W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę znów o moich ukochanych Altin Gun.
Szukaj na tym blogu
wtorek, 11 kwietnia 2023
Prawdziwa miłość nie rdzewieje
wtorek, 12 kwietnia 2022
Stambuł w Tel Awiwie
Izraelczycy w latach 60. oszaleli na punkcie muzyki greckiej i tureckiej. Zbiegło się to w czasie z elektryfikacją baglamy i bouzouki oraz z popularnością surf rocka, który idealnie nadawał się do połączenia z bliskowschodnią muzyką (co jest zresztą zasługą Dicka Dale'a, pochodzącego z Libanu pioniera gatunku). Zwrot w kierunku muzyki "orientalnej" był też częścią szerszego zwrotu w izraelskiej kulturze, do tej pory przesiąkniętej aszkenazyjską Europą Środkową. Muzyka grecko-turecka, scena mizrahim pozostaje tam popularna do dziś. A gdy w Europie mamy renesans anatolijskiego rocka - od Altın Gün po Kit Sebastian - zupełnie nie zaskakuje, że Izraelczycy też są częścią tego trendu.
Po stanowczo zbyt długiej przerwie, wracam do pisania dla Soundrive. Na początek to, co lubię najbardziej, czyli turecki psych.
wtorek, 29 czerwca 2021
Anatolijscy psychonauci
Bardzo podoba mi się, że moje dwa ulubione zespoły zajmujące się unowocześnianiem, odświeżaniem anatolijskiego rocka, wydają swoje albumy w tych samych latach. Tak było w 2019 roku, kiedy Altın Gün oraz Derya Yıldırım & Grup Şimşek wydali odpowiednio „Gece” i „Kar yağar” (o obu zresztą pisaliśmy). Tak jest i w tym. Dzięki temu jeszcze wyraźniej widać, jak z bardzo podobnego materiału wyjściowego można tworzyć skrajnie różną muzyką, jak bogate jest dziedzictwo muzyki anatolijskiej. Świadczy o tym też fakt, że jeszcze nie zdarzyło się, by oba zespoły grały te same klasyki.
W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o "Dost 1", powłóczystej i kolorowej wycieczce do Anatolii.
wtorek, 27 kwietnia 2021
Odczarowanie Nikozji
Antonis Antoniou jest niespokojnym duchem. Gra w dwóch odnoszących sukcesy zespołach – Monsieur Doumani i Trio Tekke, z którymi eksploruje różne aspekty greckiego folku. Z tymi pierwszymi muzyki cypryjskiej, z drugimi rebetiko w psychodelicznym wydaniu. To jednak dla niego za mało i zdecydował się na wypowiedź całkowicie solową.
W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o "Kkismettin" Antonisa Antoniou.
wtorek, 2 marca 2021
Turecka postmoderna z Amsterdamu
Trzeci album amsterdamskiego Altın Gün powstawał podczas zeszłorocznych lockdownów i pandemicznej izolacji. Te doświadczenia bezpośrednio przełożyły się na kształt “Yol”, choć sedno ich muzyki zostało nietknięte.
O najnowszym albumie mojego ulubionego zespołu z Holandii piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.
czwartek, 8 października 2020
Na obrzeżach x Radio Kapitał 7 X 2020
W ostatnim odcinku było mało słów, mało utworów i bardzo dużo muzyki prezentujących różne oblicza transu z trzech kontynentów.
1. Praed Orchestra! - Embassy of Embarrassment (Live in Sharjah)
2. Radical Polish Ansambl - Tiers Monde (Radical Polish Ansambl)
3. Maalem Mahmoud Gania - La Ilha Illa Allah (Aicha)
4. Baba Zula - Kücük Kurbaga (Hayvan Gibi)
5. KMRU - Insubstantial (Peel)
środa, 16 września 2020
Prawdziwy heros
wtorek, 11 czerwca 2019
Psychodeliczna międzynarodówka
W ciągu dwóch lat od wydania Nem Kaldı, Derya Yıldırım & Grup Şimşek nie tylko zdążyli objechać pół Europy i zagrać na OFF Festivalu, ale ta międzynarodowa ekipa stała się forpocztą popularyzacji tureckiej psychodelii, razem z równie międzynarodowym Altın Gün (o których drugiej płycie pisałem tutaj).
Podobieństw między obiema załogami jest więcej. Ich motorem napędowych są dzieci tureckich gastarbeiterów, które szukają związków ze stara ojczyzną. Towarzyszą im muzycy z całej Europy, zakochani w muzyce psychodelicznej sprzed lat. Łączy ich jeszcze jedna ważna rzecz, ale o tym za chwilę. W przeciwieństwie do swoich amsterdamskich kolegów, Derya i Grup Şimşek covery i własne wersje tradycyjnych melodii przeplatają autorskimi kompozycjami i tekstami Deryi wpisującymi się w tradycje tureckiej poezji.
Kar Yağar jest bardzo “powłóczysta”. To nie jest muzyka na imprezę, jak Gece. W sumie tytuł płyty Altın Gün - noc - bardziej pasuje do tego albumu. Nie jest też tak pokręcona, jak Gaye Su Akyol, która buduje osobny muzyczny świat, zakorzeniony w muzyce anatolijskiej świat. Grup Şimşek w mniej więcej równych proporcjach łączą ludowa tradycję z psychodelicznymi odjazdami, lekko progresywnymi strukturami i jazzowym feelingiem.
Kluczową rolę odgrywa saz Deryi, który prowadzi większość kompozycji. Zresztą sam fakt, że nazywają się Derya Yıldırım & Grup Şimşek stawia ją na pierwszym planie. To ona odpowiada za większość oryginalnego materiału i wybór klasyków. To jej aksamitny głos jest tym, co przyciąga do muzyki zespołu od pierwszego usłyszenia. Najlepiej się o tym przekonać w Hekimoğlu Derler Benim Aslıma, gdzie towarzyszy jej tylko bęben obręczowy, Nie jest ona jednak jedyną zaletą Kar Yağar. Fantastycznie współgrają z sazem organy i syntezatory obsługiwane przez Grahama Mushnika, które tworzą pastelową atmosferę otulającą muzykę Grup Şimşek jak kołderka.
Kar Yağar i Gece doskonale pokazują bogactwo muzyki tureckiej, służą jako jej ambasadorzy w świecie i są kolejnym dowodem na to, że retromania może być źródłem kreatywności, że najciekawsze rzeczy dzieją się na styku kultur i gatunków. Grup Şimşek i Altın Gün lączy jeszcze jedno. Bongo Joe Records, szwajcarska oficyna, która skupia w swoim katalogu właśnie takich twórców. Psychonautów, poszukiwaczy inspiracji w każdym gatunku, takich, dla których granice między gatunkami nie są żadną przeszkodą, jak Pixvae - zespół, będący współpraca francuskich noiserockowców i tradycyjnego kolumbijskiego ansamblu. Jednocześnie Bongo Joe wydają reedycje zapomnianych klasyków, czy artystów, którzy wyprzedzili swój czas, albo urodzili się pod niekorzystną szerokością geograficzną.
W Bongo Joe pierwsze kroki stawiał The Mauskovic Dance Band, ale po serii singli przeszli do Soundway, kolejnej przystani dla podróżników po gatunkach. Nic Mauskovic to tak naprawdę Nicola Reverda, perkusista i multiinstrumentalista, który grał nie tylko w holenderskich zespołach indierockowych, ale i bębnił na pierwszej płycie Altın Gün czy na trasie z legendarnym zambijskim składem WItches. W ramach swojego zespołu rozwija swoje fascynacje muzyką latynoską. Przede wszystkim kolumbijską cumbią. W wersji najbardziej zbliżonej do Meridian Brothers.
The Mauskovic Dance Band jest przejażdżką na kwasie po cumbii, palenque, champecie. Do tego dorzucają gitary brzmiące jak wyjęte z zachodnioafrykańskich klasyków, szczyptę kenijskich brzmień kikuyu i benga. A jeszcze mają w zanadrzu loopmaszyny, wysłużone syntezatory czy wszelkiego rodzaju przeszkadzajki. Czerpią z kultury soundsystemów z Bogoty i Medellin. Śpiewają falsetami jakieś niezrozumiałe teksty. Tropiki w muzyce Holendrów mienią się jaskrawymi kolorami, palmy zmieniają kształty i barwy, niebo raz jest niebieskie, raz żółte, a morze różowe.
Choć wydaje się, że takie połączenie będzie bombastyczne, wręcz przeładowane i karykaturalne, to ich muzyka jest bardzo oszczędna. Rytmiczny szkielet jest najważniejszy, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że lider jest perkusistą. Rytmowi wszystko jest podporządkowane, melodie są właściwie szczątkowe. I, co może zaskakiwać jeszcze bardziej, działa to świetnie. Międzykontynentalne połączenie wciąga jak nałóg.
Chyba jeszcze bardziej globalni w swoich peregrynacjach są inni Holendrzy i podopieczni Bongo Joe - Yin Yin. Dla Keesa Berkersa i Yves’a Lennertza najważniejszą inspiracją jest muzyka Południowej i Południowowschodniej Azji sprzed prawie pół wieku, czyli z okresu szybkiej modernizacji, kiedy tradycyjne melodie łączono z rockendrolem amerykańskiej proweniencji. Nie oni pierwsi, nie oni ostatni sięgają do tych czasów, żeby tylko wspomnieć Dengue Fever, Cambodian Space Project czy The Bombay Royale. A jednak ich debiutancki singel dla Szwajcarów jest rzeczą wyjątkową.
Dion Ysiusk to w miarę typowy “indochiński” psych rock. Przywołuje obrazy rejsu Mekongiem, domów na palach, filmów kung fu z Hongkongu, dziwaczniejszych obrazów z Bollywoodu. To, co go wyróżnia to monumentalizm. Pewność siebie i swojego pomysłu wypływa z każdego dźwięku. Dis̄ kô Dis̄ kô dodaje do tego disco i cytaty z Bee Gees, czyli jest jeszcze jednym wcieleniem tropikalnej imprezy.
Na sam koniec tej wycieczki po stylach i regionach wróćmy tam, gdzie zaczęliśmy. Do Turcji w Niemczech. W zeszłym roku wyszła kaseta Anadol, muzycznego wcielenia berlińskiej fotografki Gözen Atili, a w tym ten materiał ukazał się na winylu nakładem hamburskiej Pingipung Records. Jednak sam materiał powstał dość dawno, w 2015 roku.
Uzun Havalar to pierwsze wyjście Anadol poza skromną formułę improwizacji na tanich syntezatorach. Atila zaprasza swoich znajomych, by razem z nią weszli w jej świat. Tak, to jest typowy przykład outsider music, ale zbudowany na tradycyjnym fundamencie. Tytułowe uzun havalar to improwizowane, swobodne formy muzyki tureckiej. I taki też jest ten album - swobodny, pozbawiony usystematyzowanej struktury. Miniaturki sąsiadują obok kilkunastominutowych, wielowątkowych odlotów. Można się w tej muzyce zgubić, gdzieś między recytowanymi nazwami dni tygodnia po francusku, opętańczym śmiechem, przesadnym płaczem, oscylatorami przypominającymi stare filmy science fiction. Zbudowane na domyślnych rytmach z syntezatorów utwory są też jak palimpsesty - najpierw nagrane przez Gözen w Berlinie, a następnie przekazane stambulskim znajomym, którzy dogrywali się, wzbogacając pierwotne ścieżki.
“Dziwność”, pozorny chaos tej muzyki są efektem buntu Gözen przeciwko formalnej edukacji muzycznej, którą otrzymała w Stambule. Wyrwanie się z okowów “poważnej muzyki” jest celem jej całej solowej twórczości - od nagrań terenowych, sound artu aż po te syntezatorowe, nibyfolkowe ballady.
Muzycy wszystkich krajów i narodów łączcie się i czerpcie z bogactwa innych kultur bez ograniczeń - takie mogłoby być hasło tej międzynarodówki, której serce bije między Genewą, Amsterdamem, a Berlinem.
piątek, 26 kwietnia 2019
Turcja z offu
Ogłoszenie na OFFie to Jakuzi, którzy na początku kwietnia wydali swoją druga płytę, Hata Payı. I o ile jestem zawsze za jak największą liczbą artystów spoza Wielkiej Brytanii i USA na festiwalach, o tyle wybór Jakuzi jest dość wątpliwy. Ot, generyczny post-punk napędzany brzmieniem klawiszy. Niczym nie wyróżnia się spośród zalewu innych zespołów. No, poza tym, że śpiewają po turecku. Są umęczeni i mroczni, momentami wręcz karykaturalnie. Hajp na nich jest, co widać po pozytywnych recenzjach i artykułach, może więc to ja się mylę w swojej pogoni za lokalnością i oryginalnością.
Lepiej wypada Dünya Günlükleri, trzeci album Adamlar, którzy są tylko odrobinę mniej mroczni od Jakuzi. Wplatają w swój rock anatolijska melodykę i nostalgię, ale zostają przy tym całkiem współcześni. Pojawiają się delikatne echa alternatywnego rocka z przełomu wieków, odwołania do grunge’u, nawet szczypta metalu i bardzo dobrze to ze sobą współgra. Żeby nie było za miło, pojawiają się też mielizny, jak nieporadne rapowanie, czy straszna, reggae’owo-juwenaliowa pulsacja w Mavi Ekran. Jednak w ogólnym rozrachunku więcej tu plusów niż minusów.
Jeszcze ciekawszą propozycją jest wspólny album Grup Ses i Ethnique Punch. Ci pierwsi to duet stambulskich diggerów i producentów, ten drugi to raper. A gdy jeszcze dodam, że wydawcą jest niezastąpione Discrepant Records, to już wiecie, że jak najbardziej warto po nią sięgnąć. Ethnique Punch jest podobnie kwadratowy, co Sokół, ma też podobnie niski głos. Oczywiście, o czym rapuje, nie mam pojęcia i dla takich osób, jak ja, którym nie do końca podoba się flow Ethnique, Deli Divan ma drugą, instrumentalną stronę. Te same czternaście miniaturek, ale bez unoszącego się nad nimi monotonnego głosu. Stają się zupełnie inną historią, na pierwszy plan wychodzi skąpany w jesiennych mgłach Stambuł. Grup Ses sklejają swoje bity z sampli ze starych tureckich nagrań, obudowują je warstwą melizmatycznych syntezatorów, rzężącego basu. Przypomina to momentami débruit & Istanbul, podobnie operują psychodelią i dźwiękowym krajobrazem Stambułu.
A skoro jesteśmy przy tureckiej psychodelii, w połowie marca swój debiutancki album wydał dla Riverboat Umut Adan. I wiem, co zaraz powiecie, że to World Music Network, że wyprane z dzikości, że wygładzone. Zwykle tak jest, ale Bahar to wyjątek w katalogu tej brytyjskiej wytwórni. Przede wszystkim to płyta otwarcie i bezwstydnie polityczna (a to z kolei wiadomo, bo tekstom towarzyszą tłumaczenia). Jasne, Adan może sobie pozwolić na tak mocne słowa częściowo dlatego, że mieszka we Włoszech, a nie w swoim rodzinnym Stambule. Brzmieniowo nie odchodzi daleko od wzorców wypracowanych przez Erkina Koraya czy Barisa Manco, ale delikatnie je unowocześnia i z tego względu to rzecz przede wszystkim dla zdeklarowanych fanów gatunku.
I wreszcie dzisiejsza premiera. Tak bardzo turecka, że aż dziw, że tylko jedna osoba z tego sześcioosobowego składu urodziła się w Turcji, a druga ma korzenie tureckie. Reszta to zbieranina Holendrów pod wodzą basisty Jaspera Verhulsta. Poprzedni album Altın Gün, On, wyszedł niecały rok temu i jest jedną z moich ulubionych płyt 2018 roku. No bo czego w nim nie lubić? Retrofuturystyczne brzmienie, przesterowany saz (trzystrunowa turecka lutnia), funkowe, bujające rytmy. Bardzo podobnie skonstruowane jest Gece.
Słychać, że dwa lata wspólnego grania i ponad 200 koncertów zrobiły swoje. Altın Gün brzmią jak solidnie naoliwiona, psychodeliczna maszyna. Bardzo dobrą decyzją było oddanie większego pola Merve Daşdemir, która jest lepszą wokalistką niż Erdinç Ecevit, a on dzięki temu może bardziej popisywać się na syntezatorach, które odgrywają dużo większą rolę niż na On. Na więcej chaosu pozwalają sobie tylko w Şoför Bey, jedynym kawałku napisanym (czy może lepiej byłoby napisać wyimprowizowanym) przez zespół, a nie będący interpretacją tureckiego klasyka. Właśnie, to trzeba podkreślić - Altın Gün to swego rodzaju cover band, odświeżający anatolijskie przeboje, przedstawiający je zachodniej publiczności i przypominający je Turkom (w końcu trzy koncertu z rzędu w Stambule nie wzięły się znikąd). Coś jak Baaba, Gabriela i Michał ze swoją jedyną EPką, czy Mitche odgrzebujący debiut Wodeckiego, Warszawska Orkiestra Rozrywkowa grająca Brazilian Octopus tylko że na bardziej globalną skalę.
Gece to świetny album, spokojnie zaspokajający rozbudowane oczekiwania po On. W ogóle nie słychać, że nie grają swoich piosenek, czują się w nich doskonale, każda interpretacja jest przemyślana od początku do końca. Czekam tylko, aż się odważą na więcej własnych piosenek.
czwartek, 1 grudnia 2016
Między Bosforem a kosmosem
![]() |
| fot. Moyan Brenn |
Bizancjum, Konstantynopol, Stambuł. Miasto leżące na styku dwóch kontynentów od momentu założenia jest łącznikiem między Wschodem a Zachodem. Przeplatały się w jego historii wpływy greckie, arabskie, anatolijskie, ormiańskie, żydowskie.
Doskonale to oddaje nie tylko architektura miasta, ale tez muzyka, która powstaje nad Bosforem. 15 dni w Stambule spędził Xavier Thomas, bardziej znany jako débruit, francuski producent muzyki elektronicznej z zacięciem do wycieczek w stronę niezachu. Nad Złotym Rogiem spotkał się z wybitnymi postaciami stambulskiej muzyki. Taka współpraca to dla niego nie nowość, trzy lata temu nagrał fenomenalny album z Alsarah, który przenosił muzykę sudańską w kosmos.
Stambuł w jego wizji jest także zawieszony między przeszłością a przyszłością, tradycją nowoczesnością. Poszatkowana, retrofuturystyczna elektronika Francuza zderza się z psychodelią miasta, bliskowschodnimi tradycjami, ale też z turecka alternatywą (która jest bardzo prężna i interesująca). débruit współpracuje zarówno z muzykami młodszego pokolenia, jak zjawiskowe wokalistki Gaye Su Akyol (o której więcej poniżej) i Melike Şahin, są też legendy jak Murat Ertel, lider niezwykle wpływowego zespołu Baba Zula (w którym śpiewa też Melike), Okay Temiz - perkusista mający na koncie współpracę z Donem Cherrym, fenomenalny klarnecista Cüneyt Sepetçi, i wreszcie Mustafa Özkent, człowiek, który tworzył współczesne tureckie brzmienie.
Débruit ma na tyle charakterystyczny styl i pomysł na muzykę, że nie daje się przytłoczyć gościom. Bardzo wyraźnie słychać, że to jego płyta, oparta na jego patentach. Z talentów gości korzysta nie tyle oszczędnie, co umiejętnie wpisując ich w swoje utwory. Ich obecność sprawia, że wizja Thomasa nabiera kolorów i tego charakterystycznego, dekadenckiego posmaku Stambułu.
débruit & Istanbul to świetny wstęp do tureckiego niezalu (bo przecież niezach też ma swoje niezale) i kolejna bardzo dobra pozycja w katalogu Xaviera Thomasa.
Skojarzenia z eksploracją kosmosu i odległych światów budzi już sama okładka Hologram İmparatorluğu, drugiego albumu Gaye Su Akyol. Sugeruje, że ona także będzie przenosić muzykę
turecką w nowy wymiar. I tak rzeczywiście jest, choć Gaye robi to zupełnie innymi środkami niż débruit.
Akyol swoją muzykę bardziej opiera na lokalnej, anatolijskiej tradycji. Łączy ją z gitarami w duchu psychodelicznego, anatolijskiego rocka. Dużo tu surfu, kwaśnych klawiszy, ale też tradycyjnych instrumentów, choć pojawiają się rzadziej niż na debiutanckiej Develerle Yaşıyorum. Hologram İmparatorluğu jest dużo odważniejszy od swojej poprzedniczki, Gaye nie obawia się dźwiękowych eksperymentów i radykalnych pomysłów. Wyróżnia się także bardziej narkotyczny klimat całości. Rozmyte, zamglone dźwięki wydają się unurzane w haszyszu i raki.
Gaye ponownie czaruje swoim głębokim, aksamitnym głosem. Gdybym miał wybrać tylko jeden element, który najbardziej świadczy o wyjątkowości Turczynki, byłby to właśnie jej wokal. Opatula jak ciepły kocyk, ale potrafi być niepokojący. Hipnotyzuje i kusi.
Choć Gaye na Hologram İmparatorluğu spogląda w kosmos, trzyma się twardo rzeczywistości. Najbardziej narkotyczny utwór Nargile to jednoznaczna krytyka Erdoğana (bo Turcja pod jego rządami przechodzi bad trip). Większość utworów opiera się na wielowiekowej tradycji klasycznej i tradycyjnej muzyki tureckiej, a Gaye przenosi je na nowy poziom. Zdecydowanie jedna z najlepszych płyt roku.
wtorek, 29 grudnia 2015
Trupa Trupa - "Headache"
środa, 27 sierpnia 2014
Psych-Tajlandia
sobota, 20 kwietnia 2013
5x7"
Haunted Hearts - "Something That Feels Bad Is Something That Feels Good / House of Lords"On to Brandon Welchez z Crocodiles, ona - Dee Dee z Dum Dum Girls. Razem grają to samo, co oddzielnie, czyli mocno psychodelicznego garażowego rocka. Pod okładką, która nie zagości na półkach Wal-Martu, znajdują się dwa motoryczne kawałki, od których transowej melodyjności trudno się oderwać.
Japandroids - "Younger Us / Sex And Dying in High Society"
Oczywistym jest, że do pierwszej odsłony tego cyklu wybiorę singel swojego ulubionego zespołu. "Younger Us" to doskonała piosenka o nostalgii za (nie tak dawno przecież) minioną młodością, za tymi wszystkimi nieprzespanymi nocami, za niewypowiedzianą chęcią pogoni, no właśnie za czym? Za szczęściem, wrażeniami? To chyba mniej ważne, liczy się sam fakt poszukiwania. To też piosenka doskonała w swej prostocie, gdyby świat był idealny, to w sklepach muzycznych byłby zakaz grania właśnie jej, ale że nie jest, ten wątpliwy zaszczyt przypadł "Nothing Else Matters". Towarzyszący "Younger Us" cover klasyka kalifornijskich punkowców z X jest tak napakowany energią, że żwawy oryginał przy nim wypada jak gruźlik w fazie terminalnej. Tak się właśnie powinno grać cudze kawałki.
L'Orchestre National de Mauritanie - "La Mone / Kamlat"
Nie byłbym też sobą, gdybym nie wyciągnął czegoś z Afryki. To znaczy, z niebytu tę siódemką wyciągnął nieoceniony Chris Kirkley z Sahel Sounds i wydał ją w swojej wytwórni. Rzecz to naprawdę niezwykła.W
Bad Banana - "Cry It Out"
O siostrach Crutchfield pisałem nie raz. Bad Banana to kolejny efekt ich niczym nieskrępowanej kreatywności. 4 piosenki, niecałe osiem minut. Prościutki pop punk ze słabą produkcją i jeszcze gorszym brzmieniem z silnymi wpływami lat 90. Raz śpiewa Katie, raz Allison. To bardziej niedopracowane demo niż pełnoprawna czwórka, z pomyłkami, nietrafionymi dźwiękami, nie do końca strojacymi gitarami i dzięki temu bardzo naturalne w swojej niezręczności.
Balkan Arts 701: Bulgarian Folk Dances
Na koniec zostawiłem kolejną zapomnianą perełkę. Do niedawna całkowicie. Dopiero przypadkowe natknięcie się przedstawiciela Evergreene Music na pudło wypełnione nieużywanymi wyprodukowanymi w latach siedemdziesiątych siódemkami, sprawiło, że zdigitalizowano nagrania Martina Koeniga. Zresztą sam Koenig jest postacią równie fascynującą, co muzyka, którą nagrywal na Bałkanach na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku i prawie tak nietuzinkową, jak jego zdjęcia z tamtego okresu. Pierwsza z trzynastu siódemek wydanych, a może lepiej napisać udostępnionych przez Evergreene Music, bo to te płyty z zakurzonego pudełka, poświęcona jest muzyce bułgarskiej. Dwa utwory nagrane na miejscu, dwa zmontowane już w Stanach przez Koeniga prezentują ginącą muzykę tradycyjną, która jest jak pocztówka w sepii. Trochę nierealna, trochę tajemnicza, przede wszystkim po prostu piękna.





















