Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwale. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2026

(Nowa) tradycja i (stara) awangarda

Jonny Nash i Tomo Katsurada; materiały Ośrodka Inicjatyw Twórczych Rozdroża / festiwalu Kody

Od dawna nie miałem takiego combo. Dwa festiwale tydzień po tygodniu (plus na deser koncert Jacka White’a, który był zupełnie z innej bajki). Najpierw Nowa Tradycja, a zaraz potem Kody w Lublinie. Festiwale w tym roku podobniejsze do siebie niż zwykle.

Najoczywistszymi punktami stycznymi między obiema imprezami były powtarzające się koncerty. WCIAS w Warszawie zagrali dwukrotnie, za każdym razem krótko; w Lublinie, przy okazji swojej premiery swojej piątej płyty Wiwaty (o której więcej już niedługo, obiecuję) – pełnowymiarowy koncert. Wspaniałe jest ich to nowe, dronowe i skupione oblicze. Równie zachwycające były oba występy Jonny’ego Nasha i Tomo Katsurady. Marzycielskie, pełne kolorów, po prostu ładne i tej ładności nie wstydzące się. Pięknie się obaj uzupełniają, słychać w ich graniu wzajemne zrozumienie i przyjaźń. Mógłbym chodzić na takie koncerty co tydzień.

Oba festiwale łączy także odważne podejście do tradycji. Oba zresztą mają wpisane w swojej nazwy. Różnią się przede wszystkim tym, że Nowa Tradycja to przede wszystkim przegląd sceny poszukującego folku. Jak zatem ona wygląda w 2026 roku, jaki był konkurs? Poziom był solidny, ale nie było tak spektakularnie, jak przed rokiem czy dwoma laty. Grand Prix dla Karoliny Matuszkiewicz mnie trochę rozczarowało, ale też rozumiem taką decyzję jury. Na pewno nie miałbym tych wątpliwości, gdyby przez cały konkursowy występ towarzyszył jej Arad Emamgholi. Jego obecność i niesamowita gra na dafie dodawały grze Matuszkiewicz żywiołowości i oryginalności. Moi faworyci, WCIAS zajęli trzecie miejsce. Całkowitym zaskoczeniem był polsko-irański duet ZYEM i choć słychać było, że są na początku, to zasłużenie dostali II nagrodę, a ja nie mogę się doczekać, co z tego dalej wyjdzie. Oby zabrali się do roboty szybciej niż Suferi, którzy każą czekać na swój debiut już ponad dwa lata. Michał Fetler trzeci raz brał udział w konkursie i trzecie wrócił z nagrodą, II za Ucztę. Chyba rozgryzł, jak dotrzeć do jury, a sam zespół i pomysł na niego są bardzo fajne, ale do legendarnego już Polmuzu sporo brakuje (ostatnio sobie włączyłem ich album, potwór, nie płyta). Tyle o głównych nagrodach.

Liczyłem na wyróżnienie dla Olgierda Dokalskiego, którego solowy materiał ma w sobie coś (nawet wiem, co: frazowanie i specyficzny pogłos) z soundtracku do Disco Elysium, ale nie tylko dlatego mnie tak ujął. To – znów do tego wracam – piękne granie, z ciekawą narracją. Wykracza poza folk, idzie w stronę podbitego jazzem ambientu. Jedyne, co można by poprawić to jeszcze mocniej zszyć utwory na koncercie, nie robić między nimi przerw. Płyta Preludes to the Universe nadchodzi i warto na nią czekać. Inny z moich konkursowych faworytów, Paweł Płoskoń, o którym zapisałem sobie w notatkach, że widziałbym go w kościele podczas Le Guess Who?, dostał nagrodę Niemena za oryginalność. Z kolei przy debiutującym duecie Etersoul zapisałem sobie, że to marzycielskie i liryczne granie, a gra gitarzysty odwołuje się do Rogińskiego i jak się okazało, nie myliłem się. Będę obserwował. To może czas na podsumowanie, zanim przejdę do pozakonkursowych koncertów.

Scena folkowa ma się dobrze – ale nie tak dobrze, jak twierdzi patrzący z zewnątrz Darek Mazzone (choć takie słowa otuchy zawsze robią dobrze) – i możliwe, że widać pierwsze oznaki nadchodzącego przesilenia. Po pierwsze, jest ona nieduża i niezauważana poza „środowiskiem” i przyległościami. Co chyba najlepiej podkreśla fakt, że jedną ogólnopolską anteną Polskiego Radia nieobecną podczas Nowej Tradycji jest Trójka (co działa też w drugą stronę, na debacie o Młodym Polskim Jazzie zabrakło autorów trójkowej audycji o tej nazwie) i że Lutosławski podczas przesłuchań był raczej pusty niż pełny. Na biletowanych koncertach było tylko niewiele lepiej. Po drugie, większość stający w szranki to weterani, a nie debiutanci; wygi prezentujące nowe projekty (nawet i fantastycznie przemyślane), a nie młodziaki chcące wywrócić scenę do góry nogami. Po trzecie, festiwalowi po raz drugi towarzyszyła konferencja „branżowa” z gośćmi z zagranicy (w tym z bookerami), a niewielu muzyków się na nią pofatygowało. To świadczy o braku profesjonalizacji sceny – o ile sami muzycy są zjawiskowi, brakuje otoczki, która pomoże im się wybić: managerów, agentów, prowców. To wszystko są problemy, nad którymi trzeba się zastanowić i spróbować je jakoś rozwiązać, zanim będzie za późno.

A teraz koncerty niekonkursowe. Yalla Miku swoją punkową energią bardziej pasowaliby na odbywające się w tym samym czasie urodziny Ady niż do pełnego naturalnego pogłosu Lutosławskiego, gdzie muzyka z tak mocną sekcją rytmiczną zlewa się w magmę (no i mogliby też pomyśleć, czy wszystkie teksty o koledze z Erytrei są na miejscu). Muzyka Gór była zbyt – o ironio – zbyt wygładzona, ale to też chyba immanentna cecha podobnych projektów łączących różne tradycje. Podobno w Ambasadzie Muzyki Tradycyjnej pokazali na co ich naprawdę stać. Ryzykowany pomysł zestawienia bliźniaczych składów Oberkas Travel i Tercetu Imperial (ci pierwsi grali jako laureaci Folkowego Fonogramu Roku, ci drudzy jako zeszłoroczni zwycięzcy Nowej Tradycji. To też pokazuje niewielkość sceny), okazał się trafieniem w dziesiątkę i dowodem na pojemność oberków (a w Dwutygodniku szerzej piszę o obu składach i trójdzielnej odysei Jana Młynarskiego i Piotra Zabrodzkiego). Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie koncert Justyny Jary i jej Aleganckiej Kapeli z nowymi, lekko podbarwionymi punkiem podwórkowymi balladami.

W zaskoczenia obfitowały Kody, festiwal, który – choć programowo zupełnie inny – wypełnia pustkę po białostockim Halfwayu. Czyli kameralny, z bardzo silnym rysem kuratorskim, bezkompromisowy. A do tego wzorem LGW?, Unsoundu czy Sacrum Profanum zamawiający specjalne projekty. Zresztą, można go umiejscowić gdzieś w tym właśnie trójkącie. Tegoroczna edycja zapowiadała się mniej spektakularnie niż zeszłoroczna, ale była równie – a można nawet bardziej – ciekawa.

Jednym z tych specjalnych koncertów było 100 000 polsk Mai Miro, Piotra Gwadery, Pawła Iwana i Ryszarda Lubienieckiego w lekki, bezpretensjonalny i przystępny sposób reinterpretujący najstarsze polski ze szwedzkich archiwów. Polski, czyli szwedzki taniec narodowy, który przywędrował na północ Bałtyku z – you guessed it – Polski. Nie tylko ukradli pół kraju podczas potopu, ale jeszcze zawłaszczyli taniec, a tacy niby progresywni w tym Sztokholmie. Ciekawy skład – zmodyfikowany dżaz, cymbały, różne flety i portatyw organowy – sprawił, że była to muzyka idealnie oddająca podtytuł festiwalu, rozpięta między tradycją a awangardą, folkiem i wykonawstwem historyczny. Zagrali bez nadęcia, czuło się radość kwartetu bijącą ze sceny. Na przyszły rok zapowiadają album. Koncertem... Spektaklem muzycznym bez zadęcia był środowy Orlando – A Melancholic Portrait Francuzów z La Tempete. Oni połączyli barok z powieścią Virginii Wolf, saksofonem barytonowym, performatywnym czytaniem, gitarami elektrycznymi. Wyszło tak, że nie było widać szwów. Typowa francuska lekka intelektualna rozrywka. Do takiego teatru mógłbym chodzić.

Gruzem z rozdrapywanych własnych i pokoleniowych traum rzucała ze sceny Alejandra Cardenas czyli Ale Hop. Porzuciła pseudonim, by wreszcie opowiedzieć o sobie, dorastaniu w Peru w czasach dyktatury Fujimoriego i wojny domowej ze Świetlistym Szlakiem. Jestem po niedawnej lekturze kilku peruwiańskich pozycji z katalogu ArtRage (ale Czerwony kwiecień Santiago Roncagliolo ciągle przede mną) i dzięki temu lepiej zrozumiałem, co Alejandra chce przekazać tą ścianą dźwięku, wwiercającą się we flaki, skąd ten wściekły hałas. Nie udało mi się zrozumieć, po co tak gruzują Norwedzy z Supersilent. Wymęczył mnie i znudził ten koncert. Przypomniał mi też słowa Orena Ambarchiego z zeszłorocznego wywiadu, że on już przestaje czasem rozumieć, po co jego koledzy ciągle tak hałasują, że to się staje banalne. Jenny Hval piękne piosenki przeplatała wątpliwej jakości konferansjerko-performance’em pt. „jestem dziwaczną Skandynawką”. Z akademickiej awangardy widziałem w całości tylko Hashtag Ensemble i Flow Unit grający utwory Egidiji Medekšaitė. Hipnotyczne, ale ja tam nie słyszałem zapowiadanych inspiracji Indiami.

Trochę niespodziewanie dla mnie najmocniejszym dniem okazała się niedziela. Zdążyłem tylko na końcówkę monumentalnego koncertu poświęconego Mortonowi Feldmanowi i bardzo żałuję. Przepięknie zagrała Elori Saxl, miksując przetworzone nagrania terenowe z dronami, syntezatorowymi plamami i czasem tanecznym bitem. Wyszło z tego wciągające ambient techno. Świetnym pomysłem było danie jej zagrać w muszli koncertowej w Ogrodzie Saskim, gdzie dźwięki miasta przenikały do muzyki, wchodziły z nią w dialog. Na zakończenie festiwalu zaśpiewała Antonina Nowacka i nie wyobrażam sobie lepiej dobranej artystki do takiego zadania. Było to doświadczenie mistyczne. W przeciwieństwie do występującej dzień wcześniej Japonki Hatis Noit, Antonina nie korzysta z loopów, a jedynie z naturalnego pogłosu przestrzeni. Jej występ wydał się dużo bogatszy, dużo bardziej zniuansowany. Przez 40 minut Nowacka hipnotyzowała swoim głosem, stworzyła własny, osobny, dźwiękowy świat. Jakby przybyła z nieznanej nikomu innemu kultury. Znów wiele od siebie dało otoczenie. W pewnym momencie ptaki ucichły, by jej słuchać. Oczywiście, nie chcę powiedzieć, że występ Hatis Noti był rozczarowaniem, absolutnie nie. Po prostu przy wyczynie Antoniny blednie wszystko.

Na Kodach akademicka awangarda zderza się nie tylko z (nową) tradycją. To spotkanie całego spektrum gatunków. Kurator Grzegorz Paluch swoje sieci rzuca bardzo szeroko, zawsze stara się zaskoczyć zestawiając jednego dnia bardzo różnych wykonawców. Do tego zawsze przyjazny Lublin. Mógł (i powinien) to być festiwal, na który zjeżdża cała muzyczna Polska, samograj przyciągający słuchaczki z różnych muzycznych światów. Można na nim poszerzyć horyzonty, nawet jeśli nie każdy koncert przypadnie do gustu. Nie może jednak – i to kolejna cecha wspólna z Nową Tradycją – przebić się do szerszej świadomości. Nie popełnijcie tego błędu i rezerwujcie ostatni tydzień maja 2027 w Lublinie, dajcie się zaskoczyć i zachwycić.

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Więcej odwagi



Wróciłem z Next Fest, chyba nie tylko duchowego następcy Spring Breaka. Na poprzednie wcielenie poznańskiego showcase'u nie trafiłem, więc porównywać ich nie będę. Trochę przemyśleń mam, trochę ponarzekam – ale mam nadzieję, że nie przesadnie.

Do rozkopanego Poznania dotelepałem się w czwartkowy wieczór na tyle późno, że na żadne koncerty nie dotarłem. A, jak widzę po relacjach, był to najmocniejszy repertuarowo dzień festiwalu. No cóż, obiecuję poprawić się w przyszłym roku.

Jako się rzekło, Poznań cały w remoncie, zasieki poustawiane chyba na każdej ulicy w centrum, tramwaje omijają je szerokim łukiem. W zasadzie można poruszać się tylko pieszo, uważając na płoty, dziury i nierówności. Stuknęło mi 42 tysiące kroków w dwa dni. Czasem robionych niepotrzebnie, bo w piątek wyszedłem z koncertu Kamila Husseina (nie jakiegoś specjalnie wybitnego czy zajmującego, zresztą do tej kwestii zaraz wrócę) w Tamie, by potem czekać pół godziny w kolejce do Blue Note, gdzie zdążyłem obejrzeć pięć minut Jazxing. Może to i lepiej, że tylko to tyle, bo ich propozycja zupełnie do mnie nie trafiła. Dużo lepiej wypadły następnego dnia Jeże Orueńskie poruszające się w podobnych, lekko jazzowych, lekko tanecznych, wodotryskowych klimatach.

Nie widziałem tak dużo koncertów, jak bym chciał. Trochę dziwnie organizatorzy skonstruowali czasówkę scen. Jest ich chyba z 15, ale na każdej maksymalnie cztery koncerty. Trudno zobaczyć więcej niż kilka występów jednego dnia, tym bardziej, że ruszają dość późno i kończą dość wcześnie. Chociażby w sobotę koncerty mogłyby się zaczynać wczesnym popołudniem i kończyć po 22, ale rozumiem, że trzeba było godnie pożegnać KAMP!

W lineupie brakowało mi odwagi, większość artystów – jak wnioskuję z festiwalowej playlisty – gra korpoalternatywę z majorsów albo rozpaczliwie próbuje wpisać się w algorytmy serwisów streamingowych. Może jestem zbyt surowy, może po prostu szukają jeszcze swojej drogi – to przecież w znakomitej większości debiutanci – ale wtedy przydaliby się na festiwalu muzycy, którzy pokazują, że da się iść własną ścieżką. Że nie trzeba być zapasową Hanią Rani, Gabrielem Fleszarem 2.0, kolejną Brodką/Nosowską/Kortezem w spódnicy, nową sanah. Brakowało mi przedstawicieli małych labeli, nie było nikogo z Thin Man Records, a przecież Robert wyłapuje najlepsze rzeczy, które dzieją się piosenkach. Dziwił brak choć jednego okołoeabsowego zespołu, a przecież prosiło się o Zimę Stulecia. Brakowało sięgnięcia po enjoy life, po artystów, którzy jakoś bawią się piosenkowa formą. A może po prostu w większości podejmowałem złe wybory.

Świadomie unikałem koncertów najbardziej znanych artystów, w końcu nie po to jeździ się na showcase'y, żeby zobaczyć, co nowego przygotowała Nosowska. Zachwycili za to Hinode Tapes swoją wizją muzyki wschodu słońca, ale przecież znałem ich wcześniej. Podobnie Nene Heroine, żartobliwie ochrzczeni „trójmiejską Niechęcią”. Oba te trójmiejskie składy zagrał w Dublinerze, miejscu, w którym za wiele nie widać, ale na szczęście słuchać było całkiem dobrze. W tym samym pubie, hm, miło i zwiewnie zagrała Ola Myszor. Prawdziwym zaskoczeniem była Feral Atom, opis mnie zainteresował na tyle, żeby pójść do Dragona i zostałem cały koncert. Było zwiewnie, onirycznie, trochę westernowo, z odrobiną psychodelii i mnóstwem pogłosu. Co prawda, w jedynym kawałku z polskim tekstem za bardzo słychać było wieczny powrót lat 80. i trochę mnie zmęczyło, ale to był wyjątek. Poza tym solidny halfway-core, zresztą jest z tego samego miasta, co nieodżałowany festiwal. Nastawiałem się na koncert Małgoli, No, ale mam takie same przemyślenia, co Jacek Świąder – za dużo w tym olewki i chaosu.

Prawie w tym samym momencie, kiedy kolejne Fryderyki zgarniał ZPiT Śląsk, za niewielką baterią samplerów, efektów i padów stanął Naphta. Docisnął jeszcze więcej basu, jeszcze mocniej splótł muzykę ludową z klubową. Nikogo nie udawał, choć taka muzyka idealnie wpasowuje się w światowe trendy. Trochę mi głupio że na festiwalu, na którym powinny liczyć się przede wszystkim odkrycia, najbardziej podobał mi się występ artysty, którego dobrze znam. 

O, właśnie - brak większej liczby przedstawicieli sceny folkowej, czy muzyków odwołujących się do tradycji był największą bolączką Next Fest. Mam świadomość, że można to napisać o prawie każdym innym festiwalu, w przeciwieństwie do innych krajów, ten rozziew jest w Polsce coraz większy. Idziemy pod prąd trendom i w tym wypadku jest to droga w złą stronę. To jednak zagadnienie na więcej niż jeden tekst.

Mimo tego narzekania, to nie był stracony czas. Może Next Fest potrzebuje trochę czasu, żeby wykrystalizować swoje pomysły, to w końcu pierwsza edycja (nawet jeśli to nie do końca prawda). Może taki bezpieczny rozbieg był im potrzebny. A za rok oby pokazali, że polska młoda muzyka ma wiele do zaoferowania. Bo przecież ma. 

czwartek, 15 grudnia 2022

Muzyczny świat w pigułce

 

W ciągu czterech dni w Utrechcie zebrał się prawie cały muzyczny świat: od lokalnych zespołów po Ainu czy Sudańczyków grających pierwszy raz w Europie. Wszystko to działo się w kilku miejscach w centrum miasta, oddalonych od siebie najwyżej kwadrans drogi pokonywanej pieszo. Niedużo, ale czwartego dnia marzyłem o tym, by – jak większość Holendrów – poruszać się między nimi rowerem.

W Czasie Kultury spisuję swoje przemyślenia po tegorocznych Le Guess Who?

poniedziałek, 3 lipca 2017

Halfway Festival 2017

Angel Olsen, fot. Michał Heller, OiFP

Tegoroczny Halfway Festival odbył się pod hasłem #kobiety. To panie grały w Białymstoku pierwsze skrzypce (jeszcze wyraźniej niż w latach poprzednich). Może dlatego była to najrówniejsza edycja podlaskiej imprezy.

O pozamuzycznych zaletach Halfwaya pisałem już kilkakrotnie, więc teraz tylko w skrócie. Festiwal odbywa się w malowniczym, trochę oderwanym od rzeczywistości otoczeniu amfiteatru Opery i Filharmonii Podlaskiej, fenomenalnego budynku autorstwa Marka Budzyńskiego. To chyba najbardziej wyluzowany festiwal w Polsce. Wszystko dzieje się niespiesznie, można piknikować na dachu foyer Opery, ochroniarze są mili i pomocni, nie ma nadmiaru zakazów. Publiczność słucha, zamiast gadać. Artyści są wyciągnięcie ręki dla każdego.

W zeszłym roku pisałem, że Halfway potrafi przekuć wady w zalety. Tak było i tym razem. Okrojony z funduszy festiwal miał pierwotnie trwać jedynie dwa dni. Jednak i piątek był wypełniony muzyką. Owszem, koncertów było tylko 3, a amfiteatr był zamknięty. Organizatorzy Halfwaya wykorzystali to, by pokazać inne zakątki budynku Opery, dwa koncerty odbyły się na głównej scenie - tak dużej, że zmieścili się na niej wykonawcy i publiczność. Na Starsabout nie zdążyłem, Christine Owman z zespołem wzbudziła trochę mieszane uczucia. Z jednej strony, oparta na brzmieniu wiolonczeli i wibrującego basu, ocierająca się o post-rock wymieszany z folkiem, muzyka brzmiała intrygująco. Z drugiej, Owman momentami wpadała w przesadną egzaltację. Natomiast grający we foyer białorusiński kolektyw Shuma bardzo zgrabnie połączył biały śpiew z elektroniką.

Jednym z dwóch koncertów, na które najbardziej czekałem na tegorocznej edycji był występ Juany Moliny, legendy argentyńskiej muzyki alternatywnej. Cóż, to był koncert godny legendy. Molinie towarzyszyło tylko dwóch muzyków, perkusista i gitarzysta/basista/klawiszowiec. We trójkę zagrali gęsty od faktur, poplątany, trochę surrealistyczny koncert. Prawie w ogóle nie odzywali się do publiczności, będąc we własnym, pociągającym świecie. W sobotę dorównali jej tylko The Veils, którzy zagrali z kolei bardzo ekstrawertycznie. Finn Andrews biegał po całej scenie amfiteatru, z poświęceniem wykonując kolejne piosenki, lokujące się blisko Nicka Cave’a i Marka Lanegana. Cate Le Bon zaprezentowała bardzo zgrabny, połamany post punk, odwołujący się do najlepszych tradycji gatunku, ale mnie w jej graniu zabrakło melodii. Torres zagrała bardzo porządnie, znów królowały emocje, choć troszeczkę kulała dramaturgia. Za to akustyczny bis wynagrodził wszystko, nawet padający deszcz.

Deszcz towarzyszył też prawie całą niedzielę i skutecznie odstraszył mnie przed koncertem Coals. Do amfiteatru dotarłem dopiero na koniec występu islandzkiego duetu East of My Youth i ciągle żałuję, że tak późno, bo dziewczyny, choć mają na koncie dopiero jedną EPkę zagrały z wielką charyzmą. Nive & the Deer Children podobnie jak Maggie Bjorklund dwa lata wcześniej, pokazała, że nigdzie nie gra się tak dobrze alt.country, jak w krajach nordyckich. Aż słychać było tę prerię, choć była to preria zmrożona grenlandzkim powietrzem i przez to jeszcze bardziej pusta. Poza banjo i gitarami niebagatelną rolę odgrywała przesterowana piła, na której wybrzmiała chyba najbardziej karkołomna solówka festiwalu. Pełen solówek był koncert Cass McCombs Band. McCombs i jego zespół zagrali, jakby zamiast na festiwalu grali w garażu w małym mieście na Środkowym Zachodzie. Ich muzyka wywodziła się z bluesa i do bluesa wracała, rozciągali piosenki do granic możliwości, trochę w stylu Neila Younga, ale czasem brakowało im lekkości i polotu Kanadyjczyka. To była muzyka drogi, idealna na nocną podróż samochodem. I na sam koniec ta, na którą czekałem najbardziej, Angel Olsen. Chora, zmęczona, położyła pierwszą część koncertu. Strasznie się ze sobą szarpała, ale, gdy złość odpuściła w Not Gonna Kill You zrobiło się magicznie. I tak już zostało do końca. Z jednej strony rozczarowanie, z drugiej, najpiękniejszy koncert tej, być może ostatniej, edycji festiwalu. Cóż, pozostaje tyko liczyć, że następnym razem Angel przyjedzie już w pełni sił.

Losy Halfwaya zależą od kaprysu podlaskich radnych. Już czwarta edycja mogła być tą ostatnią. Wtedy udało się imprezę uratować, w tym roku mało brakowało, festiwal stracił część dofinansowania. Siódmej edycji może nie być, ale wtedy Białystok straci prawdziwy skarb, który do stolicy Podlasia ściąga ludzi z całej Polski.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

"Niezach" na ratunek

Jambinai

OFF miał w tym roku wyjątkowego pecha. Koncerty odwołało pięciu wykonawców, jeden artysta przyleciał spóźniony, innemu linie lotnicze zgubiły sprzęt. Jednak była to najlepsza edycja, na której byłem.

Drugi dzień tegorocznego OFF Festivalu był dla mnie idealny. Poza jednym wyjątkiem widziałem tylko artystów „niezachowych”. Dwóch z nich zagrało na głównej scenie w najlepszych, headlinerskich slotach. I tylko fakt, że nie było to działanie celowo, a łatanie dziur po odwołanych wykonawcach, psuje ten piękny obrazek.

Na głównej zagrali Jambinai i Islam Chipsy z EEK. Ci pierwsi zostali przetransferowani ze sceny Eksperymentalne, która po raz trzeci na jeden dzień zamieniła się w scenę etno. Pierwotnie mieli ją zamykać, ale szczęśliwie zagrali zamiast GZA. Porwali tłumy, chwalił ich nawet sam Artur Rojek. Bo też miał za co – Jambinai prezentują bardzo świeże podejście do post-rocka, jednego z najbardziej wyeksploatowanych gatunków, łącząc go z tradycyjnymi koreańskimi instrumentami. Polecałem ich bardzo przed festiwalem, a teraz mogę spokojnie napisać, że czeka ich wielka kariera. To jednak nie oni zrobili na mnie największe wrażenie. Grający na dawnej scenie Leśnej Egipcjanie z EEK pokazali, jak tańczy się w Kairze i jak rozkręca się najlepsze imprezy. Magik keyboardu – Islam Chipsy – i dwóch, wygrywających polirytmie perkusistów – EEK – oto przepis na sukces. Szaleństwo porównywalne do tego, co działo się na koncercie Omara Souleymana (choć sami muzycy odżegnują się od porównań z Syryjczykiem) i dlatego to właśnie oni finalnie zastąpili the Kills. Choć trudno w to uwierzyć, ten drugi koncert był jeszcze lepszy. O ile na Leśnej rozkręcali się powoli, jakby trochę onieśmieleni, to na Głównej od razu weszli na najwyższe obroty, nie pozostawiając cienia wątpliwości, kto najlepiej gra do tańca.

A przecież mieli ogromną konkurencję – cała Leśna została w tym roku poświęcona tanecznej elektronice. Poza tym w sobotę tańce rozkręcili dwaj goście z Afryki. Ata Kak, odkryty kilka lat temu przez Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa, po raz pierwszy pojechał w trasę. Widać było, jak go to wszystko cieszy i zaskakuje. Jego połączenie highlife'u, disco, funku i oryginalnego rapu sprawiło, że podłoga w namiocie Eksperymentalnej się zatrzęsła. Jeszcze więcej tańca zapewnili Orlando Julius i the Heliocentrics. Orlando, starszy już pan przecież, zaczarował swoją grą na saksofonie i kondycją. Tak świetnego afrobeatowego grania nie słyszałem, ale tak naprawdę, nie ma czemu się dziwić, bo Orlando jest jednym z twórców nurtu, w jego zespole grał Fela Kuti. Do tego świetny zespół, pozytywne (i polityczne) przesłanie, zjawiskowa, charyzmatyczna wokalistka i podłoga po raz drugi zaczęła się bujać.

Bujała się także podczas koncertu ściągniętych na ostatnią chwilę Fumaça Preta, łączących muzykę południowoamerykańską z kwaśnym rockiem. A na początek dnia na Eksperymentalnej zagrali perfekcyjni Japończycy z Goat.

W sobotę tym jedynym anglosaskim wykonawcą, którego widziałem była Basia Bulat, która wróciła do Polski po sześciu latach. Był to powrót przeze mnie bardzo wyczekiwany i udany. Nowe oblicze, bardziej popowe niż folkowe, Basia dużo pewniejsza na scenie, niestraszne były jej chwilowe problemy techniczne. I wreszcie na koniec W zielonym zoo Ludmiły Jakubczak, stały punkt polskich koncertów Kanadyjki.

Pozostałe dni nie były tak spektakularne, ale równie dobre. Pierwszego dnia zachwycili Master Musician of Jajouka, którym linie lotnicze zgubiły rytualne stroje i bęben obręczowy (który zastąpiła centrala z zestawu perkusyjnego). Dało to jednak możliwość spojrzenia na ich muzykę w oderwaniu od stereotypów. Zagrali wspaniale, transowo, hipnotycznie. Najpiękniej zabrzmieli właśnie z towarzyszeniem skrzypiec, przejmująco do szpiku kości. Zachwyciła też Brodka, której show oparty w ogromnej większości na nowej płycie, jest dopracowany w każdym szczególe. Zaskoczeniem byli Show Me the Body, którzy zagrali bardzo intensywnie. Dość powiedzieć, że koncert zaczął się od oplucia przez wokalistę pierwszych rzędów, a skończył rzuceniem statywu w ochroniarza i obowiązkową wycieczką w publiczność i crowdsurfingiem. Wszystko w dwadzieścia minut.

Wspaniały był duet Zimpel/Ziołek, choć ich wolałbym zobaczyć w klubie. Podobnie Williama Basinskiego i jego hołd dla Davida Bowiego. Toruńska Jesień pokazała, że jest gotowa na podbój scen ze swoją wersją gitarowego hałasu. Właśnie, podobnie jak w poprzednich latach polska reprezentacja była dobrana bardzo dobrze. Skupiona muzyka Laudy przenosiła do wyimaginowanego filmu, Lotto zmiażdżyło walcowatością, Kaliber 44 przypomniał swoje najlepsze czasy. Masecki vs Sienkiewicz zaskoczyli o tyle, że spodziewałem się czegoś wyjątkowego, a zagrali dość zachowawczo.

Siła OFFa do tej pory były gitary z Ameryki, ale w tym roku widziałem tylko trzy takie koncerty. Beach Slang zagrali bezpretensjonalnie, pozytywnie i mnie porwali. Ja wiem, że takich zespołów jest w Stanach na pęczki, w co drugim garażu, ale co zrobić, skoro piszą takie dobre piosenki. Mudhoney widziałem po raz trzeci, nie zaskoczyli, ale i nie zawiedli. FIDLAR zaczęli od Sabotage Beastie Boys i to był najlepszy moment ich koncertu.

W tym roku odwołanie koncertów przez większość największych gwiazd zaowocowało tym, że na pierwszy plan wyszli muzycy mniej znani, a ciekawsi i bardziej wartościowi. Mam nadzieję, ze organizatorzy wyciągną z tego wnioski i w przyszłym roku nie będą potrzebne wypadki losowe, by pokazać bogactwo „niezachu”.

czwartek, 4 sierpnia 2016

10 koncertów OFF Festivalu, których nie wolno przegapić



Jutro zaczyna się kolejna edycja OFF Festivalu, więc wybrałem 10 koncertów, na które wybieram się koniecznie. Z dala od największej sceny i headlinerów, bo to taki festiwal, gdzie najciekawsze rzeczy dzieją się na obrzeżach, na mniejszych scenach i o wczesnych porach. 

Show Me The Body, piątek, scena Trójki, 16:10 (posłuchaj)
Wkurzone małolaty robią hałas i rozpierduchę, grają na banjo. Widzimy się pod sceną.

Zimpel/Ziołek, piątek, scena Eksperymentalna, 17:00
Obu muzyków uwielbiam, obaj są wybitnymi postaciami polskiej sceny, obaj nagrywają solo i w rozmaitych konstelacjach. Do tego spotkania tak naprawdę musiało dojść, biorąc pod uwagę ich oryginalność, ale także podobne podejście do muzyki.

Masecki vs. Sienkiewicz, piątek, Scena Electronic Beats, 18:45
Jeden jest bodaj najoryginalniejszym polskim pianistą, nagrywał Bacha na dyktafon, grał polonezy z orkiestrą dętą, bawił się hymnami, założył kilka świetnych składów. Drugi jest królem polskiego techno. Co wyniknie z tego spotkania? Chyba nawet oni sami tego do końca nie wiedzą.

Master Musicians of Jajouka led by Bachir Attar, piątek, Scena Eksperymentalna, 20:50 (posłuchaj)
Prawdziwa legenda. Pochodzą z małej wioski w Maroku, ale nagrali płytę dla Briana Jonesa ze Stonesów. Grają muzykę tradycyjnego dla swojego regionu, przesiąkniętą sufickim mistycyzmem. Dlaczego przy nazwie pojawia się dopisek o osobie lidera? By odróżnić się od innej grupy pretendującej do kontynuowania tradycji oryginalnego składu. 

Islam Chipsy & EEK, sobota, Scena Electronic Beats, 18:45 (posłuchaj)
Pamiętacie,co działo się na koncercie Omara Souleymana w 2011 roku (albo na każdym jego innym koncercie)? Dzikie tańce, pęknięta podłoga na Scenie Eksperymentalnej. To teraz wyobraźcie sobie, że będzie bardziej. Ale tak naprawdę bardziej, jakby Rizan Sa'id grał jeszcze szybciej, jeszcze bardziej narkotycznie. Do tego przenieśmy scenerię z syryjskiego wesela do zatłoczonego kairskiego klubu. Właśnie tak będzie na koncercie kolejnego magika keyboardu, Islam Chipsy'ego i EEK (czyli dwóch - tak! - perkusistów). Ja już nie mogę się doczekać.

Basia Bulat, sobota, scena Trójki, 19:45 (posłuchaj)
Najładniejsze piosenki festiwalu? Możliwe, że nie. Moje ulubione piosenki festiwalu? Z całą pewnością. To nie będzie najbardziej dyskutowany koncert tegorocznego OFFa. Dlaczego nie wolno go przegapić? Po pierwsze, to będzie powrót Basi po latach do Polski. Po drugie, nagrała swoją najlepszą płytę, którą zrywa z poprzednią, folkową stylistyką. Po trzecie, bo będzie ciekawie zobaczyć, co zmieniła w swoich starych piosenkach. Po czwarte wreszcie, Basia gra fantastyczne koncerty.

Orlando Julius & the Heliocentrics, sobota, Scena Eksperymentalna, 23:10 (posłuchaj)
Kolejna legenda, tym razem z Nigerii. To właśnie twórczością Orlando inspirował się Fela Kuti, tworząc afrobeat. Do Katowic Julius przyjeżdża z towarzyszeniem the Heliocentrics, brytyjskimi specjalistami od współpracy z afrykańskimi mistrzami. Razem nagrali dwa lata temu wyśmienitą, taneczną płytę. 

Ata Kak, sobota, Scena Eksperymentalna, 20:50 (posłuchaj)
Pierwsze odkrycie Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa. Jeśli ta rekomendacja wam nie wystarcza, po prostu posłuchajcie.

Jambinai, sobota, scena eksperymentalna, 01:40 (posłuchaj)
Kto by się spodziewał, że najbardziej ekstremalnych wrażeń na tegorocznym OFFie najprawdopodobniej dostarczą Koreańczycy grający na tradycyjnych instrumentach. A przypominam, mają solidną konkurencję w postaci Napalm Death i Mgły. Ich muzyka jest ideałem mojego wyobrażenia "niezachu" (że tak ukradnę Bartkowi Chacińskiemu ten zgrabny termin) - zanurzona w lokalnej tradycji, czerpiąca z niej całymi garściami, ale jednocześnie nie zniewolona przez nią, przekraczająca granice. Tutaj usłyszycie i metal, i post-rock, oraz, co ważne, ani grama obciachu i cepelii.

Jesień, niedziela, scena Trójki, 15:00 (posłuchaj)
Dla nich warto wstać wcześnie w niedzielę i pojawić się na otwarciu festiwalu. Trzech chłopaków z Torunia gra w duchu najlepszych tradycji lat 90. Słychać też inspiracje sceną lokalną - Starymi Singersami, Ewą Braun. A na żywo są z 10 razy lepsi niż w studiu. Wiem, bo widziałem. 

poniedziałek, 11 lipca 2016

Poza utarte ścieżki



Podczas drugiej edycji IndieTalks Mariusz Herma przekonywał, że sięganie poza muzykę anglosaską może być rozwiązaniem na twórczy marazm. Potwierdzenie jego słów przyszło kilka dni później z Londynu.

Miesiąc temu Mumford and Sons wydali EPkę Johannesburg, którą nagrali wspólnie z legendą senegalskiego mbalax Baaba Maalem, szwedzko-malawijskim The Very Best i kapsztadzkim indiepopowym trio Beatenberg. To zdecydowanie ich najlepsza płyta. Właśnie dlatego, że otwierają się na nowe wpływy. Każdy z tych pięciu utworów wnosi nową jakość do twórczości londyńczyków. A to pojawiają nietypowe rytmy, a to gitara skrzy się jak w Senegalu. a to melodie wiele zawdzięczają township music. Co najważniejsze, nikt nie gra obok siebie, jak to często zdarza się w podobnych projektach, lecz w każdym momencie słychać, że artyści nawzajem się słuchają.

W piątek po 15 miesiącach w trasie Mumford and Sons wrócili do Londynu, swego rodzinnego miasta, by zagrać na British Summer Time. W zwyczaju tej imprezy, że za program dnia odpowiada headliner. Mumfordzi zaprosili Alabama Shakes, Wolf Alice, Kurta Vile'a, ale też swoich współpracowników z Johannesburga. The Very Best zagrali porywająco, z wielką charyzmą, często łamiąc "czwartą ścianę". Beatenberg pokazali się jako zespół poszukujący, ale dość poprawny. Baaba Maal za to zagrał najtrudniejszy koncert festiwalu, bardzo afrykański, zupełnie nie idący na ustępstwa dla zachodniej publiczności. 

Mumfordzi dla sześćdziesięciu tysięcy ludzi zagrali koncert fantastyczny, możliwe, że nawet najlepszy w swojej karierze. Ogromna charyzma, świadomość swoich możliwości, doskonały kontakt z publicznością. I jeszcze wielka radość z grania. Faktycznie, czasem komicznie wygląda jak przeżywają swoje piosenki, ale zaangażowania i poświęcenia nie można im odmówić. Tak, jak umiejętności porwania tłumów przez Marcusa Mumforda. Set był przekrojowy, prawie po równo potraktowali swoje dotychczasowe albumy, i nawet piosenki ze słabszej Wilder Mind zabrzmiały świetnie. 

Mnie najbardziej porwały trzy utwory z Johannesburga, w tym wykonana na bis Wona. 12 osób na scenie, potężne brzmienie, Afryka ukrywająca się w każdym dźwięku, podchwycona przez 65 tysięcy gardeł. To był zdecydowanie poruszający widok. Oby takich było coraz więcej.

wtorek, 28 czerwca 2016

Wielki mały festiwal

Eivor w obiektywie Michała Helera

Zastanawiam się, jaki obrazek najlepiej podsumuje tegoroczną edycję białostockiego Halfway Festivalu. Czy Wilco grający akustyczny bis, Acollective podrywający wszystkich do tańca, a może muzycy Eivør Pálsdóttir w koszulkach polskiej reprezentacji czy szalony set Intelligency na after party po drugim dniu? Islandczycy z Mammut grający do śniadania na dachu Opery? Sam już nie wiem, te trzy dni były jak piękny sen.

Niby Halfwayowi nie sprzyja nic. Termin - ostatni weekend czerwca, zaraz przed Open’erem. Lokalizacja - Białystok, do którego jeszcze rok temu nie dało się dojechać z Warszawy pociągiem (a i teraz nie jest to takie proste), na którym ciąży odium stolicy disco polo. Festiwalowi nie sprzyja także lokalna polityka, której Halfway wbrew woli organizatorów jest pionkiem, przez co los kolejnej edycji nie jest pewny.

Jednak to festiwal wyjątkowy, przekuwający swoje wady w zalety. Ostatni weekend czerwca zwykle jest słoneczny, mimo pesymistycznych prognoz nie spadła ani jedna kropla deszczu. Białystok ma do zaoferowania więcej niż tylko disco polo. W tym roku z opaską festiwalową można było za darmo zwiedzić muzea i galerie sztuki. A program festiwalu wykraczał poza muzykę - w planie były spotkania z autorami książek o dalekiej północy, śniadanie z zespołem z Islandii, rozmowy o przyszłości festiwalu, obejrzeć zdjęcia Ilony Wiśniewskiej. Do tego obowiązkowy relaks na fenomenalnym gmachu Opery i Filharmonii Podlaskiej.

Jak zwykle, o magii Halfwaya najmocniej świadczą koncerty. Od Mountain Goats na pierwszej edycji (za nich - co podkreślam przy każdej okazji - organizatorzy mają moją dozgonną wdzięczność) aż do kończących piątą edycję Wilco. Amerykanie przywieźli ze sobą TIR sprzętu, który w całości nie zmienił się na scenie, a perkusista i tak ledwo wystawał zza ściany wzmacniaczy. Wrażenie robili ogromne. I swoim profesjonalizmem, i radością grania. Nels Cline, najstarszy z nich przecież, okazał się najbardziej dziarski i pomysłowy w produkowaniu gitarowego hałasu. Jeff Tweedy z początku małomówny, pokusił się nawet na chyba nie aż tak kurtuazyjną pochwałę publiczności. Najpiękniej zabrzmieli jednak na sam koniec, kiedy odłożyli przestery, efekty i zagrali krótki, akustyczny set. Kiedy oni, zespół wyprzedający hale na kilka tysięcy osób, grali ostatnio dla tak niewielkiej publiczności? Chyba na początku kariery.

Najbardziej poruszył koncert Eivør Pálsdóttir, która z towarzyszeniem dwóch muzyków wykreowała świat północnych legend i ukrytych we mgle Wysp Owczych. A przecież to nie była muzyka świata, bo Eivør i jej zespół nurzali się w elektronice, pogłosach i przesterach. Szczęśliwie, trzymali się z daleka od new age’owego obciachu. Świetnie wypadły utwory przygotowane z towarzyszeniem muzyków orkiestry Opery i Filharmonii. Nordycką ścieżkę kontynuowała Ane Brun i wspomniani już przeze mnie Islandczycy z Mammut. Niezwykle stylowo zagrali Giant Sand, legenda alt-country. Zespół Howe’ego Gelba na godzinę zamienił amfiteatr w mały, zadymiony bar, gdzieś w Arizonie. Aż było czuć whiskey, papierosy i wszędobylski pył. W rodzinnych stronach Gelba deszcz przynosi szczęście i Giant Sand go zaklinali (na szczęście bezskutecznie). Grający pierwszego dnia Destroyer zostawił mieszane uczucia. Było zdecydowanie lepiej niż na OFFie pięć lat temu, ale Dan Bejar jest chyba jeszcze bardziej zblazowany i znudzony. Bardzo amerykańscy Estończcy z Odd Hugo tym razem zaczarowali. Tym razem, bo widziałem ich już na Waves Bratislava, ale tam zginęli w gąszczu innych wrażeń.

To także podkreślałem po poprzedniej edycji. Na Halfwayu nie ma żadnych rozproszeń, żadnych drugich scen. Całą uwagą skupiają grający artyści. Tak było w przypadku Julii Marcell, od której nie dało się oderwać oczu. To był fantastyczny koncert. I razem z Eivør najbardziej zbliżyły się do Sharon Van Etten. Właśnie, jedyna wada tegorocznej edycji to to, że żaden koncert nie był tak poruszający jak występ Sharon. Ale to wada niewielka, bo taki koncert zdarza się bardzo rzadko. A wszyscy artyści, których widziałem w tym roku zagrali wyjątkowo.

Białystok ma skarb, którego mogą mu pozazdrościć inne miasta, ale sam nie do końca o niego dba. Wielka szkoda, gdyby w przyszłym roku festiwal się nie odbył. Dlatego już teraz trzymam kciuki i rezerwuję nocleg w Białymstoku na ostatni weekend czerwca.

niedziela, 5 czerwca 2016

Kogo zobaczę w te wakacje


Białystok, Gdynia, Londyn, Gdynia, Katowice, Łódź, Gdańsk. Tak wygląda moja rozpiska festiwalowa.

Niektóre bardzo duże, wręcz ogromne. Inne kameralne, z jedną sceną i luźną domową atmosferą. Jeszcze inne gdzieś pomiędzy. Jedne pełne hałaśliwych gitar, inne prezentujące muzykę z całego świata. Letnie festiwale. W tym roku odwiedzę siedem z nich.

Pierwszy już za niecałe trzy tygodnie. Białostocki Halfway w tym roku (podobnie jak w poprzednich latach) swój program oparł na trzech filarach: szeroko pojętej Skandynawii, najbliższej okolicy i Stanach. Frakcja nordycka wydaje się najbardziej interesująca na tegorocznej edycji. Zagra Eivor, legenda muzyki farerskiej, czarująca Norweżka Ane Brun czy wybuchowi Islandczycy z Mammut. Będzie tez Julia Marcell, którą zawsze warto zobaczyć, Destroyer (którego leniwa muzyka powinna w Białymstoku zabrzmieć lepiej niż na OFFie) i wreszcie Wilco. Wielką zaletą Halfwayu jest miejsce, położony w samym centrum Białegostoku amfiteatr. Tu nikt się nie spieszy, nie ma biegania między scenami.

Tak samo jest na gdyńskiej Globaltice. Tu też od lat artyści występują na jednej scenie w parku Kolibki, rzut kamieniem (i to dosłownie) od morza. Czas płynie tak samo powoli, ale muzyka jest zupełnie inna. W tym roku najbiedziej cieszy mnie obecność Fanfare Ciocarlia, jednej z najpopularniejszych rumuńskich orkiestr dętych, Monsieur Doumani, szalonych Cypryjczyków dających drugi życie wyspiarskim piosenkom oraz Cigdem Aslan i Tahir Palali, którzy wspólnie sięgają po muzykę tureckich alewitów.

Zupełnie inaczej wygląda inny gdyński festiwal – Open'er. Cztery sceny, hektary terenu festiwalowego do przemierzania i największe gwiazdy. W tym roku program zapowiada się wyjątkowo imponująco – PJ Harvey, At the Drive-In, Red Hot Chili Peppers, Beirut, Savages, Shy Albatross, Zbig z Mitchami. Szkoda tylko, że to kolejny rok bez sceny World, na której kiedyś grali Tinariwen, Buraka Som Sistema czy Matisyahu.

Na szczęście OFF Festival w tym roku znów oddaje jeden dzień na scenie eksperymentalnej muzykom „niezachodniej”. Na jej deskach zabrzmią dźwięki Ata Kak, ghańskiego wokalisty i instrumentalisty, odkrytego niedawno przez Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa czy Orlando Juliusa, legendy afrobeatu. A to nie wszystko, na innych scenach też będzie się działo, zagrają Marokańczycy z Master Musicians of Jajouka, Basia Bulat, Anohni i mój chyba tegoroczny faworyt katowickiego festiwalu – egipski magik keyboardu Islam Chipsy i jego trio E.E.K., którzy przyspieszają chaabi do granic możliwości. Jak to brzmi? Wyobraźcie sobie naspidowanego Rizana Sa'ida i będziecie mieli przybliżoną odpowiedź.

Sa'id w wakacje wróci do Polski, oczywiście w towarzystwie Omara Souleymana. Po dwóch bardzo udanych wiosennych koncertach w Warszawie i Gdańsku, królowie syryjskiego disco wystąpią na łódzkim Domoffonie. Warto tam pojechać nie tylko ze względu na szykujące się bliskowschodnie szaleństwo. Nie ogłosili jeszcze pełnego lineupu, a już mogą konkurować z OFFem – Wire, U.S. Girls, No Joy, Zola Jesus. Wszystko w przestrzeni Off Piotrkowska.

Gitary zawładną Gdańskiem na początku września. Cieszy bardzo silna polska reprezentacja na Soundrive'ie – Daniel Spaleniak, Henry David's Gun, Pictorial Candi. Zagrają też przebojowe i skromne dziewczyny z Hinds, łączący Afrykę z głośnymi gitarami Petite Noir, przywołujący lata 90. Kanadyjczycy z Dilly Dally, psychodeliczni Sunflower Bean. Poza nimi dużo nowości z Wysp Brytyjskich i bliskiej zagranicy. Znów dużym atutem jest lokalizacja, centrum Gdańska, na postoczniowych terenach w klubie B90.

I jest jeszcze jeden festiwal-niefestiwal. British Summer Time w Londynie. To właściwie bardziej cykl jednodniowych imprez odbywających się na początku lipca w Hyde Parku. Każda z nich ma program częściowo ułożony przez wybraną gwiazdę. Ja zobaczę, kogo wybrali Mumford and Sons. Brytyjczycy zaprosili nie tylko artystów, którymi pracowali nad najnowszą Epką – Baaba Maala, The Very Best i Beatenberg, ale też Alabama Shakes, Kurta Vile'a, Wolf Alice i Baio.


I tak to mniej więcej wygląda w tym roku.

poniedziałek, 19 października 2015

Samo gęste*



Gęstość – to pojęcie wiąże wszystkie widziane przeze mnie koncerty na tegorocznym Unsoundzie. Nie przepadam za niespodziankami, czasu na całotygodniowy wyjazd nie było, do Krakowa pojechałem na Matanę Roberts, Health i Liturgy.

Przed Roberts zagrali Kamil Szuszkiewicz i Hubert Zemler. Koncert, choć oparty na materiale z Istiny Szuszkiewicza, miał zupełnie inny wydźwięk niż kaseta. Odwołująca się słowiańszczyzny mistyka została zastąpiona elegią ofiar Zagłady. Może na taki odbiór wpłynęło miejsce koncertu, pięknie zdobiona synagoga Tempel. Mechanicznie precyzyjna perkusja Zemlera, zapętlone, krzykliwe loopy i mocno przetworzone dźwięki trąbki narastały zgiełkiem, aż zostały przełamane kojącymi, smutnymi partiami wibrafonu.

Matana Roberts również zaskoczyła. Po jej koncercie w Cafe Kulturalna sprzed niemal trzech lat, spodziewałem się, że w Krakowie również postawi na interakcję z publicznością i włączy ją do swojego występu. Było zupełnie odwrotnie – performens Roberts był intymny, wręcz wsobny. Publiczność nie była ważna, co podkreślało tyko wagę historii opowiadanej w rozpisanym na dwanaście części cyklu Coin Coin. Warstwy nagrań terenowych, nojzowych sampli, przetwarzanych fraz saksofonu budowały gęsta strukturę występu. Jazzu nie było w tym ani grama. Spore zaskoczenie, ale podobnie jak duet Szuszkiewicz/Zemler bardzo pozytywne.

Niespodzianka przed Health byli RSS B0YS, którzy zagrali mocno plemiennie, ale nie przekonali mnie do swojej wizji elektroniki.

Death Magnetic Health jest jedną z najlepszych tegorocznych popowych płyt, więc koncert Amerykanów złożony przede wszystkim z najnowszego materiału. Rozumiem też głosy, że to już nie to samo Health, że bliżej im do Placebo czy Pet Shop Boys. Jest w takim twierdzeniu trochę prawdy. Noise zastąpili hałaśliwym popem i disco. Do mnie ten kierunek przemawia, tak, jak przekonał mnie koncert.

Liturgy też odświeżyli swoją muzykę (nie tak radykalnie jak Health). Coraz dalej od black metalu na Ark Work. Gitarowe i perkusyjne blasty na płycie giną pod warstwą elektroniki, sampli dudów, trąb, dzwonków. Koncert jednak był gitarowym zgiełkiem, wbijającym się w trzewia. Niestety, głośność i trudna do nagłośnienia hala zajezdni tramwajowej prawiły, że za dużo szczegółów umykało i ginęło. Za dużo. Totalność totalnością, przydałaby się jednak selektywność, choć w ogólnym rozrachunku ten występ też mogę zaliczyć do udanych.

* tytul podkradłem Inner Soundtracks


wtorek, 22 września 2015

Ogród perski


Pod takim (dość pretensjonalnym, ale to nieważne) hasłem rozpoczął się 11. festiwal Skrzyżowanie Kultur. I lepiej nie mógł się zacząć. Najpierw Kayhan Kalhor i Ali Bahrami Fard zagrali materiał z I Will Not Stand Alone (o którym króciutko pisałem tutaj). To był mój trzeci koncert Kalohra, ale pierwszy z Fardem. Podobnie, jak w przypadku jego występów z Erdalem Erzincanem, płyta jest tylko punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Na jej podstawie muzycy bezustannie improwizowali, gdzieniegdzie wplatając najbardziej charakterystyczne motywy. Koncert uwydatnił tez rolę Farda i jego santuru, który na płycie został schowany za kamancze Kalhora. Tu oba instrumenty zabrzmiały na jednakowych prawach, choć szkoda, że na kamanczy było aż tak dużo pogłosu, co momentami psuło odbiór. Niemniej, był to koncert (podobnie, jak pozostałe dwa, które widziałem) wspaniały. Wielowątkowy, rozimprowizowany, ale zmierzający pewnie do celu.

Zaraz po duecie Kalhor-Fard, na scenę wszedł kolejny perski muzyk, którego miałem wcześniej okazję zobaczyć. Alireza Ghorbani do Warszawy przyjechał z nowym materiałem, irańskimi pieśniami miłosnymi, ale pojawiły się też utwory z jego poprzedniego projektu poświęconego poezji Rumiego. Ghorbani z zespołem nie zagrali tak pięknie, jak w Poznaniu dwa lata temu, ale nadal fantastycznie.

A co dzisiaj? Kolektyw Europa, czyli "supergrupa" grająca wschodnioeuropejskie pieśni buntu oraz Kocani Orkestar, moja ulubiona bałkańska orkiestra. Tak, w tym roku Skrzyżowanie Kultur idealnie trafia w moje oczekiwania.

zdjęcie: Adam Oleksiak

poniedziałek, 20 października 2014

Rozczarowanie

Warszawski festiwal, podobnie, jak gdyńska Globaltica, obchodził w tym roku jubileusz 10. edycji. Choć oba festiwale promują muzykę niezachodnią, są dzisiaj w zupełnie innym miejscu.
Krótko napisałem, czemu Skrzyżowanie Kultur w tym roku mnie rozczarowało.

środa, 30 lipca 2014

Globaltica

W gdyńskim festiwalu, jak zawsze, najbardziej ujęła mnie atmosfera. Park Kolibki, położony zaraz nad morzem, jest idealnym miejscem na taką kameralną imprezę. Dzięki temu, oraz sprawności organizatorów, można łatwo zapomnieć o typowych festiwalowych bolączkach i bez przeszkód wczuć się w muzykę. Fantastyczna sprawa.
Chyba po raz drugi odwiedziłem ten sam festiwal dwa lata z rzędu (wcześniej to był również gdyński Open'er w latach 2009-10). Więcej o tegorocznej Globaltice tu. 

wtorek, 29 lipca 2014

Muzyka jest naszą ideologią i tożsamością

mat. pras.

Jeszcze przed Globalticą (jak zwykle fantastyczną, ale o tym więcej już niedługo) po niedużych zawirowaniach przepytałem mailowo Yacoubę Moumoniego, lidera nigerskiej ekipy Mamar Kassey, która zagrała jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Przeczytać można na stronie M/I i przy okazji pozachwycać się okładką pierwszego numeru, bo naprawdę jest czym.


piątek, 14 czerwca 2013

5 powodów, by jechać na Globaltikę

1. Miejsce
Trójmiasto fajne jest. To wiemy wszyscy. Wiemy też, że w Trójmieście najfajniejsza jest Gdynia. Modernistyczne centrum, morze, port, lasy, trolejbusy. Trudno nie pokochac tego miasta. Jeśli przeprowadzać się, to właśnie tam. Na granicy Gdyni i Sopotu znajduje się park Kolibki, w którym zaraz przy plaży co roku odbywa się Globaltica. Dwa lata temu jeden dzień również nad samym brzegiem morza. W tym - jeden koncert będzie miał miejsce w nieodległym Teatrze Muzycznym

2. Termin
Gdynia wśród swoich wszelkich zalet ma jedną wadę. Odwiedza się ją przede wszystkim w trakcie Open'era. Na szczęście, Globaltica odbywa się w ostatni tydzień lipca (w tym roku 24-28), gdy już na pewno wszyscy zamiejscowi openerowicze wrócą do siebie.

3. Spokój
Nie nabiegacie kilometrów między scenami, nie będzie żadnych dylematów pt. "wszystkie zespoły, które chciałem zobaczyć na tym festiwalu grają o tej samej porze", nie będziecie musieli wkuwać rozpiski na pamięć. Kameralność jest jedną z największych zalet Globaltiki. Choć sceny będą w tym roku dwie, żaden koncert się nie nakłada, spokojnie zdążycie przemieścić się z miejsca na miejsce, po prostu doskonale. Festiwal to nie wyścigi.

4. Artyści
Nie znamy jeszcze wszystkich artystów, którzy zagrają w Gdyni, ale już teraz wiadomo, że będzie bardzo interesująco. Znakiem rozpoznawczym organizatorów od kilku lat jest zapraszanie mniej oczywistych artystów "world music". Tak jest i w tym roku. Ja, póki co, najbardziej ciesze się z obecności Watcha Clan, marsylskiej grupy łączącej północnoafrykańską muzykę tradycyjna z elektroniką. Warto też zwrócić uwage na Mahotella Queens, legendę muzyki południowoafrykańskiej, staż mają prawie tak długi, jak Stonesi. Polskim akcentem będzie Orkiestra św. Mikołaja, obchodząca swoje dwudzieste piąte urodziny oraz zespół Buby Kuyateh. Do tego psychodeliczna, kwaśna salsa z Portoryko, cygański rock'n'roll z Serbii, męski chór z Gruzji. Na zakończenie festiwalu zaśpiewa Claudia Aurora, która mnie bardzo kojarzy się z Aną Mourą. A to nie wszystkie atrakcje, następne ogłoszenia pod koniec czerwca.

5. Cena
Choć przez Internet przetoczyła się debata o publicznym wkładzie w kulturę i dlaczego to źle, to jednak ma ona swoje dobre strony. Karnety na tegoroczną edycję kosztują 35 zł i mimo tego że trzeba dopłacić 50 zł za koncert Claudii Aurory w Teatrze Muzycznym, nadal jest to śmiesznie niska cena. Nic tylko jechać do Gdyni.

środa, 12 czerwca 2013

Trzy dotknięcia nieba

Ten dość pretensjonalny tytuł (nie)stety bardzo dobrze opisuje szóstą edycję poznańskiego Ethno Portu. Wśród piętnastu doskonałych koncertów, trzy były z zupełnie innej ligi.

Zacznijmy jednak od początku, którym dla mnie byli Tamikrest. Dagadany z Frankiem Parkerem nie zdążyłem zobaczyć. Szkoda, że Tuaregowie zostali umieszczeni o tak wczesnej porze. Bardziej sprawdziliby się po zachodzie słońca. Nie narzekam jednak, wypadli fantastycznie. Z początku trochę wycofani, z każdą chwilą rozkręcali się coraz bardziej, by na koniec zostać pożegnanymi burza oklasków po drugim bisie. Największe wrażenie, oprócz oszczędnej gry lidera, Ousmane'a Ag Moussy robiła sekcja rytmiczna, która trzymała wszystko w ryzach. Lekkim nieporozumieniem były natomiast rockerskie zapędy drugiego gitarzysty. Szczęśliwie niezbyt częste. Nie zabrakło zarówno hajlajtów z poprzednich wydawnictw Tamikrest, jak i wglądu w nadchodzącą jesienią nową płytę.

Bośniaków z Dubioza Kolektiv słuchałem piąte przez dziesiąte, ponieważ na żywo kazali się być jeszcze bardziej odlegli od moich muzycznych zajawek niż w studiu. Pierwszym z trzech tytułowych dotknięć nieba był występ Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana. Przez półtorej godziny na Dziedzińcu Zamkowym dwaj kurdyjscy muzycy tkali swoja opowieść o upadłych imperiach, bezkresnych równinach, wysokich górach, miłości, śmierci. Raz jeden instrument przejmował wątek, by za moment drugi go podjął, poprowadził w nowym kierunku i oddał. Dialog na kamanczę i saz był zdecydowanie jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Kalhor i Erzincan zagrali tylko jeden, niezwykle rozbudowany utwór, pełen improwizacji i punktów kulminacyjnych, po którym w gruncie rzeczy bardzo dobry i brawurowy występ wskrzeszających tradycje swojego regionu Canzoniere Grecanico Salentino wypadł dość blado.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się drugim niewypowiedzianie pięknym koncertem. Siedmiu Albańczyków w tradycyjnych strojach śpiewał a capella równie tradycyjne pieśni. Tu szybko skojarzenia pobiegły do występu A Filetta sprzed dwóch lat. Z tej uduchowionej atmosfery szybko wybudził poznańską publiczność Janusz Prusinowski z zespołem. Mazurki, oberki, wiwaty, polonez nawet, do którego zatańczono, niczym na studniówce. Pod scena przez cały koncert trwała regularna wiejska potańcówka. Az żal, że nie znam żadnego z ludowych tańców. Gdy zmęczeni muzycy schodzili ze sceny po drugim bisie (poznaniacy byli pod tym względem bezlitośni), na zewnątrz trwał już koncert Kapeli ze wsi Warszawa, który przywitał mnie wiwatem "Musiałaś ty dziewce co umieć..". Wiwat ten pojawił się już na koncercie Prusinowskiego i muszę przyznać, że jego interpretacja tej melodii wypadła dużo lepiej. Zresztą KzwW to jeden z niewielu zespołów, które bardziej przemawiają do mnie z albumów niż na żywo. I tak było również w Poznaniu, do momentu, gdy na scenie nie pojawiła się Mercedes Peon, wnosząc dużo świeżości do zespołu. Nim jednak koncert się skończył, trzeba było uciekać na dziedziniec (z powodu deszczu koncerty się poprzesuwały), bo tam zaraz zaczynał Hariprasad Chaurasia, wirtuoz bansuri, indyjskiego fleta poprzecznego. Spodziewałem się po tym koncercie czegoś więcej, a wynudziłem się jak mops.

Z ogromną nawiązką wynagrodził mi to kończący sobotnie koncerty występ Alirezy Ghorbaniego z zespołem w całości poświęcony poezji Rumiego. Fantastycznemu irańskiemu wokaliście towarzyszyli doskonali muzycy: Znów byl to bardzo plastyczny koncert, pełen improwizacji, hipnotyzującego transu i melancholii tak charakterystycznej dla muzyki perskiej. Nad wszystkim dominował głos Ghorbaniego. Co ja mogę więcej napisać? To był jeden z tych koncertów, przy których słowa przestają wystarczać.

Koncertowa niedziela zaczęła się dla mnie później, ale od mocnego uderzenia. Orkiestra Bobana i Marka Markoviciów zaprezentowała to, co najlepsze w muzyce bąłkańskich orkiestr dętych, sięgając po takie klasyki, jak "Djurdevdan" czy "Caje Sukarije", przekrój własnych utworów łączących bałkańską tradycję z różnymi stylami czy grając własne wersje popowych klasyków, jak "Smooth Criminal" Jacko. Mnie najbardziej cieszyły wycieczki w stronę tradycji. Dzikość koncertu udzieliła się tez publiczności, która długo nie chciała puścić ze sceny zespołu, a Marko Marković chyba trzy razy wracał na nią, by zaśpiewać motyw "Caje Sukarije". Bałkańska podróż miała swój dalszy ciąg w koncercie Feliksa Lajkó. Od wirtuozerskich popisów muzyków skrzyło się powietrze na Dziedzińcu Zamkowym, jednak w żadnym wypadku nie były to puste popisy. Grający bez wytchnienia Felix każdym dźwiękiem opowiadał historie, a ja cały czas trzymałem szczękę przy ziemi. I wreszcie na koniec jazz z Libanu. Ibrahim Maalouf nie do końca mnie przekonał. Za dużo popisów, za dużo "białego funku", za dużo nowoczesnego smooth jazzu. Jednak wszystkie zarzuty zmył fantastyczną wersją "Beirutu", swojej pierwszej piosenki. I już, po festiwalu.

Zmiana miejsca ze starego koryta Warty na Chwaliszewie na Centrum Kultury Zamek wyszła festiwalowi na dobre. Dzięki temu, że odbyła się w siedzibie organizatora, udało się zaoszczędzić część pieniędzy na przygotowania i infrastrukturą i przeznaczyć je na naprawdę gwiazdorski line up. Festiwal nie stracił tez nic ze swojego klimatu, nadal nie trzeba było biegać między scenami. Jednocześnie widać było, że to pierwsza edycja w nowej lokalizacji, więc nie wszytko działało, jak powinno, ale te drobne usterki można łatwo puścić w niepamięć, bo muzycznie było po prostu doskonale. Widzimy się za rok.

środa, 26 września 2012

Szamanki, pasterze, derwisze

Znów pisany na szybko szkic.

Drugi dzień Skrzyżowania Kultur rozpoczęły Ayarkhaan, pięć Jakutek, które kontynuują starą tradycję śpiewu gardłowego i gry na jakuckiej drumli - khomusie. Tyle wiedziałem przed koncertem. Nie wiedziałem natomiast, że te drumle mogą brzmieć, jak eksperymentalna elektronika. Z dropami. NAPRAWDĘ. I to właśnie razem z efektami dźwiękowymi (wiatr, rżenie koni, śpiew ptaków, kowalskie młoty), do których produkowania wystarczyły im te małe kawałki metalu i własne głosy, wbiło mnie w fotel (no, krzesełko) podczas ich występu, mimo że ich śpiew był również fantastyczny.Wszystko razem tworzyło niezwykle sugestywny obraz syberyjskiej pustki, zmarzliny po sam horyzont, miejsca, gdzie przez wiele dni jazdy konno krajobraz się nie zmienia. Brr.

Po nich przyszedł czas na Rustavi, męski gruziński chór. Piosenki ludowe przeplatali kościelnymi. Aż szkoda, że nie zaśpiewali w kościele, jak A Filetta na ubiegłorocznym Ethno Porcie. W zanadrzu mieli również kilka "kabaretowych" utworów (a przynajmniej tak się wydawało bez rozumienia gruzińskiego, ale skoro jeden pan szczekał, to nie mogło to być coś zbyt poważnego). Był też instrumentalny przerywnik, który objawił kaukaskiego Steve'a Vaia. Z tą różnicą, że jego instrumentem nie jest gitara, lecz flet, ale również wydawał z niego milion dźwięków na sekundę. A nawet z nich, bo w pewnym momencie zaczął grać na dwóch jednocześnie. Jak to robił, nadal nie mam pojęcia. Nic więc dziwnego, że z całego dziesięcioosobowego zespołu, to właśnie on dostał największe owacje. Należy tu dodać, że Gruzini byli oklaskiwani długo i często, aż po czterdziestu minutach występu i kilku braw na scenę weszły dziewczęta z kwiatami, by podziękować im za koncert, a do końca było jeszcze daleko. Już po właściwej części koncertu i bisach, Rustavi pojawili się na małej scenie w klubie festiwalowym i tam zaśpiewali dwie piosenki. Szkoda tylko, że ludzie gadali okrutnie.

W środę Skrzyżowanie rozczarowało po raz pierwszy. Na koncert Juliena Weissa z Al-Kindi Ensemble czekałem z wypiekami na twarzy. Niestety, ani część z rytualnymi utworami i wirującymi derwiszami, ani autorskimi kompozycjami Francuza nie zachwyciły,. Naprawdę magicznie zrobiło się w części trzeciej, gdy wykonywali ottomańską muzykę dworską z dużą ilością improwizacji. Nie wiem, czy ten zawód wynikał z moich wybujałych oczekiwań, czy po prostu Weiss miał gorszy dzień. Stawiam na to drugie. Musiał skompletować nowy zespół, bo jego syryjscy współpracownicy są uwikłani w wojnę, a dzisiaj znów zostało zbombardowane Aleppo i nie wiadomo, czy przetrwał jego dom. 

sobota, 15 września 2012

Afryka w środku Europy

7 sierpnia 2011, Katowice, OFF Festival.

 Trwa koncert Deerhoof na Leśnej. W przerwie między piosenkami nadpobudliwy perkusista Greg Saunier zaprasza wszystkich na występ kongijskiej grupy Konono No. 1. Nieśmiało wspomina, że Afrykanie spodziewają się gości.

O godz. 23 ci festiwalowicze, którzy zamiast Ariela Pinka wybrali Konono, stawili się w Namiocie Eksperymentalnym. Gdzieś w połowie drugiego utworu za dodatkowym zestawem perkusyjnym siada Saunier. W trakcie występu do grania dołącza reszta Deerhoof i koncert kończy się eksplozją dźwięków zmuszających do tańca. Dźwięków pierwotnych, odległych, ale niezwykle kuszących. Widać, że to nie było pierwsze spotkanie Deerhoof i Konono No. 1.

1987

Świat o muzyce ulic Kinszasy dowiadywał się dwa razy. Pierwszy raz 24 lata temu, gdy francuska wytwórnia Ocora wydała kasetę „Zaïre: Musiques Urbaines á Kinshasa”. Znalazły się na niej nagrania mające wtedy ok. 9 lat, w tym również utwory Konono. Jednak słuchacze nie chcieli przyjąć do wiadomości, że w stolicy Zairu dzieją się rzeczy nie mniej fascynujące niż na ulicach Nowego Jorku, Londynu i Paryża.

2004

Gotowi byli dopiero, gdy Zair od siedmiu lat był znów Kongiem. Rzecz została nagłośniona ponownie za sprawą niewielkiej wytwórni, tym razem belgijskiej Crammed Discs, która wydała nagrania Konono No. 1 po raz pierwszy na kompakcie. Tytuł był bardziej chwytliwy - „Congotronics” brzmi dużo lepiej niż „Zaïre: Musiques Urbaines á Kinshasa”. W tym samym roku w kolejnym małym labelu (Terp) ukazał się album z nagraniami koncertowymi Konono. W 2005 r. Crammed Discs wydali składankę „Congotronics 2”, na której zaprezentowali najciekawszych wykonawców z Konga jak 25-osobowy, wieloetniczny ansambl złożony z najlepszych muzyków prowincji Kasai - Kasai Allstars, bardziej eksperymentalne wcielenie Konono (Kisanzi Congo) albo Bolia We Nedge, którzy używają przede wszystkim akordeonu. Wybucha szał na muzykę kongijską, podtrzymywany przez wydanie debiutu Kasai Allstars i Staff Benda Bilili, zespołu nie zaliczanego do kolektywu Congotronics, ale o którym w zachodnim świecie jest równie głośno.

2010

W tym momencie na scenę wkraczają czołowi eksperymentatorzy muzyki zachodniej. Crammed Discs wydają dwupłytowy album „Tradi-Mods Vs. Rockers”, na którym śmietanka amerykańskiej i europejskiej alternatywy bierze na warsztat utwory Kongijczyków. Deerhoof, Animal Collective, Megafaun, Andrew Bird, Shackleton, EYE, AU to tylko część muzyków uczestniczących w tym przedsięwzięciu. Efekt jest absolutnie frapujący. Głos Satomi Matsuzaki z Deerhoof niezwykle dobrze współgra z plemienną muzyką Kasai Allstars, orkiestracje dodane przez Jhereka Bischoffa do utworu Konono nadają mu niezwykłej podniosłości, Shackleton z sampli tworzy zupełnie nową całość (która jednak ciągle ma afrykański sznyt), a Andrew Bird nie zmienia wiele w piosence „Ohnono/Kiwembo”, jedynie uzupełnia ją delikatnymi skrzypcami. Najciekawiej wypada Argentynka Juana Molina, która na kongijskiej podstawie stworzyła kompozycję ze wszech miar latynoską oraz kolaboracja Kasai Allstars z Aksak Maboul, zespołem Marca Hollandera, założyciela Crammed Discs. „Tradi-Mods Vs. Rockers” zostawia pewien niedosyt, bo żaden z artystów nie odszedł radykalnie od tego, co robi na co dzień. Z plemiennymi rytmami od dawna eksperymentowali Animal Collective, nie jest to też nowość dla AU. Nie wszystkie utwory są udane, jednak dzięki tej kompilacji oraz licznym blogom (w tym Awesome Tapes From Africa) Czarny Ląd wdarł się do świadomości słuchaczy. A najlepsze jeszcze przed nami.

2011

Pod koniec marca Crammed Discs ogłaszają trasę koncertową Congotronics vs Rockers, który trwa od końca maja do lipca. 20 muzyków - 10 z Kongo, 10 z naszego kręgu kulturowego. „Nasi” przedstawiciele to Deerhoof, Juana Molina, Wildbirds & Peacedrums oraz Skeletons - wszyscy brali udział w powstawaniu płyty „Tradi-Mods...”. Artyści cały maj spędzili w Brukseli (siedzibie Crammed Discs) na graniu. Pisali nowe piosenki, ćwiczyli je, a potem cała dwudziestka zaprezentowała świeże utwory na festiwalach w Europie i Japonii. Debiut tej supergrupy, nazwanej tak samo, jak tournée, został zapowiedziany na początek przyszłego roku. Dokładnie na 31 urodziny Crammed Discs.

7 sierpnia 2011

Konono i Deerhoof schodzą ze sceny po ponad godzinnym, transowo-tanecznym koncercie przy owacjach publiczności. Występ na OFF Festivalu 2011 był naprawdę wyśmienity. Zderzenie Afryki z Ameryką, z którego powstaje nowa jakość, zupełnie inna od jednej oraz drugiej tradycji muzycznej. Artyści są świetnie zgrani po miesiącu prób i kolejnych kilkudziesięciu dniach wypełnionych trasą. A to przecież tylko namiastka Congotronics vs Rockers, którzy pewnie zdystansują inną supergrupę – SuperHeavy Micka Jaggera.

Electric Nights 7/2011

wtorek, 10 lipca 2012

Open'er 2012


1. Na tegorocznego Open’era pojechałem z bardzo sprecyzowanymi planami. I prawie udało mi się je wypełnić. Z siedmiu koncertów, które chciałem zobaczyć, nie udało mi się dotrzeć tylko na dwa. I jak widać, nie pojechałem do Gdyni, by latać między scenami. Nie, od tego jest OFF.

2. Dzień pierwszy to na początek Toro y Moi. Byłem ciekaw, czy spodoba mi się tak bardzo, jak w Powiększeniu. Było jeszcze lepiej, bo jeszcze bardziej funkowo. Podobnie, jak w zeszłym roku, Chaz z zespołem skupił się na „Underneath the Pine”, a z „Causers of This” zagrali chyba tylko dwa kawałki, które były najsłabszymi momentami koncertu. Bundick wydawał się być mniej spięty niż ostatnio, ale nadal uwielbienie, z jakim spotyka się w Polsce chyba nadal go przerasta. Trudno mu się dziwić, namiot o 19 był dość szczelnie wypełniony.  Z Toro wyrwałem się chwilkę przed końcem, bo nie dało się już wytrzymać w tej duchocie, choć do trójkowego namiotu z zeszłorocznego OFFa trochę brakowało.

3. Bardzo żałuję, że Bloc Party spędziłem socjalizując się w strefie gastro, a nie tańcując pod sceną. Z tego, co było słychać przy namiocie Onetu, naprawdę dawali radę. Zobaczyłem tylko samą końcówkę. Odbiłem to sobie na Franz Ferdinand, głównym powodzie przyjazdu do Gdyni. Nie zawiedli. To prawdziwa koncertowa maszyna. Jeśli miałbym ich do czegokolwiek przyrównać to byłoby Lamborghini. Klasa i perfekcja. Zaczęli od „Matinee”, potem polecieli w przeplatankę hitów z nowościami, których zagrali naprawdę sporo. Nowy album zapowiada się bardzo obiecująco. Zakończyli rozbudowanymi „Outsiders” i „This Fire”, a ja wytańczyłem się okrutnie. Za to Alex Kapranos mógłby sobie zmienić stylówę, bo obecnie wygląda jak Zagłoba z tą podgoloną głową i wąsem.

4. Następny dzień zaczął się od ulewy, która w połączeniu z wysokimi temperaturami zamieniła Babie Doły w oborę. Nie przeszkodziło to jednak w wystepie Mumford & Sons, co prawda przesuniętym o dwadzieścia minut, ale na szczęście Brytyjczycy grali już w słońcu. Największym zaskoczeniem tego koncertu był fakt, że mają mnóstwo, naprawdę mnóstwo nastoletnich fanek. A może powinienem był napisać ma, bo pewnie tym wszystkim dziewczętom chodziło o Marcusa Mumforda. Zagrali energetycznie, podobnie, jak Franz Ferdinand zagrali sporo nowości. No taki ładny folk po prostu, mi się podobało.

5. Janelle Monae zrobiła ogromny show, z konferansjerem, tańczącą synchrony orkiestrą, przebierankami. Na szczęście nie przesłoniło to fantastycznej muzyki, Monae zagrał wszystkie swoje hity, jedną nowość, cover Jackson 5. No właśnie, ona nie jest następczynią Eryki Badu, jak ją niektórzy określają, tylko Jacko. Dziewczyna ma ogromną muzyczną wyobraźnię i wie, co chce osiągnąć. Liczę, że druga płyta będzie jeszcze lepsza niż „ArchAndroid”. To była najszybsza godzina na festiwalu.

6. Na sam koniec zostali The XX. Ascetyczna magia. Kilka dźwięków robiących piorunujące wrażenie, do tego niezwykła scenografia, scena spowita w oparach dymu i wielki X najpierw przezroczysty, potem również wypełniony dymem. Tradycyjnie dla tegorocznej edycji festiwali iksy również przeplatały nowości z materiałem z debiutu, i też nie mogli nadziwić się entuzjastycznej reakcji publiczności.

7. I tak minęły mi dwa dni w Gdyni.