Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archiwum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archiwum. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 lipca 2021

Dziewczyny na płytach

Kornelia Binicwewicz, fot. Esra Ozdogan

W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. W bardzo opóźnionym drugim numerze GAMY znajdziecie mój spory tekst o nowej fali anatolijskiego rocka. To dobry moment, by przypomnieć mój wywiad z Kornelią Binicewicz z Ladies on Records ze starej Gazety Magnetofonowej. Rozmawialiśmy o roli kobiet w muzyce tureckiej.

Opowieść o Polce, która wyjechała do Turcji, by w ramach projektu Ladies on Records zajmować się muzyką potrójnie peryferyjną - bo zapomnianą, bo wykonywaną przez kobiety, bo z Bliskiego Wschodu.

Wyjechałaś trzy lata temu do Stambułu. Jak to wyglądało? Przyjechałaś nad Bosfor, stwierdziłaś, że jest super i już tam zostałaś?

W dużym uproszczeniu tak to wyglądało. Wcześniej zajmowałam się programowaniem festiwali, między innymi rakowskiego Festiwal Kultury Żydowskiej, wcześniej Festiwalu Muzyka i Świat. Od lat kolekcjonowałam płyty winylowe. W pewnym momencie zrozumiałam, że czas zmienić balans w moim życiu. Będąc kuratorem i producentem festiwali, moim głównym celem było uszczęśliwienie uczestników. Chciałam uszczęśliwić siebie. Dlatego zdecydowałam się wyjechać, skupić się na muzyce wykonywanej przez kobiety. Najpierw wyjechałam na miesiąc do Stambułu, by znaleźć jak najwięcej płyt z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Ten miesiąc w Stambule był fantastyczny. Odkrywałam muzykę, o której nie śniłam. Spotykałam się z ludźmi, robiłam wywiady. Im dalej w las, tym więcej drzew. Po powrocie do Polski złożyłam wypowiedzenie, spakowałam swoje płyty i poleciałam do Stambułu, już na stałe. Oczywiście, był to bardzo ryzykowny krok, ale każda decyzja jest obarczona ryzykiem. Świetnie się czuję w Stambule, to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Dlaczego skupiłaś się na muzyce tureckiej?

Nie zajmuję się tylko muzyką turecką. Cały projekt Ladies on Records opiera się na eksploracji muzyki wokalistek z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych z całego świata. Interesuje mnie przede wszystkim Bliski Wschód, basen Morza Śródziemnego, Europa Wschodnia, Środkowa. Projekt zakłada eksplorowanie muzyki poprzez digging, czyli szukanie płyt winylowych, odkrywanie historii i opowiadanie o nich, czyli docieranie do pierwotnego źródła, robienie mikstejpów, granie didżejsetów, pisanie. I co najważniejsze – wydawanie dawnej muzyki na nowo, czyli tworzenie kompilacji i reedycji nagrań z lat 60tych, 70tych i 80-tych.

Od wielu lat zbierałam płyty winylowe, eksplorowałam muzykę przede wszystkim z lat 60. i 70. Interesowałam się muzyką psychodeliczną z tego okresu. Turcja wynikła z poszukiwań i poczucia niedosytu. Stosunkowo dużo wiedziałam na temat muzyki z różnych krajów z lat 60. i 70. i o rożnych sytuacjach kulturowych. Przez fakt, że interesuję się przede wszystkim muzyką kobiecą i wykonywaną przez kobiety, zrozumiałam, że o Turcji wiem zdecydowanie za mało.

To, co mnie przyciągnęła do muzyki tureckiej, to to, jest na rozdrożu między Bliskim Wschodem a Europą. To daje fenomenalne wrażenie poczucia bliskości i odrębności zarazem, poznania i nierozumienia.

Kilkakrotnie wspomniałaś już, że muzyka z lat 60. i 70 to jest ten okres, który najbardziej cię fascynuje. Czy wynika to z tego, że to był okres radykalnej modernizacji społeczeństw pozaeuropejskich?

Między innymi. Jestem antropologiem kultury z wykształcenia i zamiłowania. W muzyce lat 60. i 70., wszędzie, gdziekolwiek pojedziesz i będziesz chciał odkrywać muzykę, doświadczysz jednego bardzo silnego nurtu – łączenia tradycji z nowinkami technologicznymi. Wszędzie na świecie muzycy czerpali inspiracje z muzyki amerykańskiej i brytyjskiej tamtego okresu. Te wpływy były przeniesione na lokalny grunt i interpretowane według lokalnych estetyk. Nurkując w muzyce i kulturze tego czasu możesz odkryć bardzo dużo na temat świata, w którym żyli ludzie, zmiksowanego z nowoczesnym pojęciem estetyki i muzyki. Tak się działo w Polsce, Indonezji, Afryce, Turcji, Libanie, Grecji, Izraelu, Brazylii czy Peru. Ten okres daje bardzo fajny wgląd w połączenia powstające dzięki poszukiwaniu inspiracji poza swoim własnym kręgiem kulturowym.

Jak to wygląda dzisiaj w Turcji? Jest sporo młodych artystów tureckich, którzy odwołują się do brzmień i estetyki tamtego okresu, jednak mam wrażenie, że interesują się nimi bardziej rynki zachodnie niż rodzimy.

Warto zaznaczyć jedną rzecz. Turcja nie zajmuje się swoją muzyką z tamtego okresu. Bardzo trudno jest znaleźć zespoły, które eksplorują tamten okres i starają się zrozumieć, co wtedy wydarzyło się w Turcji. Tak naprawdę nowe zespoły, które eksplorują brzmienia tureckie z lat 60tych czy 70tych w zasadzie nie są typowymi tureckimi zespołami. Tak jest w przypadku Deryi Yildirim i Grup Şimşek.

To, w jaki sposób Turcy interpretują swoją tradycją i jak się do niej odnoszą to temat na inną, fascynującą rozmowę. Derya Yildirim jest córką imigrantów, alewitów, którzy wyjechali z Turcji w latach 70. jako emigranci zarobkowi (gastarbeiter). Jej rodzice zamieszkali w Niemczech i zasymilowali się. Derya reprezentuje pokolenie ludzi, którzy tęsknią za światem swoich rodziców. Muzycy tureccy często nie podejmują się poszukiwań, bo nie ma tego przerwania, którego doświadczają dzieci imigrantów – są tak zanurzeni w swojej kulturze i tradycji, że nie uważają ich za interesujące. Grup Şimşek to zespół zbudowany z muzyków europejskich. W Turcji podobnych zespołów, które eksplorują psychodeliczną muzykę turecką prawie nie ma. Jedną z nielicznych artystek, które obecnie odwołują się do dziedzictwa lat 60. i 70. jest Gaye Su Akyol, która obecnie odnosi sukcesy.

Ona jest przykładem artystki skierowanej na rynki zachodnie.

W ojczyźnie jest znana od dłuższego czasu. Tymczasem została zauważona na Zachodzie i dzięki temu zainteresowali się nią Turcy. Często bywa tak, że akceptują muzykę turecką, po tym, jak ona przyjdzie do nich z zachodu. To jest przypadek...

Kapeli ze wsi Warszawa.

Faktycznie, widzisz, to kolejna rzecz, którą Turcy i Polacy mają wspólną. W podobnej sytuacji jest Selda Bağcan, kultowa obecnie artystka, która rozpoczęła swoją karierę w latach 70. Przez lata była niedoceniana przez młode pokolenie, aż Finders Keepers wydali ponownie jej płytę z 1976 i zaczęła być znowu słuchana w Turcji. Teraz jest wielką diwą. Widzisz, znowu Turcja przegląda się w Zachodzie.

Jaki był status kobiet w tureckiej muzyce w latach, którymi się zajmujesz?

Przede wszystkim, nie taki, jak można było się tego spodziewać, obserwując to zjawisko po latach z Polski. Muzyka turecka w latach 70. to potężny rynek, bo Turcja to bardzo duży kraj z ogromnym zapotrzebowaniem na muzykę. Około 70% katalogów większości tureckich wytwórni to nagrania wokalistek, a o muzyce tureckiej na Zachodzie mówi się przede wszystkim w związku z artystami płci męskiej – Bariş Manco, Erkin Koray, Cem Karaca.

Kobiety najczęściej występowały w muzyce pop. Paradoksalnie, choć kobiet w muzyce było tak wiele, zostanie artystką wcale nie było takie proste. Wszystko zależało od klasy społecznej, z jakiej się pochodziło. Dziewczynom z rodzin burżuazyjnych, wielkomiejskich, bogatych było łatwiej. Jednak, to kolejny turecki paradoks, ich kariery, mimo że pochodziły z zeuropeizowanych, zlaicyzowanych rodzin, kończyły się w momencie zamążpójścia. Mąż i rodzina po prostu nie wyobrażali sobie jej kontynuacji.

Dużo trudniej było w środowiskach bardziej tradycyjnych i religijnych. Przez wieki muzułmanki miały zakaz występów publicznych. Do lat 40. XX wieku piosenkarkami w Turcji były wyłącznie niemuzułmanki – żydówki, Ormianki, Greczynki, Rosjanki. Sytuacja zmieniła się wraz z powstaniem Republiki Tureckiej Atatürka, ale takich rzeczy nie da się łatwo zapomnieć. Bardzo często dziewczyny uciekały z domu, były wyklinane przez rodziny. Dużo zależało też od regionu pochodzenia i wyznawanego odłamu islamu. Jeśli dziewczyna pochodziła z rejonu Morza Czarnego, gdzie mieszka ludność bardzo konserwatywna, stanie się piosenkarką było prawie niemożliwe. Inaczej w przypadku alewitów, odłamu bliskiemu sufizmowi, bardziej liberalnemu – kobiety mogły występować razem z mężczyznami i odgrywały ważną rolę w muzyce ludowej. To bardzo złożona sytuacja.

Na dodatek pozycja artystek nie była bardzo silna. Często funkcjonowały jako ozdoby, ornament orkiestry. Bardzo rzadko pisały teksty, nie grały na instrumentach, nie miały zbyt kreatywnej roli. To dopiero widać, jak się wchodzi głębiej w temat. To mężczyźni pisali teksty o tym, jak to kobietom jest źle. Oczywiście były wyjątki od tej reguły – wspomniana Selda Bağcan, Sezan Aksu, Hümeyra, Ajda Pekkan, Neşe Alkan.

Na jakiej podstawie wybierałaś kobiety do „Turkish Ladies”?

Zajmowałam się Ladies on Records przez trzy lata, pracowałam z różnymi starymi wytwórniami muzycznymi, aż w końcu Sony Music Turkey w zeszłym roku zaproponowało mi stworzenie kompilacji. Oczywiście od razu wiedziałam, że musi to być kompilacja o tureckich piosenkarkach. Wiedziałam, że taka okazja może zdarzyć się tylko raz, dlatego postanowiłam opowiedzieć o bardzo szerokim spektrum artystek. Pokazać, w jaki sposób one funkcjonowały, odpowiedzieć na pytania, które stawiasz w tym wywiadzie. Wybierając utwory, kierowałam się przede wszystkim ich jakością, ale żeby też coś reprezentowały. Chciałam pokazać scenę pop, ale też muzykę psychodeliczną, scenę folkową, scenę arabesk, podkreślić związki piosenkarek z kinem. Innym aspektem było przedstawienie spektrum etnicznego i religijnego artystek.

W efekcie powstała płyta, która pokazuje szerokie grono wokalistek. Mamy tam reprezentantkę Afroturków, Esmeray. Świetna piosenkarka, jedna z moich ukochanych. Jej rodzina wywodzi się z Maroka. Ten świat kulturowy jest zapomniany, mimo że Afroturcy do dziś żyją w Turcji. Są jednak prawie niewidzialni, nie mówi się o ich pochodzeniu. Są wokalistki, które na co dzień były aktorkami lub podkładały głosy w dubbingu. Są alewitki, które bardzo odważnie opowiadają o rzeczywistości. Są artystki związane ze sceną psychodeliczną, z anadolu rock. Nie mogłam nie powiedzieć o gazino, czyli typowo tureckich lokalach, w których prezentowana była najbardziej aktualna muzyka turecka.

To musiało być bardzo trudne zadania, z tego całego ogromu piosenek i wielu piosenkarek wybrać kilkanaście.

Poprzez Sony Music Turkey pracowałam z kilkoma wytwórniami. Dlatego nie wybierałam utworów z całego katalogu muzyki tureckiej. Gdybym mogła wybrać ze wszystkiego, część utworów byłaby na pewno inna. Ale przy okazji mikstejpów mam całkowitą wolność, nie mam przy wyborze piosenek żadnych ograniczeń.

Na szczęście, przy tej kompilacji, miałam dostęp do trzech bardzo ważnych tureckich wytwórni, które zajmowały różne segmenty rynku.

Jakie środowiska prezentowały te wytwórnie?

One wszystkie do dziś istnieją, jak sobie radzą, to inna historia. Elenor był najprężniejszą firmą fonograficzną wydającą dużo popu i muzyki psychodelicznej. Byli zawsze na topie, sprzedawali płyty w ogromnych nakładach. Byli też mocno związani ze sceną filmową i yeşilçam, tureckim hollywoodem. Cokolwiek działo się w kinie tureckim, producenci z Elenor natychmiast to wyłapywali i wydawali u siebie. Kreowali gusta muzyczne. Tam nagrywali genialni artyści popowi, ale przecież turecki pop mocno flirtował z muzyką psychodeliczną.

Türküola wydawała przede wszystkim psychodelıcznym pop-rock i arabesk, czyli muzykę wywodzącą się z połączenia muzyki tureckiej z egipską. Charakteryzuje się mocną obecnością smyczków i tradycyjnych instrumentów. Arabesk to muzyka najbardziej związana z klasą robotniczą. Artyści opowiadali o trudach życia, nieszczęściu w miłości, życiu, pracy.

A Şahplak wydawał głównie lewicowe rzeczy. W latach 70. scena muzyczna była bardzo polityczna, albo się było po prawej, albo po lewej stronie. W zasadzie wszystko było polityczne. Şahplak zajmowała się też sceną folkową, wydawali dużo muzyki tradycyjnej oraz dużo muzyki alewitów.

Miałam szczęście, że mogłam pracować z tymi trzema firmami. Nie chciałam się też skupiać na artystkach, które są już znane. Podświadomie złożyłam tę kompilację tak, że odtwarza moją podróż. Nie każdy może zrobić taki krok, który ja zrobiłam - rzucić pracę, pojechać do obcego kraju i grzebać w starych płytach. Ludzie, którzy są głodni tej muzyki, chcą ją poznawać, więc postanowiłam jak najbardziej podzielić się tym, czego doświadczyłam.

Na ile to jest muzyka stambulska?

To jest dobre pytanie. Stambuł był i jest nadal najważniejszym ośrodkiem w Turcji, jeśli chodzi o muzykę nagrywaną. W Stambule była cała scena filmowa, najlepsze gazino, najlepsze koncerty. W Stambule ludzie poznawali najnowsze mody. Stambuł jest polifonicznym miejsce i jeśli można mówić o Turcji w kontekście kosmopolityzmu, to tak, Stambuł jest kosmopolityczny. Wszyscy się spotykali i działali razem, mimo wielu różnic.

Arabesk to jest muzyka miasta, bo opowiada o ludziach, którzy wyjechali z małych wsi do wielkich miast i tam próbują ułożyć sobie życie. Muzyka pop to muzyka bardziej burżuazyjna, więc też miejska. Ciekawostką jest, że w muzyce tureckiej w latach 60. i 70. dużą rolą odgrywały rodzime aranżacje zachodnich hitów. Zmieniano teksty na tureckie. Ta muzyka była bardzo popularna wśród burżuazji, która chciała być bardziej europejska.

Czujesz, że poznałaś muzykę turecką na tyle dobrze, żeby pojechać w inne miejsce i je eksplorować?

Jestem w Stambule trzy lata i nadal mam głód tej muzyki, ale jedno nie wyklucza drugiego. Mam nadzieję, że niedługo będę eksplorować muzykę kobiecą z innych rejonów. Czuję, że dużo zrozumiałam. Jak porównam siebie sprzed trzech lat i co wtedy myślałam o muzyce tureckiej, a co teraz wiem, to to jest totalnie inna perspektywa. Wiele rzeczy, które wtedy wydawały mi się nieistotne, jest niezwykle ważnych. To niekończąca się historia, ale nie można dać się zwariować.

Co cię najbardziej zaskoczyło w Turcji? Która z tych drobnych rzeczy, okazało się ważnych?

Najbardziej dla mnie zaskakujące dla mnie było to, jak Turcja jest bardzo zamknięta na inność. Miałam obraz Turcji jako kraju bardzo kosmopolitycznego, bardzo multikulturowego. W rzeczywistości tak jest, ale ideologia nacjonalistyczna jest bardzo monofoniczna. To było dla mnie dość dużym rozczarowaniem... Nie, nie rozczarowaniem, to mnie po prostu bardzo zszokowało. Musiałam sobie wszystko poukładać. Jest bardzo dużo rzeczy zamiecionych pod dywan, o wielu rzeczach się nie rozmawia. Najważniejsze jest bycie Turkiem. Nauczyłam się, że muszę inaczej zadawać pytania, że muszę rozmawiać o tej inności w inny sposób. Jeśli zapytasz kogoś w Turcji, czy gra greckie rzeczy, to usłyszysz, że nie ma zadanych takich wpływów. A to nieprawda, rebetiko było grane przede wszystkim w Smyrnie, dzisiejszym Izmirze. Trzeba śledzić, jak te greckie wpływy został sturczone.

Wiesz, o co muszę cię zapytać na koniec.

Zamierzam nadal pracować z muzyką turecką – jest jeszcze wiele do zrobienia i wiele płyt do wydania. Poza tym planuję eksplorować muzykę kobiet z innych krajów i kręgów kulturowych. Lata 60., 70., 80. są fantastyczną źródłem muzyki. Planuję pracować nad kobiecą muzyką, która jest mi bliska, również pod względem geograficznym i kulturowym. Trzymajcie kciuki.

Gazeta Magnetofonowa 4/2018


piątek, 29 lipca 2016

Ocalić od zapomnienia



Lwia część zarejestrowanej kiedykolwiek muzyki nie została zdigitalizowana. Wiele z tych nagrań kurzy się w archiwach wytwórni, część istnieje tylko na pojedynczych egzemplarzach szelakowych czy winylowych płyt przetrzymywanych w sklepach ze starociami. Czeka je zapomnienie, gdy rozmagnesują się w końcu taśmy matki lub wylądują na śmietniku. Są ludzie, którzy postanowili do tego nie dopuścić.

W grudniu 2013 furorę zrobiła kompilacja Sonda. Muzyka z programu telewizyjnego. Pierwszy nakład rozszedł się jeszcze przed świętami, szykowane są dodatkowe tłoczenie i wersja winylowa. Albumu, który składa się z anonimowych utworów library music wyszperanych w Niemczech. Jednak dla wielu trzydziesto- i czterdziestolatków jest fascynującą podróżą w czasy dzieciństwa. Nostalgia to nie jedyny powód, dla którego podobne kompilacje stają się coraz popularniejsze. Równie ważna jest edukacja. W latach 60., 70. i 80. w Polsce powstawało wiele doskonałej muzyki, która - często nieopublikowana w postaci żadnego nośnika - przepadła. Zniknęła, a jest ważna i ciekawa. – mówi Michał Wilczyński, właściciel GAD Records, wydawcy Sondy.

Problemem najczęściej jest dostęp do dobrej jakości nagrań. Jak ognia unikamy przygotowywania kompaktowej reedycji płyty winylowej posługując się zgraniem muzyki wprost z winyla. Z tego powodu odpuściliśmy już niestety kilka projektów – przyznaje szef GAD Records. Podobnych skrupułów nie ma Ian Nagoski, prowadzący malutką oficynę Canary Records. Z prostego powodu, wydaje kompilacje nagrań pochodzących sprzed 70, 80, a nawet 100 lat. Istnieją jedynie na trzeszczących szelakowych płytach. Proces czyszczenia i digitalizacji wymaga sporo czasu i wysiłku. Niemniej, jak sam mówi, to bardzo satysfakcjonujące zajęcie. W swoim katalogu ma winylowe kompilacje muzyki imigrantów do Stanów Zjednoczonych. Z całego świata, od Polski po Daleki Wschód, choć najmocniej skupia się na byłych poddanych Imperium Osmańskiego, którym poświęcił cztery płyty. W mojej działalności największym problemem jest dostęp. Do nagrań, do opracowań, do jakichkolwiek materiałów źródłowych, ale to specyfika działki, jaką wybrałem – dodaje. Etnomuzykologiczne podejście prezentuje Dust-to-Digital Records, dla których Nagoski w 2007 roku wydał kompilację Black Mirror: Reflections in Global Musics. Ich wydawnictwa to bardziej książki z dołączonymi płytami, jak fantastyczna zeszłoroczna pozycja „Longing for the Past: The 78 rpm Era in Southeast Asia”.

Oprócz przekrojowych kompilacji, wytwórnie zajmujące się archiwalnymi nagraniami, coraz częściej decydują się na wydawanie reedycji zapomnianych i nieznanych w naszym kręgu kulturowym klasyków. Hiszpanie z Pharaway Sounds jako swoją specjalizację obrali Turcję i Iran, przypominając takich tuzów tamtejszej psychodelii, jak Erkin Koray, Ramesh, czy Selda. Po kilku latach funkcjonowania w blogosferze za reedycje zabrał się Brian Shimkovitz z Awesome Tapes from Africa. Czarny Ląd, jako kierunek poszukiwań wybrali także Holendrzy z Kindred Spirits, wydający big bandy z lat 70. Teranga Beat eksploruje scenę senegalską. Strawberry Rain zajmują się między innymi Azją Południowo-Wschodnią. I długo by jeszcze wymieniać, rynek, na którym funkcjonowało jeszcze niedawno kilkanaście wydawnictw, rozrasta się w szybkim tempie.

Nie tylko egzotyka jest w cenie. GAD Records skupia się na Europie Środkowo-Wschodniej, ma na koncie wydanie niepublikowanych wcześniej nagrań Jerzego Miliana, SBB, Klanu, czy czechosłowackiego Jazz Q. Finders Keepers - jedna z najważniejszych oficyn na rynku, założona przez Douga Shiptona i Andy'ego Votela - zaczęła swoją działalność od wznowienia albumu Jean-Claude’a Vanniera, francuskiego kompozytora. W swoim katalogu mają też kilka pozycji Andrzeja Korzyńskiego, trochę zapomnianego kompozytora muzyki filmowej, który najbardziej znany jest ze współpracy z Andrzejem Żuławskim. "Ludzi słuchających muzyki można podzielić na tych, którzy ograniczają się tylko do tej czynności i na tych, którzy szukają czegoś więcej, idą krok dalej, czytają spisy muzyków na płytach i tak dalej, sprawdzają wytwórnie. Nazwisko Korzyńskiego pojawiło się na kilku płytach, które lubimy, napisał muzykę do genialnego filmu Opętanie Żuławskiego. Andy Votel się z nim skontaktował i zaproponował wspólny projekt" – zdradza mi Shipton. Namówienie Korzyńskiego nie było problemem, a szperacze dostali nieograniczony dostęp do jego archiwów. Z tych poszukiwań powstały jak na razie dwie kompilacje niewydanych wcześniej nagrań i wydanie ścieżki dźwiękowej do Opętania. – Uderzyło nas, ze Korzyński był bardzo otwarty na nasze pomysły, w końcu nie tylko jest od nas sporo starszy, ale i pochodzi z innej kultury. A jednak nie było go trudno przekonać, że to, co robimy jest ok. Andrzej całkowicie nas wspiera, co daje nam kopa do dalszego działania. Na początku nie znaliśmy go zupełnie, a teraz mogę powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi.

Nie zawsze jest tak łatwo. Znów oddajmy głos Shiptonowi. - Mieliśmy spore kłopoty z jednym indonezyjskim zespołem, ponieważ w ich kulturze wszystko musi być załatwiane twarzą w twarz i przypieczętowane uściskiem dłoni. Odmówili negocjacji w inny sposób, więc wybraliśmy się do nich. Inny ekstremalnie trudny przypadek to Vampires of Dartmoor. Jedyny ich członek, który żyje do dziś, nienawidzi przemysłu muzycznego do szpiku kości. Nie chciał z nami rozmawiać, w końcu wylicencjonowaliśmy jego nagrania od wytwórni, ale chcieliśmy się od niego dowiedzieć, kto wtedy grał w zespole. Często zaufanie, jakim muzyk obdarza podobne przedsięwzięcia, procentuje. Zupełnie nieznany poza rodzinnym Nigrem Mammane Sani, pionier tamtejszej muzyki elektronicznej, w tym roku zagra kilka koncertów w Europie dzięki wznowieniu jego debiutu La musique eletronique du Niger przez Sahel Sounds. Charanjit Singh, o którym krytycy mówią, że grał acid house w Bombaju dwa lata przed wynalezieniem tego gatunku w Detroit, w 2012 roku wyprzedał trasę po europejskich klubach i przygotowuje tournee po Ameryce. Najsłynniejszym muzykiem wyciągniętym z niebytu jest oczywiście Sixto Rodriguez, bohater filmu „Sugar Man”. Już kilka lat przed premierą obrazu, albumy Amerykanina wznowiła Light in the Attic, co spowodowało początek zainteresowania jego twórczością.

Właśnie ta możliwość przywrócenia zapomnianych muzyków choćby pamięci kolekcjonerów jest motorem działania większości podobnych wytwórni. Czasem się zastanawiam, jak to możliwe, ze niezwykle piękna muzyka, przynajmniej dla moich uszu, została zapomniana na 70, 80 lat. Jeśli mam możliwość ponownego jej odkrycia, robię to. To po prostu ważne. – mówi Nagoski. Nie uda się ocalić wszystkich nagrań, to pewne. Wiele z nich zostało utraconych bezpowrotnie. Tym bardziej warto raz na jakiś czas przerwać pogoń za nowościami i sprawdzić, jak brzmi przeszłość.

T-Mobile Music grudzień 2013

poniedziałek, 18 lipca 2016

Zapomniana rewolucja




W czasie, gdy Bitelsi podbijali świat, hipisi opanowywali Stany Zjednoczone, Afryka Zachodnia przeżywała własną muzyczną rewolucję.

Rok 1960, rok Afryki. Piętnaście kolonii chylących się ku upadkowi mocarstw europejskich uzyskuje niepodległość. Przywódcy nowych krajów jednym głosem postanowili odciąć się od metropolii i, co ważniejsze, ze zlepków rozmaitych grup etnicznych, plemiennych i klanowych stworzyć współczesne narody. Rozwiązaniem było stworzenie własnej, nowej tożsamości i kultury. W sukurs przyszedł prezydent Gwinei, Ahmed Sekou Toure rządzący niepodzielnie krajem od 1958 do 1984 roku. W chwili odzyskania niepodległości na pierwszą narodową orkiestrę Toure wyznaczył L’Orchestre de la Garde Republicaine. Niecały rok później, 1 listopada 1959 roku autokrata rozwiązał wszystkie działające w kraju orkiestry oraz zakazał rozpowszechniania muzyki francuskiej i zachodniej. Jednocześnie nakazał nowym, państwowym już orkiestrom, czerpać inspirację z rodzimej tradycji. Od tej pory muzyka popularna zaczęła służyć młodemu państwu. W czasie rządów Sekou Toure powstało około 60 sponsorowanych przez rząd orkiestr. Zespół był w każdej prefekturze i większym mieście. Wtedy też, ustalił się typowy skład osobowy: dwie gitary, bas, perkusjonalia, klawisze, sekcja dęta składająca się z trąbki, puzonu i saksofonu. Choć w państwowej skarbnicy często widać było dno, każdej zakupiono instrumenty, każda miała możliwość odbycia sesji nagraniowej w rządowym studiu w stołecznym Conakry, każda mogła wydać nagrania w (państwowej, a jakże) wytwórni Syliphone.

Nic dziwnego, że wśród ponad 700 nagrań nie znajdzie się ani jedno krytykujące rządy Sekou Toure. Za to możemy dowiedzieć się, jak przyjemnie pracuje się w polu, a Les Amazones de Guinee, pierwsza orkiestra składająca się jedynie z kobiet, przestrzegała przed nadużywaniem alkoholu. Gros tej twórczości wychwala prezydenta i jego partię (jedyną legalną). Sekou Toure jest porównywany do Sundiaty Keity, założyciela średniowiecznego imperium Mali, którego spadkobiercami czują się wszyscy Mande, w tym również prezydent. Wykorzystywanie muzyki w celu sławienia władcy nie jest w Afryce Zachodniej niczym nowym, od wieków zajmowali się tymi grioci, przedstawiciele zamkniętej kasty quasi-bardów, służący jako doradcy panujących i strażnicy ustnej tradycji. Pod względem wpływu griotów na gwinejską muzykę popularną, przełomowy okazał się rok 1969 i nagranie Regard sur le passe Bembeya-Jazz National, najsłynniejszej państwowej orkiestry. Na album składa się jeden trzydziestosiedmiominutowy utwór opisujący życie słynnego dziewiętnastowiecznego rewolucjonisty i powstańca Almaniego Samori Toure. Utwór łączy śpiew w języku mande i francuską melodeklamację z oszczędną instrumentacją i jest utrzymany w stylu epickich opowieści. Całość kończy się przywołaniem ówczesnego prezydenta i legitymizacją jego rządów jako prawnuka Samoriego. Czy był nim naprawdę? Badacze w to wątpią.



Rok 1984 przyniósł kres rządom Toure. Trzymający kraj silną ręką przywódca zmarł w Stanach Zjednoczonych. Jego następcy, wojskowa junta, postanowili odciąć się od przeszłości i zdemontowali całą politykę kulturalną.

Z wzorców gwinejskich chętnie korzystał Modibo Keita, pierwszy prezydent Mali. Do prowadzenia pierwszą narodową orkiestrą „A” wyznaczył Keletigui Diabate, członka L’Orchestre de la Garde Republicaine. Mali na początku miała trzy orkiestry narodowe, oznaczone kolejnymi literami alfabetu, „C” przekształciła się w Super Djata Band, a członkowie „A” i „B” połączyli siły tworząc Orchestre National Badema. Oprócz orkiestr narodowych istniały zespoły regionalne, które konkurowały ze sobą co roku na Semaine Nationale de Jeunesse, czyli narodowym tygodniu młodzieży. Po ośmiu latach rządów Keita został obalony przez Moussę Traore. Nowy przywódca nie zarzucił idei orkiestr regionalnych ani festiwali młodzieżowych. Tym drugim jedynie zmienił nazwę i ustalił cykl dwuletni. Pierwsza impreza w odmienionej formie odbyła się w roku 1970. Z tej okazji niemieckie wydawnictwo Barenreiter-Musicaphon w serii Mali Music wydało albumy pięciu zespołów, z Mopti, Segou, Sikasso, Bamako i Kayes, pod zbiorczym tytułem Les meilleurs souvenirs de 1e Biennale artistique et culturelle de la Jeunesse. Warto zwrócić uwagę na orkiestrę z Mopti, dowodzoną przez Sorry Bambę, obiecującego gitarzystę oraz na pełną przyszłych gwiazd stołeczną ekipę. W Rail-Band de Bamako pierwsze kroki stawiał Salif Keita, prawdopodobnie najsłynniejszy malijski muzyk. Potem w jej składzie grali Mory Kante, Djelimady Tounkara czy Djely Mousa Kouyate. Według przykazań nowej władzy każda orkiestra miała grać muzykę swojego regionu, i tak repertuar Mopti to przede wszystkim frenetyczne rytmy Dogonów, Rail-Band specjalizował się w poematach Mande, Gao grali tradycyjne utwory Songhai, a Timbuktu wplatali tuareski trans.


Malijskie orkiestry od gwinejskich pierwowzorów różniły się również tym, że funkcjonowały w sferze prywatnej pod zmienionymi nazwami. W 1977 roku, gdy w Wielkiej Brytanii Johnny Rotten zmieniał oblicze rock’n’rolla, rządowa wytwórnia Mali Kunkan wydała albumy komercyjnych wcieleń zespołów regionalnych. Znów wyróżniał się Sorry Bamba i jego Orchestre Kanaga de Mopti. Po siedmiu latach jeszcze mocniej słychać inspirację Dogonami i ich unikatową kulturą, widać ją też na okładce przedstawiającej wojowników tego ludu. Muzyka Kanagi, choć utrzymana w tradycji, ma wiele wspólnego z krautrockiem i afrobeatem. Gitarowe pasaże Le Mystere Jazz de Tomboctou (były to pierwsze nagrania zespołu) zapowiadają twórczość Tinariwen. Urozmaica je hipnotyczna gra sekcji dętej. Tu też większość utworów jest tradycyjna, Dina Waliji to pieśń religijna, Wale wywodzi się z tuareskich rytuałów. Obie płyty przez wiele lat były niedostępne i gdy tylko pojawiły się na serwisach aukcyjnych potrafiły osiągnąć niebotyczne sumy. Dopiero na początku obecnej dekady, Holendrzy z Kindred Spirits wznowili je razem z kompilacją Super Biton de Segou na kompakcie i winylu. Równie niedawno amerykańskie Mississippi Records wznowiło nagrania z pierwszego Biennale.


Mauretania dorobiła się tylko jednej rządowej orkiestry, lecz jej historia mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu. Zaczyna się podobnie do poprzednich, Moktar Ould Daddah, pierwszy prezydent kraju zapragnął muzycznego symbolu dla rodzącego się narodu. W 1967 roku wyselekcjonowano 14 muzyków, których wysłano na nauki do Conakry. Pobierali je nie tylko od gwinejskich nauczycieli, ale także od profesorów z Korei Północnej. Wybrańcy w większości mieli doświadczenie, wśród nich był jednak jeden nieopierzony siedemnastolatek, Hadrami Ould Meidah, mający zostać wokalistą. Szybko stał się liderem zespołu. Edukacja w Gwinei trwała rok, a pierwszy koncert Orkiestry odbył się 28 listopada 1968. Początkowo śpiewali w języku Malinke, dominującym u sąsiadów, z czasem zwrócili się ku arabskim eposom i poezji w języku Pulaar. Taki był plan Daddah, orkiestra miała jednoczyć wszystkie grupy etniczne zamieszkujące kraj. Mauretański sen skończył się już w 1978 roku. Zamachem stanu. Jak łatwo można się domyślić, nowa władza chciała zatrzeć ślady po poprzednikach. Do tej pory Orchestre National de Mauritanie wydała tylko jedną siedmiocalówkę. Po prawie czterdziestu latach Chris Kirkley, założyciel Sahel Sounds, wytwórni zajmującej się muzyką Afryki Zachodniej, trafia w Internecie na nagranie Orkiestry. Po wielu próbach udaje mu się skontaktować z Ould Meidah. Okazuje się, że podczas niszczenia radiowych archiwów przez wojsko, jeden z pracowników wynosi taśmy z sesja nagraniową Orkiestry i ukrywa u siebie w domu. Decyzja była prosta, Kirkley wydaje u siebie debiut spóźniony o trzydzieści kilka lat.


Muzyka Orchestre National de Mauritanie nie różni się zbytnio od swoich malijskich i gwinejskich odpowiedników. Pisali piosenki polityczne, jak „Oumletna” sławiące nową walutę, odwoływali się do epickiej tradycji w Kamlat, łączyli tradycję z nowoczesnością, z gitarami współbrzmi hoddu, dwustrunowa lutnia i neyfara, arabski flet. Jest jednak coś, co wyróżnia Mauretańczyków. To smutek. Inne orkiestry grały pogodnie, u nich słychać melancholię, niepasującą do głosu młodego, dumnego państwa. Jakby przeczuwali, że ten sen nie może się ziścić.

Dziedzictwo orkiestr słychać wyraźnie w muzyce popularnej Afryki Zachodniej. To one pierwsze zaczęły przedstawiać rodzimą treść za pomocą zachodnich instrumentów, pomogły spopularyzować gitarę elektryczną, dzięki państwowemu monopolowi kształtowały kulturę muzyczną swoich krajów. Najwyraźniejszy ślad zostawiły orkiestry malijskie, ich wpływ słychać u tak różnych wykonawców, jak tuareskich herosów gitary Tinariwen, pieśniarki Rokii Traore czy popowych Amadou & Mariam. Jednak, mimo że kilka orkiestr, jak Kanaga czy Rail-Band koncertuje do dzisiaj, ich era należy do przeszłości.

Jedno nie udało się orkiestrom. Powstały jako symbole nowej państwowości, miały ucieleśniać sny o modernizacji, dumie i jedności narodowej. Rzeczywistość okazała się być mniej łaskawa. Sekou Toure przeszedł do historii jako jeden z najbrutalniejszych afrykańskich dyktatorów, Gwinea do dziś nie może podnieść po latach wyniszczających rządów kolejnych junt. Koniec rządów Daddah spowodowała wojna o Saharę Zachodnią i katastrofalna susza, po jego upadku Mauretania zaczęła dryfować w stronę arabskiego nacjonalizmu. Pozorną stabilizację w Mali co jakiś czas przerywają kolejne powstania Tuaregów, ostatnie w 2011 przerodziło się w wojnę domową na szeroką skalę, doprowadziło państwo na skraj upadku, kraj musiał prosić o międzynarodową interwencję. Marzenia sprzed pięćdziesięciu lat są nadal aktualne.

T-Mobile Music, październik 2013

wtorek, 29 października 2013

Bunt wciąż się tli

Piosenki buntu towarzyszyły protestom w Egipcie, Libii, Algierii, Syrii, Turcji. Początek obecnej dekady był nad wyraz  urodzajny w społeczne rozruchy, a gdzie one, tam są też muzycy. Czy wszędzie? Na Zachodzie część obserwatorów utyskuje, że dzisiaj nikt nie pisze protest songów (za wyjątkiem Springsteena), podobny pogląd na łamach T-Mobile Music prezentował Maciek Piasecki w tekście „Tu już nie będzie rewolucji”.  Nie mają racji.
Głosem młodego pokolenia targanej kryzysem Portugalii został folkowy kwartet Deolinda, założony w 2006 roku. Dwa pierwsze albumy zespołu odniosły sukces, lecz apogeum przyszło pięć lat później, w styczniu 2011, podczas czterech wyprzedanych koncertów w największych salach Porto i Lizbony. Wśród nowych piosenek zespół zaprezentował porywające Que parva que eu sou (Jakimże jestem głupcem). W ciągu czterech minut wokalistka Ana Bacalhau rozlicza się ze wszystkimi bolączkami swoich rówieśników – wiecznymi stażami, niespłaconymi kredytami, ciągłym pomieszkiwaniem u rodziców. „Jakiż to głupi świat, gdzie by zostać niewolnikiem, trzeba skończyć studia” – śpiewa w refrenie, by pod koniec wyrzucić z siebie „Jestem z pokolenia <<Nie zniesiemy tego więcej>> / już nie jestem głupia”. Nagrywany komórkami utwór z miejsca stał się viralem w portugalskim Internecie i nieformalnym hymnem protestów, które wybuchły w marcu tego samego roku.
Na fali społecznego niezadowolenia wypłynął również braterski duet „Homens da Luta” , który zaczynał od parodiowania piosenek poprzedniej portugalskiej rewolucji z 1974 roku. Bracia Vasco i Nuno Duarte pojawiali się na protestach, ogrywali swoje piosenki i zdobywali popularność. Dwukrotnie pokusili się o start w krajowych eliminacjach do Eurowizji, za drugim razem je wygrali z piosenką „A Luta e alegria” (Walka jest radością). Pod płaszczykiem kabaretowości Homens da Luta wzywają Portugalczyków do wyjścia na ulicę i wzięcia sprawy w swoje ręce, jednocześnie odżegnując się od użycia przemocy. Nowoczesna rewolucja ma być pokojowa. Nie wszędzie taka jest. Protestujący w Grecji w przerwach między zamieszkami zasłuchiwali się nie tylko w „To Tragoudi Tis Plateias” weterana Vasilisa Papakonstatinou do słów żyjącego sto lat temu poety Giorgiosa Sourisa. Ważnym głosem społeczeństwa był rap. Ateńska ekipa Soul System pojawiała się na większości demonstracji w stolicy, a ich najgłośniejsza piosenka „Flame On” doskonale oddaje bojowe nastroje rodaków.
Kiedy parlament Quebeku, by ukrócić zeszłoroczne studenckie protesty, przegłosował Ustawę 78 czasową zawieszająca m. in. prawo do zgromadzeń, demonstracje przybrały na sile, uaktywnili się też muzycy. Montrealska wokalistka Ariane Moffat nagrała nową wersję własnego utworu „Le mai 17”. Wykorzystała ją organizacja studencka FECQ w swojej zajawce demonstracji przeciwko niesławnej ustawie, a potem kanadyjski Internet wypełnił się udostępnieniami tej piosenki. Moffat pierwotny tekst o banalności tematów dominujących się w mediach zamieniła na opis protestów i działania władzy, kończąc wersem „Dzisiaj, 17 maja rano, sprzeciwiam się tej ustawie”. Inni muzycy poświęcali swoje piosenki ruchowi Occupy. Tak zrobili na przykład CerAmony, duet interesujący również z powodu zaangażowanie w emancypację Indian czy znany z Broken Social Scene Jason Collett. Do muzyki zaangażowanej w postaci „Youth Without Youth” wrócili Metric, a kawałek zilustrowali niepokojącym teledyskiem.
Równie bezpośredni był przekaz Plan B, brytyjskiego rapera. W 2012 roku wydał politykujący album „Ill Manors”, z którego najgłośniejszym echem odbił się utwór tytułowy, przez Independent (przyznajmy to, na wyrost) nazwany jednym z najważniejszych protest songów. Ben Drew (tak naprawdę nazywa się muzyk) krytykuje rządową politykę społeczną, upatrując w niej jedną z przyczyn zamieszek z 2011 roku. „Tym, co wymaga naprawy jest system/ nie witryny w Brixton”. Mocne słowa padały także na Islandii. Ten wyspiarski kraj stanął na skraju bankructwa podczas kryzysu finansowego sprzed pięciu lat. Indie popowy muzyk Toggi w niewybrednych słowach nawoływał do rozprawienia się z bankierami i politykami na ich usługach w „Let Them Bleed”.
Świat zachodni powoli wychodzi z kryzysu, protest songów w tym roku też jakby mniej. Nie znaczy to jednak, że nadszedł dla nich koniec historii. Wiele jeszcze zostało do zrobienia, a tam, gdzie społeczne niezadowolenie, jest i muzyka buntu.

T-Mobile Music, październik 2013