Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 marca 2026

Czy akademia Fryderyków słucha muzyki?


Dawno temu obiecałem sobie, że nie będę komentował z własnej woli nominacji do Fryderyków. Jednak kiedy praktycznie dzień po dniu ogłaszane są nominacje do Folkowego Fonogramu Roku i tych nieszczęsnych polskich Grammy, a do tego Wirtualne Gęśle (plebiscyt, który chyba najszerzej patrzy na polski folk) publikują swoją listę, muszę zabrać głos. Mimo że wiem, że będzie to wołanie na puszczy.

Otóż przepaść między tym, jak wygląda polska scena folkowa (tak, ją nazwijmy, a rozważania, czym jest folk oraz czy nazwa fryderykowej kategorii „Muzyka korzeni” ma sens zostawmy na boku) według mainstreamu a osób w nią zaangażowanych jest szersza niż Pacyfik. Jestem wśród głosujących na Fonogram i co roku mam wielką zagwozdkę, na kogo zagłosować, bo co album to lepszy. W tym roku jest tak samo, nominowana dziesiątka jest tak mocarna, że jakby nie wyglądała finałowa trójka, to będę zadowolony. Pisałem w swoim podsumowaniu roku, że 2025 dla polskiego folku był po prostu mocarny, że Oberkas Travel to poziom „klękajcie narody”. „Niepraudzivaja” Hajda Bandy została płytą roku czytelników najważniejszego anglojęzycznego magazynu o muzyce folkowej...

Tymczasem w nominacjach do Fryderyków nie tylko zabrakło ich obu (a wiem, że były zgłaszane przez wydawców), za to pojawili się Vavamuffin – co między innymi dobrze pokazuje idiotyzm nazwy kategorii, bo warszawiacy nie grają korzennego reggae, wręcz przeciwnie, ale miałem o tym nie pisać – dwa zespoły grające warszawskie, przedwojenne piosenki: Warszawskie Combo Taneczne i Warszawska Orkiestra Sentymentalna; i do tego zespół i artystka z podkategorii folk alternatywny (albo alternatywny folk, nie mogą się zdecydować na stronie Fryderyków): Chrust i Basia Giewont. Alternatywność, jak wnioskuję z wynika z tego, że to muzyka elektroniczna. Nawet nie bardzo wiem, jak to skomentować. Czy naprawdę w polskim folku nie ma bardziej interesujących płyt? Czy naprawdę musiały nominacje trafić do dwóch zespołów zajmujących bardzo podobną niszę, nie było niczego ciekawszego? Czy naprawdę Vavamuffin muszą być nominowani za każdym razem, kiedy wydadzą płytę? Czy we fryderykowej akademii ktoś w ogóle słucha muzyki (to pytanie ogólne, nie tylko do tej kategorii)?

Nie zrozumcie mnie źle, to nie są złe rzeczy. One są po prostu do bólu bezpieczne. Kocham Combo Młynarskiego, ale Oberkas Travel jest jego dużo lepszą zeszłoroczną płytą. Nie chcę się powtarzać, ale właśnie takiej muzyki potrzebuje (nie tylko) polska scena folkowa – odważnej, bezkompromisowej, a jednocześnie atrakcyjnej. Może akademia w przyszłym roku zauważy bliźniaczy do Oberkasów Tercet Imperial, bardzo bym chciał, ale trudno mi w to uwierzyć. A po ostatnich dwóch latach można było mieć cień nadziei na skruszenie betonu. Rok temu kolejnego Fryderyka dostała Kapela ze Wsi Warszawa, wśród nominowanych byli Sw@da i Niczos (a ten zaczęli od ficzuringu u Hanki Mlynkovej, może kiedyś napiszę o tym coś więcej), za 2023 nagrodę dostali EABS i Jaubi (a dlaczego nie w jazzie to już inna historia). Był to jakiś progres, a teraz się cofamy.

Wygrają pewnie Vavamuffin, ale z tej piątki najciekawsza jest Basia Giewont. Choć to idealny przykład zmarnowanego potencjału. Na papierze wszystko wygląda dobrze: electro pop stojący na fundamencie muzyki góralskiej. W warstwie wizualnej gdzieś między środkową Rosalią a Aliną Pash. Przyznaję, gdy zobaczyłem zajawkę „Szeptuchy”, od razu ją sobie zapisałem do posłuchania. O jakie było moje rozczarowanie, gdy się w końcu za nią zabrałem. W najgorszych momentach to kolejne popłuczyny po Kayah i Bregoviciu, lekko ubarwione elektroniką sprzed 15 lat, najbardziej bezpłciowy radiowy pop. W najlepszych – okolice Brodki pomieszanej z Kaśką Sochacką, czyli korpoalternatywa. I wcale nie jest tak, że im więcej u niej odniesień do tradycji, to lepiej. Jest tu jakiś zamysł, tylko że wykonanie bardzo toporne, przesadzone, zbyt oczywiste, momentami po prostu nudne. Gdyby tylko przykładała równie dużą uwagę do muzyki, jak do otoczki i kostiumów...

To zresztą część szerszego problemu polskiego mainstreamu i „alternatywy”, ale o tym kiedy indziej.

niedziela, 22 marca 2026

Wielogłos

Muzykę Marii Arnal poznałem w 2021 roku dzięki Clamor jej wspólnemu albumowi z Marcelem Bagésem. Jeśli dobrze pamiętam, trafiłem na nią z polecenia redakcyjna koleżanka z Radia Kapitał. Połamana, ale melodyjna muzyka duetu trafiła do mnie od razu, bo to taki eksperymentalny pop odnoszący się do tradycji, który lubię najbardziej. Już wtedy Maria współpracowała z Holly Herndon, amerykańską kompozytorką, którą od lat zajmuje współpraca człowieka z maszyną.

Z Holly Maria potem jeszcze się spotkała przy Holly+ wraz z duetem Tarta Relena. To był projekt emulatora głosu kompozytorki, który potem można było wykorzystać do tworzenia własnych kompozycji i aranżacji. Już sama (tj. bez Holly, ale we współpracy z Lluisem Nacentą) przygotowała interaktywną instalację Maria CHOIR. Napisała tez ścieżki dźwiękowe do dwóch filmów, nagrała album z Johnem Talabotem, współpracowała z Barcelona Supercomputing Center. Dużo jej było, rzuciła się w eksplorację nowych technologii.

Z tych wszystkich doświadczeń wyrasta AMA, album który jednocześnie zerka w stronę futuryzmu, posthumanizmu, hyperpopu, ale i mocno stoi na fundamencie tradycji. Może wynika to z faktu, że Maria kończyła barcelońską ESMUC, gdzie - jak się wydaje - kładą naciska na zapoznanie się z tradycyjnymi formami, ale i pozwalają na eksperymenty. Dość powiedzieć, że tę samą szkołę kończyły María José Llergo i Rosalía. Muzyka Marii Arnal to podobne rejony. Szlachetny, eksperymentujący, intelektualny pop, który nie traci nic z przebojowości.

Z tradycji Marię najbardziej interesują wielogłosowe pieśni, z klasyki wokalna ekwilibrystyka. Na AMA śpiewa sama ze sobą, jej głos multiplikuje sztuczna inteligencja, I jak jestem negatywnie nastawiony do wykorzystywania AI w muzyce (dlatego tak bardzo wspieram Bandcamp w ich decyzji zakazania muzyki AI), tak takie zastosowanie mogę zaakceptować. Pod nadzorem ludzkiego artysty, jako kolejne instrument, a nie muzykę prosto z nieludzkiego algorytmu. Na obecności AI muzyka Marii nie traci ludzkiego wymiaru. Może też dlatego, że innymi tematami, który Arnal porusza na swoim solowym debiucie są strata i pamięć - w piosenkach opowiada o swojej kuzynce Amie, zmarłej w latach 90. na AIDS - oraz historia kobieca. Historia zamknięcia w czterech ścianach, zdobywania podmiotowości, wyzwalania się spod patriarchalnej władzy.

Głos i jego modyfikacje są tu najważniejsze. Arnal przepuszcza go przez filtry, tnie na krótkie zapętlone sample, multiplikuje go, tworzy chóry. Producenci Alizzz i Pau Riutort komponują szkieletowe podkłady, złożone z “małych” dźwięków, klików, trzasków, syntetycznych ptasich śpiewów, ale i organów. To muzyka ładna, może nawet - to mój największy zarzut - zbyt ładna, zbyt grzeczna. Brakuje mi odpięcia wrotek, mocnego wejścia w to posthumanistyczne szaleństwo.

Piękny jest głos Marii, wielobarwny. W Por tu penas ślizga się flamenkowych melizmatach, a delikatne organy w tle nadają mu religijnego posmaku. W Que me quiten dzieje się podobnie, ale z jeszcze lepszym skutkiem, bo to najlepszy fragment albumu. Im bliżej jego końca, tym spokojniej, tym warstwa instrumentalna się rozrzedza.

Ama to krótka płyta. 13 piosenek, trochę ponad 27 minut. Najkrótsza ma ledwie 15 sekund, najdłuższa trochę ponad 3 minuty. Czy to efekt dostosowania się do wymogów streamingu? Pewnie tak, to przecież nie jest niszowe wydawnictwo. No właśnie, ta rzecz mnie ciągle uderza, hiszpańskie oddziały majorsów są dużo odważniejsze niż te nadwiślańskie. Ama wyszła nakładem Atlantic, Cru+es Refree i El Nino de Elche Sony, Ultrabelezza Maríi José Llergo również, Lux w Columbii. Tam się jakoś da zrobić pop odnoszący się do tradycji.

poniedziałek, 27 września 2021

Więcej patosu, słuchacz wytrzyma


„Raz na milion lat dochodzi do odłamu planetoid, swoistego zderzenia, które niesie za sobą niezliczone konsekwencje. Strumienie biegu czasu i nieskończone ilości miejsc przenikają się ze sobą w piękny i nieobliczalny sposób, zmieniając zastałe światy. Między pokryte najdostojniejszą rdzą szacunku symbole, wierzenia i tradycje wkrada się coś im obcego. Razem tworzą nowe.

Ten album to ten moment - raz na milion lat.” - głosi notka promująca Pieśni współczesne Miuosh i Śląska. Czy to prawda?

Nie będę czarował, ani budował suspensu. Nic z tej zapowiedzi się nie sprawdza. Miuosh pod płaszczykiem czegoś wyjątkowego sprzedaje po prostu pop. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Tylko, że to jest zły pop, okraszonym klasycyzującymi aranżacjami, z bel canto śpiewaków Śląska. Poza Dolinami nie ma tu nic, co przykuwało by uwagę na więcej niż 15 sekund.

Gdybym miał opisać ten album jednym zdaniem byłoby to „Więcej patosu, słuchacz wytrzyma”. Nienośny patos wylewa się litrami z każdego dźwięku. Oto Miuosh, artysta z zupełnie innego świata, przekracza granice gatunków i ofiaruje światu swoje nawet nie Dzieło, tylko DZIEŁO. Wprowadza ten patos bardzo prostymi i oczywistymi środkami. A to zabrzmią groźnie kotły, a to smyczki szumnie zatrylą, a to sekcja dęta wprowadza podniosłe, wolne frazy, a to pojawiają się wokalizy. Oczywista oczywistość, ciężko się nabrać na te zabiegi, są zbyt wyraźne, zbyt grubymi nićmi szyte.

Pieśni współczesne są skażone przypadłością ścieżek dźwiękowych blockbusterów. To muzyka całkowicie przezroczysta, której jedynym celem jest budowanie podniosłego nastroju, wrażenia obcowania z czymś wielkim, niepowtarzalnym. Wystarczy jednak wsłuchać się odrobinę uważniej, potraktować je jako coś więcej niż tylko muzykę tła, by zorientować się, że jest to wydmuszka. Muzyka nie niesie ze sobą żadnej wartości, jest do bólu bezpieczna, wygładzona. W zasadzie poza użyciem łemkowskiego przez Igora Herbuta nie ma w niej niczego zaskakującego. Żaden z zaproszonych wokalistów nie wyszedł ze swojej strefy komfortu, nikt nie postarał się, żeby w nawet najdrobniejszy sposób zrobić coś nieoczywistego. Najlepiej słychać to w Zmierzchu z Kwiatem Jabłoni. To po prostu ich piosenka z troszkę innym aranżem. Jak pojawia się Król, to wiadomo, że muszą być syntezatory. Proste? Ach, zapomniałbym, pojawia się zza grobu Kora. Popkulturowa nekrofilia w pełnej krasie.

Wszystko może byłoby mniej bolesne, gdyby Miuosh nie dorabiał do tego szumnej ideologii. Gdyby nie twierdził, że razem ze Śląskiem tworzą nową, ale zakorzenioną w tradycji muzykę regionu. Zastanawiam się, czy poza Zespołem Pieśni i Tańca, region nie ma nic do zaprezentowania? Nie ma kapel, nie ma instrumentalistów? Zresztą, jaka to jest przełomowość, kiedy po podobne tropy sięgał 9 lat temu Donatan na Równonocy, kiedy mnóstwo jest albumów, na których popowe piosenki odgrywają orkiestry symfoniczne. A przecież można wplatać w muzykę rozrywkową czy alternatywną motywy oparte na tradycji na dużo ciekawsze sposoby. Pisałem o tym tyle razy, że nie widzę sensu w powtarzaniu się. Zostawię tylko link.

Taki album zdarza się raz na milion lat? Bardzo bym sobie tego życzył, ale obawiam się, że nastąpi wysyp podobnych potworków. Zresztą, album najlepiej podsumował sam autor w wywiadzie dla Wyborczej: W naszym kraju w ciągu ostatnich 25 lat zauważalna jest tendencja, żeby z kultury czy dziedzictwa robić cepelię. Mnie nie pozostaje nic innego, jak tylko się z nim zgodzić.

czwartek, 2 września 2021

Dwunastoosobowy didżej


Trzy lata temu zapraszali na dancing do Spatifu. Dzisiaj są już stałym elementem stołecznego muzycznego krajobrazu, wpisują się w ruch odkrywania na nowo przedwojennej polskiej (nie tylko warszawskiej) muzyki.

Poprzednim razem spotkałem się z Noamem Zylberbergiem, bo zafascynowała mnie jego historia. Chłopak z Izraela z warszawskimi korzeniami przyjeżdża do Polski, by grać muzykę słuchaną przez swoich dziadków. Efektem spotkania był artykuł, który pojawił się w Wyborczej.

Teraz spotkaliśmy się ponownie, Mała Orkiestra Dancingowa wydała właśnie swój drugi nagrany album na domowym stadionie, w Spatifie. Tam też rozmawialiśmy, a efekty znajdziecie we wczorajszym Czasie Kultury. Symbolicznie tekst ukazał się 1 września, ale to tak naprawdę przypadek. 1 września to symboliczny koniec świata ówczesnych muzyków i początek rodzącej się nostalgii za tamtym światem. Tylko że dla Noama i jego zespołu nostalgia jest na ostatnim miejscu. Najważniejsza jest muzyka. Wyszperana w Bibliotece narodowej, znaleziona na YouTube. Nie grają wielkich przedwojennych hitów, by nie wpaść w pułapkę nostalgii. A przecież jej odrzucenie w przypadku muzyki tak mocno naznaczonej jej kontekstem nie jest prostym zadaniem. Tym bardziej jeśli gra się ją tak wiernie. Oczywiście, to są aranżacje z epoki rozpisane na zespół, który mógł wtedy grać. Nie jest to przypadek Jazz Bandu Młynarski-Masecki, który formę przedwojennych piosenek przefiltrowuje przez niepowtarzalną wyobraźnię Maseckiego i umieszcza ją w wymyślonych latach 50., a z drugiej strony swoją drugą płytę nagrali na sprzęcie z lat 20., co już jest jakimś wyższym poziomem kreacji i nostalgii.

Może i można by było traktować MOD podobnie, ale oni zgodnie z nazwa podkreślają taneczność, użytkowość piosenek. Skoro można było do nich tańczyć wtedy, to czemu nie można teraz bez udawania, że żyjemy w międzywojniu? Wczesny polski pop niewiele się różni się od debiutu Orkiestry w warstwie aranżacyjnej. To nadal świetnie rozpisana i zagrane w punkt piosenki. A jednak słychać w nich więcej swobody. Nic dziwnego, lepiej się zgrali, lepiej poznali oraz - jak już zdążyłem zdradzić - nagrali ją na setkę w Spatifie. Andrzejowi Izdebskiemu udało się wykręcić świetne, bardzo przestrzenne brzmienie, które pomaga piosenkom błyszczeć.

A ma co błyszczeć. Zylberberg po raz kolejny wybrał ukryte perełki przedwojennego polskiego piosenkopisarstwa. Są fokstroty, slowfoksy, tanga, passo doble. Pokazują wszechstronność kompozytorów i aranżerów. Przede wszystkim porywają do tańca. Trochę mnie się marzy poszerzenie formuły Orkiestry, wplatanie w repertuar współczesnych kompozycji. Wiem, że na koncertach już to robią. Może na kolejnej płycie postanowią je nagrać?


poniedziałek, 22 maja 2017

Zbig był king


Nie będę udawał, że jarałem się Zbigiem przed odgrzebaniem jego debiutu przez Mitch & Mitch. Jestem jedną z tych osób, które zakochały się w muzyce Wodeckiego na OFF Festivalu. No, trochę wcześniej, bo gdy tylko ogłosili wspólny koncert, sprawdziłem ten rzekomo legendarny album. Faktycznie, był legendarny, wypełniony samymi hitami, choć trochę kulały teksty (ale Wodecki miał tego świadomość). Polska odpowiedź na bossa novę i barokowy pop. Niesprawiedliwość dziejowa aż biła po uszach, to powinien był być hit, podwaliny współczesnego polskiego popu. Tak się jednak nie stało, Zbigniew Wodecki przeszedł zupełnie bez echa, co zaważyło na przyszłej karierze krakowskiego muzyka.

2 sierpnia 2013 roku. Dzień, który przeszedł do legendy. Zmienił nie tylko moje podejście do Wodeckiego. Do dziś pamiętam prześmiewcze komentarze w internetach przed koncertem i już na samym festiwalu. Że Pszczółkę Maję będzie grał przez godzinę na zmianę z Chałupy Welcome To. A potem widziałem, jak śmieszkowanie ustępuje niedowierzaniu i zachwytowi. Zbig z pomocą Mitchów zagrał piosenki, o których już dawno zapomniał. Zagrał je po raz pierwszy.

Po czterech latach najbardziej z tego koncertu pamiętam trzy rzeczy. Po pierwsze, radość i wzruszenie Zbiga, który chyba sam był zaskoczony tak dobrym przyjęciem swoich piosenek w Katowicach, radość zespołu, który pomógł Wodeckiemu spełnić młodzieńcze marzenie po 37 latach. Po drugie, fenomenalne Panny mego dziadka. I wreszcie po trzecie Minha teimosia, uma arma pra te conquistar Jorge Bena, które stało się nieformalnym hymnem festiwalu. Sam wybór tego kawałka na zakończenie był symboliczny. Może gdyby debiut Wodeckiego osiągnął sukces, Zbig kultowy status osiągnąłby dużo wcześniej.

Potem widziałem Zbiga z Mitchami jeszcze dwukrotnie. Nie zdążyłem kupić biletów na pierwszy, nagrywany koncert w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Lutosławskiego, szczęśliwie dodali jeszcze jeden, wcześniejszy. Z towarzyszeniem kilkunastoosobowej orkiestry materiał wypadł jeszcze piękniej, jeszcze dostojniej, jeszcze pełniej. I znów koncert zakończył się Jorge Benem, eksplozją czystej, niczym nieskrępowanej radości.

Rok później w strugach deszczu zagrali na otwarciu Placu Defilad. To też był wspaniały koncert, ale zacząłem sobie myśleć, że Zbig powinien z Mitchami nagrać coś nowego, bo znów zagrali to samo. Faktycznie takie plany były, Wodecki w wywiadach nieśmiało o tym pomyśle wspominał, ale jak było naprawdę, tego już się nie dowiemy, zaśpiewał w jednej piosence na płycie Miczów z Kassinem, ale ta współpraca zasługiwała na dużo więcej.


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Kwestia języka cz. 2


Dość dawno temu przywołałem dwie różne językowe wersje mojej ulubionej płyty mum. Ogólnodostępna, angielska Finally We Are No One, przegrywa z lokalną, islandzką Loksins erum við engin. Na podobny zabieg zdecydowała się Beatrice Martin, kanadyjska wokalistka występująca jako Coeur de Pirate. Pierwsze płyty nagrywała po francusku i swoimi urokliwymi piosenkami o byłych chłopakach podbiła rodzimy Quebec i Francję. Po angielski sięgała w projekcie Armistice (z Jayem Malinowskim, który wkrótce stał się kolejną inspiracją dla nowych piosenek Beatrice) oraz ścieżkach dźwiękowych do serialu Trauma i gry komputerowej Child of Light. Trauma składa się z coverów, a Armistice nie wyszło poza jedną EPkę.

W piątek ukazał się czwarty album Coeur de Pirate, Roses. Pierwszy dwujęzyczny. Jak klamra spinają go dwie wersje tej samej piosenki - Carry On/Oublie-moi. Tytuły sugerują ("idź dalej; dosłownie: kontynuuj" i "zapomnij mnie"), że mogą się różnić czymś więcej niż tylko językiem. W rzeczywistości to ta sama historia różnica się drobnymi szczegółami. Mnie dużo bardziej podoba się francuska, zwiewniejsza i delikatniejsza. Mimo że to tylko kwestia języka.




sobota, 28 lutego 2015

Przeczesując Bandcamp #3

Niger, RPA, Portland.

Ola Kobak - Metanoia

O Oli Kobak mogliście usłyszeć i w mojej dawnej audycji, i przeczytać w Nowej Muzyce. Kiedyś  jako Fulka bawiła się folkiem, razem z mężem Jacobem Israelem eksplorowała ambientowe pejzaże pod nazwą A Hollow in the Land. A teraz pod własnym nazwiskiem tworzy elektroniczny, delikatny pop, zamyślony i rozmarzony. Ola tka swoje piosenki z elegancją i wysmakowaniem, ale stara się utrzymać ich prostotę, Osiem piosenek po prostu czaruje Szkoda tylko, że do Pretorii tak daleko. choć może Ola kiedyś odwiedzi kraj swoich przodków.



Omnivore - Rounds

Ten album podrzucił Marek Sawicki, specjalista od muzyki niepotrzebnej i popsutej. Pod tym pseudonimem - wszystkożerca - ukrywa się Glenna van Nastrand, artystka, jak podaje informacja na stronie Feeding Tube, obsesyjnie zainteresowana starymi technologiami telefonicznymi. Fakt, że swój album nagrała na telefon właśnie nie dziwi już tak bardzo. Specyficzne brzmienie głosu przetworzonego przez słuchawkę odrealnia piosenki. Zaśpiewane a capella. Omnivore towrzy warstwy nakładając na siebie kolejne zapętlone frazy. Z tego powodu wszystkie utwory mają taką samą strukturę. Powoduje to swoiste uczucie zapętlenia czasu, zmienia jego charakter z linearnego na cykliczny. Wszędzie jest początek i koniec.



Hama - Torodi

Kolejne odkrycie Chrisa Kirkleya. Sama historia poszukiwania Hamy jest wystarczającym powodem, żeby zainteresować się najnowszym wydawnictwem Sahel Sounds. Hama jest duchowym spadkobiercą Mamman Saniego. Podobnie sięga po tradycyjne melodie i przekłada je na język syntezatorów. Jednak w przeciwieństwie do Saniego, który sięgał do folkloru różnych grup etnicznych zamieszkujących Niger, młody muzyk ogranicza się tylko do Tuaregów. W tej wersji melodie są równie intrygujące, jak wtedy, gdy są wygrywane na gitarach czy wyśpiewywane. Plastikowe, sztuczne brzmienie keyboardu odrywa je od znanego kontekstu i pokazuje je z zupełnie nowej perspektywy.



Andy Islands - 1

Wracamy do RPA. Debiutancka EPka Andy'ego Islands przenosi na parkiety kapsztadzkich klubów. Młodziutki producent wyczarował 3 wciągające deep house'owe kawałki. Bez wokalu, ale dzieje się tu tyle, że jest on zupełnie niepotrzebny. Repetytywne, ale rozwijające się utwory hipnotyzuja i dosłownie zmuszają do tańca.

czwartek, 30 października 2014

Wyjątek

Kiedy byłem małolatem, jak każdy porządny zbuntowany nastolatek gardziłem popem. Było to zło najgorszego gatunku, nieautentyczne, korporacyjne, sztuczne i nieautentyczne. Nie to, co jakże niekorporacyjny trzecioligowy numetal (tak, były takie wynalazki, jak Adema). Od tej reguły był jeden wyjątek. Robbie Williams. Nie pamiętam, czy byłem świadomy jego boysbandowej przeszłości, ale w solowej karierze kreował się na łobuziaka, chłopaka z sąsiedztwa z niewyparzoną gębą. I chyba taki naprawdę był. Nękany problemami z uzależnieniami Robbie nie był postacią odrealnioną. No i te piosenki, Sing When You're Winning jest jedną z moich ulubionych płyt, a Road to Mandalay i Supreme wywołują kawalkadę wspomnień, i są prostu piękne. Zaraz potem Robbie poszedł swing, Swing When You're Winning też miał kilka hitów. Później Williams zniknął z mojego muzycznego radaru, choć zawsze miałem do niego sporo sympatii. W zeszłym roku trzydziestodziewięcioletni już Robbie wrócił do swingowych standardów. Ponownie z dobrym skutkiem, choć momentami zbliżał się niebezpiecznie do Roda Stewarta i jego serii American Songbook.

A w przyszłym roku zagra w Krakowie. 17 kwietnia. I mam nadzieję, że zagra Road to Mandalay.



PS. Dzisiaj spełniam inne popowo-prawie-nastoletnie marzenie, jadę na koncert Kylie.

środa, 18 września 2013

Do rymu


Debiutancki singel Misi Furtak z tres.b nie oddala się zbytnio od tego, co Misia robiła wcześniej z chłopakami. Bardziej popowy i przebojowy, "Mózg" mieści się gdzieś koło "Grandy" Brodki, co mnie bardzo cieszy, takiego popu ciągle u nas brakuje. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie dwa wersy: i wypełniam go ołówkiem/bo jestem półgłowkiem, a stąd już niedaleko do herbaty, która u sąsiada wzniosła krzyk (ale i tak leci na pętli).

środa, 26 czerwca 2013

Imitacje



"When I was a kid in the late sixties and early seventies, my parents and their friends would play the records of Andy Williams, Dean Martin, Frank Sinatra and Perry Como, music with string arrangements and men singing songs that sounded sad whether they were or not. At home my folks were also listening to country music, Willie Nelson, Johnny Cash, George Jones and Vern Gosdin were some of our favorites. For a long time I’ve wanted to make a record that gave me the same feeling those old records did, using some of the same tunes I loved as a kid and some that I’ve loved as I have gotten older. This record is it. Imitations."
 Czy będzie tak dobrze, jak w przypadku "I'll Take Care of You" przekonamy się 17 września. Na razie wiemy, że będzie zupełnie inaczej
 

piątek, 7 czerwca 2013

5x7": czerwiec

Miało być  co miesiąc, trochę się spóźniłem, dlatego w czerwcu będą dwa odcinki 5x.

Boy Friend - "Love Dropper / D'Arrest"
Odprysk dreampopowego, teksaskiego Sleep ∞ Over okazał się być dużo bardziej interesujacy. Ten singel to łącznik między debiutancką, kasetową EPką ("D'Arrest") a długogrającym albumem ("Lovedropper"). Jest tu wszystko, czego można się spodziewać po dreampopie. Rozmyte wokale, plamy dźwięków, atmosfera niczym z marzeń sennych, Crista Palazzolo i Sarah Brown dodają do tego zabójcze melodie i palące słońce. Obie piosenki zostały trochę inaczej zmiksowane niż na swoich pierwotnych wydaniach.


Mdou Moctar / Brainstorm - "Anar/Vanessa"
Marzenie każdego szanującego się hipstera (dlatego mam tę siódemkę). Nieznany portlandzki zespół Brainstorm coveruje nigryjski hit autorstwa Mdou Moctara, tuareskiego gitarzysty, który nie boi się używać automatu perkusyjnego ani nadużywać auto-tune'a. Jego piosenka jest tak zła, że aż dobra. Amerykanie podchodzą do "Anar" dość zachowawczo, ale oni z kolei nie boją się zmienić tej surowej kompozycji w potencjalny hit. I na szczęście dają mniej autotune'a.




Koudede - Guitars from Agadez vol. 6
Koudede, legenda wśród tuareskich gitarzystów, nie doczekał się wydania tego singla. W dniu, kiedy Sublime Frequencies zaakceptowali próbne tłoczenie, Koudede zginął w wypadku samochodowym, wracając z koncertu do swojego rodzinnego Agadezu. Dwa utwory zarejestrowane w styczniu w stolicy Mali, Bamako to tuareski rock w najlepszym wydaniu. Nieokiełznany, dziki, nieidący na żadne kompromisy, psychodeliczny. W "Hat-iman-in" nie biorą jeńców (że pozwolę sobie na takie sformułowanie) swoimi jazgotliwymi gitarami, natomiast "Nelil-igorasan" to chwila wytchnienia.

Muzyka końca lata - "Nie ukryjesz się przede mną / Shake Banana (Bangeliz Eurodance Remix)"
Jeden z moich ulubionych zespołów porwał się na soczysty, peerelowski funk. Oryginał wykonywała Halina Frąckowiak z Grupą ABC. Wersja MKL buja równie mocno, choć dęciaki i klawisze w ich aranżu pojawiają się daleko w tle, ustępując miejsca fantastycznej linii basu i gitarom. Aż chce się tańczyć po prostu. Druga strona tego singla to dyskotekowy remiks Błażeja Króla najabsurdalniejszej piosenki MKL, do której tańczy się jeszcze lepiej.

Adesose Wallace / Simo Lagnawi - Africa
Split wydany przez Ghetto Lounge, małą londyńską wytwórnię zajmującą się, jak można się domyślić, muzyką afrykańską. Adesose Wallace zabiera się za poważne zadanie, gra piosenkę Feli (który to już cover dziś?), wychodzi mu to całkiem zgrabnie, ale brakuje ognia. Ciekawiej prezentuje się druga strona, na której rządzi Simo Lagnawi, grający gnawę na guimbri (basowej lutni). Silnie osadzoną w szamańskiej tradycji, w której łatwo się zatopić.



sobota, 20 kwietnia 2013

5x7"

Tegoroczny Record Store Day jest równocześnie początkiem nowego cyklu, w którym będę przedstawiał nowsze i starsze warte uwagi siedmiocalówki/dziesiątki/kasety. Raz w miesiącu.



Haunted Hearts - "Something That Feels Bad Is Something That Feels Good / House of Lords"
On to Brandon Welchez z Crocodiles, ona - Dee Dee z Dum Dum Girls. Razem grają to samo, co oddzielnie, czyli mocno psychodelicznego garażowego rocka. Pod okładką, która nie zagości na półkach Wal-Martu, znajdują się dwa motoryczne kawałki, od których transowej melodyjności trudno się oderwać.






Japandroids - "Younger Us / Sex And Dying in High Society"
Oczywistym jest, że do pierwszej odsłony tego cyklu wybiorę singel swojego ulubionego zespołu. "Younger Us" to doskonała piosenka o nostalgii za (nie tak dawno przecież) minioną młodością, za tymi wszystkimi nieprzespanymi nocami, za niewypowiedzianą chęcią pogoni, no właśnie za czym? Za szczęściem, wrażeniami? To chyba mniej ważne, liczy się sam fakt poszukiwania. To też piosenka doskonała w swej prostocie, gdyby świat był idealny, to w sklepach muzycznych byłby zakaz grania właśnie jej, ale że nie jest, ten wątpliwy zaszczyt przypadł "Nothing Else Matters". Towarzyszący "Younger Us" cover klasyka kalifornijskich punkowców z X jest tak napakowany energią, że żwawy oryginał przy nim wypada jak gruźlik w fazie terminalnej. Tak się właśnie powinno grać cudze kawałki.


L'Orchestre National de Mauritanie - "La Mone / Kamlat"
Nie byłbym też sobą, gdybym nie wyciągnął czegoś z Afryki. To znaczy, z niebytu tę siódemką wyciągnął nieoceniony Chris Kirkley z Sahel Sounds i wydał ją w swojej wytwórni. Rzecz to naprawdę niezwykła.W 1973 1967 roku świeżo upieczony prezydent Mauretanii wzorem swoich kolegów z krajów ościennych postanowił dać swoim rodakom nowoczesny zespół z prawdziwego zdarzenia. W tym celu wysłał Hadramiego Oulda Meidaha (pochodzącego z rodziny griotów) i 14 muzyków do Gwinei, gdzie mieli się nauczyć, jak grać, by było i nowocześnie, i tradycyjnie jednocześnie. Nauka się opłaciła, zelektryfikowane, podrasowane dęciakami brzemienie gitar zespół łączy z tradycyjną techniką gry na oud i sintirze, dźwiękami mauretańskiego fletu i funkową pulsacją. Blisko im zarówno do tuareskiego rocka (który powstał kilkanaście lat później), jak i malijskich orkiestr. "La Mone" to piosenka okolicznościowa na przyjęcie nowej waluty (bycie oficjalną orkiestrą państwową zobowiązuje), a "Kamlat" jest oparte na starej pieśni o jednym z mauretańskich emirów. Obie piosenki z tej siódemki nagrano podczas jednego z koncertów w stołecznym Domu Młodych.



Bad Banana - "Cry It Out"
O siostrach Crutchfield pisałem nie raz. Bad Banana to kolejny efekt ich niczym nieskrępowanej kreatywności. 4 piosenki, niecałe osiem minut. Prościutki pop punk ze słabą produkcją i jeszcze gorszym brzmieniem z silnymi wpływami lat 90. Raz śpiewa Katie, raz Allison. To  bardziej niedopracowane demo niż pełnoprawna czwórka, z pomyłkami, nietrafionymi dźwiękami, nie do końca strojacymi gitarami i dzięki temu bardzo naturalne w swojej niezręczności.




Balkan Arts 701: Bulgarian Folk Dances
Na koniec zostawiłem kolejną zapomnianą perełkę. Do niedawna całkowicie. Dopiero przypadkowe natknięcie się przedstawiciela Evergreene Music na pudło wypełnione nieużywanymi  wyprodukowanymi w latach siedemdziesiątych siódemkami, sprawiło, że zdigitalizowano nagrania Martina Koeniga. Zresztą sam Koenig jest postacią równie fascynującą, co muzyka, którą nagrywal na Bałkanach na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku i prawie tak nietuzinkową, jak jego zdjęcia z tamtego okresu. Pierwsza z trzynastu siódemek wydanych, a może lepiej napisać udostępnionych przez Evergreene Music, bo to te płyty z zakurzonego pudełka, poświęcona jest muzyce bułgarskiej. Dwa utwory nagrane na miejscu, dwa zmontowane już w Stanach przez Koeniga prezentują ginącą muzykę tradycyjną, która jest jak pocztówka w sepii. Trochę nierealna, trochę tajemnicza, przede wszystkim po prostu piękna.



niedziela, 24 marca 2013

Zmysłowa magia

Jessie Ware, Palladium, 23 III 2013
Przyznaję, że na ten koncert szedłem z równie wielkimi nadziejami, co obawami. "Devotion" to płyta bardzo zmysłowa, wręcz intymna, bałem się, że z tej wyjątkowej atmosfery na koncercie zostanie nic, albo bardzo niewiele. Na szczęście bardzo się myliłem.

Punktualnie o 21 na scenie pojawiło się trzech muzyków, którzy zaczęli grać rozpoczynającą płytę "Devotion", po chwili dołączyła do nich Jessie i gdy tylko podeszła do mikrofonu moje obawy zostały rozmontowane, jak polska obrona w ostatnim meczu z Ukrainą. Udało im się nie tyle utrzymać intymność płyty, ale nawet zwiększyć jej dawkę. Ware ociekała zmysłowością, równie mocno, co głosem, hipnotyzowała całym swoim zachowaniem. Czar trochę pryskał w przerwach między piosenkami, kiedy Jessie z wysublimowanej damy zmieniała się w wyluzowaną dziewczynę z sąsiedztwa, która raczyła publiczność różnymi anegdotkami. Nie obyło się również bez pochwał o wyjątkowości polskiej publiczności. W jej wypadku bardziej szczerych niż kurtuazyjnych, Jessie swoim statusem w Polsce zbliża się mocnymi krokami do uwielbienia zarezerwowanego dla U2 i Depeche Mode. Wszystkie teksty znane na pamięć, kwiaty i prezent na scenie.

Mimo skromnego składu Ware i zespołowi udało się uzyskać podobnie rozbudowane brzmienie, co na płycie. Dzięki potędze samplerów. Najbardziej poruszyła mnie fenomenalna wersja "Night Light", cover "Diamonds" Rihanny i zagrana prawie na sam koniec "Wildest Moments". Rozczarowaniem niestety było "Sweet Talk", które wypadło bladziej niż w wersji studyjnej i "Still Love Me" popsute prez dziwaczną partię gitary. Już nie narzekam, obiecuję. Na cichą gwiazdę wieczoru wyrósł matematycznie dokładny i obdarzony bardzo dobrym głosem perkusista, który w jednym z utworów był głównym wokalistą. W Palladium zagrali całe "Devotion", wspomniany cover Rihanny, jeden staroć (ten z perkusistą za mikrofonem) i nowy singel, taneczny "Imagine It Was Us". Razem niewiele ponad godzinę. Bardzo magiczną i zmysłową godzinę. 

sobota, 2 lutego 2013

2012: miejsca 10-6

10. Sleigh Bells - "Reign of Terror"

Gdzieś uleciał brud znany z "Treats". Gitary nie są już tak obezwładniające, a oni tak bezczelni w generowaniu hałasu. Nadal sią niepokorni, ale wydawać się może, że największe cwaniaki amerykańskiego indie trochę zmiękły. Faktycznie, "Reign of Terror" to przede wszystkim popowe piosenki, lecz to tylko zmiana akcentów. Agresji szukamy gdzie indziej. Gitary tną teraz z chirurgiczną precyzją, spoważniały teksty, które kontrastują z cukierkowym wokalem Alexis Krauss. W piosenkowym wydaniu Sleigh Bells wypadają może mniej zawadiacko, ale równie frapująco.


9. Firewater - "International Orange!" (recenzja)

Jednym z moich marzeń jest zobaczenie zachodzącego słońca nad Bosforem.Wiem, samolotem można tam dolecieć w każdej chwili, ale boję się, że moje wyidealizowane wyobrażenia legną w gruzach. Na razie więc zagłębiam się kolejną płytę Firewater. Tod A ponownie zderza Wschód z Zachodem. Czasem jego rewolucyjny charakter zwycięża i wtedy robi się nieprzyjemnie, czasem pisze pocztówki i wtedy jest przepięknie.


8. Cloud Nothings - "Attack on Memory"

Od premiery trzeciej płyty Cloud Nothings minął już pełen rok, a nadal uważam ich za swoją prywatną Nirvanę. O tym pisałem już tu.


7. Bomba Estereo - "Elegancia Tropical" (recenzja)

Im bliżej końca podsumowania, tym paradoksalnie coraz ciężej pisze mi się o kolejnych płytach. Zadaję sobie pytanie, co tak naprawdę ujęło mnie w "Elegancia Tropical"? Zgrabnie złożone piosenki, karaibska pulsacja, elektryzujący rap Li Saumet, łatwość, z jaką tworzą leniwy klimat, a może właśnie to, jak szybko przenoszą się z rozgrzanego klubu pod palmy na plaży, WAKACYJNOŚĆ? Wszystko naraz, ale przede wszystkim to, że mimo kilku mocnych klubowych odlotów są nienagannie eleganccy.


6. Jessie Ware - "Devotion" (recenzja)

Powiedzieć, że "Devotion" jest zmysłowym albumem, to nic nie powiedzieć. Debiut panny Ware jest wyładowany sensualnością. Jessie kusi swoim przepięknym głosem, w czym pomaga jej elektroniczny soul ery post-dubstepowej. Ja się dałem uwieść od pierwszego przesłuchania.


środa, 24 października 2012

Uskudar 21 X 2012

1. Ximena Sarinana - Tu y yo
2. Sobrenadar - Nino del Marte (do pobrania stąd)
3. Sobrenadar - Los Tres Dias
4. Chango Spasiuk -Tierra Colorada
5. Chango Spasiuk - Tristeza
6. Los Jardines de Bruselas - Me and the Animals
7. Los Jardines de Bruselas - Aurora Borealis (do pobrania stąd)
8. Soledad - Rio Rebelde
9. Soledad - Nacer y Morir
10. CeU - Retrovisor
11. Ceu - Baile de Ilusao
12. Sambasunda Quintet - Paddy Pergi ke Bandung

wtorek, 2 października 2012

Jessie Ware - "Devotion"



Bardzo piękne piosenki

Czasem nie trzeba (a nawet często) nie trzeba karkołomnych struktur rytmicznych, zabawy konwencją, tryskaniem pomysłami na prawo i lewo, zaskakujących rozwiązań stylistycznych czy innych eksperymentów. Wystarczają tylko (i aż) dobrze skrojone piosenki. Fantastyczne melodie. Aksamitny głos. Wszystko to, co zaproponowała na swoim debiucie Jessie Ware.

Zastanawiam się, co odgrywa ważniejszą role na "Devotion". Głos Jessie, od którego miękną kolana jeszcze bardziej niż od Elizabeth Harper z Class Actress czy delikatna, wyważona muzyka? Czy to Jessie zyskuje dzięki zetknięciu z elektroncznym soulem czy to ona uwydatnia jego zwiewność? A może są w symbiozie? I to chyba prawidłowa odpowiedź na to pytanie. Głos i muzyka na "Devotion" uzuzpełniają sie doskonale.

Choć Jessie jest najczęściej porównywana do Sade, czy wręcz ogłaszana jej następczynią, to mi przychodzi do głowy przede wszystkim jedno nazwisko. Elizabeth Harper. Podobnie, jak Amerykanka, panna Ware robi swoim głosem ze mną co chce. A nawet więcej. Seksowny, zmysłowy ładunek w jej głosie sprawia, że Elizabeth przy Jessie jest jak uczennica przy świadomej siebie kobiecie. Jedno "Sweet Talk" jest bardziej seksowne niż połowa "Rapproacher" (a to jedna z moich ukochanych płyt przecież). Może się z nią równac jedynie "Hangin' On", które też najlepiej pokazuje różnice między dwiema paniami.

To bardzo romantyczna muzyka. Niedookreślona, wygładzona, czerpiąca z najlepszych wzorców, tych starszych i tych nowszych.

niedziela, 26 września 2010

Brodka - "Granda"



Jeszcze ze dwa tygodnie temu, gdyby ktoś mi powiedział, że napiszę tekst o Brodce i jej nowej płycie, uznałbym to za grandę. A jednak młoda góralka się tu pojawia właśnie dziś, ze swoją "Grandą".

Przyczyną mojego hipotetycznego niedowierzania jest przede wszystkim gapiostwo. Brodka, zwyciężczyni: Idola, szybko, szybciutko trafiła do grupy: "źle wykorzystany potencjał vel zawiedzione nadzieje". I przestałem w ogóle o niej myśleć. Przypomniałem sobie przy okazji "Tesli" Silver Rocket, gdzie wypadła całkiem nieźle. Nadal jednak nie zaprzątałem sobie nią głowy. Błąd. Gdyby nie RYM-owa zawierucha nad singlem "W pięciu smakach" nie zaprzątałbym sobie nadal. I byłby to błąd jeszcze większy.

Bo "Granda" to płyta bardzo solidna. Spójna brzmieniowo, ciekawa, z dobrymi melodiami, bez wszystkich wad toczących nasz mainstream. Brodka po dwóch płytach ma wreszcie pomysł na siebie i swoją artystyczną kreację, co dołącza ją do niezal popowych pań, jak Gabriela Kulka, czy (solowa) Nosowska. Wokalnie bliżej jej do Nosowskiej, słownie do Kulki (ale pamiętajmy, słowa na "Grandzie" to przede wszystkim sprawka Radka z Pustek i Budynia, więc o semantycznej mieliźnie nie ma mowy). Muzycznie - muzycznie mamy tu mnóstwo odniesień do świeżych nurtów w zagramanicznym niezal popie.

Czyli mieszamy: elektronikę z góralskimi skrzypkami, akordeony z bitami, piosenkę francuską z polskim temperamentem, orient z szalonym disco. "Bez tytułu" to bezpośrednie (może nawet za bardzo) odniesienie do drugiej płyty Mum. Z jednej strony, jak kraść, to od najlepszych, a przecież "Finally We Are No One" to moja lista lat zerowych. Z drugiej, mogłaby to zrobić mniej ostentacyjnie. Minutowy "Hejnał" może wydawać się niepotrzebny, ale przypomina o baśniowości tego krążka. "Szysza" zaczyna się od góralskich wokaliz, które mogłyby się znaleźć u Kapeli ze wsi Warszawa, co od razu robi mi dobrze. Jednak największy wybuch zajebistości to właśnie "W pięciu smakach", w którym mamy, i wietnamskie bary, i Skaryszaka i warszawskie mosty, i szalone, imprezowe rytmy, i górali. Czekam na pierwsze klubowe remiksy. Tym, którym się wydaje, że Brodka nic nie robi, tylko zrzyna z Nosowskiej, polecam "KO". Wszelkie wątpliwości powinny być rozwiane.

Fakt, pod koniec tempo trochę siada, może się to nie podobać. Mnie nie przekonuje nudnawa "Syberia", ale wynagradzają mi to "Kropki i kreski", które tekstowo zostały porównane już do Wiraszki, a ja nie wiem, czy to dobrze czy źle, bo Wiraszkowe momenty - zdecydowanie tak, Wiraszkowa całość - już niekoniecznie. Samiutka końcówka zaskakuje, Brodka śpiewa po francusku. Bez żenadki. Kolejna zaskoczka na tej płycie pełnej zaskoczek.

To ja zapętlam sobie "Grandę" i jadę w miasto.Zdecydowanie polecam.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Polecanki #2

W dzisiejszym wydaniu polecanek trochę rzeczy tegorocznych, trochę rzeczy starszych


ALO - Man of the World
Rzecz z lutego, ale bardzo, bardzo wiosenna, nawet letnia. Trochę rozleniwiona, trochę energetyzująca, błoga, hawajska, przyjemna i delikatna. Tylko ten Jack Johnson niepotrzebny. A, początek "Suspended" brzmi totalnie jak początek "60 Feet Tall" Dead Weather.


Murder by Death - Good Morning, Magpie
Tym razem zrezygnowali z koncept albumu, ale muzyka nadal ta sama, czyli americana z mocniejszym uderzeniem i wokalistą a la Johnny Cash. No, może jest troszkę mniej ponuro. 


Staff Benda Bilili - Tres Tres Fort
Nie od dziś wiadomo, że Afrykanie to twardziele. Dziwnym więc nie jest, że te ziomki to chorzy na polio, poruszający się na specjalnych wózkach. Kozaki z nich może nie aż takie, jak FDR, ale jednak. Mimo że Afryka, to przede wszystkim słuchać u nich Kubę w wydaniu najlepszym, czyli Buena Vista Social Club. Do tego trochę Afryki i rootsowego reggae. Kto nie posłucha, ten bej.

Brant Bjork - Gods & Goddesses
Już samo nazwisko powinno wystarczyć za odpowiednią polecankę, ale nie żyjemy w świecie idealnym. Co my tu mamy w takim razie? Szczypta hipisowskiego rocka, dużo piaszczystej, kalifornijskiej pustyni, trochę space rocka, sporo pogłosu. I charakterystyczny, niepodrabialny groove BB.

środa, 10 marca 2010

Muchy - "Notoryczni debiutanci"

Pierwotna, porcysiowo-trójkowa podjarka Muchami , namaszczenie poznaniaków na nadzieję rodzimego rocka, zupełnie mnie ominęła. O istnieniu Much dowiedziałem się, gdy Warna-Wiesławski, wtedy jeszcze młody bałtysta, dał mi do posłuchania „Brudny śnieg”. I powiedzmy, że wsiąkłem, bo chyba jeszcze tego samego dnia, pobiegłem do sklepu po własny egzemplarz „Terroromansu”. O nim już kiedyś pisałem w innym miejscu, więc daruję to sobie i napiszę, że to dobra płyta jest po prostu.

„Notoryczni debiutanci” mieli jeszcze ciężej niż „Terroromans”. Dawni zbawcy polskiego niezalu zbratali się ze znienawidzonym przez środowisko indie Happysadem i, o zgrozo, pojechali z nimi w trasę. W kilka tygodni przeistoczyli się w zespół dla gimnazjalistek. Prawdziwa tragedia. Tak więc Muchy musiały pozbyć się dwóch łatek.

„Przesilenie” usłyszałem w Trójce jakoś w listopadzie/grudniu. Co tu dużo gadać, nie spodobał mi się, więc do przyszłej płyty miałem stosunek dość sceptyczny. Oznaką, że może być dobrze, był koncert w HRC, gdzie naprawdę dali radę. Nowe kawałki wypadły bardzo dobrze, nawet „Przesilenie”. A potem płyta trafiła na majspejsa. I wtedy się zaczęło.

Od „Rekwizytów” do starego, jeszcze z czasów pierwszego dema „Kołobrzegu-Świnoujścia” mamy do czynienia z piosenkami najwyższej próby. Mój największy faworyt to fenomenalni „Księgowi i Marynarze”, od których nie mogę uwolnić od kilku dni. Drugi to „15 minut później”, troszkę roztańczony kawałek o dorastaniu i zakochaniu. Kurde, też czytuję Thorgale, choć za mały jestem, by je zdobywać w księgarniach, tak, jak to robił Wiraszko i, na przykład, mój ojciec, dzięki któremu zainteresowałem się komiksem. Jak już podrosłem, to po Thorgale łaziłem do empiku. Chłopaki częściej sięgają po klawisze i syntezatory, ale nie odważyli się na tak odważny krok, jak Franz Ferdinand. Nadal jest oszczędnie brzmieniowo, może troszkę w stylu alternatywnego rocka sprzed dwóch i pół dekady, ale pojawiają się takie smaczki, jak trąbka czy akordeon. Słabych momentów nie odnotowałem.

Znów wszystko jest po polsku. Z polskimi tekstami jest problem nie od dziś. Nie każdy jest Nosowską czy Pablopavo. No i wiadomo, jakbyś się człowieku nie starał, to i tak „You’re beautiful” brzmi lepiej niż „jesteś piękna”. I jeszcze jest większa (co nie znaczy, że duża) szansa, że cię zauważą na Zachodzie. Głupoty po polsku rażą bardziej niż w jakimkolwiek, nawet najlepiej znanym języku obcym. Czy ktokolwiek zastanawia się, jakie teksty ma Brydzia na przykład? Przeintelektualizowanie i grafomania również jest dużo łatwiejsza do wykrycia. Patrz Rogucki. Słucjać się tego nie da, ale jakby zaśpiewał to po angielsku, nie byłoby pewnie problem. To jak sobie poradził Wiraszko?

Na „Terroromansie” było kilka naprawdę mocnych tekstów (choćby „Brudny śnieg” czy „Zapach wrzątku”). Były też teksty słabsze, jak na przykład „Galanteria”, która dosłownie ocierała się o granicę grafomanii. Tutaj sytuacja wygląda lepiej, najsłabszy tekst na „Notorycznych”, nota bene numer tytułowy, jest dużo lepszy niż najsłabsze teksty „Terroromansu”. Również dzięki temu, że fragment „To będzie dobry rok, bez rocznic i postanowień, bez roszczeń i rozczarowań” to jedne z najlepszych wersów Wiraszki w ogóle, idealnie oddający zmęczenie dwudziestokilkulatków szarą polską rzeczywistością, a jednocześnie jest pełny optymizmu. Wiraszko przez te dwa lata dojrzał, wyrobił się warsztatowo, że tak powiem, stał się bardziej nostalgiczny – zmieniły się i jego teksty.

Udało się skubańcom, poprzeczkę ustawioną przez debiut przeskoczyli z kilkumetrowym zapasem i ustawili ją jeszcze wyżej. Trzeciej płycie będzie jeszcze trudniej niż „Notorycznym”, ale po tym, co pokazali tutaj, wierzę w nich. A nawet jeśli nie przebiją „Notorycznych” to miejsce w historii mają zaklepane. Nowa dekada będzie należeć do nich.