Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ethno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ethno. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 listopada 2021

Zachwyt w czystej postaci


Dawno nie miałem takiego – przedłużonego, ale zwykłego też – weekendu. Poczułem się, jak przed pandemią. Przypominał o niej jedynie obowiązek noszenia maseczek.

Zacząłem od mojej nowej-starej pasji, czyli rugby. Starej, bo jajowatą piłkę staram się oglądac od kilku dobrych lat. Nową, bo dopiero tutaj, w kraju, w którym jest to popularny sport, wsiąknąłem na dobre i na tyle głęboko, że regularnie jeżdżę na mecze klubowe i – już niedługo – reprezentacyjne, a na francuskie mistrzostwa świata za dwa lata czekam z niecierpliwością. Tak, trochę zwariowałem na tym punkcie. Może kiedyś napiszę o tym więcej, tym bardziej, że już jeden kolega namawia mnie na blogowanie o jajowatej piłce. Niestety, Stade francais przegrali z Montpellier, choć zdobyli 3 przyłożenia więcej, ale popełnili za dużo fauli. No, już nie zamęczam was sportem.

Odzwyczaiłem się od tłumów w muzeach, a zarówno wystawa Georgii O'Keefe w Centre Pompidou, jak i Damiena Hirsta w Fondation Cartier były oblegane. Choć zupełnie inne. O'Keefe w Pompidou zaprezentowano bardzo przekrojowo – od pierwszych akwarel po ostatnie obrazy, malowane z pomocą asystentów, gdy artystka traciła już wzrok. Hirst w Cartierze wystawił swój najnowszy, zaskakująco klasyczny cykl Cherry Blossoms. Po prostu piękne obrazy kwitnących wiśni. Tylko tyle i aż tyle.

I wreszcie muzyka. Dwa, a właściwie trzy koncerty. Najpierw w Cartierze brukselski kwartet smyczkowy Ictus oraz organista Hampus Lindwall. W programie kompozycje Jurga Freya, samego Lindwalla i Ellen Arkbro. To ta ostatnia przekonała mnie, by ich zobaczyć. Freyowski String Quartet no. 2 straszliwie mnie wymęczył, nawet jak na minimalizm jest to muzyka po prostu nudna. Lindwall z Ictusem zagrali Brace for Impact organisty, zupełny kontrast do Freya. Dużo się działo w tej kompozycji, głośnej, rozwydrzonej, trochę szczeniackiej, ale ożywczej. Chordalities Arkbro trochę mnie zawiodły, były zbyt poszatkowane, poszarpane.

W Petit Bain, całorocznym odpowiedniku warszawskiej BarKi pierwsza na scenie pojawiła się Ichiko Aoba. Sama, tylko z gitarą. Emanowała urokiem, była kawaii. Kawaii były też jej piosenki, które pod tą lukrowaną warstwą były popisami nie tylko piosenkopisarstwa Japonki, ale też jej gitarowych umiejętności. Nie ona jednak tego wieczoru była najważniejsza.

Arooj Aftab nagrała jedną – a może nawet tę jedyną, ciągle nie potrafię się zdecydować – z płyt roku. Możliwe, że też i dekady, ale o tym przekonam się za 9 lat. Vulture Prince jest poruszająca, metafizyczną opowieścią o stracie. Na wielu poziomach – od tego najbardziej osobistego, utraty brata po stratę, którą odznaczają się wszyscy emigranci; życie w starej ojczyźnie nie zatrzymuje się w miejscu, ten świat ginie bezpowrotnie, emigrant też się zmienia. Pisałem o Vulture Prince w samych superlatywach i zachwytach w „Czasie Kultury” i przyznaję, że miałem ogromne oczekiwania.

Arooj zagrała w trio z greckim kontrabasistą Petrosem Klampanisem i szkocką harfistką Maeve Gilchrist, muzykami grającymi na albumie. Dlatego tak dobrze rozumieli się na scenie. Skromny zespół, ale Vulture Prince też taka jest i kontrabas, harfa oraz głos w zupełności wystarczyły. Gdy tylko Aftab zaintonowała swoim niskim, jedwabistym głosem Baghon Main wiedziałem, że ten koncert zostanie na długo w mojej pamięci. Od głosu Pakistanki uginały się nogi i miękło serce. Przynajmniej moje. I nie liczyło się nic innego. To, że Francuzi nie wiedzą, czym jest wentylacja, więc klubie ledwo dało się oddychać, a spływałem potem, jakbym był w saunie. Liczyła się tylko muzyka. Pełna emocji, delikatna, wysublimowana i jednocześnie bezpretensjonalna. Doskonale przemyślana, ale zostawiająca miejsce na swobodę. Każdy popis na kontrabasie, każde odważniejsze zagranie na harfie miało swoje uzasadnienie. Arooj często oddawała pole swoim muzykom, ale gdy tylko sięgała po mikrofon, wiadomo było, co jest najważniejsze. Jej głos. Żeby nie robiło się zbyt podniośle, między utworami Arooj uprawiała prawie standup. To chyba jedyna artystka, która mogłaby zagrać na moich dwóch ulubionych festiwalach, Halfwayu i Globaltice.

Zagrali cały Vulture Prince i jeden dodatkowy utwór na bis. Osiem utworów rozłożonych na prawie półtorej godziny. Last Night straciło reggae'owy puls, przeszło na stronę jazzowych, klasycznych improwizacji i to była największa zmiana. Pozostałe utwory trzymały się w miarę blisko wersji albumowych, ale – jak już pisałem – nie było to odgrywanie 1:1. Koncertowe wersje, skromniejsze miały jeszcze większy ładunek transcendencji. To był koncert na miarę wspólnego występu Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana na Ethno Porcie, Sharon Van Etten na Halfwayu, Alima Qasimova na Skrzyżowaniu Kultur czy Zbiga na Offie. Zachwyt i wzruszenie w najczystszej postaci.

wtorek, 20 grudnia 2016

Miejcie na nich oko: Maniucha i Ksawery

fot. Tomek Kaczor


Bezkresne, spowite mgła pola, samotne drzewo. Wschodzi słońce, rozprasza mrok. Nie ma zupełnie nikogo.

Pamiętam pierwszy koncert Maniuchy Bikont i Ksawerego Wójcińskiego. Grali w Pardon, To Tu, przed koncertową premierą solowego debiutu Ksawerego. Pamiętam, ze w duecie na mnie ogromne wrażenie. Pierwotność i surowość improwizacji poleskich w połączeniu z ich pięknem i przeszywającym głosem Maniuchy sprawiały, że chciałem zatopić się w bezkresie tej muzyki. Teraz wreszcie skończyli debiutancki album, udostępnili cztery piosenki. Za pomocą jedynie głosu i kontrabasu tworzą muzykę obezwładniająco totalną, wypełniającą całą przestrzeń, ale nie duszną, wręcz przeciwnie, pełną oddechu. Coś podobnego udało się Resinie, choć Karolina do pomocy miała looper.

W totalności blisko Maniusze i Ksaweremu do Yonder Mutant Goat (skandalicznie przemilczanej), nie tylko z powodu podobnych środków, ale przede wszystkim wrażenia sięgania do najpierwotniejszych pokładów duchowości. Inne natrętne skojarzenie to Sefardix - trio braci Olesiów i Jorgosa Skoliasa, którzy z kolei sięgają po muzykę greckich Żydów sefardyjskich, choć trzeba zaznaczyć, że Maniucha i Ksawery (przynajmniej w tych czterech fragmentach) są mniej wirtuozowscy, mniej szarżujący.

Wreszcie, to kolejna odsłona dwóch bardzo bliskich mi zjawisk - odwoływania się do przyrody i ludowości oraz związanej z nią duchowości. Jest na co czekać, a jeśli Was też porwały improwizacje poleskie, możecie dołożyć się do wydania płyty. Naprawdę warto.

niedziela, 25 września 2016

Qais Essar – "Tavern of Ruins"



Afganistan leży na skrzyżowaniu kultur i szlaków handlowych. Mieszały się tu wpływy perskie, indyjskie, chińskie, turkijskie. Hinduizm stykał się z islamem. Od lat kojarzy się przede wszystkim z wojną i religijnym fundamentalizmem, a jej wielkie muzyczne bogactwo jest prawie nieznane na Zachodzie.

Qair Essar gra na rababie, afgańskiej lutni, która, choć dzieli nazwę z perskim i arabskim smyczkowym rebabem, jest dość podobna do indyjskiego sitaru. Qais Essar zna i klasykę afgańską, i europejską, swobodnie porusza się w obu tych muzycznych idiomach i z łatwością je łączy. Najlepszym przykładem tej zręczności na Tavern of Ruin jest nieprzypadkowo wybrany na singla Poppy Flowers Bloom in the Springtime of My Love. To piosenka prawie popowa, bardzo „zachodnia”, ale jednocześnie bardzo „wschodnia”, pełna zamyślenia i melancholii. Rabab pływa nad przepiękną balladą. W połowie drogi znajduje się także rozpoczynające album Flame Eterne, w połowie zmieniające się z folkowej miniaturki do niemalże rockowego kawałka. Thaw mocno przypomina koncepcyjnie twórczość jednego z moich ulubionych muzyków, Fareda Shafinury'ego. Nieprzypadkowo, bo obaj mają podobne podejście do muzyki. Pochodzą z kultur nie tylko sobie pokrewnych (Afganistan leży przecież w strefie kultury irańskiej), ale też obaj wychowali się na Zachodzie.

Jednocześnie Essar oddaje hołd afgańskiej muzyce klasycznej. Night Flight with Singed Wings, w którym wybrzmiewa i saksofon, i harmonium, tabla, i gitary prezentuje bardzo ciekawe i osobiste do niej podejście. Blushing Dawn (Bhairavi) zgodnie z nazwą jest wariacją na temat jednej z podstawowych północnoindyjskich rag i otwiera oczy na silne związki Afganistanu z Indiami.

Tavern of Ruin to także mistyczna pocztówka z górskiego krajobrazu Afganistanu. W dźwiękach rababu odbijają się niezdobyte szczyty Hindukuszu, zapomniane przez czas wioski, ale też tętniący życiem Kabul.



niedziela, 5 czerwca 2016

Kogo zobaczę w te wakacje


Białystok, Gdynia, Londyn, Gdynia, Katowice, Łódź, Gdańsk. Tak wygląda moja rozpiska festiwalowa.

Niektóre bardzo duże, wręcz ogromne. Inne kameralne, z jedną sceną i luźną domową atmosferą. Jeszcze inne gdzieś pomiędzy. Jedne pełne hałaśliwych gitar, inne prezentujące muzykę z całego świata. Letnie festiwale. W tym roku odwiedzę siedem z nich.

Pierwszy już za niecałe trzy tygodnie. Białostocki Halfway w tym roku (podobnie jak w poprzednich latach) swój program oparł na trzech filarach: szeroko pojętej Skandynawii, najbliższej okolicy i Stanach. Frakcja nordycka wydaje się najbardziej interesująca na tegorocznej edycji. Zagra Eivor, legenda muzyki farerskiej, czarująca Norweżka Ane Brun czy wybuchowi Islandczycy z Mammut. Będzie tez Julia Marcell, którą zawsze warto zobaczyć, Destroyer (którego leniwa muzyka powinna w Białymstoku zabrzmieć lepiej niż na OFFie) i wreszcie Wilco. Wielką zaletą Halfwayu jest miejsce, położony w samym centrum Białegostoku amfiteatr. Tu nikt się nie spieszy, nie ma biegania między scenami.

Tak samo jest na gdyńskiej Globaltice. Tu też od lat artyści występują na jednej scenie w parku Kolibki, rzut kamieniem (i to dosłownie) od morza. Czas płynie tak samo powoli, ale muzyka jest zupełnie inna. W tym roku najbiedziej cieszy mnie obecność Fanfare Ciocarlia, jednej z najpopularniejszych rumuńskich orkiestr dętych, Monsieur Doumani, szalonych Cypryjczyków dających drugi życie wyspiarskim piosenkom oraz Cigdem Aslan i Tahir Palali, którzy wspólnie sięgają po muzykę tureckich alewitów.

Zupełnie inaczej wygląda inny gdyński festiwal – Open'er. Cztery sceny, hektary terenu festiwalowego do przemierzania i największe gwiazdy. W tym roku program zapowiada się wyjątkowo imponująco – PJ Harvey, At the Drive-In, Red Hot Chili Peppers, Beirut, Savages, Shy Albatross, Zbig z Mitchami. Szkoda tylko, że to kolejny rok bez sceny World, na której kiedyś grali Tinariwen, Buraka Som Sistema czy Matisyahu.

Na szczęście OFF Festival w tym roku znów oddaje jeden dzień na scenie eksperymentalnej muzykom „niezachodniej”. Na jej deskach zabrzmią dźwięki Ata Kak, ghańskiego wokalisty i instrumentalisty, odkrytego niedawno przez Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa czy Orlando Juliusa, legendy afrobeatu. A to nie wszystko, na innych scenach też będzie się działo, zagrają Marokańczycy z Master Musicians of Jajouka, Basia Bulat, Anohni i mój chyba tegoroczny faworyt katowickiego festiwalu – egipski magik keyboardu Islam Chipsy i jego trio E.E.K., którzy przyspieszają chaabi do granic możliwości. Jak to brzmi? Wyobraźcie sobie naspidowanego Rizana Sa'ida i będziecie mieli przybliżoną odpowiedź.

Sa'id w wakacje wróci do Polski, oczywiście w towarzystwie Omara Souleymana. Po dwóch bardzo udanych wiosennych koncertach w Warszawie i Gdańsku, królowie syryjskiego disco wystąpią na łódzkim Domoffonie. Warto tam pojechać nie tylko ze względu na szykujące się bliskowschodnie szaleństwo. Nie ogłosili jeszcze pełnego lineupu, a już mogą konkurować z OFFem – Wire, U.S. Girls, No Joy, Zola Jesus. Wszystko w przestrzeni Off Piotrkowska.

Gitary zawładną Gdańskiem na początku września. Cieszy bardzo silna polska reprezentacja na Soundrive'ie – Daniel Spaleniak, Henry David's Gun, Pictorial Candi. Zagrają też przebojowe i skromne dziewczyny z Hinds, łączący Afrykę z głośnymi gitarami Petite Noir, przywołujący lata 90. Kanadyjczycy z Dilly Dally, psychodeliczni Sunflower Bean. Poza nimi dużo nowości z Wysp Brytyjskich i bliskiej zagranicy. Znów dużym atutem jest lokalizacja, centrum Gdańska, na postoczniowych terenach w klubie B90.

I jest jeszcze jeden festiwal-niefestiwal. British Summer Time w Londynie. To właściwie bardziej cykl jednodniowych imprez odbywających się na początku lipca w Hyde Parku. Każda z nich ma program częściowo ułożony przez wybraną gwiazdę. Ja zobaczę, kogo wybrali Mumford and Sons. Brytyjczycy zaprosili nie tylko artystów, którymi pracowali nad najnowszą Epką – Baaba Maala, The Very Best i Beatenberg, ale też Alabama Shakes, Kurta Vile'a, Wolf Alice i Baio.


I tak to mniej więcej wygląda w tym roku.

czwartek, 18 września 2014

Diabeł tkwi w szczegółach



Kolejny odprysk, tym razem nie od tekstu, który ukaże się w papierowym wydaniu M/I (w kioskach już 29 września), lecz od krótkiego przeglądu inicjatyw zajmujących się dokumentacją ginących tradycji muzycznych Kaukazu.

piątek, 3 stycznia 2014

Polska 2013: miejsca 10-6

10. Susanna Jara - "Wesna, wesnoju"




Kolejna po Angeli Gaber "absolwentka" Widymo. Susanna Jara w przeciwieństwie do swojej koleżanki, skupia się jedynie na muzyce ukraińskiej, część piosenek napisała sama. Jazzujące aranżacje uwspółcześniły stare pieśni, język jest elementem bliskiej egzotyki, ale tu chodzi przede wszystkim o niepowtarzalny głos Jarej.

9. kIRk - "Zła krew"




Ciężkie bity, upiorne sample, demoniczna trąbka. Duszna atmosfera. Rozkład. Wręcz fizyczna opresja dźwięków. Płocko-warszawskie trio znów wydobywa najciemniejsze zakamarki swojej duszy, by przekuć je w jedna z najlepszych płyt minionego roku. Muzyczne katharsis.



8. Stara rzeka - "Cień chmury nad ukrytym polem" (recenzja)




Nazwisko Kuby Ziołka pojawiało się w ubiegłym roku wszędzie, od Pitchforka, po Politykę. Przede wszystkim za ten album. Mnie bardziej spodobała się kaseta, gdzie metalowe wstawki zostały zastąpione folkiem, bo jeszcze bardzie podkreślały słowiański charakter tego albumu.





7. T'ien Lai - "Da'at" (recenzja)



Kuba Ziołek po raz trzeci. W duecie z Łukaszem Jędrzejczakiem (Tin Pan Alley, Duży Jack). Odstawiają gitary, zabierają się za samplery i stare radia, by z dźwiękowej magmy stworzyć płytę medytacyjną, kosmiczną i wreszcie po prostu piękną.



6. Wovoka - "Tree Against the Sky" (recenzja)



Korzenne bluesy, spirituale, Indianie, wywoływanie duchów. Od nawiedzonego głosu Mewy Chabiery stają włosy na głowie. Kwartet dowodzony przez Raphaela Rogińskiego sięga w głąb historii, do niechlubnych czasów podboju Ameryki, podobnie, jak Matana Roberts ze swoim monumentalnym projektem "Coin Coin", lecz szukają w nich nie korzeni rodzinnych, a porozumienia z duchami zbiegłych niewolników.

Miejsca 20-16 tu.
Miejsca 15-11 tu.

środa, 12 czerwca 2013

Trzy dotknięcia nieba

Ten dość pretensjonalny tytuł (nie)stety bardzo dobrze opisuje szóstą edycję poznańskiego Ethno Portu. Wśród piętnastu doskonałych koncertów, trzy były z zupełnie innej ligi.

Zacznijmy jednak od początku, którym dla mnie byli Tamikrest. Dagadany z Frankiem Parkerem nie zdążyłem zobaczyć. Szkoda, że Tuaregowie zostali umieszczeni o tak wczesnej porze. Bardziej sprawdziliby się po zachodzie słońca. Nie narzekam jednak, wypadli fantastycznie. Z początku trochę wycofani, z każdą chwilą rozkręcali się coraz bardziej, by na koniec zostać pożegnanymi burza oklasków po drugim bisie. Największe wrażenie, oprócz oszczędnej gry lidera, Ousmane'a Ag Moussy robiła sekcja rytmiczna, która trzymała wszystko w ryzach. Lekkim nieporozumieniem były natomiast rockerskie zapędy drugiego gitarzysty. Szczęśliwie niezbyt częste. Nie zabrakło zarówno hajlajtów z poprzednich wydawnictw Tamikrest, jak i wglądu w nadchodzącą jesienią nową płytę.

Bośniaków z Dubioza Kolektiv słuchałem piąte przez dziesiąte, ponieważ na żywo kazali się być jeszcze bardziej odlegli od moich muzycznych zajawek niż w studiu. Pierwszym z trzech tytułowych dotknięć nieba był występ Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana. Przez półtorej godziny na Dziedzińcu Zamkowym dwaj kurdyjscy muzycy tkali swoja opowieść o upadłych imperiach, bezkresnych równinach, wysokich górach, miłości, śmierci. Raz jeden instrument przejmował wątek, by za moment drugi go podjął, poprowadził w nowym kierunku i oddał. Dialog na kamanczę i saz był zdecydowanie jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Kalhor i Erzincan zagrali tylko jeden, niezwykle rozbudowany utwór, pełen improwizacji i punktów kulminacyjnych, po którym w gruncie rzeczy bardzo dobry i brawurowy występ wskrzeszających tradycje swojego regionu Canzoniere Grecanico Salentino wypadł dość blado.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się drugim niewypowiedzianie pięknym koncertem. Siedmiu Albańczyków w tradycyjnych strojach śpiewał a capella równie tradycyjne pieśni. Tu szybko skojarzenia pobiegły do występu A Filetta sprzed dwóch lat. Z tej uduchowionej atmosfery szybko wybudził poznańską publiczność Janusz Prusinowski z zespołem. Mazurki, oberki, wiwaty, polonez nawet, do którego zatańczono, niczym na studniówce. Pod scena przez cały koncert trwała regularna wiejska potańcówka. Az żal, że nie znam żadnego z ludowych tańców. Gdy zmęczeni muzycy schodzili ze sceny po drugim bisie (poznaniacy byli pod tym względem bezlitośni), na zewnątrz trwał już koncert Kapeli ze wsi Warszawa, który przywitał mnie wiwatem "Musiałaś ty dziewce co umieć..". Wiwat ten pojawił się już na koncercie Prusinowskiego i muszę przyznać, że jego interpretacja tej melodii wypadła dużo lepiej. Zresztą KzwW to jeden z niewielu zespołów, które bardziej przemawiają do mnie z albumów niż na żywo. I tak było również w Poznaniu, do momentu, gdy na scenie nie pojawiła się Mercedes Peon, wnosząc dużo świeżości do zespołu. Nim jednak koncert się skończył, trzeba było uciekać na dziedziniec (z powodu deszczu koncerty się poprzesuwały), bo tam zaraz zaczynał Hariprasad Chaurasia, wirtuoz bansuri, indyjskiego fleta poprzecznego. Spodziewałem się po tym koncercie czegoś więcej, a wynudziłem się jak mops.

Z ogromną nawiązką wynagrodził mi to kończący sobotnie koncerty występ Alirezy Ghorbaniego z zespołem w całości poświęcony poezji Rumiego. Fantastycznemu irańskiemu wokaliście towarzyszyli doskonali muzycy: Znów byl to bardzo plastyczny koncert, pełen improwizacji, hipnotyzującego transu i melancholii tak charakterystycznej dla muzyki perskiej. Nad wszystkim dominował głos Ghorbaniego. Co ja mogę więcej napisać? To był jeden z tych koncertów, przy których słowa przestają wystarczać.

Koncertowa niedziela zaczęła się dla mnie później, ale od mocnego uderzenia. Orkiestra Bobana i Marka Markoviciów zaprezentowała to, co najlepsze w muzyce bąłkańskich orkiestr dętych, sięgając po takie klasyki, jak "Djurdevdan" czy "Caje Sukarije", przekrój własnych utworów łączących bałkańską tradycję z różnymi stylami czy grając własne wersje popowych klasyków, jak "Smooth Criminal" Jacko. Mnie najbardziej cieszyły wycieczki w stronę tradycji. Dzikość koncertu udzieliła się tez publiczności, która długo nie chciała puścić ze sceny zespołu, a Marko Marković chyba trzy razy wracał na nią, by zaśpiewać motyw "Caje Sukarije". Bałkańska podróż miała swój dalszy ciąg w koncercie Feliksa Lajkó. Od wirtuozerskich popisów muzyków skrzyło się powietrze na Dziedzińcu Zamkowym, jednak w żadnym wypadku nie były to puste popisy. Grający bez wytchnienia Felix każdym dźwiękiem opowiadał historie, a ja cały czas trzymałem szczękę przy ziemi. I wreszcie na koniec jazz z Libanu. Ibrahim Maalouf nie do końca mnie przekonał. Za dużo popisów, za dużo "białego funku", za dużo nowoczesnego smooth jazzu. Jednak wszystkie zarzuty zmył fantastyczną wersją "Beirutu", swojej pierwszej piosenki. I już, po festiwalu.

Zmiana miejsca ze starego koryta Warty na Chwaliszewie na Centrum Kultury Zamek wyszła festiwalowi na dobre. Dzięki temu, że odbyła się w siedzibie organizatora, udało się zaoszczędzić część pieniędzy na przygotowania i infrastrukturą i przeznaczyć je na naprawdę gwiazdorski line up. Festiwal nie stracił tez nic ze swojego klimatu, nadal nie trzeba było biegać między scenami. Jednocześnie widać było, że to pierwsza edycja w nowej lokalizacji, więc nie wszytko działało, jak powinno, ale te drobne usterki można łatwo puścić w niepamięć, bo muzycznie było po prostu doskonale. Widzimy się za rok.

piątek, 3 maja 2013

Pocztówki z drugiej strony czasu

Odchudzenie składu nie wpłynęło na brzmienie, ani nie zubożyło muzyki A Hawk and a Hacksaw, lecz otworzyło ją na nowe terytoria. Fantastyczna rzecz.
Napisałem o najnowszej płycie Jeremy'ego Barnesa i Heather Trost. 

sobota, 20 kwietnia 2013

5x7"

Tegoroczny Record Store Day jest równocześnie początkiem nowego cyklu, w którym będę przedstawiał nowsze i starsze warte uwagi siedmiocalówki/dziesiątki/kasety. Raz w miesiącu.



Haunted Hearts - "Something That Feels Bad Is Something That Feels Good / House of Lords"
On to Brandon Welchez z Crocodiles, ona - Dee Dee z Dum Dum Girls. Razem grają to samo, co oddzielnie, czyli mocno psychodelicznego garażowego rocka. Pod okładką, która nie zagości na półkach Wal-Martu, znajdują się dwa motoryczne kawałki, od których transowej melodyjności trudno się oderwać.






Japandroids - "Younger Us / Sex And Dying in High Society"
Oczywistym jest, że do pierwszej odsłony tego cyklu wybiorę singel swojego ulubionego zespołu. "Younger Us" to doskonała piosenka o nostalgii za (nie tak dawno przecież) minioną młodością, za tymi wszystkimi nieprzespanymi nocami, za niewypowiedzianą chęcią pogoni, no właśnie za czym? Za szczęściem, wrażeniami? To chyba mniej ważne, liczy się sam fakt poszukiwania. To też piosenka doskonała w swej prostocie, gdyby świat był idealny, to w sklepach muzycznych byłby zakaz grania właśnie jej, ale że nie jest, ten wątpliwy zaszczyt przypadł "Nothing Else Matters". Towarzyszący "Younger Us" cover klasyka kalifornijskich punkowców z X jest tak napakowany energią, że żwawy oryginał przy nim wypada jak gruźlik w fazie terminalnej. Tak się właśnie powinno grać cudze kawałki.


L'Orchestre National de Mauritanie - "La Mone / Kamlat"
Nie byłbym też sobą, gdybym nie wyciągnął czegoś z Afryki. To znaczy, z niebytu tę siódemką wyciągnął nieoceniony Chris Kirkley z Sahel Sounds i wydał ją w swojej wytwórni. Rzecz to naprawdę niezwykła.W 1973 1967 roku świeżo upieczony prezydent Mauretanii wzorem swoich kolegów z krajów ościennych postanowił dać swoim rodakom nowoczesny zespół z prawdziwego zdarzenia. W tym celu wysłał Hadramiego Oulda Meidaha (pochodzącego z rodziny griotów) i 14 muzyków do Gwinei, gdzie mieli się nauczyć, jak grać, by było i nowocześnie, i tradycyjnie jednocześnie. Nauka się opłaciła, zelektryfikowane, podrasowane dęciakami brzemienie gitar zespół łączy z tradycyjną techniką gry na oud i sintirze, dźwiękami mauretańskiego fletu i funkową pulsacją. Blisko im zarówno do tuareskiego rocka (który powstał kilkanaście lat później), jak i malijskich orkiestr. "La Mone" to piosenka okolicznościowa na przyjęcie nowej waluty (bycie oficjalną orkiestrą państwową zobowiązuje), a "Kamlat" jest oparte na starej pieśni o jednym z mauretańskich emirów. Obie piosenki z tej siódemki nagrano podczas jednego z koncertów w stołecznym Domu Młodych.



Bad Banana - "Cry It Out"
O siostrach Crutchfield pisałem nie raz. Bad Banana to kolejny efekt ich niczym nieskrępowanej kreatywności. 4 piosenki, niecałe osiem minut. Prościutki pop punk ze słabą produkcją i jeszcze gorszym brzmieniem z silnymi wpływami lat 90. Raz śpiewa Katie, raz Allison. To  bardziej niedopracowane demo niż pełnoprawna czwórka, z pomyłkami, nietrafionymi dźwiękami, nie do końca strojacymi gitarami i dzięki temu bardzo naturalne w swojej niezręczności.




Balkan Arts 701: Bulgarian Folk Dances
Na koniec zostawiłem kolejną zapomnianą perełkę. Do niedawna całkowicie. Dopiero przypadkowe natknięcie się przedstawiciela Evergreene Music na pudło wypełnione nieużywanymi  wyprodukowanymi w latach siedemdziesiątych siódemkami, sprawiło, że zdigitalizowano nagrania Martina Koeniga. Zresztą sam Koenig jest postacią równie fascynującą, co muzyka, którą nagrywal na Bałkanach na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku i prawie tak nietuzinkową, jak jego zdjęcia z tamtego okresu. Pierwsza z trzynastu siódemek wydanych, a może lepiej napisać udostępnionych przez Evergreene Music, bo to te płyty z zakurzonego pudełka, poświęcona jest muzyce bułgarskiej. Dwa utwory nagrane na miejscu, dwa zmontowane już w Stanach przez Koeniga prezentują ginącą muzykę tradycyjną, która jest jak pocztówka w sepii. Trochę nierealna, trochę tajemnicza, przede wszystkim po prostu piękna.



wtorek, 16 kwietnia 2013

Magia


A Hawk and a Hacksaw prawie cały ubiegły rok spędzili na graniu we dwójkę do "Cieni zapomnianych przodków" Siergieja Paradżanowa, dwa tygodnie temu wydali album z tym materiałem. Swój warszawski koncert zaczęli zupełnie inaczej, przypominając o swoich korzeniach. Pierwszy utwór zagrali, stojąc wśród publiczności. Dopiero po nim weszli na scenę i sięgnęli do "You Have Gone to the Other World", konkretnie do przepięknego, ukraińskiego motywu weselnego. Potem przenosili się i na Węgry, do Rumunii, na Bałkany, przeplatając tradycyjne kompozycje własnymi utworami. W żywszych momentach robiło się niczym na wiejskiej potańcówce gdzieś w Serbii, w spokojniejszych zabierali do dawno minionego świata. Świata, którego nie da się odtworzyć, można mieć tylko jego wyobrażenie. Nierzeczywistego, a silnie zakorzenionego w nas samych.

Jeremy Barnes i Heather Trost przyjechali do Warszawy sami, więc musieli się wspomagać technologią w postaci maszyny do loopów, na którą Barnes zapętlał partie perkusji, choć trzeba przyznać, że większość koncertu spędził grając jednocześnie na bębnie i akordeonie. W tym okrojonym składzie bardzo ciekawie zabrzmiał utwór tytułowy z najnowszego albumu Amerykanów, ze zmieniona aranżacją i dużą dawką improwizacji. Fantastycznym pomysłem jest wykorzystanie w muzyce AHAAH santuru, perskich cymbałów, których brzmienie uwalnia od jednoznacznych skojarzeń geograficznych ich twórczość. To już nie tylko muzyka bałkańska, czy wschodnioeuropejska. To muzyka ze starego świata. Bezczasowa.

Amerykanie zakończyli koncert tak samo, jak go rozpoczęli. Stojąc wśród publiczności i grając ludowe melodie. Oraz "No Rest for the Wicked" z mojej ukochanej "Cervantine". Piękny koncert.

środa, 21 kwietnia 2010

Polecanki #3

W dzisiejszym odcinku polecanek, mieszanki różne, przeważnie etniczno-folkowe.

Village Kollektiv - Motion Rootz Experimental 2006
Zgodnie z pierwszą częścią nazwy w zespole są ziomki z Kapeli ze wsi Warszawa. Zgodnie z drugą... No właśnie zgodnie z drugą jest to dubowy kolektyw. Nie przepadam za dubem, ale połączenie elektroniki z zawodzącymi, słowiańskimi wokalami i rozmaitymi ludowymi instrumentami wypada lepiej niż dobrze. Idealne połączenie starego z nowym.



Balkan Beat Box - Blue Eyed Black Boy
Mamy kwiecień, lato już coraz bliżej. Na nachodzące upały najbardziej wskazana będzie płyta BBB, która brzmi niczym soundtrack do jakiejś imprezy na piaskach pustyni/na Bałkanach. Pasuje do każdego miejsca w basenie Morza Śródziemnego, jak i do Nowego Jorku. Ja już wiem, czego będę słuchał w wakacje, a ty?



The Mountain Goats - The Life of The World to Come
Jedna z najpiękniejszych zeszłorocznych płyt. Przejmująca, smutna, ale ten smutek nie jest wszechogarniający, gdzieś tam we łzach czai się nadzieja na lepsze życie po życiu, bo piosenki są inspirowane Starym i Nowym Testamentem. Poza tym ich sesja dla Pitchforka jest wspaniała, trzeba ją obejrzeć (zresztą o tym już pisałem wcześniej).



Firewater - The Golden Hour
Tod A przed nagraniem tej płyty pojechał w trzyletnią tułaczkę po Turcji, Indiach, Pakistanie, Izraelu. Tam nagrywał lokalnych muzyków, rozmowy przypadkowych ludzi. Potem pozbierał to do kupy, by nagrać najbardziej zatopioną w tradycji płytę Firewater. Niby indie rock (w starym stylu), ale przesiąknięty wschodnim słońcem i "cygaństwem". Nie tylko z tego powodu blisko jest BBB do tej płyty. Kolejna obowiązkowa pozycja na lato.