „C” przekształciła się w Super Djata Band, a członkowie „A” i „B” połączyli siły tworząc Orchestre National Badema. Oprócz orkiestr narodowych istniały zespoły regionalne, które konkurowały ze sobą co roku na Semaine Nationale de Jeunesse, czyli narodowym tygodniu młodzieży. Po ośmiu latach rządów Keita został obalony przez Moussę Traore. Nowy przywódca nie zarzucił idei orkiestr regionalnych ani festiwali młodzieżowych. Tym drugim jedynie zmienił nazwę i ustalił cykl dwuletni. Pierwsza impreza w odmienionej formie odbyła się w roku 1970. Z tej okazji niemieckie wydawnictwo Barenreiter-Musicaphon w serii Mali Music wydało albumy pięciu zespołów, z Mopti, Segou, Sikasso, Bamako i Kayes, pod zbiorczym tytułem Les meilleurs souvenirs de 1e Biennale artistique et culturelle de la Jeunesse. Warto zwrócić uwagę na orkiestrę z Mopti, dowodzoną przez Sorry Bambę, obiecującego gitarzystę oraz na pełną przyszłych gwiazd stołeczną ekipę. W Rail-Band de Bamako pierwsze kroki stawiał Salif Keita, prawdopodobnie najsłynniejszy malijski muzyk. Potem w jej składzie grali Mory Kante, Djelimady Tounkara czy Djely Mousa Kouyate. Według przykazań nowej władzy każda orkiestra miała grać muzykę swojego regionu, i tak repertuar Mopti to przede wszystkim frenetyczne rytmy Dogonów, Rail-Band specjalizował się w poematach Mande, Gao grali tradycyjne utwory Songhai, a Timbuktu wplatali tuareski trans.


Malijskie orkiestry od gwinejskich pierwowzorów różniły się również tym, że funkcjonowały w sferze prywatnej pod zmienionymi nazwami. W 1977 roku, gdy w Wielkiej Brytanii Johnny Rotten zmieniał oblicze rock’n’rolla, rządowa wytwórnia Mali Kunkan wydała albumy komercyjnych wcieleń zespołów regionalnych. Znów wyróżniał się Sorry Bamba i jego Orchestre Kanaga de Mopti. Po siedmiu latach jeszcze mocniej słychać inspirację Dogonami i ich unikatową kulturą, widać ją też na okładce przedstawiającej wojowników tego ludu. Muzyka Kanagi, choć utrzymana w tradycji, ma wiele wspólnego z krautrockiem i afrobeatem. Gitarowe pasaże Le Mystere Jazz de Tomboctou (były to pierwsze nagrania zespołu) zapowiadają twórczość Tinariwen. Urozmaica je hipnotyczna gra sekcji dętej. Tu też większość utworów jest tradycyjna, Dina Waliji to pieśń religijna, Wale wywodzi się z tuareskich rytuałów. Obie płyty przez wiele lat były niedostępne i gdy tylko pojawiły się na serwisach aukcyjnych potrafiły osiągnąć niebotyczne sumy. Dopiero na początku obecnej dekady, Holendrzy z Kindred Spirits wznowili je razem z kompilacją Super Biton de Segou na kompakcie i winylu. Równie niedawno amerykańskie Mississippi Records wznowiło nagrania z pierwszego Biennale.


Mauretania dorobiła się tylko jednej rządowej orkiestry, lecz jej historia mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu. Zaczyna się podobnie do poprzednich, Moktar Ould Daddah, pierwszy prezydent kraju zapragnął muzycznego symbolu dla rodzącego się narodu. W 1967 roku wyselekcjonowano 14 muzyków, których wysłano na nauki do Conakry. Pobierali je nie tylko od gwinejskich nauczycieli, ale także od profesorów z Korei Północnej. Wybrańcy w większości mieli doświadczenie, wśród nich był jednak jeden nieopierzony siedemnastolatek, Hadrami Ould Meidah, mający zostać wokalistą. Szybko stał się liderem zespołu. Edukacja w Gwinei trwała rok, a pierwszy koncert Orkiestry odbył się 28 listopada 1968. Początkowo śpiewali w języku Malinke, dominującym u sąsiadów, z czasem zwrócili się ku arabskim eposom i poezji w języku Pulaar. Taki był plan Daddah, orkiestra miała jednoczyć wszystkie grupy etniczne zamieszkujące kraj. Mauretański sen skończył się już w 1978 roku. Zamachem stanu. Jak łatwo można się domyślić, nowa władza chciała zatrzeć ślady po poprzednikach. Do tej pory Orchestre National de Mauritanie wydała tylko jedną siedmiocalówkę. Po prawie czterdziestu latach Chris Kirkley, założyciel Sahel Sounds, wytwórni zajmującej się muzyką Afryki Zachodniej, trafia w Internecie na nagranie Orkiestry. Po wielu próbach udaje mu się skontaktować z Ould Meidah. Okazuje się, że podczas niszczenia radiowych archiwów przez wojsko, jeden z pracowników wynosi taśmy z sesja nagraniową Orkiestry i ukrywa u siebie w domu. Decyzja była prosta, Kirkley wydaje u siebie debiut spóźniony o trzydzieści kilka lat.


Muzyka Orchestre National de Mauritanie nie różni się zbytnio od swoich malijskich i gwinejskich odpowiedników. Pisali piosenki polityczne, jak „Oumletna” sławiące nową walutę, odwoływali się do epickiej tradycji w Kamlat, łączyli tradycję z nowoczesnością, z gitarami współbrzmi hoddu, dwustrunowa lutnia i neyfara, arabski flet. Jest jednak coś, co wyróżnia Mauretańczyków. To smutek. Inne orkiestry grały pogodnie, u nich słychać melancholię, niepasującą do głosu młodego, dumnego państwa. Jakby przeczuwali, że ten sen nie może się ziścić.

Dziedzictwo orkiestr słychać wyraźnie w muzyce popularnej Afryki Zachodniej. To one pierwsze zaczęły przedstawiać rodzimą treść za pomocą zachodnich instrumentów, pomogły spopularyzować gitarę elektryczną, dzięki państwowemu monopolowi kształtowały kulturę muzyczną swoich krajów. Najwyraźniejszy ślad zostawiły orkiestry malijskie, ich wpływ słychać u tak różnych wykonawców, jak tuareskich herosów gitary Tinariwen, pieśniarki Rokii Traore czy popowych Amadou & Mariam. Jednak, mimo że kilka orkiestr, jak Kanaga czy Rail-Band koncertuje do dzisiaj, ich era należy do przeszłości.

Jedno nie udało się orkiestrom. Powstały jako symbole nowej państwowości, miały ucieleśniać sny o modernizacji, dumie i jedności narodowej. Rzeczywistość okazała się być mniej łaskawa. Sekou Toure przeszedł do historii jako jeden z najbrutalniejszych afrykańskich dyktatorów, Gwinea do dziś nie może podnieść po latach wyniszczających rządów kolejnych junt. Koniec rządów Daddah spowodowała wojna o Saharę Zachodnią i katastrofalna susza, po jego upadku Mauretania zaczęła dryfować w stronę arabskiego nacjonalizmu. Pozorną stabilizację w Mali co jakiś czas przerywają kolejne powstania Tuaregów, ostatnie w 2011 przerodziło się w wojnę domową na szeroką skalę, doprowadziło państwo na skraj upadku, kraj musiał prosić o międzynarodową interwencję. Marzenia sprzed pięćdziesięciu lat są nadal aktualne.

T-Mobile Music, październik 2013