piątek, 30 stycznia 2026

Songlines #215


W świeżutkim wydaniu Songlines, z którego okładki spogląda Steve Martin z banjo w ręce znajdziecie trzy moje recenzje: Oberkas Travel, Julii Kozakovej i Kasi Kadłubowskiej. I tak się ciągnie ten wózek z naszą muzyką na zachód. Może coś z tego będzie, może ktoś ich posłucha.

Można go sobie kupić tutaj, a na stronie możecie wyszukać te recenzje (tylko musicie się zarejestrować).

wtorek, 27 stycznia 2026

Wiatr zaklęty w dźwiękach

W sobotę poszedłem na pierwszy koncert w tym roku. W Młodszej Siostrze zagrał Richard Hronský, słowacki, ekhm, fujarzysta i – według swoich własnych słów – ambientowy pasterz. Piękny i nieoczywisty był to występ. (Zaraz po nim zagrała Marta Forsberg, też bardzo ładnie, ale to temat na zupełnie inną historię).

Hronský na swojej dwumetrowej fujarze grał długimi prawie nieruchomymi statycznymi frazami. Z laptopa dokładał śladowe ilości pogłosów i nagrań terenowych. Ten wyciszony koncert poprzedził krótki wstęp Richarda o instrumencie i swoim pomyśle na muzykę. No więc fujara. To imponujący instrument prosto ze słowackich Karpat. Dla Hronskiego jest łącznikiem z przeszłością. Tą bliższą – wakacjami spędzanymi u dziadków – i tą dalszą. Zakorzenia go w wiejskiej Słowacji, daje oparcie w pędzącym świecie. Wydany we wrześniu 2025 Pohreb jest bardziej slychowiskiem, podróżą w czasie i przestrzeni niż „po prostu” albumem.

W wypełnionej po brzegi małej salce Młodszej Siostry Hronsky skupił się przede wszystkim na dźwiękach swojego instrumentu, zanurzył się w niespiesznej opowieści o pamięci, połoninach i halach. Gdy tak stałem i słuchałem tych dronowych fraz, pomyślałem o dwóch innych, podobnych albumach. Ten pierwszy to przepiękna Quintela Carme Lopez, galicyjskiej dudziarki, która wykorzystuje swój instrument podobnie, co Richard fujarę. Ten drugi to Trzciny Karabachu... przepraszam, Canes of Karabakh, która wyszła kilka dni temu.

Canes of Karabakh to nawet nie tyle projekt poboczny członków kIRk, co inne wcielenie tego tria. Pod polskojęzyczną nazwą zajęli II miejsce na zeszłorocznej Nowej Tradycji. W zasadzie Trzciny – nie mogę przyzwyczaić się angielskiej nazwy, polska jest tak pięknie dźwięczna, ale rozumiem zmianę, kto za granicą będzie w stanie ją wypowiedzieć – niewiele różnią się od tego już nie tak bardzo nowego oblicza kIRk, czyli tria Pawła Bartnika, Olgierda Dokalskiego i Stanisława Matysa. Są jeszcze spokojniejsze i dostojniejsze, a przede wszystkim główną rolę odgrywa tu Matys i jego duduk.

Kaukaski kierunek mogła już podpowiedzieć sama nazwa projektu. Z karabaskich trzcin wyrabia się najlepsze stroiki do duduka, instrumentu emblematycznego dla kultury ormiańskiej. Karabach, przez lata sporny region – należący do Azerbejdżanu, zamieszkany w zdecydowanej większości przez Ormian – dziś kontrolowany jest przez Azerów. Ormianie uciekli. Jednym z efektów przegranej przez Armenię i Arcach wojny jest drastyczny wzrost wspomnianych stroików. Dla Matysa nadal są osiągalne, ale dla wielu ormiańskich muzyków już nie. Jak w takim razie powinien postąpić muzyk z bogatego Zachodu? Czy da się w tej sytuacji postąpić etycznie? Czy nadal można czerpać z i wykorzystywać ormiańską tradycję? Powraca pytanie niezależnie od kontekstu: gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna przywłaszczenie kulturowe?

Z takimi pytaniami musieli się zmierzyć Matys, Dokalski i Bartnik. Ich odpowiedź jest przekonująca. Nie grają tradycyjnych ormiańskich melodii, wykorzystują w pełni swój skład – duduk, flugelhorn i live electronics – i tworzą niedosłowną podróż po wyobrażonym Kaukazie. Hula tu wiatr, przestrzeń przytłacza i wyzwala, góry wydają się wydrapywać dziury w niebie. Z wyjątkiem The Birth of Breath Trzciny grają długimi frazami, jak Hronsky. Głębokiego, melancholijnego brzmienia duduka nie da się pomylić z niczym innym. Czasem zastanawiam się, czy da się na nim zagrać coś wesołego, niepodszytego smutkiem. Dokalski na flugelhornie czasem gra unisono z Matysem, czasem gra niczym na dum duduk, basowym duduku budującym burdonową podstawę pod melodie. Bartnik to wszystko delikatnie przetwarza. Nie modyfikuje, ale uzupełnia, dodając muzyce ciała, ale nie ujmując przestrzeni.

Powoli budowane kompozycje Canes of Karabakh zatrzymują czas, niczym zaklęty w dźwiękach podmuch wiatru. Są jednocześnie odwieczne i ulotne, jak wiatr wiejący nad Kaukazem od tysięcy lat. I właśnie to rozpięcie łączy ich i z Hrosnkym i z Carme Lopez, Brighde Chambeuil i innymi muzykami, którzy wychodzą od tradycji, by opowiedzieć własną historię. 

sobota, 24 stycznia 2026

2025: podsumowanie

 

Może dlatego, że w zeszłym roku pisałem i słuchałem mniej niż latach poprzednich, a blogaska całkiem zaniedbałem, to podsumowanie wyszło mi jeszcze bardziej monstrualne niż wcześniej. To jedna – wada? zaleta? – z cech pisania dla siebie samego, bez oddechu redaktora na plecach. Można pisać, pisać i pisać. Trzeba jednak w pewnym momencie powiedzieć sobie dość.

Nowa tradycja

Dziwny to był rok dla muzyki odnoszącej się do tradycji. Przynajmniej dziwny w Polsce. Kolejny rok z rzędu wychodzą albumy z kategorii „klękajcie narody”, ale nawet w folkowej bańce nie jest o nich głośno. W mediach pojawiają się tylko w Radiowym Centrum Kultury Ludowej (disclaimer, ja też tam piszę), które i tak jest często współwydawcą tych najciekawszych oraz u Bartka Chacińskiego (ale jego blog można już nazwać medium środowiskowym). Gdzie indziej? Bardzo rzadko, w zasadzie mignęła mi tylko wzmianka Oberkas Travel w jednym z instagramowych podsumowań. Może jakimś światełkiem w tunelu będzie Paszport Polityki dla Sw@dy i Niczos, ale nie wiem. Bardzo bym chciał.

Skoro już napisałem „płyty z kategorii klękajcie narody”, to nie powinno nikogo dziwić, że moją płytą roku jest właśnie Oberkas Travel. Co tam robią Zabrodzki, Niwiński, Młynarski i Domagalski... Chciałoby się napisać polskie Altin Gun, ale byłoby to krzywdzące dla wszystkich zainteresowanych. Oberkasi z jednej strony wskrzeszają ladowy humor (począwszy od nazwy), z drugiej – traktują oberki solidną porcją kwaśnej psychodelii. Z trzeciej zachowują oberkową wirowość i transowość, ale dają jej nowe oblicze. F A N T A S T Y C Z N E granie, bardzo mi się podoba to ich stanie w rozkroku między tradycją a odpięciem wrotek. Robią to zupełnie inaczej niż mający prawie ten sam skład osobowy i bardzo podobny repertuar Tercet Imperial (ale o nich więcej w okolicach wakacji). Choć Oberkasi zachwycili mnie od samego początku, to tak naprawdę wielkość tego zespołu najłatwiej doświadczyć na żywo, bo tam na scenie dopiero pokazują, że to są cały czas szalone oberki zapraszające do tańca.

Inne, choć równie transowe oblicze oberków pokazał Mateusz Kowalski. W jego rękach zmieniają się w appalaskie ballady śpiewane na ganku, nie tracąc nic ze swej polskości. To kolejny przykład po Opli przykład na mariaż wyobrażonej, wiejskiej Ameryki z Polską. Hajda Banda! otarła się na Niepraudzivajej o prawdziwą wielkość. Pod sam koniec 2024, tak bardzo, że ja ją zaliczam już do ubiegłego roku ukazała się płyta Trancexpress, zespołu łączącego Polskę Centralną z Oksytanią. Z prawdziwków świetny album wydała Orkiestra Galicja, taneczny, pięknie brzmiący. Pod koniec roku zachwyciła inna orkiestra – Podróżniacy. Zaskakująco blisko tej orkiestrze dętej do swoich włoskich odpowiedników. Robert Piotrowicz na oberkowych rytmach stworzył muzykę wrzynającą się pod skórę.

Tak, polski folk ma się świetnie, ale ani sam nie chce tego przed sobą przyznać, a ni nie wychodzi do szerszego grona słuchaczy. A może stara się wyjść, tylko to szersze grono jest zaimpregnowane na rodzimą tradycję. Trochę, żeby pokazać, że ta muzyka nie gryzie, a wręcz przeciwnie – może być i jest świetnym tworzywem do robienia całkowicie współczesnej muzyki, dla kwartalnika ZaiKSu przygotowałem przegląd współczesnej polskiej sceny. Dobrze to rozumieją metalowcy – Furia już od dawna flirtuje z folkiem i trójkowymi, wirującymi rytmami, w zeszłym roku Ugory weszły na tę ścieżkę.

A jak z tą tradycję i jej modernizacjami, odnóżami jest gdzie indziej? O Hiszpanii i Śródziemnomorzu za chwilę, bo tam dzieje się zbyt dużo, zasługują na własną sekcję w podsumowaniu. Austriaczka Anna Buchegger od kilku lat bierze na warsztat folklor z okolic Salzburga, śpiewa w lokalnym dialekcie i robi z niego porządny alternatywny pop (mamy o niej krotki dokument w ARTE, warto się zapoznać). Sam Amidon nagrał najlepszy album od lat. Przypadkiem trafiłem na drugi album młodziutkiego serbskobośniackiego „sevdalinkarza” Igora Božanicia. A to jedne z najciekawszych interpretacji lokalnej tradycji od lat. Kasai przenosi japońskie minyo (dosłownie muzykę ludu) w świat footworku. To niełatwa rzecz, nieokrzesana, ale bardzo wynagradzająca trud. Warto się z nią zaprzyjaźnić. Po sukcesie Carry them With Us, Brìghde Chaimbeul nie poszła na kompromisy. Sunwise jest jeszcze bardziej dronowa, bardziej nieprzewidywalna, surowa jak szkocki krajobraz. Drugi raz widziałem ją na żywo w tym roku, w największym strasburskim zborze. Piękne doświadczenie.

Cesar y su Jardin też postawili na piękno, poszukali go w dźwiękach swojego rodzinnego Meksyku. Farah Kaddour i Marwan Tohme eksperymentowali z materią lewantyńską dodając do tradycyjnych struktur awangardowe, gitarowe pasaże. Po przerwie wróciło jedno z moich ulubionych muzycznych rodzeństw, bracia Mortazavi, ale niestety ani Nexus Mohammadarezy ani La Fille du soleil Alirezy nie są choć w połowie tak dobre, jak ich poprzednie albumy. Po długiej przerwie wróciła tez Noura Mint Seymali. I to powrót przynajmniej bardzo dobry. Yenbett jest bardzo psychodeliczna, przypomina Group Doueh, ale w przystępniejszej wersji. Młodziaki z Nusantara Beat nasłuchali się starych winyli z kolekcji rodziców i po serii siódemek z coverami nagrali album z własnymi kompozycjami utrzymanymi w klimatach indonezyjskiej muzyki z lat 60. i 70. - tych czasów, kiedy rock rozprzestrzeniał się po świecie i wchłaniał różne lokalne style. Kibicowałem im od początku, cieszę się, że nie zawiedli moich oczekiwań. Nie sugerujcie się okładką epki Ashkana Shafiei, to nie są nagrania terenowe z zapomnianej przez Boga i ludzi wioski w Afganistanie, a pełnokrwiste, podbite funkiem piosenki inspirowane przedrewolucyjnym irańskim i afgańskim popem. Zgadza się za to wiodąca rola rababu. Okładka drugiego albumu młodego irańskiego wirtuoza tanburu, Mohammada Mostafy Heydariana zdradza wszystko, co powinniście o nim wiedzieć.

Raphaelowi Rogińskiemu chyba nigdy nie skończy się dobra passa. Bura jest geograficznie najbardziej określona z serii płyt poświęconych poszukiwaniu duszy Europy Wschodniej, najbardziej bezpośrednio odnosi się do konkretnej tradycji. Pomaga mu w tym trio Ružicnjak Tajni złożone z serbskich specjalistek od awangardy i folkloru. Pedro Vian z Maâlemem Najibem Soudanim otula gnawę analogową elektoniką. Niby nic wielkiego, ale jak to idzie. Percy Flores jako Wayku przenosi w świat jazzu i psychodelicznego rocka peruwiańską, amazońską pandillę. Jak, dlaczego i po co – opowiedział mi w Bandcamp Daily.

Folk ze snów, tropiki z marzeń

Folk nie musi odwoływać się do konkretnej tradycji, może być synkretyczny, czerpiący z różnych źródeł, ale nie wpadający na mielizny world music. Folk może być „syntetyczny”, dostosowany do cyfrowego świata (pachnącego szarością, z papieru miłością), jak na Wynoś się z mojego domu Starej Rzeki. Nie spodziewałem się tego powrotu, ucieszył mnie bardzo. Wyraźnie słychać, że Kuba Ziołek przez tę dekadę dotarł w zupełnie nowe miejsce. Jego doświadczenie z Brutality Garden, nowym wcieleniem ALAMEDY, graniem jako Erva, słuchaniem muzyki innej niż anglosaska wpłynęły na nowe oblicze Starej Rzeki. Choć ten senny, lekko nierealny (a może po prostu surrealistyczny) klimat pozostał. Nieważne, której płyty słucham, zawsze przed oczami mam późnoletnią noc rozświetloną pełnią Księżyca. Z Kubą porozmawiałem dla „Polityki” i teraz sobie uświadomiłem, że poprzedni raz, kiedy zrobiłem z nim wywiad to rok 2010, czasy dziś prehistoryczne. A on spełniał się w Ed Wood i Tin Pan Alley. O tych dwóch zespołach i jeszcze o George Dorn Screams wtedy rozmawialiśmy. Kto o nich dziś pamięta?

Po wyobrażonej, międzykontynentalnej przestrzeni, nowej geografii, gdzie Mzuzu, Warszawa, Białystok i Dar es Salaam ze sobą sąsiadują porusza się Piotr Cichocki na Radio Zodiak Owls Are Not. Fascynujący bardzo niedoceniony (w Polsce po prostu przegapiony). Antonina Nowacka i Sophie Birch zauroczone Sokołowskiem, tym sudeckim pierwowzorem Davos nagrały album pełen harfy, zwiewności, lekkości i wokaliz. Nie tylko o Hiraeth porozmawiałem z Antoniną dla Bandcamp Daily. Dziewczyny z Kuunatic dalej tworzą swoją postapokaliptyczną mitologię opartą na japońskim folklorze, krautrocku i stonerze. Abdullah Miniawy czerpie z egipskiego (nie tylko arabskiego) i lewantyńskiego folku, łączy go ze łzawymi dźwiękami trąbki i tworzy kolejny poruszający, kipiący od emocji album m.in. z udziałem Nino de Elche. Širom – podobnie jak Rogiński – nie są zdolni do wypuszczania czegoś słabego. Każdy ich kolejny album jest niczym wycieczka w nieznane, w stronę nowych muzycznych terenów. Złożonych ze znanych elementów, ale tak wymieszanych, tak poprzestawianych, że tworzy się naprawdę – bez cienia przesady – nowa jakość. Vauruva idzie tropem wytyczonym m.in. przez starą Starą Rzekę i nową Furię. Black metal współbrzmi tu z muzyką brazylijskiej Amazonii. Shackleton dwukrotnie zajmował się muzyką Zimpla. Najpierw wyszła koncertowa wersja ich wspaniałego albumu z Siddhartą Belmannu, a pod koniec roku Brytyjczyk pokazał własną wersję 3 Saagary. Jeszcze bardziej pogłosową, udubowioną.

Polski producent Naraska po wyśnionej podróży do Ameryki Południowej wybrał się – też w świecie rzeczywistym – i przywiózł stamtąd Colours of Morocco. Dużo na tej płycie naszego polskiego Marokańczyka Ayouba Houmanny, jest gnawa, jest muzyka Berberów, są tętniące życiem metropolie – Tanger, Casablanca, Meknes, Marrakesz. Guess What, czyli 1/2 Grup Şimşek bawią się w muzyczne odtwarzanie teorii Ericha von Danikena, do swojej firmowej psychodelii dorzucają trochę egipskich i arabskich elementów. Maciek Sondij z Beluga Stone solowo wytoczył ciężkie, tropikalne działa. Charif Megarbane po raz kolejny zanurzył się w sepiowe oblicze Libanu.

Nie tylko Rosalía

To jest to miejsce w podsumowaniu, w którym porozmawiamy o Rosalíi, Lux i jej recepcji w polskich mediach. A raczej prawie kompletnego jej braku. Głośniejszy był przyjazd Katalonki do Warszawy i strzelenie sobie fotki przed barem mlecznym na Pradze. Kulminacją tego źle ukierunkowanego zainteresowania był kuriozalny wywiad z z impresariatem i członkami orkiestry występującej w teledysku do Berghain w Mint Magazine. Kuriozalny, bo padły tam pytania „czy to wy skomponowaliście partie orkiestry na album” albo „czy to was słychać w nagraniu na teledysku”. Że tez wywiadowani nie pospadali z krzeseł. Recenzji Lux widziałem dwie – w Wysokich Obcasach i Polityce. Natomiast w mediach anglo- i francuskojęzycznych (o hiszpańskich nie wspominam) Rosalía wyskakiwała z lodówki – były wywiady, analizy, dogłębne recenzje. Z większości tych tekstów bije zaskoczenie, że Katalonka porwała się na tak ambitną rzecz. A ja sobie zadaję pytanie, czy oni wszyscy pozapominali o El mal querer, opartej na XII-wiecznym poemacie, wyrastający z flamenco, ale przekraczającym je. Lux to w zasadzie jego kontynuacja. Do tego to ciągłe porównywanie Rosalíi do Bjork, które przypomina mi, że jeszcze nie tak bardzo dawno kobieta w alternatywie była albo kolejną Tori Amos, albo PJ Harvey albo Bjork właśnie. No ile można. Tym bardziej, że muzyka Katalonki wprost wyrasta z lokalnej, iberyjskiej tradycji, kontynuuje drogę wyznaczoną przez Camarona de la Islę. Do tego wpływ Rosalíi jest słyszalny w całym europejskim Śródziemnomorzu - od Portugalii po Grecję. Nie tylko czerpie z całego regionu, ale sama jest inspiracją dla innych.

Trochę o tym wszystkim pisałem w Dwutygodniku przy okazji kreślenia portretu Maríi José Llergo, jednego z najciekawszych głosów współczesnej muzyki iberyjskiej. O Raülu Refree piszę regularnie od mniej więcej siedmiu lat, ale jak nie pisać, skoro to jeden z najważniejszych producentów zajmujących się muzyką (około)tradycyjnej. Na Cru+es z Nino de Elche wspiął się na wyżyny nawet w porównaniu ze swoim własnym katalogiem. A przecież z Aidą Tarrío nagrał piękną wariację na temat katalońskiego i galicyjskiego folku jako Galia i Ovidio. Blisko na tym albumie (wydanym pierwotnie jako dwie EP) album Rodrigo Cuveasa sprzed siedmiu lat. Wszystko jest ze sobą połączone. Ana Arsuaga do baskijskich piosenek dorzuca hiszpańskie, ale nadal jest to zachwycające minimalistyczne, syntezatorowe granie.

Siedem lat młodsza od Rosalíi María Terremoto nagrała piękny surowy album wypełniony flamenco. Inna María, Peláe na El Evangelio odwołuje się do Camarona, idzie tropem świętych, sięga po disco. Amanda Mur tka swoją muzykę niczym pajęczynę z okładki, wplata w folk industrial, dużo tu pogłosu i mroku. Júlia Colom znów inspiruje się balearskim folkiem, ale tym razem pisze własne piosenki. No i zaprosiła Tarta Relena do jednej piosenki, dla tej samej współpracy warto sięgnąć po Paradís. Duet występuje też na debiucie Alosa śpiewającego po katalońsku, trochę ogniskowego, ale bardzo przyjemnego. Lina wydała w tym roku dwa albumy. Jeden bardziej eksperymentalny z Julesem Maxwellem, na którym łączą muzykę elektroniczną i post rock z fado (ale zupełnie inaczej niż robiła to z Refree). Grają dostojnie i snująco. Z balearskim pianistą wyciszoną, skromną – tylko głos i fortepian – O fado. Niby tak odmienne, a bliźniaczo do siebie podobne. Carminho, którą można usłyszeć na Lux, podobnie jak Ana Moura i Lina śmiało wykracza poza tradycyjnie pojmowane fado. La Niña wbrew pseudonimowi nie jest Hiszpanką, lecz Włoszką (pewnie powiedziałaby o sobie, że raczej Neapolitanką). Na Furèsta żeni różne południowowłoskie, stara się być im wierna, ale gdzieniegdzie doda autotune, delikatną elektroniką. Wszystko jednak kręci się wokół wokali, często chóralnych. Jedną z tych chórzystek jest Sara Gioielli, której album był jednym z pozytywnych zaskoczeń ostatnich dni 2025. Tak, tu też się wszystko kręci wokół głosu.

Piosenka jest dobra na wszystko

Chyba jeszcze bardziej niż powrót Starej Rzeki ucieszył mnie powrót sióstr Crutchfield do wspólnego grania. Do takiego indie rocka mam ciągle słabość, nie będę tego ukrywał. Do takiego, jaki gra Indigo de Souza też. Sharon Van Etten po czterdziestce bawi się w gotkę i wychodzi jej to bardzo dobrze. Wreszcie też udało mi się – po prawie 10 latach przerwy – zobaczyć ją na żywo. Derya Yıldırım & Grup Şimşek w nowym, amerykańskim są jeszcze bardziej powłóczyści, jeszcze bardziej rozmyci brzmieniowo. Σtella nagrała idealną letnią płytę, w której zasłuchiwałem się na Korfu. Fajnie, że wreszcie zaczęła też choć czasem śpiewać po grecku. Giorgio Poi wreszcie nagrał album, na którym pokazuje w pełni swój talent do pisania piosenek.

Stara znajoma, Alina Orlova (trudno mi uwierzyć, że słucham jej od 17 lat, czyli od debiutu), z regularnością godną pozazdroszczenia pisze te swoje lekko kabaretowe piosenki będące współczesną wariacją na temat litewskiej poezji śpiewanej. Aż żałuję, że ten litewski mi wyparował głowy. Frànçois & The Atlas Mountains jak zawsze stylowi. Eefje de Visser z powodzeniem wróciła do stylu wypracowanego na Nachtlicht, czyli indie popu opartego na funkowo-postpunkowym basie, plamach syntezatorów, przycinanych gitarach. Tęskniłem. Marcin Masecki raz jeszcze rzucił się w wir starych piosenek z Ameryki Łacińskiej, tym razem w większym składzie i już z całym arsenałem swoich firmowych zagrywek – rozbierania piosenek na części pierwsze, przeplatania różnych motywów, efektu zaciętej płyty. Uśmiałem się przy tym albumie. Drugi album Titanic, czyli duetu Mabe Fratti i I Catolica przynosi doskonały eksperymentalny, hałaśliwy pop. W zeszłym roku słuchałem mniej muzyki z Afryki niż zwykle, ale trzeci album Star Feminine Band polecam z całego serca. Tak jak i pożegnalną płytę Amadou & Mariam. Basia Bulat wreszcie spełniła obietnicą złożoną jeszcze na Green Zoo w 2010 i nagrała pierwszą piosenkę choć trochę po polsku. Z dwóch albumów Lou-Adriane Cassidy wybieram zdecydowanie Triste animal.

W lutym napisałem do Dwutygodnika pochwalną recenzję Iskier Mateusza Franczaka, który wreszcie poszedł na 100% w piosenki. A w grudniu zobaczyłem jego wpis na buniu, że mimo pozytywnych recenzji w prasie, mało kto się tym albumem zainteresował. I to chyba najlepiej oddaje (brak) wpływ(u) krytyki na słuchaczy. A przecież 2T to nie żaden niszowy blogasek czy newsletter, to jedno z największych (o ile nie największe) medium kulturalne w tym kraju.

Trzeci solowy album Yasmine Hamdan po prostu rozdziera serce.

Szumy, spacery, syntezatory

Maciek Polak nie tylko naprawia stare syntezatory, ale też na nich gra. Skromnie mówi, że to zwykle wprawki, ale nie dajcie mu się zwieść. 1977 to album pełen pięknych miniaturek, do których chce się wracać. Wspólny album Patricka Shiroishiego i Piotra Kurka jest niczym spacer po wyludnionym, zimowym mieście. Promenades Felicii Atkinson już samym swoim tytułem odwołuje się do chodzenia i jest to najpiękniejszy muzyczny spacer zeszłego roku. Mieszkająca w Norwegii Szwedka Levina Storåkern drony i nagrania terenowe łączy z przeszywającym skandynawskim folkiem. Earth Sounds Now, międzynarodowy skład, supergrupa właściwie, pod wodzą Nicolasa Jaara porusza się między nagraniami terenowymi, spoken word, ambientem, jazzem.

Pełen złości, przygnębienia i nadziei album nagrał już na wychodźstwie w Holandii Saba Alizadeh. Inspirowany protestami z 2022 roku, zyskał na aktualności pod sam koniec 2025, prawie rok od premiery. Siavash Amini – jak zawsze – wypuścił muzykę duszną i opresyjną niczym atmosfera w Iranie.

Jazz i groove

Znowu nie słuchałem za dużo jazzu z płyt, ale napisałem wszystkie teksty do katalogu 23. Jazzowej Jesieni i pojechałem do Bielska na festiwal. Tam największe wrażenie zrobiło na mnie trio Craiga Taborna z Tomeką Reid i Chesem Smithem (ich wyczekany album ukazał się już na początku 2026) i koncert tria Marcina Wasilewskiego z Joem Lovano i Tomaszem Dąbrowskim poświęcony muzyce Tomasza Stańko. Na lubelskich Kodach z kolei zachwycili Ghosted swoim ciężkim groove’em zanurzeniem w transie. Taki jest też ich trzeci album. Yazz Ahmed tak gra na trąbce i tak zręcznie łączy jazz z muzyką arabską, że ja nie mam pytań. Lepszej jazzowej rzeczy nie słyszałem w tym roku, ale przyznaję, że nie załapałem się na hajp nowych albumów Ciśnienia, Nene Heroine i Niechęci. Obiecują poprawę w przyszłości.

Rozmawiajmy o muzyce

W podsumowaniu 2023 narzekałem na stan czytelnictwa, w tym – jak widzieliście – zżymam się na media. To wszystko dlatego, że mi zależy. Zależy mi na poważnej dyskusji o muzyce, zależy mi na wymianie opinii. Zależy mi na tym, żeby nie zalała nas do szczętu muzyka tworzona przez AI. Chciałbym, żebyśmy słuchali więcej muzyki nie po angielsku, nie z Ameryki i Wielkiej Brytanii, żeby Rosalía i Bad Bunny nie byli pojedynczymi fenomenami, ale zapowiedziami nowego. Żebyśmy wreszcie docenili to, co mamy pod nosem. Czytajcie tych, którzy mają coś do powiedzenia.

W mediach społecznościowych każdy gra na siebie, coraz rzadziej można znaleźć polecajki cudzych tekstów. Przyznaję, że nigdy tego nie rozumiałem, a po ostatnich rozmowach z Łukaszem doszedłem do wniosku, że choć pewnie nie uda się stworzyć jednego wielkiego niezalowego medium, ale chociaż polecajmy się nawzajem. Czytajcie nie tylko Bartka i Jarka, ale Piotrka, Kubę, Ulę, Jacka, Maćka, słuchajcie Krzyśka i Agaty. A jeśli o kimś zapomniałem, to bardzo przepraszam. Czytajcie i dawajcie znać, że czytacie – rozmawiajmy wspólnie o muzyce.

wtorek, 6 stycznia 2026

2025: płyty, o których nie napisałem, a powinienem

O tym, jaki był to rok w muzyce z mojej perspektywy już niedługo. W tym – tamtym – roku pisałem mniej niż chciałem i chyba mniej niż powinienem. Wielu płytom planowałem poświęcić dłuższe teksty, a nie tylko zdanie w podsumowaniu, ale – jak zawsze – nie wyszło. Oto te, których braku recenzji żałuję najbardziej.

Owls Are Not – Radio Zodiak

Zacznijmy od tego, że to, co robi Piotr Cichocki w 1000 Hz w trochę lepszym świecie nie schodziłoby z jedynek portali i działów kulturalnych mediów. Jego idea jest nie tylko ambitna, ale i stojąca w poprzek hierarchii rządzących rynkiem muzycznym. A jednocześnie jest całkowicie świadomy swojego w nie zaplątania. Ciągle z nimi grają, podważają oczekiwania, wywracają wyobrażenia o muzyce afrykańskiej. Wraz z muzykami z Malawi działają na równych zasadach. Po długiej przerwie w tym właśnie duchu Cichocki reaktywuje swój projekt Owls Are Not właśnie w tym duchu, międzynarodówki łączącej Warszawę, Mzuzu, Białystok i Dar Es Salaam – udzielają się tu m.in. Happy Mphande z Tonga Boys, flagowego zespołu 1000 Hz. W pewnym sensie jest to rozwinięcie WILD/LIFE, ale mroczniejsze, bardziej chropowate, nie ma tu tego słońca, które zwykle kojarzymy na Zachodzie z muzyką z Afryki. To album radykalnie polityczny, idący w poprzek algorytmozy, niepokorny, radykalnie polityczny i wspólnotowy. 

Master Stone – Bang'a'gong

Krążyłem wokół tej płyty od premiery, ale tak naprawdę więcej czasu poświęciłem jej dopiero pod koniec roku, gdy zimowa aura kontrastowała ze słoneczną muzyką. I to leniwe, letnie granie w duchu Guess What, Yin Yin czy najbardziej słonecznych i wyluzowanych płyt Branta Bjorka trafiło mnie z całą mocą. 

Group Inerane – Marhajan Bianou

To od albumu Group Inerane zaczęła się moja miłość do tuareskiego rocka. Sublime Frequencies zebrali nagrania tego niesamowitego zespołu z pierwszej i jedynej europejskiej trasy. To był rok 2011, niedługo potem Koudede, jeden z liderów grupy zginie w wypadku samochodowym. Jak oni tu grają, są nieokiełznani, pędzą na złamanie karku. Ta (proto)punkowa energia z Guitars from Agadez jest cały czas obecna, a wygładzenie brzmienia nic w tym nie zmienia. To muzyka prosto z trzewi, nowoczesna i tradycyjna. Grają swoje i cudzesy, a zostawiona na sam koniec Azamane Tiliade Bombino jest tak doskonała jak wersja tego ostatniego Chet Boghassa Tinariwen.

Raül Refree & Niño de Elche – Cru+es


O swojej miłości do Refree i jego modernizowaniu, a czasem wywracaniu tradycji na drugą stronę pisałem już nieraz. Z Niño de Elche, jednym z najważniejszych głosów współczesnego, poszukującego flamenco, Refree współpracuje nie pierwszy raz. Po raz pierwszy jednak występują jako duet. Cru+es to do pewnego stopnia duchowy następca albumu Lina_Raül Refree, podobnie hiszpański producent ogrywa głos szkieletowymi, przestrzennymi (choć dusznymi, niepokojącymi) podkładami. Różnica jest taka, że jest tu jeszcze mroczniej, jeszcze duszniej. Obok elektroniki pojawia się gitara, pierwszy instrument Refree, co zbliża album do el espacio entre. Na takiej podstawie Niño de Elche błyszczy, jego głos jest pełen cierpienia i miłości, tych dwóch uczuć, na których skupia się Cru+es, album z mocnymi religijnymi podtekstami (co przecież nie może dziwić, to w końcu Hiszpania), pełen wyrazistych obrazów, choć tekstowo skromny. Poza epickim Salmo XXI na podstawie wiersza Ernesta Cardenala. Tyle czasu już sobie obiecuję, że napiszę porządny artykuł o Refree, bo to producent wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, a ciągle nie jest doceniany tak, jak być powinien. Wiecie, to jest album na poziomie Requiem ludowego. Może w 2026 się uda, bo nie tylko Raül kończy pięćdziesiątkę, ale też ma przygotowane przynajmniej dwa albumy.

Farah Kaddour & Marwan Tohme – Ghazel



Zostajemy przy modernizowaniu tradycji, tym razem arabskiej, lewantyńskiej. Farah Kaddour i Marwan Tohme grają w wyśmienitym bejruckim zespole SANAM, ale znaleźli czas na wspólny album. Niedługi, wydany na kasecie. To improwizacje na buzuq, gitarę i efekty pełne czułości, intymne. Tak po prostu piękne.

The Blues of the Indian Ocean

Długo zapowiadana kompilacja segi – wyspiarskiego bluesa, bliskiego maloyi – z Mauritiusu, Rodrigues i diaspory z Chagos. JuJu Sounds znów dostarczają nagrania terenowe najwyższych lotów, poruszające, pełne społecznych i politycznych podtekstów. Jak zawsze skupiają się na marginalizowanych społecznościach, dają wybrzmieć ich historii oporu, rasizmu, dyskryminacji i wysiedleń.

Snocaps – Snocaps 

Wydany z przyczajki wspólny album sióstr Crutchfield – pierwszy taki od 14 lat – był największym zaskoczeniem 2025. Katie i Allison trochę wracają do przeszłości: Bad Banana, ps eliot, pierwszych albumów Swearin' i Waxahatchee, ale nie udają, że da się cofnąć czas. Nie jest to próba wskrzeszenia tamtych lat, ale spojrzenia na przeszłość z perspektywy, z całym dotychczasowym bagażem spróbować przywołać tamte uczucia i chwile. Katie gra dziś country (i to jak), Allison spełnia się jako A&R. Jedna mieszka w Kansas City, druga w Los Angeles, kiedyś w Filadelfii i na Brooklynie tworzyły najciekawsze niezależne sceny w USA. W tej podróży towarzyszą im MJ Lenderman i Brad Cook. Grają indie rock, podbity sepią i nostalgią za końcówką pierwszej dekady XXI wieku. To już nie jest niedzisiejsze, anachroniczne granie, ale szlachetnie ponadczasowe. Piosenkami dzielą się po połowie, jak w Bad Banana. Słychać echa tych ich poprzednich zespołów, czasem bardzo silnie jak w Brand New City będącym hołdem dla debiutu Swearin' czy Hide, dziecku Diane ps eliot. Przypomniały, że Allison jest równie utalentowaną piosenkopisarką, co jej siostra. Słuchając tego albumu poczułem się jednocześnie młodszy – przecież fanuję im obu od 2012 roku – i starszy, z tego samego powodu.


sztr – bedroom rock


Znowu powrót z przeszłości. Paulina Sztramska jakieś szesnaście lat temu grała w zapomnianym dziś warszawskim zespole Lora Lie. No, ja go pamiętam, wspaniałe to były czasy dla stołecznego niezalu. Potem – chyba – wzięła rozbrat z muzyką, wraca do niej dopiero teraz. Bedroom rock to granie w duchu wczesnego the xx, przestrzenne, skromne, intymne i nocne. Jest tu pewna surowość, naturalność, szczególnie w głosie Pauliny, która szczególnie do mnie przemawia. To nie jest wielka płyta, ale nie musi taką być, bym pamiętał o niej za kolejne szesnaście lat.


wtorek, 16 grudnia 2025

Piosenka to królowa form


Nie brałem w tym roku udziału w wyborze płyty roku Wyborczej, ale gdybym brał, ”Wynoś się z mojego domu”, powrót Starej Rzeki, byłby bardzo wysoko na mojej polskiej liście. Na liście open zresztą też. Od tego powrotu rozpoczyna się mój wywiad z Kubą w Polityce, a potem pojawia się i AI, i oberki, i Kate Bush, i niezach. Do poczytania tutaj.

Z wywiadu wypadło jedno pytanie, pewnie dla czytelników Polityki zbyt hermetyczne. 

Większości twoich projektów czy zespołów towarzyszą manifesty, wymyślasz nowe gatunki takie jak konk. Zarówno Milieu l'Acephale i Brutality Garden, dwa kolektyw- środowiska, w ramach których działasz maja bardzo wyraźne założenia. A jednocześnie, często udowadniasz, że dużo jest w twojej muzyce miejsca na humor, na zgrywę. Na ile te manifesty to puszczanie oka do słuchaczy?

Myślę, że my sami tego do końca nie wiemy.  Nie myślę o muzyce w kategoriach żartu czy poważki. Konk i brutalizm magiczny to pewne etykietki, które służą jako skojarzenia z naszą muzyką. Wabiki, hasła, które budują jakiś konkretny obraz muzyki. W tym sensie nie przywiązuję się do samych tych określeń bardzo mocno – nie ma znaczenia, jakie słowo wybiorę. Ważny jest fakt, że ono spaja muzykę na poziomie symbolicznym. To jak marka, brand, coś z czego można zrobić ładne logo.

Jednocześnie na pewno nie chcę wprowadzać słuchacza w błąd, śmiać się po kryjomu z tego, że bierze te etykietki na poważnie. One są praktyczne jako chwyt retoryczny i promocyjny.

A dla ciebie są ważne?

One nie miałaby sensu, gdyby były zupełnie fałszywe i tylko dla zgrywy. Jest w nich element prawdy. Zresztą, coś fałszywego może być zupełnie na serio i to jest o wiele ciekawsze.