Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mauretania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mauretania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lipca 2016

Zapomniana rewolucja




W czasie, gdy Bitelsi podbijali świat, hipisi opanowywali Stany Zjednoczone, Afryka Zachodnia przeżywała własną muzyczną rewolucję.

Rok 1960, rok Afryki. Piętnaście kolonii chylących się ku upadkowi mocarstw europejskich uzyskuje niepodległość. Przywódcy nowych krajów jednym głosem postanowili odciąć się od metropolii i, co ważniejsze, ze zlepków rozmaitych grup etnicznych, plemiennych i klanowych stworzyć współczesne narody. Rozwiązaniem było stworzenie własnej, nowej tożsamości i kultury. W sukurs przyszedł prezydent Gwinei, Ahmed Sekou Toure rządzący niepodzielnie krajem od 1958 do 1984 roku. W chwili odzyskania niepodległości na pierwszą narodową orkiestrę Toure wyznaczył L’Orchestre de la Garde Republicaine. Niecały rok później, 1 listopada 1959 roku autokrata rozwiązał wszystkie działające w kraju orkiestry oraz zakazał rozpowszechniania muzyki francuskiej i zachodniej. Jednocześnie nakazał nowym, państwowym już orkiestrom, czerpać inspirację z rodzimej tradycji. Od tej pory muzyka popularna zaczęła służyć młodemu państwu. W czasie rządów Sekou Toure powstało około 60 sponsorowanych przez rząd orkiestr. Zespół był w każdej prefekturze i większym mieście. Wtedy też, ustalił się typowy skład osobowy: dwie gitary, bas, perkusjonalia, klawisze, sekcja dęta składająca się z trąbki, puzonu i saksofonu. Choć w państwowej skarbnicy często widać było dno, każdej zakupiono instrumenty, każda miała możliwość odbycia sesji nagraniowej w rządowym studiu w stołecznym Conakry, każda mogła wydać nagrania w (państwowej, a jakże) wytwórni Syliphone.

Nic dziwnego, że wśród ponad 700 nagrań nie znajdzie się ani jedno krytykujące rządy Sekou Toure. Za to możemy dowiedzieć się, jak przyjemnie pracuje się w polu, a Les Amazones de Guinee, pierwsza orkiestra składająca się jedynie z kobiet, przestrzegała przed nadużywaniem alkoholu. Gros tej twórczości wychwala prezydenta i jego partię (jedyną legalną). Sekou Toure jest porównywany do Sundiaty Keity, założyciela średniowiecznego imperium Mali, którego spadkobiercami czują się wszyscy Mande, w tym również prezydent. Wykorzystywanie muzyki w celu sławienia władcy nie jest w Afryce Zachodniej niczym nowym, od wieków zajmowali się tymi grioci, przedstawiciele zamkniętej kasty quasi-bardów, służący jako doradcy panujących i strażnicy ustnej tradycji. Pod względem wpływu griotów na gwinejską muzykę popularną, przełomowy okazał się rok 1969 i nagranie Regard sur le passe Bembeya-Jazz National, najsłynniejszej państwowej orkiestry. Na album składa się jeden trzydziestosiedmiominutowy utwór opisujący życie słynnego dziewiętnastowiecznego rewolucjonisty i powstańca Almaniego Samori Toure. Utwór łączy śpiew w języku mande i francuską melodeklamację z oszczędną instrumentacją i jest utrzymany w stylu epickich opowieści. Całość kończy się przywołaniem ówczesnego prezydenta i legitymizacją jego rządów jako prawnuka Samoriego. Czy był nim naprawdę? Badacze w to wątpią.



Rok 1984 przyniósł kres rządom Toure. Trzymający kraj silną ręką przywódca zmarł w Stanach Zjednoczonych. Jego następcy, wojskowa junta, postanowili odciąć się od przeszłości i zdemontowali całą politykę kulturalną.

Z wzorców gwinejskich chętnie korzystał Modibo Keita, pierwszy prezydent Mali. Do prowadzenia pierwszą narodową orkiestrą „A” wyznaczył Keletigui Diabate, członka L’Orchestre de la Garde Republicaine. Mali na początku miała trzy orkiestry narodowe, oznaczone kolejnymi literami alfabetu, „C” przekształciła się w Super Djata Band, a członkowie „A” i „B” połączyli siły tworząc Orchestre National Badema. Oprócz orkiestr narodowych istniały zespoły regionalne, które konkurowały ze sobą co roku na Semaine Nationale de Jeunesse, czyli narodowym tygodniu młodzieży. Po ośmiu latach rządów Keita został obalony przez Moussę Traore. Nowy przywódca nie zarzucił idei orkiestr regionalnych ani festiwali młodzieżowych. Tym drugim jedynie zmienił nazwę i ustalił cykl dwuletni. Pierwsza impreza w odmienionej formie odbyła się w roku 1970. Z tej okazji niemieckie wydawnictwo Barenreiter-Musicaphon w serii Mali Music wydało albumy pięciu zespołów, z Mopti, Segou, Sikasso, Bamako i Kayes, pod zbiorczym tytułem Les meilleurs souvenirs de 1e Biennale artistique et culturelle de la Jeunesse. Warto zwrócić uwagę na orkiestrę z Mopti, dowodzoną przez Sorry Bambę, obiecującego gitarzystę oraz na pełną przyszłych gwiazd stołeczną ekipę. W Rail-Band de Bamako pierwsze kroki stawiał Salif Keita, prawdopodobnie najsłynniejszy malijski muzyk. Potem w jej składzie grali Mory Kante, Djelimady Tounkara czy Djely Mousa Kouyate. Według przykazań nowej władzy każda orkiestra miała grać muzykę swojego regionu, i tak repertuar Mopti to przede wszystkim frenetyczne rytmy Dogonów, Rail-Band specjalizował się w poematach Mande, Gao grali tradycyjne utwory Songhai, a Timbuktu wplatali tuareski trans.


Malijskie orkiestry od gwinejskich pierwowzorów różniły się również tym, że funkcjonowały w sferze prywatnej pod zmienionymi nazwami. W 1977 roku, gdy w Wielkiej Brytanii Johnny Rotten zmieniał oblicze rock’n’rolla, rządowa wytwórnia Mali Kunkan wydała albumy komercyjnych wcieleń zespołów regionalnych. Znów wyróżniał się Sorry Bamba i jego Orchestre Kanaga de Mopti. Po siedmiu latach jeszcze mocniej słychać inspirację Dogonami i ich unikatową kulturą, widać ją też na okładce przedstawiającej wojowników tego ludu. Muzyka Kanagi, choć utrzymana w tradycji, ma wiele wspólnego z krautrockiem i afrobeatem. Gitarowe pasaże Le Mystere Jazz de Tomboctou (były to pierwsze nagrania zespołu) zapowiadają twórczość Tinariwen. Urozmaica je hipnotyczna gra sekcji dętej. Tu też większość utworów jest tradycyjna, Dina Waliji to pieśń religijna, Wale wywodzi się z tuareskich rytuałów. Obie płyty przez wiele lat były niedostępne i gdy tylko pojawiły się na serwisach aukcyjnych potrafiły osiągnąć niebotyczne sumy. Dopiero na początku obecnej dekady, Holendrzy z Kindred Spirits wznowili je razem z kompilacją Super Biton de Segou na kompakcie i winylu. Równie niedawno amerykańskie Mississippi Records wznowiło nagrania z pierwszego Biennale.


Mauretania dorobiła się tylko jednej rządowej orkiestry, lecz jej historia mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu. Zaczyna się podobnie do poprzednich, Moktar Ould Daddah, pierwszy prezydent kraju zapragnął muzycznego symbolu dla rodzącego się narodu. W 1967 roku wyselekcjonowano 14 muzyków, których wysłano na nauki do Conakry. Pobierali je nie tylko od gwinejskich nauczycieli, ale także od profesorów z Korei Północnej. Wybrańcy w większości mieli doświadczenie, wśród nich był jednak jeden nieopierzony siedemnastolatek, Hadrami Ould Meidah, mający zostać wokalistą. Szybko stał się liderem zespołu. Edukacja w Gwinei trwała rok, a pierwszy koncert Orkiestry odbył się 28 listopada 1968. Początkowo śpiewali w języku Malinke, dominującym u sąsiadów, z czasem zwrócili się ku arabskim eposom i poezji w języku Pulaar. Taki był plan Daddah, orkiestra miała jednoczyć wszystkie grupy etniczne zamieszkujące kraj. Mauretański sen skończył się już w 1978 roku. Zamachem stanu. Jak łatwo można się domyślić, nowa władza chciała zatrzeć ślady po poprzednikach. Do tej pory Orchestre National de Mauritanie wydała tylko jedną siedmiocalówkę. Po prawie czterdziestu latach Chris Kirkley, założyciel Sahel Sounds, wytwórni zajmującej się muzyką Afryki Zachodniej, trafia w Internecie na nagranie Orkiestry. Po wielu próbach udaje mu się skontaktować z Ould Meidah. Okazuje się, że podczas niszczenia radiowych archiwów przez wojsko, jeden z pracowników wynosi taśmy z sesja nagraniową Orkiestry i ukrywa u siebie w domu. Decyzja była prosta, Kirkley wydaje u siebie debiut spóźniony o trzydzieści kilka lat.


Muzyka Orchestre National de Mauritanie nie różni się zbytnio od swoich malijskich i gwinejskich odpowiedników. Pisali piosenki polityczne, jak „Oumletna” sławiące nową walutę, odwoływali się do epickiej tradycji w Kamlat, łączyli tradycję z nowoczesnością, z gitarami współbrzmi hoddu, dwustrunowa lutnia i neyfara, arabski flet. Jest jednak coś, co wyróżnia Mauretańczyków. To smutek. Inne orkiestry grały pogodnie, u nich słychać melancholię, niepasującą do głosu młodego, dumnego państwa. Jakby przeczuwali, że ten sen nie może się ziścić.

Dziedzictwo orkiestr słychać wyraźnie w muzyce popularnej Afryki Zachodniej. To one pierwsze zaczęły przedstawiać rodzimą treść za pomocą zachodnich instrumentów, pomogły spopularyzować gitarę elektryczną, dzięki państwowemu monopolowi kształtowały kulturę muzyczną swoich krajów. Najwyraźniejszy ślad zostawiły orkiestry malijskie, ich wpływ słychać u tak różnych wykonawców, jak tuareskich herosów gitary Tinariwen, pieśniarki Rokii Traore czy popowych Amadou & Mariam. Jednak, mimo że kilka orkiestr, jak Kanaga czy Rail-Band koncertuje do dzisiaj, ich era należy do przeszłości.

Jedno nie udało się orkiestrom. Powstały jako symbole nowej państwowości, miały ucieleśniać sny o modernizacji, dumie i jedności narodowej. Rzeczywistość okazała się być mniej łaskawa. Sekou Toure przeszedł do historii jako jeden z najbrutalniejszych afrykańskich dyktatorów, Gwinea do dziś nie może podnieść po latach wyniszczających rządów kolejnych junt. Koniec rządów Daddah spowodowała wojna o Saharę Zachodnią i katastrofalna susza, po jego upadku Mauretania zaczęła dryfować w stronę arabskiego nacjonalizmu. Pozorną stabilizację w Mali co jakiś czas przerywają kolejne powstania Tuaregów, ostatnie w 2011 przerodziło się w wojnę domową na szeroką skalę, doprowadziło państwo na skraj upadku, kraj musiał prosić o międzynarodową interwencję. Marzenia sprzed pięćdziesięciu lat są nadal aktualne.

T-Mobile Music, październik 2013

wtorek, 1 października 2013

Zapomniana rewolucja

 W czasie rządów Sekou Toure powstało około 60 sponsorowanych przez rząd orkiestr. Zespół był w każdej prefekturze i większym mieście. Wtedy też, ustalił się typowy skład osobowy: dwie gitary, bas, perkusjonalia, klawisze, sekcja dęta składająca się z trąbki, puzonu i saksofonu. Choć w państwowej skarbnicy często widać było dno, każdej zakupiono instrumenty, każda miała możliwość odbycia sesji nagraniowej w rządowym studiu w stołecznym Conakry, każda mogła wydać nagrania w (państwowej, a jakże) wytwórni Syliphone.
Napisałem o afrykańskich orkiestrach rządowych.

poniedziałek, 6 maja 2013

Orchestre National de Mauritanie




Na tylnej okładce wydanej w 1973 roku siódemki Mauretańskiej Orkiestry Narodowej widnieje napis po arabsku obwieszający: "wyglądajcie nadchodzącego albumu". Pięć lat później w zamachu stanu zostaje obalony prezydent Moktar Ould Daddah, a jego następcy dokładają starań, by zatrzeć pamięć o poprzednim reżimie. Radiowe archiwa ratuje jeden z pracowników. Po prawie czterdziestu latach na scenę wkracza Chris Kirkley z Sahel Sounds. Dociera zarówno do Hadramie Ould Meidaha, lidera zespołu, jak i udaje mu się odnaleźć zaginione taśmy, które służą za materiał wypełniający bardzo mocno spóźniony debiut Orkiestry (prawie tak mocno, jak Charlesa Bradleya).

Muzyka afrykańska lat 70. jest dla mnie fenomenem na światową skalę. Liczne, sponsorowane przez (często autorytarne) rządy zespoły zgrabnie i, co ważniejsze, ciekawie, łączą swoją tradycyjną muzykę z zachodnimi trendami, tworząc nową jakość. Może się wydawać z dzisiejszej perspektywy, że to nic takiego, że to na porządku dziennym, ale w przeciwieństwie do wielu późniejszych podobnych nagrań, twórczość z tamtego okresu nadal się broni, a nawet zyskuje na wartości. Nie inaczej jest z Mauretańską Orkiestrą Narodową. Cztery z siedmiu utworów zostały zainspirowane mauretańskim folklorem. Nie tylko arabskim. Tak naprawdę "arabskości" jest tu niewiele  za to słychać poważne podobieństwa do analogicznych ansambli z sąsiednich Gwinei i Mali. Nie dziwi to, jeśli weźmiemy pod uwagę politykę Daddy, Mauretania miała być przede wszystkim państwem afrykańskim. Wiodącą rolę pełnią gitary elektryczne, którym dzielnie sekunduje rozbudowana sekcja dęta. Lokalność reprezentuje część sekcji rytmicznej, hoddu (czyli ngoni) i tradycyjny flet, neyfara. Transowość i charakterystyczny "czarny" groove o raz wyraźne inspiracje popularną wówczas w Gwinei (gdzie członkowie orkiestry pobierali nauki) dopełniają obrazu. Jednak coś wyróżnia Mauretańczyków. To, zaskakująca, niewypowiedziana melancholia, wydająca się zupełnie nie na miejscu. Przecież byli oni głosem młodego, modernizującego się państwa i mieli stać się artystycznym spoiwem rodzącego się narodu.

Czyżby podskórnie przeczuwali nadchodzący przewrót? A może katastrofalną susze, która całkowicie zmieniła demografię Mauretanii? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że było warto czekać 40 lat, by usłyszeć jak brzmiało Nawakszut, kiedy było jeszcze młodym miastem.



sobota, 20 kwietnia 2013

5x7"

Tegoroczny Record Store Day jest równocześnie początkiem nowego cyklu, w którym będę przedstawiał nowsze i starsze warte uwagi siedmiocalówki/dziesiątki/kasety. Raz w miesiącu.



Haunted Hearts - "Something That Feels Bad Is Something That Feels Good / House of Lords"
On to Brandon Welchez z Crocodiles, ona - Dee Dee z Dum Dum Girls. Razem grają to samo, co oddzielnie, czyli mocno psychodelicznego garażowego rocka. Pod okładką, która nie zagości na półkach Wal-Martu, znajdują się dwa motoryczne kawałki, od których transowej melodyjności trudno się oderwać.






Japandroids - "Younger Us / Sex And Dying in High Society"
Oczywistym jest, że do pierwszej odsłony tego cyklu wybiorę singel swojego ulubionego zespołu. "Younger Us" to doskonała piosenka o nostalgii za (nie tak dawno przecież) minioną młodością, za tymi wszystkimi nieprzespanymi nocami, za niewypowiedzianą chęcią pogoni, no właśnie za czym? Za szczęściem, wrażeniami? To chyba mniej ważne, liczy się sam fakt poszukiwania. To też piosenka doskonała w swej prostocie, gdyby świat był idealny, to w sklepach muzycznych byłby zakaz grania właśnie jej, ale że nie jest, ten wątpliwy zaszczyt przypadł "Nothing Else Matters". Towarzyszący "Younger Us" cover klasyka kalifornijskich punkowców z X jest tak napakowany energią, że żwawy oryginał przy nim wypada jak gruźlik w fazie terminalnej. Tak się właśnie powinno grać cudze kawałki.


L'Orchestre National de Mauritanie - "La Mone / Kamlat"
Nie byłbym też sobą, gdybym nie wyciągnął czegoś z Afryki. To znaczy, z niebytu tę siódemką wyciągnął nieoceniony Chris Kirkley z Sahel Sounds i wydał ją w swojej wytwórni. Rzecz to naprawdę niezwykła.W 1973 1967 roku świeżo upieczony prezydent Mauretanii wzorem swoich kolegów z krajów ościennych postanowił dać swoim rodakom nowoczesny zespół z prawdziwego zdarzenia. W tym celu wysłał Hadramiego Oulda Meidaha (pochodzącego z rodziny griotów) i 14 muzyków do Gwinei, gdzie mieli się nauczyć, jak grać, by było i nowocześnie, i tradycyjnie jednocześnie. Nauka się opłaciła, zelektryfikowane, podrasowane dęciakami brzemienie gitar zespół łączy z tradycyjną techniką gry na oud i sintirze, dźwiękami mauretańskiego fletu i funkową pulsacją. Blisko im zarówno do tuareskiego rocka (który powstał kilkanaście lat później), jak i malijskich orkiestr. "La Mone" to piosenka okolicznościowa na przyjęcie nowej waluty (bycie oficjalną orkiestrą państwową zobowiązuje), a "Kamlat" jest oparte na starej pieśni o jednym z mauretańskich emirów. Obie piosenki z tej siódemki nagrano podczas jednego z koncertów w stołecznym Domu Młodych.



Bad Banana - "Cry It Out"
O siostrach Crutchfield pisałem nie raz. Bad Banana to kolejny efekt ich niczym nieskrępowanej kreatywności. 4 piosenki, niecałe osiem minut. Prościutki pop punk ze słabą produkcją i jeszcze gorszym brzmieniem z silnymi wpływami lat 90. Raz śpiewa Katie, raz Allison. To  bardziej niedopracowane demo niż pełnoprawna czwórka, z pomyłkami, nietrafionymi dźwiękami, nie do końca strojacymi gitarami i dzięki temu bardzo naturalne w swojej niezręczności.




Balkan Arts 701: Bulgarian Folk Dances
Na koniec zostawiłem kolejną zapomnianą perełkę. Do niedawna całkowicie. Dopiero przypadkowe natknięcie się przedstawiciela Evergreene Music na pudło wypełnione nieużywanymi  wyprodukowanymi w latach siedemdziesiątych siódemkami, sprawiło, że zdigitalizowano nagrania Martina Koeniga. Zresztą sam Koenig jest postacią równie fascynującą, co muzyka, którą nagrywal na Bałkanach na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku i prawie tak nietuzinkową, jak jego zdjęcia z tamtego okresu. Pierwsza z trzynastu siódemek wydanych, a może lepiej napisać udostępnionych przez Evergreene Music, bo to te płyty z zakurzonego pudełka, poświęcona jest muzyce bułgarskiej. Dwa utwory nagrane na miejscu, dwa zmontowane już w Stanach przez Koeniga prezentują ginącą muzykę tradycyjną, która jest jak pocztówka w sepii. Trochę nierealna, trochę tajemnicza, przede wszystkim po prostu piękna.