Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowa tradycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowa tradycja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lipca 2026

Mój tata mówił innym językiem niż swoja matka


O dziewczynach z Cocanhi pierwszy raz usłyszałem przy okazji ich debiutanckiej EP, trafnie zatytułowanej 5 cants polifonics a dançar, to było 11 (!) lat temu. I od razu tą swoją taneczną polifonią mnie zauroczyły, od tamtej pory pisałem o nich wielokrotnie. Sześć lat temu wydały Puput z Raulem Refree za sterami, a teraz po długiej przerwie Flame Folclóre swój najbardziej rozpolitykowany album, rozprawiający się z  centralistyczną polityką państwa francuskiego, późnym kapitalizmem i rosnącą popularnością skrajnej prawicy. To zaangażowana muzyka wyrastająca z tradycji, bardzo lokalna, ale zrozumiała wszędzie, bo dotykająca globalnych bolączek. Przede wszystkim jest to muzyka o poszukiwaniu zakorzenienia, odkrywaniu własnej, zapomnianej lub świadomie ukrytej tożsamości, co najlepiej Lola i Caroline podsumowują wersem z Clam: Mój tata mówił innym językiem niż swoja matka, choć przecież nigdzie nie wyemigrował.

I o tym wszystkim piszę w Bandcamp Daily.

czwartek, 4 czerwca 2026

(Nowa) tradycja i (stara) awangarda

Jonny Nash i Tomo Katsurada; materiały Ośrodka Inicjatyw Twórczych Rozdroża / festiwalu Kody

Od dawna nie miałem takiego combo. Dwa festiwale tydzień po tygodniu (plus na deser koncert Jacka White’a, który był zupełnie z innej bajki). Najpierw Nowa Tradycja, a zaraz potem Kody w Lublinie. Festiwale w tym roku podobniejsze do siebie niż zwykle.

Najoczywistszymi punktami stycznymi między obiema imprezami były powtarzające się koncerty. WCIAS w Warszawie zagrali dwukrotnie, za każdym razem krótko; w Lublinie, przy okazji swojej premiery swojej piątej płyty Wiwaty (o której więcej już niedługo, obiecuję) – pełnowymiarowy koncert. Wspaniałe jest ich to nowe, dronowe i skupione oblicze. Równie zachwycające były oba występy Jonny’ego Nasha i Tomo Katsurady. Marzycielskie, pełne kolorów, po prostu ładne i tej ładności nie wstydzące się. Pięknie się obaj uzupełniają, słychać w ich graniu wzajemne zrozumienie i przyjaźń. Mógłbym chodzić na takie koncerty co tydzień.

Oba festiwale łączy także odważne podejście do tradycji. Oba zresztą mają wpisane w swojej nazwy. Różnią się przede wszystkim tym, że Nowa Tradycja to przede wszystkim przegląd sceny poszukującego folku. Jak zatem ona wygląda w 2026 roku, jaki był konkurs? Poziom był solidny, ale nie było tak spektakularnie, jak przed rokiem czy dwoma laty. Grand Prix dla Karoliny Matuszkiewicz mnie trochę rozczarowało, ale też rozumiem taką decyzję jury. Na pewno nie miałbym tych wątpliwości, gdyby przez cały konkursowy występ towarzyszył jej Arad Emamgholi. Jego obecność i niesamowita gra na dafie dodawały grze Matuszkiewicz żywiołowości i oryginalności. Moi faworyci, WCIAS zajęli trzecie miejsce. Całkowitym zaskoczeniem był polsko-irański duet ZYEM i choć słychać było, że są na początku, to zasłużenie dostali II nagrodę, a ja nie mogę się doczekać, co z tego dalej wyjdzie. Oby zabrali się do roboty szybciej niż Suferi, którzy każą czekać na swój debiut już ponad dwa lata. Michał Fetler trzeci raz brał udział w konkursie i trzecie wrócił z nagrodą, II za Ucztę. Chyba rozgryzł, jak dotrzeć do jury, a sam zespół i pomysł na niego są bardzo fajne, ale do legendarnego już Polmuzu sporo brakuje (ostatnio sobie włączyłem ich album, potwór, nie płyta). Tyle o głównych nagrodach.

Liczyłem na wyróżnienie dla Olgierda Dokalskiego, którego solowy materiał ma w sobie coś (nawet wiem, co: frazowanie i specyficzny pogłos) z soundtracku do Disco Elysium, ale nie tylko dlatego mnie tak ujął. To – znów do tego wracam – piękne granie, z ciekawą narracją. Wykracza poza folk, idzie w stronę podbitego jazzem ambientu. Jedyne, co można by poprawić to jeszcze mocniej zszyć utwory na koncercie, nie robić między nimi przerw. Płyta Preludes to the Universe nadchodzi i warto na nią czekać. Inny z moich konkursowych faworytów, Paweł Płoskoń, o którym zapisałem sobie w notatkach, że widziałbym go w kościele podczas Le Guess Who?, dostał nagrodę Niemena za oryginalność. Z kolei przy debiutującym duecie Etersoul zapisałem sobie, że to marzycielskie i liryczne granie, a gra gitarzysty odwołuje się do Rogińskiego i jak się okazało, nie myliłem się. Będę obserwował. To może czas na podsumowanie, zanim przejdę do pozakonkursowych koncertów.

Scena folkowa ma się dobrze – ale nie tak dobrze, jak twierdzi patrzący z zewnątrz Darek Mazzone (choć takie słowa otuchy zawsze robią dobrze) – i możliwe, że widać pierwsze oznaki nadchodzącego przesilenia. Po pierwsze, jest ona nieduża i niezauważana poza „środowiskiem” i przyległościami. Co chyba najlepiej podkreśla fakt, że jedną ogólnopolską anteną Polskiego Radia nieobecną podczas Nowej Tradycji jest Trójka (co działa też w drugą stronę, na debacie o Młodym Polskim Jazzie zabrakło autorów trójkowej audycji o tej nazwie) i że Lutosławski podczas przesłuchań był raczej pusty niż pełny. Na biletowanych koncertach było tylko niewiele lepiej. Po drugie, większość stający w szranki to weterani, a nie debiutanci; wygi prezentujące nowe projekty (nawet i fantastycznie przemyślane), a nie młodziaki chcące wywrócić scenę do góry nogami. Po trzecie, festiwalowi po raz drugi towarzyszyła konferencja „branżowa” z gośćmi z zagranicy (w tym z bookerami), a niewielu muzyków się na nią pofatygowało. To świadczy o braku profesjonalizacji sceny – o ile sami muzycy są zjawiskowi, brakuje otoczki, która pomoże im się wybić: managerów, agentów, prowców. To wszystko są problemy, nad którymi trzeba się zastanowić i spróbować je jakoś rozwiązać, zanim będzie za późno.

A teraz koncerty niekonkursowe. Yalla Miku swoją punkową energią bardziej pasowaliby na odbywające się w tym samym czasie urodziny Ady niż do pełnego naturalnego pogłosu Lutosławskiego, gdzie muzyka z tak mocną sekcją rytmiczną zlewa się w magmę (no i mogliby też pomyśleć, czy wszystkie teksty o koledze z Erytrei są na miejscu). Muzyka Gór była zbyt – o ironio – zbyt wygładzona, ale to też chyba immanentna cecha podobnych projektów łączących różne tradycje. Podobno w Ambasadzie Muzyki Tradycyjnej pokazali na co ich naprawdę stać. Ryzykowany pomysł zestawienia bliźniaczych składów Oberkas Travel i Tercetu Imperial (ci pierwsi grali jako laureaci Folkowego Fonogramu Roku, ci drudzy jako zeszłoroczni zwycięzcy Nowej Tradycji. To też pokazuje niewielkość sceny), okazał się trafieniem w dziesiątkę i dowodem na pojemność oberków (a w Dwutygodniku szerzej piszę o obu składach i trójdzielnej odysei Jana Młynarskiego i Piotra Zabrodzkiego). Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie koncert Justyny Jary i jej Aleganckiej Kapeli z nowymi, lekko podbarwionymi punkiem podwórkowymi balladami.

W zaskoczenia obfitowały Kody, festiwal, który – choć programowo zupełnie inny – wypełnia pustkę po białostockim Halfwayu. Czyli kameralny, z bardzo silnym rysem kuratorskim, bezkompromisowy. A do tego wzorem LGW?, Unsoundu czy Sacrum Profanum zamawiający specjalne projekty. Zresztą, można go umiejscowić gdzieś w tym właśnie trójkącie. Tegoroczna edycja zapowiadała się mniej spektakularnie niż zeszłoroczna, ale była równie – a można nawet bardziej – ciekawa.

Jednym z tych specjalnych koncertów było 100 000 polsk Mai Miro, Piotra Gwadery, Pawła Iwana i Ryszarda Lubienieckiego w lekki, bezpretensjonalny i przystępny sposób reinterpretujący najstarsze polski ze szwedzkich archiwów. Polski, czyli szwedzki taniec narodowy, który przywędrował na północ Bałtyku z – you guessed it – Polski. Nie tylko ukradli pół kraju podczas potopu, ale jeszcze zawłaszczyli taniec, a tacy niby progresywni w tym Sztokholmie. Ciekawy skład – zmodyfikowany dżaz, cymbały, różne flety i portatyw organowy – sprawił, że była to muzyka idealnie oddająca podtytuł festiwalu, rozpięta między tradycją a awangardą, folkiem i wykonawstwem historyczny. Zagrali bez nadęcia, czuło się radość kwartetu bijącą ze sceny. Na przyszły rok zapowiadają album. Koncertem... Spektaklem muzycznym bez zadęcia był środowy Orlando – A Melancholic Portrait Francuzów z La Tempete. Oni połączyli barok z powieścią Virginii Wolf, saksofonem barytonowym, performatywnym czytaniem, gitarami elektrycznymi. Wyszło tak, że nie było widać szwów. Typowa francuska lekka intelektualna rozrywka. Do takiego teatru mógłbym chodzić.

Gruzem z rozdrapywanych własnych i pokoleniowych traum rzucała ze sceny Alejandra Cardenas czyli Ale Hop. Porzuciła pseudonim, by wreszcie opowiedzieć o sobie, dorastaniu w Peru w czasach dyktatury Fujimoriego i wojny domowej ze Świetlistym Szlakiem. Jestem po niedawnej lekturze kilku peruwiańskich pozycji z katalogu ArtRage (ale Czerwony kwiecień Santiago Roncagliolo ciągle przede mną) i dzięki temu lepiej zrozumiałem, co Alejandra chce przekazać tą ścianą dźwięku, wwiercającą się we flaki, skąd ten wściekły hałas. Nie udało mi się zrozumieć, po co tak gruzują Norwedzy z Supersilent. Wymęczył mnie i znudził ten koncert. Przypomniał mi też słowa Orena Ambarchiego z zeszłorocznego wywiadu, że on już przestaje czasem rozumieć, po co jego koledzy ciągle tak hałasują, że to się staje banalne. Jenny Hval piękne piosenki przeplatała wątpliwej jakości konferansjerko-performance’em pt. „jestem dziwaczną Skandynawką”. Z akademickiej awangardy widziałem w całości tylko Hashtag Ensemble i Flow Unit grający utwory Egidiji Medekšaitė. Hipnotyczne, ale ja tam nie słyszałem zapowiadanych inspiracji Indiami.

Trochę niespodziewanie dla mnie najmocniejszym dniem okazała się niedziela. Zdążyłem tylko na końcówkę monumentalnego koncertu poświęconego Mortonowi Feldmanowi i bardzo żałuję. Przepięknie zagrała Elori Saxl, miksując przetworzone nagrania terenowe z dronami, syntezatorowymi plamami i czasem tanecznym bitem. Wyszło z tego wciągające ambient techno. Świetnym pomysłem było danie jej zagrać w muszli koncertowej w Ogrodzie Saskim, gdzie dźwięki miasta przenikały do muzyki, wchodziły z nią w dialog. Na zakończenie festiwalu zaśpiewała Antonina Nowacka i nie wyobrażam sobie lepiej dobranej artystki do takiego zadania. Było to doświadczenie mistyczne. W przeciwieństwie do występującej dzień wcześniej Japonki Hatis Noit, Antonina nie korzysta z loopów, a jedynie z naturalnego pogłosu przestrzeni. Jej występ wydał się dużo bogatszy, dużo bardziej zniuansowany. Przez 40 minut Nowacka hipnotyzowała swoim głosem, stworzyła własny, osobny, dźwiękowy świat. Jakby przybyła z nieznanej nikomu innemu kultury. Znów wiele od siebie dało otoczenie. W pewnym momencie ptaki ucichły, by jej słuchać. Oczywiście, nie chcę powiedzieć, że występ Hatis Noti był rozczarowaniem, absolutnie nie. Po prostu przy wyczynie Antoniny blednie wszystko.

Na Kodach akademicka awangarda zderza się nie tylko z (nową) tradycją. To spotkanie całego spektrum gatunków. Kurator Grzegorz Paluch swoje sieci rzuca bardzo szeroko, zawsze stara się zaskoczyć zestawiając jednego dnia bardzo różnych wykonawców. Do tego zawsze przyjazny Lublin. Mógł (i powinien) to być festiwal, na który zjeżdża cała muzyczna Polska, samograj przyciągający słuchaczki z różnych muzycznych światów. Można na nim poszerzyć horyzonty, nawet jeśli nie każdy koncert przypadnie do gustu. Nie może jednak – i to kolejna cecha wspólna z Nową Tradycją – przebić się do szerszej świadomości. Nie popełnijcie tego błędu i rezerwujcie ostatni tydzień maja 2027 w Lublinie, dajcie się zaskoczyć i zachwycić.

czwartek, 12 marca 2026

Z Imperium Osmańskiego na Paradę Równości

W najnowszym numerze “Ruchu Muzycznego” piszę dość rozlegle i szczegółowo o sevdah i sevdalinkach, muzyce i piosenkach emblematycznych dla kultury Bośni I Hercegowiny, jak ona będących na pograniczu między Europą a Turcją, wciśniętą między cywilizacje. I jak wszystko, co na pograniczach, niejednoznacznych.

W tej podróży miałem dwóch przewodników, młodych chłopaków: Igora Božanicia i Zanina Berbicia. Z pozoru wydaje się, że nie może ich więcej różnić. Ten pierwszy sevdalinki wykonuje we współczesnych, indiefolkowych aranżacjach, kawiarnianych, jego wzorem są śpiewacy i śpiewaczki z Banja Luki, miasta, które raczej nie pojawia się na mapach gatunku. Ten drugi gra po sarajewsku, w najsurowszej formie. A jednak obaj w rozmowach ze mną podkreślali, że nie ma jednego właściwego sposobu grania sevdalinek, że właśnie w tym leży siła i żywotność gatunku. Potrafi się łatwo dostosować do zmieniającego się świata i dlatego jest grany i słuchany do dziś. (A dlaczego raz używam sevdah, raz sevdalinka? Po odpowiedź odsyłam do tekstu).

Pierwszą poznałem muzykę Božanicia. To takie granie, które przemawia do mnie najszybciej. Zakorzenione w tradycji, ale nie uwiązane do niej, poszukujące. U Igora to efekt jego artystycznej drogi. Do własnej tradycji dochodził - co łączy go z wieloma polskimi muzykami - naokoło, jako nastolatek grał amerykańsko brzmiący indie folk. Echa tych doświadczeń słychać w jego muzyce do dziś, Žega jest do pewnego stopnia kuzynką muzyki Joanny Newsom czy Marissy Nadler, a jednocześnie przy jej powstawaniu, Igor zasłuchiwał się w Umm Kulsum i Fairuz. Pięknie się ta płyta snuje, niespiesznie posuwa do przodu. Ta niespieszność jest chyba najbardziej sevdaliknkowym aspektem tego albumu (oczywiście poza kompozycjami), za którego aranżancje odpowiada duet braci Popovów.

Berbić, muzykolog, etnograf, badacz i pracownik naukowy, sevdalinki gra od szóstego roku życia, ponad dwadzieścia lat (w różnych wywiadach przyznaje, że i tak jest dopiero na początku drogi). Mnie w rozmowie powiedział, że sevdalinki gra na różne sposoby, ale swój album wypełnił interpretacjami “in crudo”, bo taka forma - to znów jego slowa - wyciąga z niego więcej kreatywności, pozwala mu na więcej swobody. Jest tu tyko głos i saz. Bardzo mocno słychać tureckie korzenie gatunku. Gdyby nie język, możnaby pomyśleć, że Zenin jest aszykiem gdzieś z dalekiej Anatolii. Hipnotyzuje swoim głosem, fascynuje grą na sazie. A jednocześnie potrafi krytykować purystów, którzy chcieliby, by sevdah się nie zmieniała.


To tylko dwaj bohaterowie mojego tekstu, pojawiają się w nim i klasycy, i reformatorzy. Pojawia się przede wszystkim Bośnia i jej miasta - Mostar, Sarajewo, Banja Luka - bo sevdah to muzyka przede wszystkim miejska. A przecież życie w mieście to ciągła zmiana.

wtorek, 27 stycznia 2026

Wiatr zaklęty w dźwiękach

W sobotę poszedłem na pierwszy koncert w tym roku. W Młodszej Siostrze zagrał Richard Hronský, słowacki, ekhm, fujarzysta i – według swoich własnych słów – ambientowy pasterz. Piękny i nieoczywisty był to występ. (Zaraz po nim zagrała Marta Forsberg, też bardzo ładnie, ale to temat na zupełnie inną historię).

Hronský na swojej dwumetrowej fujarze grał długimi prawie nieruchomymi statycznymi frazami. Z laptopa dokładał śladowe ilości pogłosów i nagrań terenowych. Ten wyciszony koncert poprzedził krótki wstęp Richarda o instrumencie i swoim pomyśle na muzykę. No więc fujara. To imponujący instrument prosto ze słowackich Karpat. Dla Hronskiego jest łącznikiem z przeszłością. Tą bliższą – wakacjami spędzanymi u dziadków – i tą dalszą. Zakorzenia go w wiejskiej Słowacji, daje oparcie w pędzącym świecie. Wydany we wrześniu 2025 Pohreb jest bardziej slychowiskiem, podróżą w czasie i przestrzeni niż „po prostu” albumem.

W wypełnionej po brzegi małej salce Młodszej Siostry Hronsky skupił się przede wszystkim na dźwiękach swojego instrumentu, zanurzył się w niespiesznej opowieści o pamięci, połoninach i halach. Gdy tak stałem i słuchałem tych dronowych fraz, pomyślałem o dwóch innych, podobnych albumach. Ten pierwszy to przepiękna Quintela Carme Lopez, galicyjskiej dudziarki, która wykorzystuje swój instrument podobnie, co Richard fujarę. Ten drugi to Trzciny Karabachu... przepraszam, Canes of Karabakh, która wyszła kilka dni temu.

Canes of Karabakh to nawet nie tyle projekt poboczny członków kIRk, co inne wcielenie tego tria. Pod polskojęzyczną nazwą zajęli II miejsce na zeszłorocznej Nowej Tradycji. W zasadzie Trzciny – nie mogę przyzwyczaić się angielskiej nazwy, polska jest tak pięknie dźwięczna, ale rozumiem zmianę, kto za granicą będzie w stanie ją wypowiedzieć – niewiele różnią się od tego już nie tak bardzo nowego oblicza kIRk, czyli tria Pawła Bartnika, Olgierda Dokalskiego i Stanisława Matysa. Są jeszcze spokojniejsze i dostojniejsze, a przede wszystkim główną rolę odgrywa tu Matys i jego duduk.

Kaukaski kierunek mogła już podpowiedzieć sama nazwa projektu. Z karabaskich trzcin wyrabia się najlepsze stroiki do duduka, instrumentu emblematycznego dla kultury ormiańskiej. Karabach, przez lata sporny region – należący do Azerbejdżanu, zamieszkany w zdecydowanej większości przez Ormian – dziś kontrolowany jest przez Azerów. Ormianie uciekli. Jednym z efektów przegranej przez Armenię i Arcach wojny jest drastyczny wzrost wspomnianych stroików. Dla Matysa nadal są osiągalne, ale dla wielu ormiańskich muzyków już nie. Jak w takim razie powinien postąpić muzyk z bogatego Zachodu? Czy da się w tej sytuacji postąpić etycznie? Czy nadal można czerpać z i wykorzystywać ormiańską tradycję? Powraca pytanie niezależnie od kontekstu: gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna przywłaszczenie kulturowe?

Z takimi pytaniami musieli się zmierzyć Matys, Dokalski i Bartnik. Ich odpowiedź jest przekonująca. Nie grają tradycyjnych ormiańskich melodii, wykorzystują w pełni swój skład – duduk, flugelhorn i live electronics – i tworzą niedosłowną podróż po wyobrażonym Kaukazie. Hula tu wiatr, przestrzeń przytłacza i wyzwala, góry wydają się wydrapywać dziury w niebie. Z wyjątkiem The Birth of Breath Trzciny grają długimi frazami, jak Hronsky. Głębokiego, melancholijnego brzmienia duduka nie da się pomylić z niczym innym. Czasem zastanawiam się, czy da się na nim zagrać coś wesołego, niepodszytego smutkiem. Dokalski na flugelhornie czasem gra unisono z Matysem, czasem gra niczym na dum duduk, basowym duduku budującym burdonową podstawę pod melodie. Bartnik to wszystko delikatnie przetwarza. Nie modyfikuje, ale uzupełnia, dodając muzyce ciała, ale nie ujmując przestrzeni.

Powoli budowane kompozycje Canes of Karabakh zatrzymują czas, niczym zaklęty w dźwiękach podmuch wiatru. Są jednocześnie odwieczne i ulotne, jak wiatr wiejący nad Kaukazem od tysięcy lat. I właśnie to rozpięcie łączy ich i z Hrosnkym i z Carme Lopez, Brighde Chambeuil i innymi muzykami, którzy wychodzą od tradycji, by opowiedzieć własną historię. 

piątek, 19 września 2025

Tradycja zobowiązuje



W nowym numerze kwartalnika ZAiKSu, mniej więcej w połowie, pojawiam się - kolejny debiut na koncie - z dwoma tekstami o polskim folku.

Ten większy to - subiektywne, jak mi kazał redaktor trzy razy podkreślić - spojrzenie na muzykę okołotradycyjną w 2025 roku (czyli w zasadzie rozwinięcie tego, co napisałem na trzydziestolecie Paszportów Polityki, gdzie podsumowywałem historię polskiego folku po 1989 roku). A skoro subiektywne, to wymieniam nie tylko Kapelę ze Wsi Warszawa, Polskie Znaki czy Dagadanę, ale też Hajda Bandę!, Raphaela Rogińskiego, Radical Polish Ansambl i Gary'ego Gwaderę, Odpoczno i nie tylko. Mógłbym więcej, ale to jednak papier, nie ma tyle miejsca. Zresztą, jak czytacie moje teksty w RCKL, to wiecie, o kogo chodzi. 

Ten krótszy to rozmowa z Dagą Gregorowicz - trochę o planach zespołu, trochę o zaangażowaniu społecznym, a trochę o tym, że ZAiKS wreszcie zaczął zauważać muzykę tradycyjną.

Gdzieś tam obok pojawiają się dziennikarskie sławy - Bartek, Jarek, Krzysiek, Mariusz - a ja poczułem się dzięki temu trochę jak na reaktywacji Magnetofonowej. 

wtorek, 28 listopada 2023

Nie ma powrotów

fot. Jacek Poremba
W sierpniu w bardzo spokojnej części warszawskiego Mokotowa spotkałem się z Wacławem Zimplem w jego studiu. Ukrytym na poddaszu tużpowojennego bloku zatopionego w zieleni. Nic dziwnego, że tak dobrze mu się w nim pracuje. Rozmawialiśmy w zasadzie o całości jego muzycznej drogi, woltach stylistycznych, muzyce indyjskiej, odwrocie od freejazzu, elektronice. Bo też taka miała być ta rozmowa, której efektem jest przekrojowy tekst w Bandcamp Daily. A że rozmawiało nam się dobrze, to publikuję tutaj jej całość. W końcu po to jest ten blog.

Długo masz to studio?

Muszę się zastanowić… Jakoś od końca 2017 roku, czyli jakieś sześć lat.

Sąsiedzi nie skarżą się?

Jeden sąsiad narzekał, ale chyba w końcu się wyprowadził, bo przestał się skarżyć. Staram się pracować w godzinach dziennych i nie przeszkadzać sąsiadom. Jeśli pracuję w nocy, to tylko na słuchawkach.

Czyli zdarza ci się pracować nocami?

Coraz rzadziej. Zacząłem doceniać higienę pracy. Mam rodzinę, dziecko bardzo zmienia perspektywę. Trzeba jednak dotrzymywać deadline’ów i wtedy zdarza mi się siedzieć po nocach. Generalnie wolę przychodzić rano, trochę jak do biura.

Siedzimy otoczeni instrumentami, na przeciwko jest klarnet basowy…

Altowy, ale sporo ludzi je myli, bo wyglądają prawie tak samo. Jest trochę mniejszy i kwartę wyżej nastrojony.

Obok nas stoi tambura. Grasz na niej?

Bardzo rzadko. Słyszysz, jest nienastrojona. Gram na niej, jak chcę sobie odpocząć. To dronowy instrument, który towarzyszy zawsze innym instrumentom. Sporo mam różnych instrumentów w studiu, część jest w drugim pomieszczeniu - klarnety, saksofon, bębny, flety. A to jest trombita tybetańska.

Czy słychać je wszystkie na twojej ostatniej płycie z Shackletonem?

Nie, na niej gram przede wszystkim na klarnecie altowym przetwarzany elektronicznie przez system looperów i oprócz tego gram na instrumentach klawiszowych.

Zaczynałeś jednak od skrzypiec.

Pierwszym instrumentem było pianino, które po prostu stało w domu. Jednak pierwszą lekcję miałem na skrzypcach. 

Dlaczego zamieniłeś je na klarnet?

Ciągnęło mnie brzmienie klarnetu, ze skrzypcami w ogóle nie czułem się związany. Dzięki skrzypcom nauczyłem się czytać nuty, wyćwiczyłem słuch muzyczny, ale to na pewno nie był mój wybrany instrument. Muzykę odkrywałem poprzez gitarę, harmonijkę ustną, klarnet właśnie.

Twoja droga jest dość kręta - zaczynałeś od klasyki, potem zainteresował cię blues, potem grałeś freejazz, teraz poruszasz się po muzyce elektronicznej… Z jednej strony, sam mówisz, że czujesz się teraz bardziej producentem, z drugiej, przy okazji In the Cell of Dreams pojawiasz się jako avant-folk virtuoso. Kim się najbardziej czujesz?

To w dużej mierze zależy od tego, w jakiej sytuacji się pojawiam. Na początku mojej współpracy z Samem Shackletonem, dopiero zaczynałem poznawać narzędzia studyjne. Wypracowaliśmy więc model współpracy, który polegał na tym, że grałem na różnych instrumentach akustycznych, które później elektronicznie przetwarzał Sam. 

Obecnie, dużo rzeczy z zakresu przetwarzania elektronicznego przejąłem na siebie, ale ta dynamika, że to Sam ostatecznie miksuje materiał pozostała niezmieniona. To ja nadal wprowadzam element żywego grania i razem tworzymy łącznik między tą warstwą elektroniczną a ludzką, żywą.

Czy ta dynamika w innych twoich współpracach wygląda inaczej?

Chyba wszystko zależy od tego co jest najbardziej naturalne w danej sytuacji.

Jeśli chodzi o moją pracę solo, obecnie najważniejszą częścią mojej pracy jest przetwarzanie dźwięku akustycznego w warunkach studyjnych. Może nawet nagrywam je w różnych miejscach, ale później biorę je na warsztat w moim studiu. To mnie najbardziej interesuje i ten obszar mnie najbardziej pochłania. Kilka materiałów, nad którymi pracuję to stricte produkcyjne rzeczy. 

Z Hansem Kullkiem stworzyliśmy materiał wspólnie, nagrywaliśmy go w ‘s-Hertongenbosch, w studiu Willem Twee. Hans zawiaduje całą tą bardzo skomplikowaną maszynerią, której uczyłem się podczas nagrywania Massive Oscillations. Utwór Breath of Brahma powstał w ten sposób, że Hans spatchował swoje instrumenty, nadał im koloryt i brzmienie, którym potem razem kręciliśmy i modyfikowaliśmy. Studio w rękach Hansa jest instrumentem, jest masa narzędzi, modulatorów, oscylatorów, magnetofonów szpulowych… Można grać na cztery ręce. Zmiksowałem ten materiał i nagrałem fortepian z użyciem mechanicznych młoteczków elektromagnetycznych. Wysłałem całość do Hansa, on jeszcze nad nim popracował, odesłał do mnie, więc praca produkcyjna też była wspólna. 

Jak się różni praca z Shackletonem od pracy z Holdenem?

U Shackletona jest więcej zaplanowanej struktury. Sam jest bardziej klasycznym kompozytorem, ma niesamowite poczucie formy, jego kompozycje można porównać do symfonii. Zazwyczaj jest tak, że wysyłamy sobie pomysły, dyskutujemy, w którą stronę chcemy iść z materiałem. Przypomina to trochę układanie puzzli. Zupełnie inna dynamika, ale też ta muzyka ostatecznie jest transowa.

Z Jamesem ten proces jest dużo bardziej jamowy. Spotykamy się w studiu, ustawiamy brzmienie i razem szukamy tego, co nas inspiruje, razem komponujemy od postaw. Z Jamesem niczego nie zakładamy, ja coś poplumkam, on coś zagra i to potem rozwijamy. Po każdym dniu pracy, mamy gotowy utwór.

Czyli to jest trochę freejazzowa metoda pracy.

Bardzo freejazzowa, ale w swoim wyrazie inna. James używa przede wszystkim instrumentów elektronicznych, sekwencerów, syntezatorów,  jest też programistą i dąży do jak największego zatarcia granicy między maszyną, człowiekiem a instrumentem. Czas, w którym działają się sekwencery Jamesa jest bardzo ludzki, to nie jest granie z metronomem, a doświadczenie bliższe gry z prawdziwym człowiekiem.

Tak, myślę, że można powiedzieć, że styl pracy Jamesa jest bardziej jazzowy i plemienny, a praca z Skackletonem jest bardziej wykoncypowana, natomiast obie te metody ostatecznie prowadzą do transowych form. 

Myślałeś o jednorazowym powrocie do dzikiego, freejazzowego grania?

Nie. Nie myślę w ogóle o powrocie do czegokolwiek, co robiłem w przeszłości. Wychodzę z założenia, że sztuką, która przychodzi do ciebie w danej chwili, powinieneś podzielić się od razu, kiedy skończysz dzieło. Nie ma powrotu do żadnego momentu. Sztuka to rodzaj strumienia świadomości, pod który się podłączasz i po prostu go przekazujesz. Powrotu do freejazzu nie będzie, ale na pewno moja muzyka będzie się jeszcze zmieniać. Zmiana jest naturalna. Wszystko się ciągle zmienia.

W miarę stałą rzeczą w Twojej muzyce jest fascynacja muzyką indyjską.

Myślę, że muzyka indyjska będzie mi w taki czy inny sposób towarzyszyć do końca życia. Jestem nią zafascynowany również dlatego, że jest to najlepiej skodyfikowany system rytmiczny i chyba najstarszy. Rytm jest natomiast najważniejszym dla mnie aspektem muzyki. Poznając muzykę indyjską, jestem w stanie cały czas rozwijać poczucie i świadomość rytmu. Dowiaduję się, jak moje ciało odpowiada na te rytmiczne struktury.

Moja relacja z tą muzyką bardzo się zmienia. Pierwsza płyta Saagary była bardzo klasyczna. Pisząc utwory, starałem się być jak najbliżej formy karnatyckiej jak to możliwe dla gościa z Polski. Potrzebowałem tego, żeby zrozumieć język, w którym oni się poruszają. Druga płyta, produkowana przez mooryca ma bardzo klubowe brzmienie, jest tam sporo ambientu, sporo repetytywnych struktur na syntezatorach i instrumentach perkusyjnych. Trzeci materiał, nad którym pracuję w tej chwili – mam nawet otwartą sesję jednego utworu na komputerze – będzie najbardziej elektroniczny i najbardziej hinduski jednocześnie. Staram się pracować nad utrzymaniem tej intensywności i bogactwa instrumentów perkusyjnych. Chcę to jeszcze mocniej podkreślić. Na tej drugiej płycie instrumenty perkusyjne są traktowane dość oszczędnie. 

Pamiętam ten kontrast z koncertami Saagary, macie przecież trzech perkusjonalistów w składzie, a na albumie ta warstwa jest, powiedziałbym, zmiękczona.

Na koncertach nie staraliśmy się odtwarzać tego, co zdarzyło się na płycie. Jesteśmy przede wszystkim koncertowym zespołem, a 2 była eksperymentem. Nagraliśmy materiał w Indiach, następnie dostał go mooryc i przemielił po swojemu. Spotkały się dwa różne podejścia w połowie drogi i faktycznie ten album brzmi zupełnie inaczej niż zespół na żywo. 

Natomiast na trzecim albumie chcę, by całe bogactwo, intensywność  i dynamika Indii była bardzo słyszalna. Dlatego jest na niej dużo takiego kontrolowanego chaosu.

Chyba już dość długo nad nim pracujesz…

Strasznie długo.

Pamiętam, że wspominałeś o nim jeszcze przy okazji Massive Oscillations.

Zacząłem pracować nad tym materiałem w 2018 roku i w międzyczasie zrobiłem bardzo dużo innych rzeczy. Z perspektywy widzę, że potrzebowałem tego czasu, żeby nauczyć się nowych narzędzi produkcyjnych. W niektórych utworach z pierwotnej wersji została tylko warstwa bębnów, a reszta jest zupełnie inna. Bo po prostu ja jestem zupełnie inny i przede wszystkim dużo lepiej umiem posługiwać się narzędziami studyjnymi. Lepiej słyszę muzykę niż wtedy.

Mówiłeś, że starasz się nie wracać do przeszłości, ale ciągle pracujesz nad materiałem sprzed pięciu lat.

Tak długo, jak nie podzielę się materiałem ze światem, tak długo to nie jest koniec procesu. Czasem potrafi on trwać dwa dni, czasem pięć lat. Jeszcze nigdy nie pracowałem nad żadnym materiałem tak długo, choć to tak naprawdę pojedyncze tygodnie pracy w skali roku. Zastanawiam się wtedy, co jeszcze mogę w nim zmienić, co mogę odjąć, co dołożyć.

Proces pracy nad tym materiałem jest bardzo dziwny i bardzo długi. Kiedy zacząłem pracować nad nim, miałem wizję, ale okazało się, że narzędzia, które miałem są za słabe, żebym mógł ją zrealizować. A bardzo zależało mi na tym, żeby samemu wyprodukować ten materiał. Spędziłem bardzo dużo czasu w Indiach i wiem, że trudno jest wejść w świat indyjskiego rytmu i tej formy muzyki, jeśli nie poświęcisz lat na zgłębienie teorii. Potrzeba bardzo dużo czasu, żeby ją zrozumieć. Ja ją rozumiem w stopniu, który umożliwia mi komunikację z muzykami karnatyckimi.

Muzycy z Europy raczej wybierają muzykę hindustańską, z północnych Indii, jeśli chcą zająć się muzyką subkontynentu. Ty skierowałeś się w innym kierunku, na południe, do muzyki karnatyckiej. Dlaczego?

Trochę przez przypadek. Zafascynowałem się muzyką indyjska poprzez muzykę z północy, słuchając takich muzyków jak Ali Akbar Khan, Ravi Shankar, Pandit Pranath. A zacząłem ją odkrywać poprzez Terry’ego Rileya i LaMonte Younga, którzy byli uczniami Pandita Pranatha. Jednak pierwszym muzykiem indyjskim, którego poznałem był Giridhar Udupa, z którym do dziś gram w Saagarze. Giridhar zaprosił mnie do Indii, do Bangalore, jednego z głównych centrów muzyki karnatyckiej obok Chennai. Zacząłem poznawać muzyków praktykujących tę tradycję, uczyłem się u flecisty Ravichandry Kulura, który zresztą zna bardzo dobrze tez tradycję hindustańską, bo grał przez lata z Ravim Shankarem. 

Okazało się, że ten świat mnie pochłonął, gdy zacząłem go poznawać od podszewki. Ogromny wpływ na naszą piątkę miał zespół Shakti Johna McLaughlina, choć może tego nie słychać w naszej muzyce. Legenda Shatki, jak ten zespół powstał, była dla nas bardzo ważna. Muzyka karnatycka jest kolebką tego zespołu, bo i L. Shankar jest karnatyckim skrzypkiem, Vikku Vinayakram to wybitny karnatycki ghatamista, natomiast tablista Zakir Hussein potrafi wszystko zagrać i też mocno wszedł w muzykę karnatycką, choć oczywiście wywodzi się z tradycji hindustani.

Przełomem w twojej karierze było Lines, wtedy radykalnie odszedłeś od free jazzu, to twój pierwszy w całości solowy album i pierwszy zwrot w stronę elektroniki oraz wyraz fascynacji minimalizmem.

Kilka rzeczy wpłynęły na decyzje stojące za Lines. Jeśli chodzi stricte muzyczne powody, to po prostu byłem bardzo zmęczony językiem free jazzu. Poczułem, że free jest dla mnie tak samo ograniczajace, jak każdy inny gatunek. Czułem, że to, co grałem w tym idiomie, zaczęło być bardzo powtarzalne, przestałem czuć wolność wynikającą z nazwy gatunku. Zacząłem szukać nowych środków wyrazu. Punktem wyjścia z tego gatunku był minimalizm, który zresztą zaczął pojawiać się u mnie wcześniej, na albumie To Tu Orchestra. Dużo się na nim odwołuję do minimalizmu. W Herze wykorzystywaliśmy repetytywne struktury, ale one faktycznie były bardzo dzikie. 

Terry Riley, LaMonte Young stali się moimi nauczycielami. Oczywiście nie dosłownie, bo nigdy ich nie spotkałem, ale ich muzyka była dla mnie drogowskazem do tego, żeby siebie zredefiniować. Chciałem zobaczyć, co mam do powiedzenia w dialogu z samym sobą. Okazało się, że to, co miałem wtedy do powiedzenia, było dużo bardziej subtelne, niż wszystko, co robiłem wcześniej. 

Na minimalistycznych strukturach opiera się album LAM czy też twoja współpraca z Kubą Ziołkiem, czyli to nie był do końca dialog z samym sobą.

Faktycznie, zrozumiałem, że nie ma odwrotu i nie mogę wrócić do tego, co robiłem wcześniej. LAM nagrywaliśmy nawet rok przed Lines. Nagraliśmy go, a potem mooryc wziął nasze tracki na warsztat, co zainicjowało naszą współpracę na kolejne lata. Album LAM wyszedł w tym samym roku, co Lines, w 2016. To były moje pierwsze spotkania z Tonn Studio w Łodzi i z niesamowitymi ludźmi, Maćkiem Staniewskim i Krzyśkiem Tonnem oraz ich niezwykłą wiedzą na temat analogowych technik nagrywania. Mają mnóstwo analogowego sprzętu, jak organy Hammonda, w których się zakochałem. 

Lata 2015-2018 to moment, w którym te minimalistyczne struktury były ważne dla wszystkich zaangażowanych w te albumy. No i trans, który w tych strukturach jest. To jest ten wspólny element, który przewija się przez całą moją muzykę.

Kolejny taki przełom w twojej karierze to rok 2020, kiedy wyszedł pierwszy album z Shackletonem, EP z Jamesem Holdenem i Massive Oscillations i Ebbing the Tide. Co cię zachęciło do sięgnięcia po muzykę elektroniczną?

Lines ma bardzo elektroniczny charakter, natomiast wszystko jest zagrane ręcznie. Wszystkie kompozycje miałem w głowie i w studiu nagrywałem kolejne ścieżki. Później dwa utwory zmiksowal mooryc, dodając trochę delikatnej elektronicznej magii. Natomiast tym, co mnie zachęciło do pójścia w stronę muzyki faktycznie elektronicznej jest brzmienie. Po prostu zaczęło mnie nudzić brzmienie instrumentów akustycznych. A muzyka elektroniczna otworzyła przede mną zupełnie nowe terytoria. 

Pokochałem pracę w studiu, to siedzenie przed monitorami, wytężanie i ćwiczenie słuchu. Teraz najbardziej interesuje mnie przestrzeń między akustyką a elektroniką. To, co można osiągnąć przetwarzając brzmienie akustyczne i w jaki sposób stworzyć hybrydę maszyny, człowieka i instrumentu.

Coś podobnego robisz na Train Spotterze, gdzie kompozycje zaczęły się od nagrań terenowych z Warszawy, które później mozolnie przetwarzałeś w studiu, jest na niej też klarnet.

Train Spotter jest dobrym przykładem na to, jak teraz myślę o swoich solowych występach. To, co gram na żywo, bardzo mocno koresponduje z tym, jak ta płyta brzmi na żywo. Wiadomo, jest bardziej dziko na koncertach, nie jestem ograniczony do formatu płyty, ale brzmieniowo i pod kątem hybrydowosci, Train Spotter jest najbliżej tego, co mnie obecnie interesuje.

Niezwykle transowa jest nowy album z Shackletonem. Skąd pomysł, żeby do duetu doprosić wokalistę, Siddhartę Belmannu?

Sam napisał teksty. Chcieliśmy nadać im formę muzyczną, bo były dla nas inspirujące i piękne. Zostały przełtumaczone na język kannada, śpiewa je Siddharta Belmannu. Wysłaliśmy mu melodie, natomiast to w jaki sposób je zinterpretował przeszło nasze oczekiwanie. Zachwycił nas jego śpiew, jego frazowanie i to jak nasze melodie zabrzmiały w hinduskiej estetyce ornamentacji. Nawiasem mówiąc, Siddharta jest muzykiem hindustani, choć mieszka w Bangalore. To genialny wokalista, który występuje po całych Indiach. Myślę, że za chwilę będzie o nim głośno na cały świecie.

Jak na niego trafiliście?

Giridhar, mój przyjaciel z Saagary, który jest jednym z najwybitniejszych muzyków swojego pokolenia w Indiach, zna wszystkich i grał ze wszystkimi i to on polecił mi Siddharthę. Osobiście z Siddhartą jeszcze się nie spotkaliśmy, nasza praca na razie jest całkowicie zdalna. 

A z Holdenem coś planujesz kolejne albumy?

Zeszłego lata nagraliśmy nowy materiał, na którym musimy jeszcze trochę popracować. Mamy sześć kompozycji, czyli materiał na album. James wydał teraz swoją solową płytę, jest z nią w trasie, więc na wspólny album musi trochę poczekać. 

Jak łatwo ci się przeskakuje między współpracami?

Bardzo łatwo, co jest pokłosiem lat grania free jazzu. Grałem z wieloma ludźmi, w rozmaitych konfiguracjach. Często bywało tak, że nawet nie mieliśmy próby, tylko szliśmy na obiad, a potem od razu wchodziliśmy na scenę. Pierwsze dźwięki, które razem wydobywaliśmy były już na scenie. To już część mojej rutyny pracy, żeby odnajdywać się w każdej rzeczywistości muzycznej. Do tego studiowanie różnych rzeczy od klasyki oraz granie z różnymi muzykami jazzowymi, którzy wywodzili się z różnych tradycji. Tak mnie to ukształtowało, że elastyczność jest częścią mojej praktyki.

Teraz za to dużo lepiej wiem, jaką muzykę chcę grać i z jakimi muzykami chcę to robić. James i Sam to jedni z nich.

Czy teraz więcej planujesz?

Tak, bardziej planuję swoje aktywności. Życie jest dosyć krótkie i chcę po prostu robić takie rzeczy, które mają dla mnie w 100% znaczenie i są tym, co chcę powiedzieć. To założenie sprawia, że muszę się ograniczać. 

Wcześniej zdarzało się, że robiłeś rzeczy, do których nie byłeś przekonany?

Nie ma takiego materiału, co do którego w momencie wydania nie byłem przekonany w 100%. Natomiast dzisiaj nie byłbym w stanie funkcjonować w takim chaosie jak kiedyś. Wtedy tego potrzebowałem, żeby angażować się w dużo różnych rzeczy, a dzisiaj czuję, że jestem innym człowiekiem, inne rzeczy mnie interesują.

To nawiązanie do tego, co mówiłem wcześniej, że nie ma powrotów. Podpisuję się jednak pod każdym projektem, choć z perspektywy czasu słyszę, że miks mógł być inny albo niektóre utwory mógłbym rozwinąć inaczej. Jednak było to najlepsze, co w tamtym momencie mogłem zrobić. To zapiski z etapów mojego życia.


poniedziałek, 26 czerwca 2023

Dźwięki Beludżystanu


Ciekawie plotą się losy instrumentów. Dziecięca zabawka z Japonii stała się ważnym instrumentem w muzyce Beludżystanu, regionu położonego po drugiej stronie Azji. Jego wirtuoz stał się światową sensacją

Benju - tak nazywa się ten instrument - to rodzaj klawiszowej cytry. Wywodzi się z taishōgoto, zabawkowego instrumenty wynalezionego na początku XX wieku. Stosunkowo prosta w obsłudze cytra dotarła najpierw do kontynentalnej Azji Wschodniej, stamtąd do Pendżabu, gdzie do dziś jest używana pod nazwą Bulbul tarang (co oznacza dosłownie fale słowików w nawiązaniu do wysokiego, przypominającego ptasi trel brzmienia). Z Pendżabu do Beludżystanu, pogranicza Pakistanu, Iranu i Afganistanu jest już stosunkowo niedaleko. I tak taishōgoto trafiła na wybrzeże Makranu nad Oceanem Indyjskim, gdzie urosła do metra długości, dostała dodatkowe struny i nową nazwę. 

Spodobała się muzykom ludowym, zawsze otwartym na nowinki i jako benju zajęła ważne miejsce w lokalnej muzyce. Najnowszą sławę benju przyniósł Ustad Noor Bakshsh, muzyk znany w całym regionie. Ustad, czyli mistrz, nie ma większego wyróżnienia w południowoazjatyckiej kulturze muzycznej. Bakshsh poza Pakistanem zyskał rozpoznawalność dzięki mediom społecznościowym, gdzie pojawiały się fragmenty jego koncertów. Po ich zobaczeniu, do Pasni, miasteczka niepodal irańskiej granicy, wybrał się Daniyal Ahmed, pakistański muzykolog i tam właśnie, w rodzinnych stronach Bakshsha powstała Jungul.

Beludżystan jest regionem nie tylko pogranicza, ale skrzyżowania szlaków handlowych. W tamtejszej muzyce i kulturze współistnieją elementy arabskie, indyjskie, perskie, kurdyjskie, turkmeńskie, wschodnioafrykańskie. Położenie wybrzeża Makran między Zatoką Omańską, Morzem Arabskim a Indiami sprawia, że od tysięcy lat jest to węzeł, w którym spotykają się kultury z prawie całej Eurazji. I to słychać w muzyce Bakhsha. Gra melodie kurdyjskie, gra perskie, sięga po indyjskie ragi, rytmy przypominają tanzański taarab. Benju w jego rękach - zelektryfikowane przez samego muzyka, który znalazł odpowiednio mały wzmacniacz na targu w Karaczi - zmienia się w wirtuozowski instrument. czasem przywodzi na myśl mandolinę, czasem Bakshsh gra, jakby był Tuaregiem, jak w utworze tytułowym. Czasem gra, jakby śpiewał, jak w Manj. Wysokie dźwięki benju są słodkie niczym miód, słychać jego zabawkowe pochodzenie, ale jest tu i śpiew ptaków, i góry, i morze. Jest i zwykła radość z grania, radość dzielenia się pięknem.

Ustad Noor Bakhsh zagra 4 lipca w Pardon, To Tu. Będzie to pierwszy koncert artysty w Polsce. Bilety jeszcze są.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Surowa czy przetworzona?

To pytanie zadają sobie chyba wszyscy związani z polską muzyką (około)tradycyjną. Jak podchodzić do tradycji, by nie zginęła w dzisiejszym świecie i nie straciła swojego charakteru? Odpowiedzi na nie są różne, często wzdłuż nich przebiegają podziały środowiskowe. Polskie folk i tradycja miały w ostatnich trzydziestu latach swoje wzloty i upadki, ale dzisiaj muzyka wywodząca się z tradycji to najciekawszy nurt w polskiej muzyce. 

O tym wszystkim przez pryzmat paszportów Polityki piszę w rocznicowym wydaniu"Niezbędnika Inteligenta" poświęconego 30 latom tej nagrody.

czwartek, 17 listopada 2022

Punk, muzyka wiejska i dryfujące Odpoczno

Długo trzeba było czekać na następczynię intrygującego debiutu Odpoczna, zespołu, który czerpie z muzyki opoczyńskiej, środkowopolskiej i na tej bazie buduje wypowiedź całkowicie autorską. Pandemia to oczywiście tylko jedna z przyczyn, wcale nie najważniejsza. Odejście wokalistki Joanny Gancarczyk wstrząsnęło zespołem, który musiał wymyślić się na nowo.

piątek, 28 października 2022

Do upadłego

Jak prawie każdy mieszczuch, Paweł Klimczak do inspiracji polską muzyka wiejską doszedł pokrętną ścieżką. Zaczął od fascynacji metalem, potem przyszedł rap, a z nim jazz i muzyka elektroniczna. Od jazzu niedaleko do muzyki afrykańskiej – afrobeatu, highlife'u. To wszystko słychać na Naphta & the Shamans z 2018 roku. Z Michałem Szczepańcem daje upust zajawce na sci-fi i Japonię w Gaijin Blues, w duecie samplują japoński folk i budują z niego własną opowieść. Dopiero po tych wszystkich wojażach, Paweł poszedł w stronę samplowania archiwalnych nagrań muzyki wiejskiej i robienia z niej współczesnej, dystopijnej, może trochę futurystycznej muzyki. Taka była EP Dom strawiło nowe otwarcie Naphty.

Ta droga jest bardzo typowa. Żeby docenić to, co jest za miedzą, pod ręką, często trzeba zjeździć cały świat. Tak narodziła się polska scena folkowa – muzycy zaczynali od wykonywania muzyki irlandzkiej, bałkańskiej czy andyjskiej, by dopiero później zwrócić się w stronę polskiej wsi. Tak też robili niektórzy incrudowcy, jak Janusz Prusinowski. Taką drogę – choć wiodła przez Bałkany, Sahel, Iran – mam za sobą. Po prostu po przesłuchaniu kilkuset płyt z muzyką tradycyjną lub odnoszącą się do niej, zacząłem zastanawiać się, czy i u nas nie można tak grać, gdzie podziała się polska tradycja. Ten brak popularności czy nawet obecności muzyki odnoszącej się do tradycji w mediach niespecjalistycznych to temat na niejeden tekst.

Ani Żałość, ani Dom strawiło nie powstałyby w takim kształcie, gdyby nie trwający od kilku lat zwrot ludowy w historiografii i literaturze, porównywalny z tym, co dzieje się w społeczeństwach postkolonialnych. Adam Leszczyński zainspirowany Howardem Zinnem spojrzał na historię Polski przez pryzmat klas niższych i pracujących, Radosław Rak głównym bohaterem swojej baśniowo-fantastycznej powieści uczynił Jakuba Szelę i krzywdy mu wyrządzone przez pana. Łukasz Kozak opisał upiory jako w zasadzie ofiary nieludzkiego systemu. Systemu, który stoi w centrum Chamstwa Kacpra Pobłockiego – absolutnej i niepodważalnej władzy ojców, głów rodzin – tych „nuklearnych” i tych bardziej symbolicznych, klanowych, wiejskich i pańskich. Systemu, który opierał się na przemocy, na groźbie jej użycia oraz ojcowskiej łasce. Systemu, który ciąży nad polską do dziś. Wiem, że to wszystko oczywistości, ale bez nich nie da się zrozumieć Żałości.

Żałość, żałoba, żal. Duchota, ucisk, od którego ucieczką jest tylko taniec. Do upadłego, do wycieńczenia, opadnięcia z sił. Taniec, w którym trzeba się zatracić, bo tylko tak można zapomnieć o upodleniu, o szubienicach, o kieracie, o bezsensownej pracy w korporacji, niskiej pensji, szefie-psychopacie. Tak, muzyka klubowa spełnia podobną rolę, co kiedyś oberki i mazurki, wirujące, rozciągające czas. Klimczak grzebie w tym wszystkim, do pewnego stopnia wciela się w rolę wiejskiego muzykanta, wywleka na wierzch brudy, echa tej przemocy, bo tylko tak można poradzić sobie z traumą. Gościnne występy Zosi Hołubowskiej, która jako Mala Herba odgrywa rolę współczesnej szeptuchy, wiedźmy po prostu, przypominają o rządzącej wiejskim życiem innej niż współczesna racjonalności. Jej głos jest hipnotyczny niczym zaśpiewany rusałek i podobnie zwodniczy. 

Klimczak nie romantyzuje wiejskiego życia, stara się spojrzeć na wielopokoleniowe, nawarstwione traumy, dać podstawę do katharsis. Żałość stoi tu w jednym szeregu, co Kust i Diabelskie skrzypce, ale również jest krokiem do „odzachodnienia” polskiej muzyki tanecznej. Podobnie jak Niewte, inny zespół należący do środowiska Radykalnej Kultury Polskiej, Naphta zderza muzykę klubową i wiejską, widzi ich wspólną funkcję. To samo dzieje się na pozostałych wydawnictwach Tańców, jednoosobowej, prowadzonej przez Łukasza Warnę-Wiesławskiego oficyny, w której ukazały się Żałość i Dom strawiło. Radykalne samplowanie, przetwarzanie muzyki wiejskiej nie powinno dziś szokować, w końcu minęło prawie 30 lat od Oj Dadana Ciechowskiego. Cięcie i zestawianie na nowo archiwalnych nagrań może szokować tylko największych ortodoksów. Zresztą, szokowanie nie jest celem Pawła. Żałość jest kolejnym głosem w budowaniu nowej opowieści o Polsce (i „Polszcze” Pobłockiego), opartej na pamięci o kulturze wiejskiej ze wszystkimi jej jasnymi i ciemnymi stronami, bez przemilczeń. 

Gdy spojrzeć na Żałość, Tańce, Radykalną Kulturę Polską z szerszej, globalnej perspektywy, na spór o historię Polski, nowe narracje, które wychodzą na wierzch, widać wyraźnie, że to część większego ruchu obejmującego właściwie wszystkie kontynenty. To sprzeciw wobec zapatrzonego w siebie centrum, odrzucenie hierarchii, która stawia Londyn i Nowy Jork wyżej od Warszawy, Dakaru, Buenos Aires, Bangkoku, Tangeru czy Kijowa. To głos na rzecz wielobiegunowości, odzyskiwania podmiotowości – podobnie jak podmiotowość po wiekach niewoli odzyskali pańszyźniacy – na własnych zasadach. 

czwartek, 4 sierpnia 2022

Podwójne pogranicze


Bastarda i Sutari (tym razem w duecie) spotkali się, by na dwusetlecie Ballad i Romansów Mickewicza dotrzeć do tych samych źródeł, co poeta - tekstów z pogranicza polsko-litewsko-białoruskiego.Tylko nie przewidzieli, że świat się tak bardzo zmieni i przyspieszy.

Pogranicze to zawsze fascynujące miejsce. Nie dzieli jak granica, ale łączy. Mieszają się w nim języki, religie, melodie, zwyczaje. Pogranicze pozwala dostrzec Innego, spotkać się z nim. To na pograniczach, na styku dzieją się rzeczy najciekawsze, wykuwa się nowa jakość. To na pograniczach gatunków działa Bastarda, na pograniczu (tym dosłownym i metaforycznym) działają Sutari. Do ich spotkania musiało kiedyś dojść. Tym bardziej, że Bastarda z podobną dezynwoltura i swobodą traktuje źródła swojej muzyki, co Sutari muzykę tradycyjną. Od Nigunów coraz odważniej szli w stronę muzyki ludowej i za każdym razem przefiltrowywali ją przez swoją wrażliwość.

Przez te pięć lat grania Bastarda tak dobrze wypracowała swój muzyczny język, że nie sposób pomylić jej z niczym innym. Tamoj zaczyna się dobrze znanymi długimi, pociągłymi, przestrzennymi frazami. Zaraz do nich dołączają głosy Kasi Kapeli i Basi Songin, razem z kanklami, skrzypcami i już wiadomo, że to dialog idealny. Podwójne pogranicze. Mickiewicza nie zostało nic, są teksty tradycyjne, teksty napisane specjalnie przez Sutari, jest sięganie po melodie ludowe i ich twórcze przetwarzanie.

Pogranicze to miejsce, które od zeszłego roku kojarzy się jednoznacznie. W lasach i na bagnach umierają ludzie, którzy dostali się w kleszcze nieludzkiej, niehumanitarnej polityki. Traktowani jak pionki i jak pionki zbywalnie, nieważni. Ten kontekst - ciągle trwającej tragedii na konkretnym, namacalnym pograniczu - był nie do uniknięcia. I Sutari, i Bastarda są zespołami, którym sprawy społeczne nie są obojętne. Osią albumu są dwa utwory - Granica / Pasienio / Hranicia i Wojenka (z bezpośrednimi odniesieniami do wojny w Ukrainie, choć wybrany jeszcze przed rosyjską inwazją), mocne również muzycznie, jazgotliwe, z echami metalu, odgrywaniem syren alarmowych, imitacjami eksplozji. Pełne niepokoju, napięcia, tego całego chaosu, który rozgrywa się obecnie na pograniczu. 

Temat rozdzielenia pojawia się też w najlepszych na całym albumie Sadach. W Skuduciai nawiązują do Księżyca, ale to może po prostu podobna wrażliwość. trochę naiwna, trochę baśniowa, podszyta mrokiem. A jednak dość przekornie kończą Tamoj quasi-kołysanką Nim świt nastanie. Noc nie jest zagrożeniem, daje wytchnienie, zapomnienie od codziennej niedoli i bólu.

czwartek, 23 czerwca 2022

MIT0L0GIE

Czy to najbardziej międzynarodowy album roku? Niewykluczone. Chwilowo "osierocony" Rss B0y 1, tajemniczy założyciel tajemniczego "duetu" Rss B0ys na swój solowy debiut zaprosił muzyków z Iranu, Japonii, Malezji, Włoch i Polski. A może nawet jeszcze z innych krajów, bo część współpracowników wybrała anonimowość. W tym towarzystwie zgłębia moc starych mitów i narodziny nowych mitologii. 

W Soundrive piszę o MYTH0L0GY RSS B0Y 1.

Łatwiej mi...

fot. Piotr Baczewski//Muzyka Zakorzeniona

Zacznijmy od tego, że jestem osobą z zewnątrz. Nie chodziłem do Domów Tańca, nie jeździłem na Tabory ani do Kazimierza Dolnego. O muzyce wywodzącej się z tradycji piszę już ponad 10 lat, od trzech także na tych łamach, w Radiowym Centrum Kultury Ludowej. Tak, piszę przede wszystkim o muzyce niepolskiej. Zastanawiałem się ostatnio, dlaczego tak jest.

środa, 15 czerwca 2022

Na obrzeżach x Radio Kapitał 15 VI 2022


Przeszłość w teraźniejszości, teraźniejszość w przeszłości. Mity i ich echa, mistyczna miłość, tradycja przefiltrowana przez nowoczesność. Od muzyki zbudowanej wokół stuletnich egipskich nagrań przez "retellingi" mitów i flamenco heterdoxo po futurystyczny po zanurzony w greckiej tragedii.

Nancy Mounir - Baad El Esha (with Mounira El Mahdeya)
Nancy Mounur - Gannentini (with Zaki Mourad)
Bastarda & Holland Baroque - Media vita
Bastarda & Holland Baroque - Orewoet
Perrate - Si algún día (seguiriyas del Nitri, La Cherna y José de Paula)
RSS B0Y 1 - WIND AND HAMMER (FEAT. WACŁAW ZIMPEL)
RSS B0Y 1 - B0W AND ARR0W (FEAT. ARASH BOLOURI)
Marina Satti - Kritiko

sobota, 30 października 2021

Koniec i początek


Czy Bastarda zdolna jest do potknięć? Chyba nie. Dopiero co na wiosnę nagrali poruszający album z interpretacjami fado z Joao de Sousą. Daleko wyszli na nim ze swojej strefy komfortu, ale też dostosowali portugalskie klasyki do swojego charakterystycznego instrumentarium. Z fenomenalnym efektem, a przecież ich dwie poprzednie płyty nie były gorsze.

Nieledwie chwilę później Paweł Szamburski na podstawie ludowego materiału stworzył solową opowieść o odwiecznym, zaklętym cyklu życia, Uroborosa wiecznie zjadającego swój ogon, bo w każdym momencie jest teraźniejszość, przyszłość i przeszłość. Znów strzał w samo sedno,wzruszająca muzyka. Bastardowy Kołowrót jest niejako rozwinięciem tego pomysłu, tylko w szerszym i węższym zakresie jednocześnie. To już nie cykl ludzkiego życia, lecz odwieczny cykl pór roku, rządzący ludzkimi społecznościami. Z pomocą specjalistów z RCKL Bastardzi wybrali pieśni obrzędowe, zaaranżowali je po swojemu i nagrali z udziałem chóru SWPS.

To drugi po Fado projekt, w którym Bastarda tak odważnie pracuje z głosem. Wcześniej pojawiał się incydentalnie - na Ars moriendi przeszywająca zaśpiewała Olga Mysłowska, na Nigunim pojawił się na samym końcu chór Grochów. Wydaje się, że to ostatnie spotkanie utwierdziło trio w przekonaniu, że praca z wieloosobowym zespołem to dla nich dobra droga. I tak dotarliśmy do Kołowrotu.

Amatorski chór studencki okazał się kolejnym idealnym partnerem dla Bastardy. Nie ma w ich śpiewie klasycznego bel canto ani zadęcia, świetnie odnajdują się w bastardowej koncepcji. A ta zaczyna się Wiosną, od śpiewu ptaków, który przeistacza się w - by tak rzec - klasyczne granie tria. Michał Górczyński buduje basową podstawę, Szamburski prowadzi melodią, a Tomasz Pokrzywiński meandruje między nimi oboma. Chór natomiast wokalizuje, podąża za triem, nie przechwytuje inicjatywy. Prosty zabieg, ale jak najbardziej udany. Jest w Wiośnie słowiańska melancholia, zamglone, zimne poranki, pierwsze przebiśniegi, budząca się z letargu przyroda. Lato to ekstaza życia, rozkwit wegetacji, długie, gorące dni, palące sierpniowe słońce i żniwa. W Lecie pojawiają pierwsze słowa, to dożynkowa pieśń. A skoro dożynki, to i zabawy. I tak ten utwór rozwija się w formę wirującego, transowego paraoberka - Pokrzywiński na wiolonczeli odtwarza brzmienie wiejskich basów, a klarneciści grają coraz bardziej intensywnie. Jesienią nie zaczyna się picie w knajpach, ale powolne zasypianie natury. Dni stają się coraz krótsze, liście żółcieją, świat szykuje się do zimowego spowolnienia, ale wybucha jeszcze ostatnim, nieledwie przedśmiertnym bogactwem kolorów. I wreszcie Zima, spokojna, ale i niebezpieczna, zasypana śniegiem, pełna cichych lasów i wymarłych pól, po których od czasu do czasu przemknie sarna. Zima jest najmroczniejsza, w końcu to okres, w którym noc wygrywa z dniem, śmierć starego roku, ale koniec jest początkiem - znów słyszymy ptaki, które niosą nadzieję.

środa, 27 października 2021

Dogmaty Msylmy

MSYLMA porusza się na granicy jawy i snu, na granicy teraźniejszości, przeszłości i przyszłości. Śpiewa w klasycznym arabskim, ale swój głos przetwarza na rozmaite sposoby, momentami nawet go dehumanizuje, czasem go multiplikuje, dodaje drugi, kobiecy głos, wymykając się binarności płci. Czaruje swoim głosem, przypomina i muezzina nawołującego do modlitw, jak i soulową diwę. Teksty znów odwołują się do przedislamskiej poezji, MSYLMA śpiewa o miłości, która jednocześnie spala i jest impulsem do zmiany. O stracie, która jest powodem do wątpienia w siebie. O stracie, z której nie można się otrząsnąć, a jednak trzeba ją zapomnieć, by żyć dalej. Odnosi się i do wiary, religii, mitologii, tworzy wielopoziomowe obrazy i metafory.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej pisze o wspólnym albumie MSYLMY i Ismaela. O debiucie tego pierwszego pisałem tutaj. 

wtorek, 21 września 2021

W 45 minut dookoła roku

 

"Rośnie środowisko Radykalnej Kultury Polskiej. To dobrze, świetnie wręcz, bo jest to najciekawsza obecnie inicjatywa podejmująca dialog z muzyką i kulturą tradycyjną. Nadal niewielka, ale bardzo prężna. Właśnie dołączył do niej albumowo Kust, sekstet wymykający się łatwemu szufladkowaniu." - w Radiowym Centrum Kultury Ludowej znajdziecie moją recenzję fenomenalnego debiutu Kustu.

wtorek, 17 sierpnia 2021

Pod liliowym niebem

"Wieczorne ragi najlepiej wykonywać między zmierzchem a północą. Pomagają się skupić i uporządkować umysł przed snem. I tak jest też w przypadku „Under the Lilac Sky”. Mimo swej wielowarstwowości i skomplikowania ambientowe ragi Jain wyciszają i oczyszczają umysł z nadmiaru bodźców. Taka kuracja przydaje się nie tylko przed zaśnięciem."

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o debiucie Arushi Jain.