Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkice. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 maja 2015

Odczarowywanie Południa

Alabama Shakes, którzy wydali właśnie fenomenalny, drugi album, na początku kariery zmienili nazwę z the Shakes, żeby nie być mylonymi z filadelfijskim zespołem o tej samej nazwie. Tamta ekipa już nie istnieje, na jej zgliszczach powstał świetny skład - Sheer Mag. Który ma więcej wspólnego z Alabama Shakes niż się wydaje. Łączy je przede wszystkim amerykańskie Południe.

Sheer Mag swoim graniem ożywiają tradycję southern rocka i przepuszczają ją przez punkową estetykę oraz psują garażowym brzmieniem. Jeszcze kilka lat temu znajdowaliby się na marginesie, dziś pisze o nich w samych superlatywach Pitchfork. Zupełnie zasłużenie, bo obie ich EPki to wybitny gitarowy pop. Pełen świetnych melodii, riffów i werwy. Jednak, gdy czytam słowa, że to jeden z kilku zespołów, które mogą zagrać nieironicznie Sweet Home Alabama do pogo, od razu przed oczami stają mi Alabama Shakes, którzy na swoim debiucie byli uosobieniem muzycznego Południa. Teraz są czymś więcej, southern rock ustępuje miejsca soulowi. I temu z Memphis, i temu z Detroit.

Alabama Shakes i Sheer Mag łączą także wokalistki. Obie pełne charyzmy mogącej poderwać tłumy. Obie pełne żaru w swych głosach. Obie pełne desperacji. Brittany Howard z Alabama Shakes wyrasta na gwiazdę światowego formatu, Arethę Franklin XXI wieku. Christina Halladay z Sheer Mag ma za sobą epizod śpiewania coverów Franklin.

Sheer Mag są trochę jak nieokrzesany, młodszy brat Alabama Shakes. Brzmią bardzo niedbale, brudno, chałupniczo w porównaniu z lśniącą Sounds and Color. Obie ekipy jednak zgodnie odczarowują Południe dla wielkomiejskiej publiczności. I obie robią to doskonale.


Jest jeszcze ktoś, kto łączy Birmingham z Filadelfią. To Katie Crutchfield, która też w tym roku wydała fantastyczny trzeci album jako Waxahatchee, o którym więcej pisałem tu.

środa, 5 listopada 2014

20 lat


Rok 1994 był naznaczony nie tylko odejściem Kurta Cobaina. 5 listopada, w Belgradzie umiera Milan Mladenović, wokalista legendarnego już wtedy jugosłowiańskiego zespołu, Ekatarina Velika.

Mladenović, urodzony w Zagrzebiu, ojciec Serb, oficer jugosłowiańskiej armii, matka Chorwatka z Dalmacji, był typowym przedstawicielem swojego pokolenia. Z rodziną mieszkał i w Zagrzebiu, i w Sarajewie, wreszcie w Belgradzie, gdzie jeszcze w liceum założył pierwszy zespół, Limunovo Drvo, przekształcony później w Šarlo akrobata, kolejną legendę jugosłowiańskiej nowej fali. Po wydaniu jednego albumu, rozeszły się drogi muzyków, Mladenović wraz z perkusistą Ivanem Vdoviciem i gitarzystą Dragomirem Mihajloviciem tworzy pierwszą inkarnację EKV, jeszcze pod nazwą Katarina II. Kolejne spory doprowadziły do odejścia Mihajlovicia i kolejną zmianę szyldu - na Ekatarina Velika.

Moją ulubioną płytą belgradzkiego zespołu jest ich trzeci krążek, Ljubav (o którym pisałem niezgrabnie cztery lata temu). Zgrabnie między nagrania studyjne wpleciono fragmenty koncertów, które były mocno stroną EKV. Ale Ljubav lubię za co innego, za straceńczy klimat, za desperację i za fantastyczną okładkę.

Późne płyty EKV dobrze oddają duszną atmosferę post-titowskiej Jugosławii. Śmierć dyktatora obudziła tłamszone do tej pory etniczne animozje, narastały nacjonalizmy, które niechybnie prowadziły do rozpadu i wojny. Tytuł wydanego w 1989 roku, depresyjnego albumu, Samo par godina za nas (Zostało nam tylko kilka lat) okazał się proroczy, nie tylko dla Jugosławii. Już po rozpoczęciu wojny ukazał się Dum Dum, zdecydowanie najbardziej pesymistyczny materiał zespołu.

Krótko po wydaniu Neko nas posmatra Mladenović wyjeżdża do Brazylii, gdzie wraz z Mitarem Suboticiem pracuje nad nową muzyką, czego efektem jest projekt Angel's Breath. Nagrany wraz z brazylijskimi muzykami album jest najdojrzalszym i jednocześnie najlepszym albumem Mladenovicia. Jest tu miejsce i na bałkański folklor, i MPB, bossa novę, post-punk, industrial. To jednocześnie kolejna wypowiedź na temat niszczącej Bałkany wojny.

W 1994 roku Mladenović wraca do Belgradu, reaktywuje EKV, z którą planuje nagrać kolejny album, gra kilka koncertów, w tym ten ostatni, 24 sierpnia, w Budwie. Dzień później Mladenović trafia do szpitala, gdzie zostaje u niego zdiagnozowany rak trzustki. Muzyk umiera kilka miesięcy później. Dziś nie żyje już nikt z pierwszego składu EKV, ostatnia odeszła Margita Stefanović. Zmarł również Mitar Subotić, który krótko po wydaniu Sao Paulo Confessions w 1998 zginął w pożarze swojego studia, ratując z pożogi nagrania. Nagrania składające się na album Tudo tempo Bebel Gilberto.





czwartek, 4 września 2014

Przeczesując Bandcamp #2

Miało być tylko po francusku, ale wkradł się jeden rodzynek z Kaukazu.


Balkhar Ensemble - Songs of Balkhar's Women
Za Ored Recordings kryje się czwórka młodych Czerkiesów, którzy utrwalają tradycje muzyczne Północnego Kaukazu (czyli tej części regionu znajdującej się w Federacji Rosyjskiej). Są przeciwnikami studyjnych zabiegów, więc postanowili na nagrania terenowe. Podczas jednej ze swoich wypraw dotarli do Balcharu, dagestańskiej wioski zamieszkanej przez Laków, jedną z 70 kaukaskich grup etnicznych. 13 piosenek, w tym obrzędowe, liryczne, epickie. Ciekawy wgląd w nieznaną kulturą.



Chantal Archambault - Les élans
Jedną z prawd objawionych jest fakt, że nawet największy banał brzmi pięć razy lepiej po angielsku niż po polsku. Zapytajcie polskich muzyków albo korpopracowników. O ile lepiej być Sales Managerem niż zwykłym, szarym sprzedawcą. Nie wiem, czy Anglosasi mają tak samo z francuskim, ale mieć powinni. Chantal Archambault z, w gruncie rzeczy dość sztampowego, folku podbarwionego country robi ślicznie delikatne piosenki od których nie sposób się oderwać. I jestem pewien, że to w połowie zasługa języka.


Canailles - Ronds-points
Tych gagatków śledzę od wydania debiutu i ciągle żałuję, że jeszcze nikt nie zdecydował się na zorganizowanie im trasy po Europie. Już w nagraniach studyjnych słychać, że są koncertową petardą. A co się tam dzieje! Jest zydeco i cajun z bagnistej Luizjany, jest bluegrass z Appalachów, jest szalejące banjo prosto z Alabamy, jest punkowa złość, jest blues z delty Missisipi, jest wreszcie nieprzenikniona Północ. Ósemka z Montrealu to niezłe zawadiaki, zawsze gotowi do bitki. Rzucisz im wyzwanie?


Catherine Leduc - Rookie
Nagrywająca dla tej samej wytwórni, co Canailles, Catherine Leduc gra muzykę wycofaną, pozornie zimną, jak kanadyjski grudzień. Nic wielkiego się nie dzieje w ciągu tych 10 piosenek, ale ten mroźny, snujący się klimat całości silnie przyciąga.


Sweet Crude - Super Vilaine
Na sam koniec trochę oszukana francuszczyzna. Sweet Crude w swoim kontrolowanym bałaganiarstwie przypominają Canailles, ale są nastawieni do świata bardziej pokojowo. Francuszczyzna oszukana, bo dialekt luizjański mieszają z angielskim i łączą nowoczesny indie pop (mniej wygładzone Foster the People) z  bagnami zamieszkałymi przez Cajunów.

środa, 27 sierpnia 2014

Psych-Tajlandia

Podobne historie nie są niczym niezwykłym w dzisiejszym, zglobalizowanym świecie. Na Youtube pojawia się filmik z Tajlandczykami grającymi psych rock. Filmik pojawia się na portalu poświęconym różnym ciekawostkom, Dangerous Minds. Na nagranie trafia amerykański producent, Josh Marcy, którego wideo ujęło tak mocno, że postanowił się skontaktować z tajemniczym (przynajmniej dla osoby nie znającej tajskiego) zespołem i zaproponować im nagranie płyty. Dotarcie do nich było nie lada zadaniem, nie obyło się bez pomocy pracowników lokalnej tajskiej restauracji. Potem było już łatwiej, Marcy znalazł amerykańskiego ekspata, który posłużył za kontakt z zespołem. Wydaniem albumu zajęła się oficyna Innovative Leisure z LA, nagrania zajęły jeden dzień (szczęśliwie pogodny, więc rejestracja materiału odbyła się w buddyjskiej świątyni). I już, anonimowi Tajowie, przestali takimi być. A album? Doprawdy fantastycznie psychodeliczny.


czwartek, 14 marca 2013

Borowski/Miegoń - "Jellyfishes Diary"



Podwodna muzyka.

Zatoka Gdańska nie wydaje się być specjalnie interesującym akwenem. Woda mętna, zielonkawa. Życie, jak na morze, ubogie. I jakoś tak płytko. No, Karaiby czy Pacyfik to z pewnością nie jest. Jednak ma ona swoich wielbicieli, dwóch gdynian, którzy postanowili nagrać o niej płytę.

Bartek Borowski i Michał Miegoń w swojej twórczości poruszają się w rejonach psychodeliczno-ambientowych. Nic dziwnego, że "Jellyfishes Diary" są w całości wypełnione muzyka improwizowaną. Z różnych szumów wyłaniają się szkielety ciekawych kompozycji. Ta nieokreśloność dobrze wpływa na funkcję ilustracyjną. Wystarczy tylko zamknąć oczy, by przenieść się pod wody Zatoki Gdańskiej. A pod jej powierzchnią dzieje się zaskakująco dużo  Tu przepłynie ławica śledzi albo dorszy, tam spoczywa wrak statku, gdzie indziej można natknąć się na foki, a nawet na zupełnie tu niepasującego tuńczyka (co wskazuje zupełnie odstająca od całości króciutka, nawiązująca do country kompozycja o tym tytule). To wszystko bardzo dobrze słychać na tym albumie, tym bardziej, że sami autorzy podrzucają tropy nazywając kompozycje od różnych morskich zwierząt. Borowski i Miegoń nie boją się też wypuszczać na inne, głębsze wody, choćby w ostatnim, bluesującym fragmencie "Peter's Elephantnose Fish". Najbardziej wyróżnia się długaśny "The Best Diver Among the Whales", który rzeczywiście zabiera słuchacza w największe głębiny i hipnotyzuje, jak fale rozbijające się o brzeg. Jak cały ten album zresztą.

Najwcześniej nad morze wybieram się w lipcu, więc wypróbuję "Jellyfishes DiarY" w jej naturalnym środowisku. Na Mazowszu sprawdza się całkiem nieźle.

środa, 6 marca 2013

Anthony Chorale - "Ambitions of the Son"


Z jednoosobowego projektu w ciągu roku Anthony Chorale przekształcił się w pełnoprawny zespół. Do ukrywającego się pod tym pseudonimem Olivera Heima, gitarzysty tres.b na stałe dołączył perkusista Tom Petit (również tres.b) oraz wiolonczelistka Karolina Rec.

Pięć piosenek składających się na „Ambitions of the Son” nie przynosi rewolucji w twórczości Holendra. Są blisko zarówno „The Eternal Now”, debiutu Anthony’ego Chorale, jak i ostatniej płycie tres.b . Podobnie folkowe, rozmarzone, rozmyte, pełne nierzeczywistej, sennej aury. Podobnie zwyczajnie ładnie. Znakiem rozpoznawczym nadal jest falset Oliviera, jednak cichym bohaterem „Ambitions of the Sun” jest Petit i jego dudniąca perkusja wprowadzająca plemienne, transowe naleciałości. Blisko jest tez Anthony’emu Chorale do Coldair. Nie z powodu obecności Tobiasza Bilińskiego w „Riverside” ani dlatego, że oba projekty przeszły podobną ewolucję. Łączy je wspomniana „sypialnianość”, wspólne inspiracje i „geograficzna nieokreśloność”. Te piosenki, choć wywodzące się z tradycji amerykańskiego folku mogłyby być napisane i nagrane równie dobrze we Włoszech, Finlandii czy RPA.

„Ambitions of the Son” może nie zachwyca, ale słucha się jej bardzo przyjemnie.



wtorek, 26 lutego 2013

Południce - "Elektronice"


Folk i elektronika to dość częste połączenie. Na naszym, polskim podwórku trochę rzadsze, ale wystarczy wspomnieć Village Kollektiv, by wiedzieć, jak to powinno brzmieć. Podobną drogę obrały białostockie Południce, które poprosiły młodych producentów, by obudowali śpiewane a capella podlaskie pieśni.

Przy takich projektach najważniejsza jest równowaga. Jeden element nie może przytłaczać drugiego, inaczej całość popadnie w śmieszność i groteskę. Zdarza się to niestety zbyt często, ale białostoczanki pewnie stąpają po tym cienkim lodzie. Więcej, piosenki przetworzone przez wybraną trzynastkę producentów brzmią po prostu frapująco. Nie słychać szwów spinających te dwie estetyki, ludowość naturalnie przenika się z miejskością. Wokale często są wykorzystywane do robienia podkładów, znikają, są poddawane efektom, a czasem nawet bezlitośnie szatkowane. Do tego na "Elektronicach" pojawia się synthpop, funk, hip hop, ambient, elektro, dub, różne pochodne dubstepu. Wszystko, by uniknąć zarzutów o nudę. Udanie? W generalnym rozrachunku, owszem, choć miałem podczas słuchania ze dwa momenty, gdy piosenki zaczęły się zlewać ze sobą. Mimo tego, "Elektronice" to bardzo interesująca i, co najważniejsze, oryginalna mieszanka dwóch zupełnie różnych form.



czwartek, 11 października 2012

tres.b - "40 Winks of Courage"


Muzyka ze snu.

Tak najłatwiej scharakteryzować nie tylko trzecią płytę tego międzynarodowego tercetu, ale i ich cała twórczość w ogóle. Od debiutanckiego "Scylla and Charybdis" przez "The Other Hand" Misia, Oliver i Tom błądzą po marzeniach sennych, hipnotyzując słuchacza. I choć czasem wrócą do rzeczywistości (tytułowy kawałek z poprzedniego albumu), to jednak większość ich twórczości balansuje na granicy między marą a jawą. "40 Winks of Courage" zabiera słuchacza na 40 mgnień w nierzeczywisty świat. Piękny, hipnotyczny, ale jednocześnie niepokojąco tajemniczy. Piosenki snują się, przenikają, rozpływają we mgle. Nie wiadomo, co czeka za rogiem, choć jest leniwie, kilkakrotnie skacze ciśnienie.

Nagrywając trzecią płytę, tres.b postanowili wrócić do praktyk z debiutu. Zapomnijcie o bogatych aranżach z "The Other Hand". Gitara, bas, bębny to praktycznie wszystko, co słychać na "40 Winks of Courage". I oczywiście fantastyczny, aksamitny głos Misi Furtak. Można się w nim zakochać. Wiem, dopiero, co rozpływałem się nad wokalem Jessie Ware i Elizabeth Harper, ale Misia w niczym im nie ustępuje. Swoim głosem koi, hipnotyzuje (to słowo sponsoruje ten wpis), ale chyba najważniejsze jest to, że trudno ją pomylić z kimkolwiek innym. dwa razy przy mikrofonie zastępują ją Oliver, robiąc naprawdę dobre wrażenie, ale nie o to chodzi w muzyce tres.b, bo mimo przewagi pierwiastka męskiego, to bardzo kobiecy zespół.

To tyle ode mnie, nigdy nie byłem dobry w opowiadaniu snów. Lepiej je przeżywać.

środa, 26 września 2012

Szamanki, pasterze, derwisze

Znów pisany na szybko szkic.

Drugi dzień Skrzyżowania Kultur rozpoczęły Ayarkhaan, pięć Jakutek, które kontynuują starą tradycję śpiewu gardłowego i gry na jakuckiej drumli - khomusie. Tyle wiedziałem przed koncertem. Nie wiedziałem natomiast, że te drumle mogą brzmieć, jak eksperymentalna elektronika. Z dropami. NAPRAWDĘ. I to właśnie razem z efektami dźwiękowymi (wiatr, rżenie koni, śpiew ptaków, kowalskie młoty), do których produkowania wystarczyły im te małe kawałki metalu i własne głosy, wbiło mnie w fotel (no, krzesełko) podczas ich występu, mimo że ich śpiew był również fantastyczny.Wszystko razem tworzyło niezwykle sugestywny obraz syberyjskiej pustki, zmarzliny po sam horyzont, miejsca, gdzie przez wiele dni jazdy konno krajobraz się nie zmienia. Brr.

Po nich przyszedł czas na Rustavi, męski gruziński chór. Piosenki ludowe przeplatali kościelnymi. Aż szkoda, że nie zaśpiewali w kościele, jak A Filetta na ubiegłorocznym Ethno Porcie. W zanadrzu mieli również kilka "kabaretowych" utworów (a przynajmniej tak się wydawało bez rozumienia gruzińskiego, ale skoro jeden pan szczekał, to nie mogło to być coś zbyt poważnego). Był też instrumentalny przerywnik, który objawił kaukaskiego Steve'a Vaia. Z tą różnicą, że jego instrumentem nie jest gitara, lecz flet, ale również wydawał z niego milion dźwięków na sekundę. A nawet z nich, bo w pewnym momencie zaczął grać na dwóch jednocześnie. Jak to robił, nadal nie mam pojęcia. Nic więc dziwnego, że z całego dziesięcioosobowego zespołu, to właśnie on dostał największe owacje. Należy tu dodać, że Gruzini byli oklaskiwani długo i często, aż po czterdziestu minutach występu i kilku braw na scenę weszły dziewczęta z kwiatami, by podziękować im za koncert, a do końca było jeszcze daleko. Już po właściwej części koncertu i bisach, Rustavi pojawili się na małej scenie w klubie festiwalowym i tam zaśpiewali dwie piosenki. Szkoda tylko, że ludzie gadali okrutnie.

W środę Skrzyżowanie rozczarowało po raz pierwszy. Na koncert Juliena Weissa z Al-Kindi Ensemble czekałem z wypiekami na twarzy. Niestety, ani część z rytualnymi utworami i wirującymi derwiszami, ani autorskimi kompozycjami Francuza nie zachwyciły,. Naprawdę magicznie zrobiło się w części trzeciej, gdy wykonywali ottomańską muzykę dworską z dużą ilością improwizacji. Nie wiem, czy ten zawód wynikał z moich wybujałych oczekiwań, czy po prostu Weiss miał gorszy dzień. Stawiam na to drugie. Musiał skompletować nowy zespół, bo jego syryjscy współpracownicy są uwikłani w wojnę, a dzisiaj znów zostało zbombardowane Aleppo i nie wiadomo, czy przetrwał jego dom. 

poniedziałek, 24 września 2012

Smutek Jedwabnego Szlaku

Spisane na gorąco po koncercie. Wybaczcie, że pewnie nie do końca przemyślane.

Właśnie czytam "Serce Azji" Colina Thubrona, reportaż z podróż autora do Azji Centralnej dosłownie chwilę po upadku Związku Sowieckiego. To, co z opisów Anglika uderza najbardziej to smutek. Nostalgia za przeszłością i minioną chwałą jest wszechobecna, od Buchary po Duszanbe. W ten obraz ziemi spalonej słońcem, gdzie wszystko, co lepsze dawno minęło wpisał się koncert rozpoczynający tegoroczne Skrzyżowanie Kultur.

Nie będę się tu rozpisywał o biografiach gwiazd wieczoru - Djivana Gasparyana i Alima Qasimowa, wystarczy, że napiszę, iż każdy z nich w swojej konkurencji nie ma sobie równych. Ponad osiemdziesięcioletni Gasparyan jest mistrzem duduku, czyli ormiańskiego fletu. Do Warszawy przyjechał z trzyosobowym zespołem, w którym znalazło się miejsce dla wnuka mistrza Djivana juniora. Program koncertu składał się z przepięknych ludowych kompozycji i kilku autorstwa Gasparyana. Wpletli też "Ave Maria". Najbardziej poruszającym momentem było, gdy mistrz odłożył duduk i zaczął śpiewać o swojej matce.

Jednak nic to przy ekstatycznym  występie Qasimowa ze swoim zespołem. Towarzyszyło mu dwóch muzyków grających na tarze i kamanczy oraz jego córka Farghana. Miała rację Bjork mówiąc, że Qasimov jest najlepszym żyjącym śpiewakiem. Tym bardziej, że mugham, którym się zajmuje to muzyka przede wszystkim improwizowana, śpiewana do poetyckich teksów. I było to widać, gdy Alim, co jakiś czas spoglądał na kartkę z tekstami wierszy. Farghana nie odbiega talentem od ojca, a może nawet go przewyższa. Te momenty, gdy śpiewali razem, improwizując mogę zaliczyć do najbardziej magicznych muzycznych momentów, które widziałem. Ostatni utwór trwał prawie godzinę (tak wynika z moich obliczeń), lecz ani na moment nie znudził. Gdy już wydawało się, że kończą, napięcie sięgało zenitu, oni, jak gdyby nic kontynuowali plecenie tej wielowątkowej opowieści. Po prostu magia.

środa, 23 grudnia 2009

Hockey - "Mind Chaos"


Dzisiaj wpis z cyklu "miałem o tym napisać, ale mi się zapomniało".

No to jedziemy. Hockey to taki indie zespolik z Portland w Oregonie (tam też siedzi Luke Wyland, o którym w przyszłości). Grają razem od 2007 roku, czyli bardzo niedługo, jednak płytę mają. Gdy pierwszy raz posłuchałem tej płyty, to się zdziwiłem, no bo jak takie granie może mi się spodobać. Jak się dowiedziałem kilka minut później, owszem, może. Nawet bardzo może.

Wokalista ma w sobie coś z Casablancasa, a zespół gra, jak połączenie The Strokes z jakimś dance punkowym zespołem, ale nie The Rapture czy Franz Ferdinand, takim bardziej popowym. Ładunek melodii wystarczy na przynajmniej dwie płyty, ale oni zmieścili to w jednej. Oby się to nie zemściło, przy, jakże ważnej dla wszystkich indie zespołów, drugiej płycie. Na razie tym się nie martwię.

Oprócz melodii i taneczności chłopaki przemycają trochę tradycji. "Preacher" to Bruce Springsteen, który urodził się w 1980 a nie 1949. Klawisze identyczne, motoryka też, no może trochę bardziej taneczna. "Four Holy Photos" nie bardzo pasuje do reszty, bo to folkowy kawałek, przypominający Vampire Weekend. "Song Away" to chyba największy hicior z płyty.

Idealna pozycja przedświąteczna, szczególnie przy takiej, dość wkurzającej aurze. Pogoda chyba zwariowała, najpierw minus pierdyliard, a teraz wszytko topnieje. Mogłaby się zdecydować. W każdym razie, "Mind Chaos" pozwoli o tym zapomnieć.

piątek, 18 grudnia 2009

Japandroids - "Post-Nothing"

Płytę usłyszałem dzięki Krzyśkowi, za co mu bardzo, bardzo dziękuję, bo to jedna z płyt roku. Piczforki dali ich na 14 miejscu chyba, ja daję im 3. Serio. Wiem, że to debiut i w ogóle, ale jaką to ma moc. Jest ich dwóch, grają, jakby było przynajmniej 3 razy więcej, ładunek energetyczny porównywalny z mistrzami, czyli "Relationship Of Command". Strukturalnie jest prościej, bardziej przesterowo. Do tego te tematy: dorastanie, opuszczanie domu rodzinnego, laski, francuskie laski. Powrót lat 90. Do tego jeszcze same piosenki miażdżą, jest ich niby tylko 8, ale panie kochany, chciałbym pisać takie piosenki.

wtorek, 15 grudnia 2009

Them Crooked Vultures - s/t

Wersja alternatywna recki, która pojawi się na dniach na UM! W formie zgadywanki z od dawna znaną odpowiedzią. Trochę drętwo, ale cóż.


Them Crooked Vultures - "Them Crooked Vultures"

Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najlepszą supergrupą ’09 na świecie?

Czy jest to Chickenfoot?

Zdecydowanie nie. Za dużo prężenia muskułów, obciachowych lat 80., za dużo nieudolnego udawania Led Zeppelin, a za mało fajnych piosenek. No i Satriani, niby jest go mniej niż zwykle, niby się nie popisuje swoimi mega szybkimi palcami, ale wkurza, jak zawsze. Sytuacji nie ratuje nawet wiecznie niezawodny Chad Smith, ciągle będący jednym z najlepszych bębniarzy na świecie. Płyta wieje nudą i już.

Czy jest to Shrinebuilder?

Nazwiska mówią, że tak. Scott Weinrich, człowiek, którego imię oznacza doom metal, Scott Kelly, człowiek od jednej z najlepszych płyt mijającej dekady, Al Cisneros, człowiek, którego imię oznacza trans i Dale Crover, podpora Melvinsów. Powinna wyjść z tego metalowa płyta stulecia, „Paranoid” i „Reign in Blood” XXI wieku. Jednak tak nie jest. Owszem, płyta jest naprawdę fajna. I ta fajność to jej największa wada. Dobrze się słucha tej płyty, słychać, że panowie trzymają poziom. I to tyle, o żadnych mocniejszych uczuć ta płyta nie wywołuje. Jak na metalowych bogów trochę słabo.

Czy to może Dead By Sunrise?

No bez żartów, proszę.

A Ten East?

Z całym szacunkiem dla Gary’ego Arce’a, ale gra ciągle to samo, albo prawie to samo pod nowymi nazwami. Płyta całkiem niezła, ale strasznie monotonna, no i z zeszłego roku jest. Jeśli już, to nadawaliby się Yawning Sons, pod tą nazwą Gary robi coś innego niż zwykle, ale to dlatego, że to kolaboracja z Sons of Alpha Centauri. W każdym razie to nie oni.

Czy więc to Dead Weather?

Chyba z tych wszystkich zespołów oni są najbliżej tego miana. Jack White usiadł za perkusją i dobrze na tym wyszedł, bo „Horehound” to najlepsza płyta z jego udziałem. Ever. Jest mocna, elektryzująca, pierwotna, wręcz brutalnie surowa, jedna z płyt roku. Tak, przez pewien czas to była supergrupa roku, ale...

Ale co?

Dobrze wiesz, tylko nie chcesz się przyznać, by nie być posądzonym o fanbojstwo. Them Crooked Vultures. Spójrzmy prawdzie w oczy. Josh Homme – bóg, Dave Grohl – bóg, no i last but not least John Paul Jones – bóg. Czego chcieć więcej?

No ale czy nie są zbyt podobni do Queens of the Stone Age?

Słuszna uwaga. To podobieństwo to tylko pierwsza warstwa. Trochę dogłębniejsze przesłuchanie pokaże, że najważniejsze rzeczy na tej płycie to nie gitara i wokal Homme’ego, choć oczywiście pełnią ogromną rolę, ale sekcja rytmiczna, a konkretniej John Paul Jones. Gra na basie, jak żaden inny kolega Josha, ma niesamowity feeling, zresztą w jednym wywiadzie powiedział, że ta funkowość sekcji wyróżniała Led Zeppelin spośród milionów zespołów hard rockowych. Wyróżnia i Them Crooked Vultures. Jedyne, do czego można się przyczepić, to najbardziej obciachowy instrument na świecie, czyli keytar. Poza tym John częściej gra na ośmio- czy dwunastostrunowym basie niż na typowym czterostrunowcu. Pamiętajmy też o jego klawiszach. Dave Grohl świetnie się do tego dopasował. Gra jeszcze lepiej niż na „Songs for the Deaf”, bo do brutalnej siły dodał finezję i funkowy Groove.

Pierwsze cztery piosenki to hiciory. Krótkie, skondensowane, melodyjne. W „Mind Eraser, No Chaser” w refrenie udziela się Dave, nadając mu trochę fufajtersowkiego klimatu. „Dead End Friends” zaczyna się niczym „Song for the Dead”, od uderzenia perkusji, a potem, mimo że idzie w zupełnie inną stronę, to schemat jest tak samo hitchcockowski.

Potem panowie kombinować. „Elephants” zmieniają się, jak w kalejdoskopie. „Warsaw Or The First Breath You Take After You Give Up” to nowy poziom psychodelii, ciężkiej od toksycznych oparów. „Spinning in Daffodils” podobnie. Można rzecz, że jesteśmy świadkami narodzin nowej jakości.

Jednak mało rewolucyjna ta płyta.

Ano, to prawda. Każy z nich jakąś mniejszą lub większą rewolucję na koncie. Człowieku to są goście z Kyussa, Nirvany i Led Zeppelin. Na co im kolejna rewolucja, skoro prawie od niechcenia wychodzą im takie piosenki, jak „Nobody Loves Me & Neither Do I” czy „Caligulove” albo „Gunman”. W zasadzie to mogę tu wymienić całą płytę, która aż iskrzy się od pomysłowości, luzu, świetnych improwizacji i zwyczajnej radości grania. Niczego więcej nie trzeba, żeby mieć dosko płytę.

A ma w ogóle wady ta płyta?

Można narzekać, że jest za długa, ale to, jak narzekanie, że w „Gwiezdnych Wojnach” dźwięk rozchodzi się w przestrzeni kosmicznej. Jeden i drugi zarzut nijak się mają do oceny całości, która jest bezbłędna. Płyta roku.