Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elektropop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elektropop. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 marca 2023

Marsylia w pigułce

Poprzednio pisałem o Johanie cztery lata temu, gdy wydawał debiutancką EPkę, Contre-jour, na której łączył części swojej złożonej tożsamości - greckie pochodzenie i marsylskie wychowanie. Teraz dokłada do tego odrobinę północnej Afryki.

Pomysł na muzykę Johan ma w zasadzie niezmienny. Jego piosenki sytuują się w rejonach electro popu i pop rapu (ale tego francuskiego), często buduje je na rytmicznym fundamencie muzyki greckiej, sięga chętnie chociażby po tsifteteli. W ten sposób tworzy lekko egzotyczną aurę. Chociaż taka “orientalność” nie jest niczym nowym na rynku francuskim - współczesny francuski pop jest przesycony arabszczyzną, Bliskim Wschodem i Afryką Zachodnią. Muzyka alternatywna również. Wystarczy wspomnieć coraz popularniejszych Mauvais Oeil, których fundamentem jest Algieria czy Murmana Tsuladze, żerującego na fascynacji postsowieckim wschodem. Murman w tę nową globalność wchodzi jako gruziński sprzedawca latających dywanów uzbrojony w saz i syntezatory.

Podobną globalność buduje Papaconstantino. Inspiracji szuka nad Morzem Śródziemnym - w Kairze, Atenach, na przedmieściach Marsylii. Ważne są dla niego też Paryż i Lyon, miejsca, gdzie wykuwał się francuski rap. Mniej otwarty jest na Stany - jak cały współczesny francuski rap, Papaconstantino spogląda raczej w stronę Afryki Północnej jako źródła inspiracji. Słychać to bardzo wyraźnie w sposobie, w jakim Johan korzysta z autotune’a - a korzysta z niego prawie bez przerwy - dużo bliżej mu do emulowania frazowania wokalistów rai niż trapowych, ślizga się melizmatami po melodiach.

Tu czas na małą dygresję - Pitchfork donosi, że muzyka arabska już zaraz globalnie wybuchnie, że słychać coraz więcej arabskich głosów. Globalnie - czyli zaczynają się interesować arabskimi wykonawcami słuchacze w Stanach. Poza jednozdaniowym wspomnieniem Umm Kulthum i Fairuz ani słowem nie zająknęli się, że Francji czy Belgii artyści z arabskiej diaspory funkcjonują od lat, że muzyka arabska jest słuchana na Globalnym Południu powszechnie, że nawet artyści niemający arabskich korzeni sięgają po elementy tej muzyki. Jak Papaconstantino właśnie. Dla Pitchforka globalne jest tylko to, co dociera do Stanów, pojawi się na radarze kulturowego hegemona. 

Wróćmy jednak do Johana, niech nie zginie w mojej złości na Amerykanów. Nie poszedł w stronę rozbuchanych aranżacji, nadal gra skromnie, z oddechem. Coraz częściej sięga po buzuki, pojawia się w każdym utworze, ale jeśli bym miał określić jego muzykę jednym określeniem, byłby to jednak pop rap. Mocno słoneczny, leniwy, kolorowy. Takich zresztą dobiera gości - rad cartier w Beau temps leniwie rapuje jakby nie wyszedł ze swojej cloudrapowej banieczki. Jeśli pojawia się inspiracja Ameryką, to mocno przetworzona, dostosowana do lokalnych, śródziemnomorskich warunków. Tak samo robili pół wieku wcześniej muzycy tureccy, arabscy, kambodżańscy, latynoscy z rockiem psychodelicznym, dziś tak plastyczny jest rap. Zdobył świat i temu światu teraz się poddaje, pączkują lokalne odmiany, ciągle mutuje.

Johan wyciąga rękę do kolejnego globalnego fenomenu, reggaetonu. W Dans ma vie zderza nie tylko buzuki z Karaibami, ale jeszcze zaprasza do tej mieszanki kolumbijską wokalistkę Dreę Dury. Cały czas jednak podkreśla związek ze Śródziemnomorzem, bladobłękitnym niebem, wąskimi uliczkami, cykadami, cyprysami i piniami. W tekstach sięga po orientalizujące stereotypy i je odwraca, jak w Bricolo. Śpiewa też, że uwielbia, gdy jego kot tańczy, prawie nigdy nie jest poważny. Zawsze za to jest przebojowy. 

wtorek, 3 sierpnia 2021

Baglama i syntezatory dla Ziemi

Dopiero, co o nich pisałem w GaMie i recenzowałem Yol w RCKL, a Altın Gün z zaskoczenia, kilka dni temu wydali drugi tegoroczny album. I to jeszcze podwójnie wyjątkowy.

Podwójnie – bo charytatywny i dostępny tylko na Bandcampie. Cały przychód ze sprzedazy zespół przeznacza na Earth Today, organizację, której celem jest ochrona połowy powierzchni planety do 2050 roku, cel niezwykle ambitny. Alem nie posłuchacie w streamingach, bo to wbrew pozorom nie jest najbardziej ekologiczny sposób słuchania muzyki (o czym można się przekonać, czytając Decomposed: Political Ecology of Music), powoduje przecież ogromne emisje dwutlenku węgla. Może jeszcze nie tyle, co kopanie bitcoinów, ale niebezpiecznie do tego poziomu się zbliża. Z tego samego powodu Alem istnieje tylko w formie cyfrowej.

Yol nagrali podczas pierwszych, zeszłorocznych lockdownów i wydaje się się, że Alem powstawał w podobnych okolicznościach. Może nawet częściowo równocześnie, bo za produkcję odpowiada ten sam skład – basista Jasper Verhulst i belgijski duet Asa Moto. Nawet jeśli powstawały w tym samym czasie, nie można powiedzieć, że to odrzuty, mniej udane fragmenty sesji, które mogłyby trafić najwyżej na strony b singli. A jeśli nagrali Alem później, to pierwszy przypadek w ich niedługiej historii, gdy na kolejnych albumach utrzymują ten sam brzmieniowy kierunek. Po kilku latach poszukiwań – od bardzo klasycznego anatolijskiego rocka przez funk po amalgamat disco, electropopu, przesterowanej baglamy i syntezatorów – dotarli do brzmienia, które im najbardziej odpowiada. Nie chodzi o to, że zmieniali się całkowicie; dokładali kolejne elementy układanki i teraz nie da się ich pomylić z nikim innym, a Alem tylko to potwierdza.

Choć to album siostrzany dla Yol, słychać, że tutaj dali sobie więcej swobody, miejsca na odrobinę szaleństwa i lenistwa. Bawią się atmosferą, wplatają nagrania terenowe – w końcu walczą o ochronę przyrody. To muzyka raczej do popijania raki przy zachodzie słońca, a nie dzikich tańców w środku nocy. Schowany na Yol saz wraca na pierwszy plan i momenty, kiedy współbrzmi razem gitarą i syntezatorami są na Alem najlepsze, jak w meandrującym, biegającym po ćwierćtonach, hipnotycznym Çarşambayı Sel Aldı czy instrumentalnym Özüne Özüm Kurban. Gdy odrobinę przyspieszają, pojawiają się gitarowe wywijasy niczym u Rüstəma Quliyeva i echa czasów, kiedy z Omarem Souleymanem grał tez sazista. To rzadkie momenty, częściej leniwie się snują, jak w przepełnionym reggae'owa pulsacją Kısasa Kısas, chyba jedynym w zestawie autorskim utworem. Poza nim sięgają, jak już przyzwyczaili do repertuaru Neşeta Erteşa, Seldy Bağcan czy Gülden Karaböcek i nadają im swojego charakterystycznego, kwaśnego sznytu.

Altın Gün wystrzeliwują kolejne płyty jak z karabinu maszynowego i jak na razie nie zaliczyli żadnej wtopy, jakby nie wiedzieli, jak się nagrywa słabe płyty. Miejmy nadzieję, że się nigdy nie dowiedzą, a takie świetne interpretacje anatolijskiego folku będą grali jak najdłużezj. A jak jeszcze robią to w szczytnym celu, to nie można temu nie przyklasnąć. Alem nie jest rewolucją na miarę Yol, ale to i tak jedna z najlepszych płyt roku.

czwartek, 27 czerwca 2019

Strzelasz czy wystawiasz?



Z ojca Grek, z matki marsylczyk, z wyboru paryżanin, Johan Papaconstatino gra muzykę równie skomplikowaną jak jego pochodzenie. Z jednej strony inspirują go trap i electro pop, stąd te powolne, bujające tempa, z drugiej wychował się na rebetiko, stąd buzuki i te charakterystyczne, bliskowschodnie rytmy.

Jak on to łączy? Bardzo zgrabnie ułożył tę epkę, która zaczyna się od najbardziej współczesnych kawałków, by z każdym kolejnym dodawać coraz więcej rebetiko, coraz więcej egejskiego słońca. Kulminacją tego jest instrumentalny Tsiftetelix, oparty na tytułowym rytmie tańca. Pod koniec Lundi nawet śpiewa po grecku. Fille love to ukłon funku, młodzieńczej fascynacji Johana. Połączenie elektroniki, pop rapu i rebetiko wypada wybornie. Jest w tym świeżość, przewrotność, dowcipność.

Wydawało się, że rebetiko to raczej pieśń przeszłości, skostniały gatunek, który przemawia tylko do starszych. A tu wchodzi Papaconstantino cały na biało i pokazuje, że można pogrywać sobie na buzuki i być ucieleśnieniem coolness. Porty Pireusu i Salonik zamieniają się w banlieues Marsylii - zresztą dawnej, greckiej kolonii - i Paryża. Współgra z tym wizerunkiem muzyka. Papaconstantino wygląda jak bohater Nienawiści, który przerodził się w kochającego kolory dandysa. I zawsze ma buzuki pod pachą. Istny spadkobierca smyrneńskich rebetes z lekkim cieniem słowiańskich dresiarzy.

Strzelasz czy wystawiasz? To zdanie pada podczas jednej z moich ulubionych scen w serii o Asteriksie - dwóch graczy zastanawia się co zrobić podczas partii w bule na marsylskiej ulicy. Bo nie da się zrobić tych dwóch rzeczy na raz. Papaconstantino strzela i wystawia jednocześnie, bo w podwójności jest mistrzem.



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Świat 2013: miejsca 25-21

25. Matana Roberts - "Coin Coin Chapter Two: Mississippi Moonchile"




Amerykańska saksofonistka kontynuuje dzieło życia. Zanurza się przeszłości swojej rodziny przybyłej do Ameryki na jednym ze statków niewolniczych. U podstaw leżą spirituale, blues, wczesny jazz  przede wszystkim free. Frapujące.



24. Land of Kush - The Big Mango



Sam Shalabi, montrealski gitarzysta, zamienił Kanadę na Kair. Akurat w czasie arabskiej wiosny. Nic dziwnego, że jego nowe miasto zainspirowało najnowszy album jego orkiestry. Choć początek "The Big Mango" (to jeden z przydomków egipskiej stolicy) zmierza w stronę awangardy i może odstraszać, to począwszy od przebojowego "The Pit" z tej magmy zaczynają wyłaniać się fantastyczne, łączące Egipt z Montrealem piosenki.



23. Yasmine Hamdan - "Ya nass"



Najpierw przez kilka lat cisza, a potem dwa albumy rok po roku? Nie ma tak dobrze, "Ya nass" to odświeżona wersja solowego debiutu Yasmine z 2012 roku. Wydana na rynki międzynarodowe. Poza tym nic się nie zmieniło. Hamdan rozwija tropy jeszcze z czasów Soap Kills. Delikatny elektropop miesza się z akustycznymi brzmieniami, a nad nimi panuje zmysłowy Libanki snującej swoje opowieści. Oczywiście po arabsku.



22. Esmerine - "Dalmak"




Kolejni przedstawiciele Constellation Records i kolejni ze wschodnimi ciągotami. Montrealski kwartet w 2012 roku przeniósł się na sześć miesięcy do Stambułu, tam dokooptowali drugą czwórkę lokalnych muzyków i już w oktecie nagrali "Dalmak". Tytuł to niejedyne tureckie odniesienie, muzyka na tym albumie łączy wschodnią melancholię i tradycję z zachodnim minimalizmem, tworząc spójną i niezwykle obrazową całość.



21. Arctic Monkeys - "AM"




Przemiana w lżejszą wersję Queens of the Stone Age rozpoczęta w 2009 roku trwa. Alex Turner przejął teraz od Josha Homme'ego jeszcze seksapil i uwodzicielstwo. Cięte riffy, noc i pustynię zakosili mu już wcześniej. Owszem, wracają tu trochę do swojej indie-brytyjskości, na szczęście tylko incydentalnie, bo to najsłabsze momenty "AM". Najciekawiej robi się za to, gdy bez kompleksów rzucają rękawicę swoim mistrzom. I wychodzą z tego pojedynku zwycięsko, nie tylko z powodu mizerii "...Like Clockwork".