Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie pop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2026

Szara nostalgia


Doskonale pamiętam swoje pierwsze spotkanie z Yumi Zouma. To było niedługo po ich debiucie. Okładkę EP I zobaczyłem na blogu Mariusza Hermy. Zachęciła mnie do kliknięcia, spodziewałem się – jak zanotowałem w krótkiej recenzji – czegoś w rodzaju polaroidowego Vampire Weekend. Dostałem cztery sepiowe, późnoletnie piosenki. I zakochałem się w muzyce tych rozsianych po świecie Nowozelandczyków. Od tamtej pory minęło 12 lat.

Jest 2026 rok i – po kilku zmianach składu – Yumi Zouma nadal mieszkają na różnych kontynentach. Wypracowali sposób działania – pomysłami przerzucają się mailami, ale albumy nagrywają wspólnie, w każdej wolnej chwili, gdy są w jednym miejscu. Wyjątkiem były pandemiczne, alternatywne wersje Truth or Consequences. Przez te 12 lat konsekwentnie nagrywali i wydawali epki i albumy co roku. Wypełnione eleganckim, zwiewnym indie popem. Coraz mniej polaroidowym, ale nadal późnoletnim i ślicznym. Jeśli dobrze pamiętam, to napisałem o nich – poza tymi kilkoma zdaniami na blogu – tylko raz, recenzując Willowbank, ich drugi album. Ale ten tekst wyparował razem z portalem, do którego go napisałem.

Po czterech albumach i trzech dziesięciocalowych epkach postanowili coś zmienić, zresztą można było takiej zmiany się spodziewać. Mają już ustalony skład, już na Present Tense grali bardziej organicznie, pochowali syntezatory. EP IV zapowiadała ten nowy kierunek – koniec inspiracji latami 80., koniec tego ciepła. Wchodzą w swoją fazę buntu i naporu, zakładają flanele, farbują się na czarno, słowem, witamy dekadę później.

No Love Lost to Kindness w pełni odsłania nowe oblicze kwartetu. Gdzieś tam majaczy echo Garbage, powidoki Hole, Eels, post-grunge, alt rock. Oczywiście to wszystko jest przefiltrowane przez ich popową wrażliwość. To nie tak, że obrazili się na przystępne, czarujące melodie. Ubierają je po prostu inaczej. To nadal muzyka wypełniona nostalgią. Może nawet bardziej niż wcześniej. A na pewno jest to nostalgia konkretniejsza. Sami urodzili się w latach 90., to dla nich kraina dzieciństwa, bezpieczna i znana. I może dlatego do niej wracają, chcą złapać choć chwilę wytchnienia od świata, który zdaje się pędzić ku zagładzie. A może wchodzą już w ten wiek, kiedy takie spoglądanie w przeszłość staje się naturalne. W „Phoebe’s Song” wplatają nawet dźwięk dzwonka Nokii 3310. „Blister” brzmi jak destylat z najntisowego altrocka, który królował na antenach MTV (RIP). To muzyka wielkich metropolii, nocnych wypadów na miasto. W drugiej połowie albumu zwalniają. Zaczyna się od „Chicago 2am”, które brzmi niczym wprost wyjęte z repertuaru TOPS (to frazowanie i melodia śpiewana przez Christie Simpson). To – kontynuując tę metaforę – długi powrót do domu. Trochę pieszo w świetle neonów, trochę taksówką, w której szybach odbijają błyszczące od deszczu ulice.

Piąty album Yumi Zouma jest utrzymany w szarościach i po 12 latach biegania w kolorach ta odmiana im pasuje.

Nowozelandczycy 15 marca wreszcie zagrają w Polsce, w warszawskiej Hydrozagadce. Bilety jeszcze są.

poniedziałek, 9 maja 2022

Udało nam się stworzyć spójną całość


W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. To akurat tegoroczna rzecz, ale nie ukazała się tam, gdzie miała. Alt-j to zespół, który doceniłem tak naprawdę dopiero przy okazji tej najnowszej płyty. Rozmawiałem z wokalistą, Joe Newmanem.

W 2022 mija 10 lat od premiery waszego debiutu i jednocześnie przełomowego albumu, An Awesome Wave. Zdarza ci się do niego wracać?

Joe Newman: Chyba... Tak, wracam do niego. Zresztą wracam nie tylko do naszego debiutu, ale do całej naszej dyskografii. Pomaga mi to podjąć decyzję, w jaki sposób podejść do pisania nowych piosenek. Wracanie do starszych piosenek jest ważną częścią procesu twórczego. Wracanie do An Awesome Wave jest szczególnie miłe, bo przywołuje niezwykle ważne wspomnienia. Doskonale pamiętam, gdzie pisaliśmy ten album, jakie ciuchy nosiliśmy, jak wyglądały nasze relacje – byliśmy prawie nierozłączni – zapowiedź naszego sukcesu. An Awesome Wave z czasem stał się nostalgicznym wspomnieniem naszych początków i sukcesu.

Co czujesz, kiedy do niego wracasz?

Przede wszystkim to, że wybraliśmy się w muzyczną, dźwiękową podróż. Kiedy porównuję An Awesome Wave z naszym najnowszym albumem, słyszę, że dojrzeliśmy jako muzycy, rozwinęliśmy się. Na przykład – zmienił się mój głos. Teraz czuję się z nim dużo bardziej komfortowo, zmieniła się też jego rozpiętość. Nasz producent, Charlie, też się zmienił – zyskał dużo wiedzy, doświadczenia i ma teraz lepszy sprzęt. Lepiej też wie, co mu się podoba, a co nie. Muzycznie bardzo się zmieniliśmy. Zmieniliśmy się też my, sukces każdego kolejnego albumu buduje naszą pewność siebie. Czujemy, że nagrywając nową muzykę, znajdujemy się w bezpiecznym miejscu. Wiemy, co ma dla nas wartość, wiemy też, co jest wartościowe dla ludzi czekających na nasza muzykę. Traktujemy się bardziej poważnie.

Zaczęliście nagrywać The Dream tuż przed początkiem pandemii i lockdownów. Jak to wpłynęło na waszą muzykę?

Cóż... dostaliśmy dużo więcej czasu na pisanie piosenek, bo świat upadł na kolana. Wszystko się musiało zmienić i wszystko się zmieniło z dnia na dzień. Rządy musiały zarządzać kryzysem, który potrwa kilka lat i trwa nadal. Dla nas jednak nic się nie zmieniło w tym sensie, że proces powstawania albumu nie został dotknięty przez pandemię. Pisałem piosenki na własną rękę, jak zawsze; ciągle jeździłem do studia, nagrywałem demówki w ogrodzie. Wymyślałem nowe piosenki, wracałem do starszych pomysłów, które gdzieś zapisałem. Nikt od nas niczego nie oczekiwał, mieliśmy więcej czasu i więcej luzu. Porównałbym to do śnieżnego dnia, kiedy dzieciaki nie muszą iść do szkoły i mają dla siebie więcej czasu. Ten dodatkowy czas pozwolił nam mocniej zagłębić się w piosenki. Myślę, że złożoność The Dream częściowo wynika z pandemii i tego, co wszyscy przeżyliśmy.

Piosenką najbardziej bezpośrednio odnoszącą się do pandemii jest Get Better. Czy powstała na kanwie starszego pomysłu?

W pewnym sensie. Refren napisałem w 20176 roku, a zwrotki zrodziły się podczas pandemii. Zapisywałem drobne poetyckie momenty godzenia się ze stratą kogoś bliskiego. Wynotowałem dużo takich krótkich zdań na telefonie czy w notesach i zebrałem te wszystkie drobne momenty razem. Codziennie byliśmy wystawiani na ogromną skalę straty przynoszonej przez pandemię. Tak wielu straciło najbliższych. To było tak obezwładniające i tak wszechobecne, że postanowiłem napisać o pandemii i tej stracie.

Twoje piosenki przypominają opowiadania, może nawet nowelki. Wiem jednak, że nie zawsze czułeś się komfortowo ze śpiewaniem historii, które się tobie nie przydarzyły.

To prawda, trochę mnie uwierało, że piszę tak emocjonalne piosenki jak Get Better, które są całkowicie fikcyjne. Wreszcie Gus powiedział mi, że przecież nie potrzebuję skierowania od lekarza, żeby napisać smutną piosenkę. Nigdy tego nie zapomnę, bo przecież to najprawdziwsza prawda. Jeśli byśmy usunęli wszystkie opowieści, których autor nie przeżył opisywanych zdarzeń, stracilibyśmy mnóstwo wartościowej sztuki – literatury, filmów, piosenek i sztuk pięknych też. Lubię zgłębiać te mroczniejsze strony ludzkiego doświadczenia i nieuchronności wszystkich odcieni życia. Nawet jeśli sam ich nie przeżyłem.

Skąd bierzesz inspirację do swoich historii?

Trudno powiedzieć. Inspiracji nie da się włączyć ot tak, to coś, na co się napotykasz. Fascynują mnie te sprawy, a fascynacja jest smarem inspiracji.

W takim razie, skąd u ciebie ta fascynacja śmiercią, zbrodnią, stratą?

Myślę, że to bardzo ludzkie. To jak spoglądanie na wypadek samochodowy. Zadałeś mi pytanie bardziej o instynkty niż o coś świadomego. Ta fascynacja bierze się z instynktu przetrwania – patrzysz na wypadek, bo siedzi w tobie pierwotna ciekawość rzeczy, które przydarzą się i tobie. Niekoniecznie zginiesz w wypadku, chodzi o nieuchronność śmierci i okrucieństwo. Możliwe, że fascynujemy się takimi rzeczami, bo podświadomie chcemy ich uniknąć i się przed nimi uchronić. A może po prostu chodzi o zrozumienie istoty życia... Chociaż nie, to raczej pogodzenie się z jego bezsensem, pustką istnienia.

Ciężko ci się oddaje perspektywę chociażby seryjnego mordercy, jak w Losing my mind?

Nie, bo nie wcielam się w niego. Specjalnie zresztą ta piosenka jest niejasna. Słuchacz może ją zinterpretować na swój sposób. Losing my mind jest przykładem wspomnianych przez ciebie piosenek-nowelek. Wyciągnąłem z niej osiem zdań, które są niezbędne dla opowieści. Każdy wers jest częścią szerszego obrazu, o którym nie mówię w piosence, ale te osiem zdań wystarcza, by zobaczyć nowelę, która za nimi stoi.

The Dream jest waszą najbardziej amerykańską płytą pod względem brzmienia i struktury piosenek, śpiewacie protest songi, sięgacie po śpiew w stylu barbershop. Jesteście jednym z niewielu brytyjskich zespołów, które w ciągu ostatnich 15 lat osiągnęły sukces w Ameryce. The Dream można interpretować też jako pewnego rodzaju list miłosny do Stanów. Co jest takiego w tym kraju, że nie możecie mu się oprzeć?

Nasza młodość, spędziliśmy nasze lata dwudzieste w Stanach. Obejrzeliśmy ten kraj z wana. Poznaliśmy Amerykanów, stany, krajobrazy, jedzenie – wszystko z wana, który woził nas z koncertu na koncert. W tym samym czasie wszyscy nasi przyjaciele kończyli studia, wchodzili w dorosłe życie, mieli tymczasowe prace, starali się odnieść sukces w różnych dziedzinach albo uczyli. Mam do tego wielki szacunek, do ich pracy i wysiłku, my tymczasem żyliśmy dziecięcym marzeniem, które było brane na poważnie przez ludzi, którzy na nas postawili. Masz dwadzieścia lat, spotykasz nowych ludzi co wieczór, grasz koncerty, poznajesz Stany dużo dokładniej niż byś kiedykolwiek się spodziewał. Dzięki tej naszej ciężkiej pracy, która jednocześnie jest wspaniałą przygodą, staliśmy się znani w Ameryce. To Amerykanom i ich pieniądzom zawdzięczamy nasz styl życia, to, że możemy utrzymać się z muzyki.

Kiedy Trump doszedł do władzy, rozpalił podziały, które istniały już wcześniej i które my widzieliśmy na własne oczy. Ameryka od tamtej pory płonie. Nie powiedziałbym, że ciężko się na to patrzy, raczej to niezwykłe zjawisko. Kochamy Amerykę, jesteśmy jej wdzięczni i chcieliśmy jakoś podziękować Amerykanom za nasz sukces. W formie piosenek. Rozmawialiśmy o Teksasie, Los Angeles, Chicago, Filadelfii. Połowa z tych miejsc to po prostu miejsca na mapie, ale potem stwierdziliśmy, dlaczego nie uhonorować na przykład chicagowskiego house'u? Filadelfia to piękne słowo, więc zrobiliśmy z niego refren piosenki. The Dream nie jest albumem koncepcyjnym, ale w trakcie powstawania, stał się hołdem dla naszej abstrakcyjnej miłości do Ameryki.

Wyobrażasz sobie mieszkanie w Ameryce?

Nie.

Dlaczego?

Bo kocham życie w Anglii. Moja partnerka jest Australijką i jeśli mielibyśmy się gdzieś przeprowadzić, to właśnie tam.

Niedawno urodziła ci się córka, czujesz, że ojcostwo zmieniło cię jako artystę?

Jeszcze nie wiem, córka ma 11 miesięcy i choć jest to najważniejsze i najwspanialsze doświadczenie mojego życia, to na to pytanie będę mógł odpowiedzieć za 10 lat. Napisałem już kilka piosenek o ojcostwie, służą mi jako wehikuł do uwiecznienia początku tego procesu.

Bohater Hard Drive Gold staje się z dnia na dzień kryptomilionerem. Interesuje was wejście w NFT i blockchain?

Zbyt mało o tym wiemy. Na razie przypomina to bańkę pełną szarlatanów, którzy chcą zarobić jak najwięcej pieniędzy jak najmniejszym kosztem. Nas nigdy nie interesowało samo zarabianie pieniędzy. Poza tym nie wiadomo, czym się kierują twórcy kryptowalut. Jasne, jest inna strona NFT – mogą pomóc zacieśnić więzi między artystą a fanami, ale chyba to nie dla nas. Przynajmniej na razie.

Z czego jesteś najbardziej zadowolony na The Dream?

Jedną z najlepszych rzeczy związanych z tym albumem jest to, że nie mam takiej jednej rzeczy. Stworzyliśmy piosenki, które się zazębiają i wspólnie działają jako jedna całość. Jestem dumny z każdej piosenki. Na tym albumie nie ma wypełniaczy, każdą piosenkę moglibyśmy wybrać na singel. Z tego jestem najbardziej dumny, że udało nam się stworzyć spójną całość.

środa, 11 sierpnia 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 11 VIII 2021

Już za kilka dni 15 sierpnia, ferragosto. Symboliczny początek końca lata we Włoszech. Jeszcze jest gorąco, ale dni stają się coraz krótsze, noce coraz zimniejsze, światło coraz bardziej jesienne. I taka była audycja - w programie tylko włoska muzyka, idealna na żegnanie się z kanikułą i wakacjami.

1. Mirco Menna & Banda di Avola - Evviva
2. Colombre - Fuoritempo
3. Colombre - Arcobaleno
4. Francesca Michielin feat. Giorgio Poil - LEONI
5. Giorgio Poi - Doppio nodo
6. Giorgio Poi - Le foto non me le fai mai
7. Germano - Ti soprerenderebbe
8. Francesco de Leo - Lucy
9. Lucia Manca - Maledetto
10. Angelica - Il momento giusto
11. Colapesce - Ti attraverso
12. Mina - Il cielo in una stanza
13. Maria Mazzotta - Beddha ci stai luntanu

wtorek, 30 marca 2021

Szwedzko-senegalska współpraca na miarę XXI wieku

Wszystko zaczęło się na początku 2018 roku, gdy Karl-Jonas Winqvist, szwedzki muzyk i wydawca, spędził kilka tygodni w senegalskim Toubab Dialaw, położonym mniej więcej godzinę drogi samochodem od Dakaru. Dawna rybacka osada jest dziś miejscem, w którym kwitnie środowisko artystyczne. Tam, w ciągu jednego, marcowego tygodnia Winqvist grał improwizowane sesje z muzykami poznanymi za pomocą Arouny Kanego, lokalnego producenta i właściciela studia. Po powrocie do Sztokholmu Karl-Jonas zrekrutował swoich szwedzkich kolegów i koleżanki, by dograli się do istniejącego już materiału. Następnie, razem z Kanem pracowali nad szlifowaniem całości, wysyłając sobie materiały WhatsAppem, popularnym komunikatorem internetowym.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o fenomenalnym Wau Wau Collectif.

środa, 1 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 31 III 2020



Pół audycji wypełnił indie pop w językach innych niż angielski i krótka rekapitulacja z koncertów w czasach pandemii (tak, mówię o Cuarentena Fest). Świat jednak nie do końca się zatrzymał, mimo trudności wychodzi nowa muzyka - drugie pół godziny to przegląd świeżynek z Etiopii, Iranu, Grecji, Mali i Palestyny.

1. Caliza - Call of Duty (Mar de Cristal)
2. Evripidis & His Tragedies - Μια Τρίτη στην Καντίνα (Μια Τρίτη στην Καντίνα)
3. Sobrenadar - Nordzee
4. Colombre - Crudele
5. Kumisolo - Transport en commun
6. Clea Vincent - Du sang sur le congas
7. Hailu Mergia - Abichu Nega Nega
8. Evritiki Zygia - Maritsa
9. Tamikrest - Azawad
10. Mentrix - Nature
11. Zenobia - Desert Hafla


piątek, 27 marca 2020

Na kwarantannie


W Dwutygodniku piszę o koncertach w czasach… dobrze wiecie, jakich. Ostatnie dwa tygodnie nie tylko spędziłem w zamknięciu, ale też śledziłem różne inicjatywy koncertów w sieci. Z tych najbardziej swoim rozmachem ujęły mnie Soundrive Online Festival (który jeszcze trwa, jutro finałowe koncerty Siksy i Woshka/Khris) i hiszpański Cuarentena Fest, który kończy się dzisiaj. A to dopiero początek, festiwale streamingowe rosną jak grzyby po deszczu.

O tym, że Hiszpanie w przeciwieństwie do Włochów grających i śpiewających na balkonach, część koncertowego życia chcą przenieść do sieci i zrobić onlajnowy, streamingowy festiwal, dowiedziałem się dzięki Oli, warszawskiej specjalistki od hiszpańskiego i fińskiego indie (koniecznie sprawdźcie jej dwie audycje w Radiu Kapitał). Żadna nazwa z lineupu nic mi nie mówiła. Zdałem się na ślepy los.

Pierwszy koncert na Cuarentenie zachwycił mnie od pierwszych chwil. Planowałem go oglądać jednym okiem, ale się nie dało. Miałem jakieś wyjątkowe szczęście, albo po prostu Hiszpanie robią świetny indie pop. W każdym razie nadająca ze swojego madryckiego mieszkania, obstawiona klawiszami, z roślinami za plecami, Caliza zagrała urzekająco naturalnie, co tylko uwypukliło jej ładne piosenki. Możliwe, że streamingi ze swoimi ograniczeniami, pomagają wybrzmieć piosenkom, bo nie ma się za czym kryć. Grała utwory ze swojego jak na razie jedynego albumu Mar del Cristal. Syntezatorowy pop Hiszpanki od razu skojarzył mi się z piosenkami Sobrenadar, są podobnie rozmyte i oniryczne. Szczęście miałem podwójne, bo od razu zagrała Call of Duty, który od razu stał się moim prywatnym przebojem. Tak, jak i Mil Piedras i prawie wszystkie pozostałe piosenki z Mar del Cristal.



Drugim największym odkryciem festiwalu jest dla mnie Evripidis & His Tragedies, czyli Evripidis Sabatis, Ateńczyk, który swoim domem nazywa Barcelonę. Wcześniej śpiewał po angielsku, ale na ostatnim albumie Μια Τρίτη στην Καντίνα wrócił do greki. Może dlatego jego słoneczny pop wydaje się jeszcze bardziej wakacyjny. Jego koncert był bardziej performatywny od w sumie skupionego występu Calizy. Może dlatego, że Evirpidisowi towarzyszył jego partner Marc Ribera, kamerzysta (i jak się okazało później, pilarz), dzięki czemu mógł się skupić na występowaniu i tańczeniu po mieszkaniu. I znów, jak w przypadku Calizy, muzyka Evripidisa zauroczyła mnie od pierwszych dźwięków.



Widziałem jeszcze kilkanaście koncertów, codziennie coś się dzieje nie tylko na Cuarentenie, kwarantanna nie pozbyła problemu nadmiaru i ciężkich wyborów, z których najmilej wspominam ten Pavvli. Ponownie uroczo amatorski, widać, że muzycy uczą się tej formy wirtualnego obcowania z widzami, że trzeba inaczej utrzymywać uwagę, nie widząc ich. A jednak taka intymna obecność to coś odświeżającego, może do łask wrócą małe, kameralne koncerty, gdy to wszystko się już skończy. Choć, oczywiście, możemy się obudzić w rzeczywistości, kiedy na koncerty w realu będą mogą sobie pozwolić najwięksi, a najmniejszym zostanie tylko internet.

niedziela, 5 marca 2017

Fared Shafinury - "Into the Night"



Kiedy poznałem, trochę przypadkowo, pięć lat temu muzykę Fareda Shafinury'ego, amerykańsko-irańskiego "setarzysty", najbardziej ujęły mnie w niej dwie rzeczy - łatwość,  jaką muzyk łączył zachodnią alternatywę z perską tradycją, jak stawał między nimi, traktując je jako równoprawne i równorzędne części swojej twórczości oraz melancholia, która wybrzmiewała z każdego dźwięku. Behind the Seas był albumem pełnym tęsknoty, choć bardzo słonecznym.

Fared Shafinury przez bardzo długi czas milczał. Czasem wrzucił jakąś improwizację na soundcloud, grywał koncerty, ale o nowej płycie nie było żadnych wieści. I tak mijały kolejne lata, a ja, czekając, utwierdzałem się w przekonaniu, że Behind the Seas będzie jak meteor, który na krótką chwilę rozświetlił noc. Koniec końców premierę Into the Night prawie przegapiłem, mniej z własnego gapiostwa, a bardziej ze specyfiki obecnego przepływu informacji.

Cold Front i pierwsza część Chaotic Bliss trochę na wyrost zapowiadają, że Shafinury postawił na brzmieniową rewolucję - elektronika, gitara zamiast setaru, pogłosy. Jednak już w drugiej połowie Chaotic Bliss wszystko wraca na swoje miejsce. Setar wygrywa poruszające melodie, perska melodyka przekłada się na angielski tekst, w klasyczną formę Shafinury wprowadza automat perkusyjny i delikatne syntezatory. Zgodnie z tytułem, Into the Night to płyta nocna, stojąca w opozycji do skrzącej się barwami zachodzącego słońca Behind the Seas.

Mam wrażenie, że tym razem środek ciężkości przesunął się delikatnie w stronę zachodniej alternatywy. Piosenki mają w większości bardziej klasyczną anglosaską formę, Shafinury śpiewa częściej po angielsku niż persku. Wymownym przykładem tej zmiany kierunku jest Danccing in the Dark Springsteena, które kończy album. Zagrana na akustycznych instrumentach, z wiodącą rolę setaru, to nadal bardzo amerykańska piosenka, choć na sam koniec Shafinury przygotował niespodziankę - kilka wersów po persku. To też chyba najlepiej oddaje jego pomysł na muzykę.

Into the Night to udany kontynuator Behind the Seas. Niepozbawiony wad, bo chociażby So In Love jest okropnie kiczowate, ale w ogólnym rozrachunku bardzo porządny. Jednak do poziomu debiutu trochę brakuje, jednak to mnie nie martwi,  Behind the Seas to jedna z tych płyt, które trafiają się tylko raz.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

W centrum: Zapaska


Zaczęło się w Kamieńcu Podolskim. Tam poznali się Jana Szpaczinska i Pawło Niechytajło i powstała Zapaska, jeden z najciekawszych ukraińskich zespołów poruszających się po szeroko rozumianej muzyce alternatywnej. Na początku grali akustycznie, z czasem dołożyli elektronikę, w tym loopery i automaty perkusyjne. I mieszali. Swobodnie przeskakują między ukraińskim a angielskim, pojawia się polski (w cudownie absurdalnym Niema Ryby z ich drugiej Epki, Translitom), słowacki. Po dwóch Epkach wydanych przez rodzimą oficynę XXX Waves, trafili do jednej z moich ulubionych wytwórni, słowackiej Slnko.

Bardzo dobrze się w nią wpasowali, a może po prostu od początku pasowali do koncepcji Słowaków, czyli nowoczesnej muzyki odwołującej się do lokalności. Jana i Pawło przyznają się do takich odległych inspiracji jak malijski blues, muzyka z Bollywoodu czy hip hop. Jednocześnie ich muzyka jest oparta na ukraińskiej melodyce.

Najlepiej to słychać na ich najnowszej płycie, wydanej na początku tego roku Pomalu. Akustyczne brzmienia zeszły na dalszy plan, zostały przykryte cieplutką elektroniką, poszatkowanymi samplami i chillwave'owym rozmyciem. Pawło uprawia pseudo rap, Jana schowana za warstwą efektów wyśpiewuje czarujące, słowiańskie melodie. Piosenki są trochę surrealistyczne, czasem wydają się zaledwie szkicami, napisanymi w sypialni, ale to nie wada, bo ja uwielbiam taka lekko amatorską estetykę. Tym bardziej, że często trafiają się prawdziwe perełki, jak chociażby utwór tytułowy, elektropopowe Shkoliarska czy Generosity albo słoneczne Lety. Pomalu może nie zachwyca od początku do końca, ale na pewno to rzecz warta posłuchania i sprawdzenia, jak to się robi za miedzą.

Nie było mnie na Budapest Showcase Hub, gdzie dyskutowano na temat przyszłości muzyki, powiedzmy, środkowoeuropejskiej i jej szans na sukces. Jednym z rozwiązań ma być stworzenie prawdziwej, wspólnej sceny, wspólnego obiegu muzyki, żeby najpierw myśleć o Warszawie, Pradze, Wilnie czy Zagrzebiu, a dopiero potem o podboju reszty świata. Mnie to bardzo się podoba i kibicuję temu pomysłowi (zresztą z tego samego powodu zacząłem ten cykl), bo warto wspierać to, co lokalne. Najbliższa okazja już w piątek i sobotę, gdy Zapaska przyjedzie na dwa koncerty do Warszawy i Mińska Mazowieckiego.

piątek, 10 czerwca 2016

Sweet Crude - "Critters" EP


Kreole i Cajuni, odizolowani od świata przez rozległe bagna delty Missisipi. Z ich dziedzictwa korzysta Sweet Crude, liczny i fantastyczny zespół z Nowego Orleanu. Od pierwszych bierze perkusyjność, od drugich melodyjność. 

Moją uwagę przykuła ich pierwsza EPka Super Vilaine sprzed dwóch lat. Critters, druga czwórka, jeszcze świeża, bo wydana przedwczoraj zapowiada Creatures, długogrający debiut Amerykanów. I to jak zapowiada.

Podniosłe, wręcz ekstatyczne piosenki przypominają najlepsze momenty Matt and Kim, gdyby tylko mieszkali wśród aligatorów a nie na Brooklynie. Dudniące bębny (prawie każdy z członków zespołu gra na perkusji), liczne przeszkadzajki, chóralne zaśpiewy, francuski przeplatany anngielskim (w tej kolejności). Do tego odrobina elektroniki, skrzypce, klawisze. To znowu zadziałało. Jest w tej muzyce wielka radość i energia. Indiepopowy standard przekuty w majstersztyk.

Inaczej nie da się nazwać Mon Esprit, zaśpiewanego przez obdarzoną potężnym głosem Alexis Marceaux. To opowieść o nieudanym związku, z którego trzeba się wyrwać. Słychać to chociażby w marszowym rytmie, a oni jeszcze bawią się w tym kawałku w hardrock, co zaskakujące, zupełnie to nie przeszkadza (nie żartuję). Roztańczone, trochę pijackie Laisse les lazy, przywołujące odległe echa Vampire Weekend też porywa. Bardziej stonowane, ale i tak kipiące energią, wzbogacone o trąbkę La cheminee unowocześnia wiejskie potańcówki. Nic tylko zrzucić buty i wskoczyć na dechy.

Nie czekałem jakoś bardzo na debiut Sweet Crude, teraz niecierpliwie odliczam dni do premiery.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Z poziomu sceny


Julia Marcell koncert zaczęła od zupełnie przearanżowanych piosenek z June, które przeplotła Tesko z najnowszego albumu. Gamelan i Shhh zmieniła tak bardzo, że ledwo dało się je rozpoznać, ale te wersje były świetne. I chyba jeszcze inne niż te, które prezentowała przy okazji trasy promującej Sentiments

Julii udało się przełamać czwartą ścianę już na początku koncertu, kiedy zeszła po praz pierwszy do publiczności, ale jeszcze wtedy wszyscy siedzieli na miejscach. Siedzący charakter tego koncertu był jego jedyną wadą. Jednak kiedy już publiczność wstała i podeszła pod scenę, atmosfera zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Spokojna, ułożona publiczność spontanicznie zaczęła tańczyć, a nawet wchodzić (idąc za zachętą Marcell) na scenę.

***

Na żywo jeszcze mocniej zabrzmiały teksty z Proxy, pierwszej całkowicie polskiej płyty Julii. Te osiem piosenek to prawie pamiętnikarski zapis życia w drugiej połowie drugiej dekady XXI wieku. Pojawia się wszechobecna inwigilacja, alogrytmye Google wiedzące o nas wszystko, strach przed wojną, uzależnienie od technologii, społeczna dystopia, krwiożerczy kapitalizm, prekaryzacja (aż ciśnie się na usta pytanie, dlaczego nam się współczesność nie udała?). Brzmi to bardziej niż nagłówki z tygodników opinii, niż teksty popowych bądź co bądź piosenek. Na szczęście Julia nie idzie w domorosłą publicystykę, choć Tetris ze znakomitymi (jednymi z wielu, to majstersztyk na tej doskonałej tekstowo płycie) wersami "Jako konstruktor swej rzeczywistości / robię nawet jak nie robię. / nie cierpię zwłoki, / wyciskam 25 godzin na dobę." powinien stać się hymnem polskich prekariuszy. Julia zmysł obserwacyjny łączy z empatią, współczuje swoim bohaterom, jak Markowi z piosenki o tym samym tytule.

Te teksty nie powstałyby raczej pięć czy dziesięć lat temu. Ta aktualność to ogromna zaleta Proxy, Marcell idealnie uchwyciła zeitgeist i mimo że pewnie album się zestarzeje, to pozostanie cennym dokumentem swoich czasów. Jednocześnie, Julia odsłania się na Proxy tak jak nigdy przedtem, nawet na intymnej, rozliczającej się z przeszłością Sentiments. Teraz Julia mówi otwarcie o swoich lękach i obawach, a Andrew to najbardziej poruszająca piosenka w jej karierze.

***

Dlatego ta piosenka była idealnym zwieńczeniem tego fantastycznego koncertu. Z poziomu sceny robiła jeszcze większe wrażenie. 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Coldair - "The Provider"


“The Provider” to przełom w twórczości Bilińskiego. Nie dlatego, że nagrywał ją w Stanach. Porzuciwszy indie folk Tobiasz wreszcie znalazł własny głos.

Napisałem o czwartej płycie Coldair dla Uwolnij Muzykę! 

środa, 6 stycznia 2016

Słów składanie



Najpierw było słów składanie w Echu, potem Cincina, a teraz jest Andrew. Ta trzecia jaskółka przyniosła wiosnę.



W odwiecznym sporze po swojemu vs po ichniemu coraz mocniej przechylam się w stronę lokalności, czego dawałem niejednokrotnie wyraz. Jednocześnie nie mam przeciwko śpiewaniu po angielsku. To autonomiczna decyzja każdego artysty. O jej motywy pytałem Gosię Zielińską z Rycerzyków i Michała Bielę (w pierwszym numerze M/I). Oboje byli dość zgodni. Po angielsku łatwiej napisać dobrze brzmiący tekst, ładniej składa się wersy, a dużo samogłosek sprawia, że po prostu łatwiej go wyśpiewać niż szeleszczącą polszczyznę. Jest też element pożądania i marzenia o międzynarodowej rozpoznawalności. To wszystko prawda.

Jednak śpiewanie we własnym języku daje wolność wyrażania dokładnie tego, co się chce. Przykłady Sigur Rós czy Zaz pokazują, że można zrobić międzynarodową karierę, nie porzucając swojego języka. W zalewie angielszczyzny, inne języki jawią się jako wybawienie dla ucha, dowód na jeszcze istniejącą różnorodność. Każdy język ma swoją charakterystykę, własne brzmienie, wywołuje inne skojarzenia.

Tym bardziej cieszę się, że Andrew, jak i cała nadchodząca płyta Julii będzie zaśpiewana po polsku. Choć North Pole to nadal jej najlepsza piosenka. Mimo angielskiego.

środa, 30 grudnia 2015

Dog Whistle - "Dog Whistle"



Dwie dziewczyny, Warszawa, perski folk, indie pop. To nie mogło się nie udać.

Z tym perskim folkiem to nie żart, choć sam przez długi czas nie wierzyłem w te zapowiedzi. Myliłem się, debiut Dog Whistle rozpoczyna się autorską wersją irańskiej piosenki ludowej, Mastom Mastom. Ania i Lena podeszły do tego utworu zupełnie inaczej, niż można było się tego spodziewać. Odarły ją ze wszystkiego, co perskie poza najważniejszym – melodią i tekstem. Nie silą się na orientalizującą stylizację, jest tylko przesterowany bas, świdrujące dźwięki keyboardu i dwugłos dziewczyn. Tak skromnie będzie do końca tej zdecydowanie za krótkiej płyty.

Za krótkiej, bo to tylko siedem niezbyt długich piosenek. Bardzo urokliwych i dziewczęcych. Ania i Lena śpiewają o złamanych sercach, miłosnych zawodach, Warszawie, cudzych chłopakach. Banał? Nie w ich wykonaniu. Swoje rozterki ubierają w proste, emocjonalne piosenki, mocno osadzone w indie folku i estetyce lo-fi. Rzadko trwają dłużej niż trzy minuty. Rozczulają pewną nieporadnością, pod którą kryje się talent do układania melodii. Nie ma w tych utworach niczego zaskakującego, bo nic nie musi. Siła Dog Whistle leży w naturalności i szczerości. Dziewczyny niczego nie udają, poza jednym przypadkiem nie bawią się ironią, nie chowają się za maską.

Z tej siódemki prawdziwym wyciskaczem łez jest Neon Lights, opowieść o nieistniejącym już mieście, skąpanym w świetle neonów. Największy uśmiech wywołuje u mnie I'm So in Love With You odwołujące się do francuskich dziewczęcych grup z lat sześćdziesiątych (ta melodia!). Chase zabawnie bawi się stereotypem dziewczyńskiego rocka. Przez całość przewijają się echa debiutu Waxahatchee sprzed trzech lat, równie surowego, chałupniczego i emocjonalnego.


Zdaję sobie sprawę, że takich zespołów, jak Dog Whistle jest mnóstwo. Grających sobie po sypialniach. Jednak nie każdy ma odwagę, by swoją twórczość upublicznić, wystawić na ocenę, a przecież taka twórczość jest bardzo osobista. Dziewczyny też nie chciały, namówiła je dopiero Natalia Fiedorczuk i to była świetna decyzja, bo Dog Whistle, choć tak nienachalna i niepozorna, zostanie ze mną na dłużej.

tekst pierwotnie ukazał się na stronie iratemusic.com

Do posłuchania w całości tutaj.

piątek, 2 października 2015

Tak Tak Tak


Zach Condon odzyskał spokój ducha. Odzyskał go dopiero, gdy wrócił z podróży, wrócił do domu. Choć mam wrażenie, że to dla Beirutu początek kolejnego, wspaniałego rozdziału.
Napisałem o No No No dla Noisey Polska.

poniedziałek, 14 września 2015

W centrum: Alina Orlova


Alina będzie chyba najbardziej znaną artystką, która pojawi się w tym cyklu. W miarę regularnie występuje w Polsce, nawet przy jednej okazji współpracowała z Julią Marcell. Alina jest tez artystką, której karierę śledzę od dawna, od samego debiutu, Laukinis šuo dingo wydanego przed siedmioma laty. Od tamtej pory Litwinka wydała Mutabor w 2010 roku i zamilkła. Co jakiś czas przypominała o sobie koncertem ale nie nic nie wskazywało na kolejny album. Aż do grudnia zeszłego roku, kiedy Alina ogłosiła, że w kwietniu ukaże się jej trzecia płyta, 88.



W muzyce Orlovej od początku urzekła mnie jej bajkowość. Krótkie piosenki były zakorzenione w tradycji poezji śpiewanej, skromnie zaaranżowane, z wiodącą rolą fortepianu po prostu wzbudzały zachwyt. Laukinis šuo dingo to szesnaście takich bardzo wschodnioeuropejskich perełek zaśpiewanych w trzech językach - litewskim, angielskim i rosyjskim. Melancholijnych, błyszczących chodnikami skąpanymi w jesiennych deszczach. Taka muzyka mogła powstać tylko tutaj. Wiosna nie będzie trwać wiecznie śpiewa Alina w Vasaris.

Na Mutabor Orlova kontynuowała ścieżkę obraną na debiucie. I jak to często w przypadku drugich płyt bywa - było bardziej. Ładniej i smutniej. Pojawiła się też nieśmiała elektronika oraz więcej angielskiego.

88 (rok urodzenia artystki) choć utrzymuje bajkowość i melancholię (a okładka tylko je podkreśla) jest zwrotem w twórczości Orlovej. Angielski króluje, co mnie osobiście smuci, w końcu litewski to bardzo ładny język. Alina postawiła na swojej trzeciej płycie na syntetyczne brzmienia. Już nie fortepian, a syntezatory są podstawą brzmienia. Orlova śmielej eksperymentuje, wplata w swoje opowieści electropop i zimną falę przefiltrowane przez lokalną wrażliwość. Po raz trzeci Alina nagrała album warty uwagi.



Na początku pisałem, że Alina w miarę regularnie bywa w Polsce. Przez kilka lat była stałym gościem festiwalu Wilno w Gdańsku. Ta udało mi się zobaczyć jej koncert w 2010 roku. W siąpiącym deszczu, czyli w aurze jej piosenek

sobota, 22 listopada 2014

Skarb


Chwilę po 21 przygasły światła. Na scenę weszły cztery osoby, których sylwetki oświetlało blade światło, przez co przypominały duchy. Za to zupełnie prawdziwa była muzyka. Niepokorna, głośna, zadziorna, przesterowana. I surowa, pozbawiona fajerwerków. Prosta, co podkreślało skromne i mało efektowne oświetlenie oraz wyposażenie sceny - dwie gitary, bas, korg, perkusja. Żadnych dekoracji, liczy się tylko muzyka.

Julia z zespołem przeplatała nowości starszymi piosenkami, które zmieniła w gitarowe bestie. Tak, Julia znana z zabawy fortepianem i syntezatorami zagrała najlepszy gitarowy koncert, jaki widziałem od dawna. Ogromna w tym zasługa fantastycznego zespołu, szczególnie niemieckiej sekcji rytmicznej grającej precyzyjnie i jednocześnie fantazyjnie, co pokazał ich jam w połowie koncertu. Wszyscy grali prosto, ale efektywnie, zgodnie z zasadą, że mniej znaczy więcej. Marcell pokazała, że scena to jej dom, świetnie się na niej czuła, bez wysiłku zawładnęła całym klubem.

Po godzinie skończyli rozciągniętym "Supermanem", który zdawał się nie mieć końca. A gdy wrócili - doczekałem się "Echa" i przepięknego "North Pole".

Po tak fantastycznym koncercie jeszcze bardziej dziwię się, że Julia nie gra w tym roku na Don't Panic We're From Poland, a IAM nie wysyła jej na wszystkie showcase'y, w tym SXSW. Taka artystka to skarb i wstyd byłoby zachować ją tylko dla siebie.

poniedziałek, 20 października 2014

Sentymenty


Dying in the living room to the music from America so proudly universal that they like to call it soul. Tak Julia Marcell rozpoczyna drugą zwrotkę North Pole (to najlepsza piosenka o Polsce od lat), poprzedzoną fantastycznym pasażem hi-hatu. Te kilkadziesiąt sekund jest najlepszą recenzją Sentiments. Swoją wielkość (tak, nie ma co bać się tego słowa) trzeci album Julii Marcell zawdzięcza właśnie takim momentom. Każdy drobny dźwięk, każde słowo ma swoją rolę do spełnienia. Przeważnie staram się nie rozbierać piosenek i płyt na części pierwsze, ale tutaj wyławianie detali sprawia ogromną radość. Olsztyn town w Maryannie, buczący bas w Cincinie. Zresztą współpraca basu i perkusji to materiał na osobną historię. Sekcja rytmiczna odgrywa tutaj kluczową rolę, sama Julia to przyznaje w wywiadzie dla T-Mobile Music, od niej zaczynała pisać piosenki.

Sentiments jest płytą dużo mocniej zorientowaną na gitary, jedynie Twelve zbliża się do tego, co Julia robiła wcześniej. Nie zmieniło się tylko jedno – fantastyczne piosenki. Wreszcie też, po nieśmiałej próbie w Echu olsztynianka zwróciła się do polszczyzny i pokazała, że w rodzimym języku wypada przynajmniej tak samo przekonująco, jak w angielskim i chyba tylko Gaba Kulka pisze tak świetne piosenki.


Ale się ta jesień zrobiła ciekawa w polskiej muzyce.

czwartek, 4 września 2014

Przeczesując Bandcamp #2

Miało być tylko po francusku, ale wkradł się jeden rodzynek z Kaukazu.


Balkhar Ensemble - Songs of Balkhar's Women
Za Ored Recordings kryje się czwórka młodych Czerkiesów, którzy utrwalają tradycje muzyczne Północnego Kaukazu (czyli tej części regionu znajdującej się w Federacji Rosyjskiej). Są przeciwnikami studyjnych zabiegów, więc postanowili na nagrania terenowe. Podczas jednej ze swoich wypraw dotarli do Balcharu, dagestańskiej wioski zamieszkanej przez Laków, jedną z 70 kaukaskich grup etnicznych. 13 piosenek, w tym obrzędowe, liryczne, epickie. Ciekawy wgląd w nieznaną kulturą.



Chantal Archambault - Les élans
Jedną z prawd objawionych jest fakt, że nawet największy banał brzmi pięć razy lepiej po angielsku niż po polsku. Zapytajcie polskich muzyków albo korpopracowników. O ile lepiej być Sales Managerem niż zwykłym, szarym sprzedawcą. Nie wiem, czy Anglosasi mają tak samo z francuskim, ale mieć powinni. Chantal Archambault z, w gruncie rzeczy dość sztampowego, folku podbarwionego country robi ślicznie delikatne piosenki od których nie sposób się oderwać. I jestem pewien, że to w połowie zasługa języka.


Canailles - Ronds-points
Tych gagatków śledzę od wydania debiutu i ciągle żałuję, że jeszcze nikt nie zdecydował się na zorganizowanie im trasy po Europie. Już w nagraniach studyjnych słychać, że są koncertową petardą. A co się tam dzieje! Jest zydeco i cajun z bagnistej Luizjany, jest bluegrass z Appalachów, jest szalejące banjo prosto z Alabamy, jest punkowa złość, jest blues z delty Missisipi, jest wreszcie nieprzenikniona Północ. Ósemka z Montrealu to niezłe zawadiaki, zawsze gotowi do bitki. Rzucisz im wyzwanie?


Catherine Leduc - Rookie
Nagrywająca dla tej samej wytwórni, co Canailles, Catherine Leduc gra muzykę wycofaną, pozornie zimną, jak kanadyjski grudzień. Nic wielkiego się nie dzieje w ciągu tych 10 piosenek, ale ten mroźny, snujący się klimat całości silnie przyciąga.


Sweet Crude - Super Vilaine
Na sam koniec trochę oszukana francuszczyzna. Sweet Crude w swoim kontrolowanym bałaganiarstwie przypominają Canailles, ale są nastawieni do świata bardziej pokojowo. Francuszczyzna oszukana, bo dialekt luizjański mieszają z angielskim i łączą nowoczesny indie pop (mniej wygładzone Foster the People) z  bagnami zamieszkałymi przez Cajunów.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Świat 2013: miejsca 10-6

10. La Yegros - "Viene de mi"




Cumbia zdobywa coraz większą popularność, nie tylko w Ameryce Południowej. W ubiegłym toku najwięcej było słychać o Marianie Yegros. Nie tak radykalnie klubowa, jak Bomba Estereo, nieprzesadnie konserwatywna, muzyka La Yegros mieści się gdzieś po środku tego zróżnicowanego gatunku. Dominuje brzmienie akordeonu i gitary, ale nie Mariana nie stroni od delikatnej elektroniki. Co prawda, najlepiej sprawdza się podczas leniwego, letniego popołudnia, ale w końcowym rozrachunku to jedna z najlepszych zeszłorocznych płyt.



9.  Tal National - "Kaani"




Były piłkarz, obecnie sędzia (bynajmniej nie futbolowy) i lider najpopularniejszego zespołu stolicy Nigru. Tak, Hamadal Moumine to człowiek wielu talentów. W Tal National zebrał przedstawicieli wszystkich krajowych grup etnicznych. od Fulani po Tuaregów. Muzyka zespołu czerpie ze wszystkich tych tradycji, są nerwowe perkusjonalia, chóralne zaśpiewy, hipnotyczne, pustynne gitary, piasek i słońce Niamey.



8. Mdou Moctar - "Afelan" (recenzja)




Nie wiem, czy Mdou jest w jakikolwiek sposób spokrewniony z Bombino. Nazwisko noszą to samo, ale to niczego nie znaczy. Pokrewieństwo słychać przede wszystkim w muzyce. Choć Mdou zyskał lokalną sławę dzięki zupełnie innemu graniu, na "Afelan" dominują akustyczne piosenki, skromne i podobne do pierwszej części "Guitar Music from Agadez, vol. 2" Bombino. Gdy Mdou podpina gitarę do wzmacniacza, ze zespołem brzmi dziko, niekorzesanie, ale nadal pięknie. I w tym wcieleniu również jest mu blisko do Omary, ale i do Group Inerane, również z Agadezu.



7. Cüneyt Sepetçi & Orchestra Dolapdere - "Bahriye Çiftetellisi"



Równie filigranowy i wąsaty, co Omar Sulejman, Cüneyt Sepetçi jest podobną gwiazdą w Stambule. Jeśli chcecie mieć najlepszego klarnecistę i jego zespół u siebie na imprezie, weselu, zgłaszacie się do niego. Na albumie wydanym przez A Hawk and a Hacksaw orkiestra Dolapdere brzmi równie psychodelicznie, jak wygląda okładka. Jest haszysz, ale i lekcja muzyki romskiej.


6. Dessa - "Parts of Speech"




Można było spodziewać się takiego rozwoju sytuacji. "Castor, the Twin" sprzed dwóch lat sygnalizował odejście od rapu na rzecz piosenek. Na "Parts of Speech" całkowicie rapowany jest tylko pierwszy singel, "Warsaw". Pozostałe utwory mieszają r&b, elektronikę, indie pop, kameralne brzmienia. 

środa, 1 stycznia 2014

Polska 2013: miejsca 20-16

20. Psychocukier - "Diamenty"

Szósta płyta łodzian jest pierwszą, która przekonała mnie w całości. Proste, oszczędne, motoryczne, świetnie wyprodukowane i brzmiące granie. Pustki po obecnie zdziadziałych i bawiących się w herosów rocka QOTSA nie wypełnią, ale przynajmniej osłodzą żałobę.



19. Stefan Wesołowski - "Liebestod"



Drugi album młodego, trójmiejskiego kompozytora i skrzypka hipnotyzuje tajemniczą atmosferą wypełnioną mieszanką elektroniki i klasyki. Dużo tu repetytywności, są nagrania terenowe wzmacniające filmowość całości. Choć filmu do tej muzyki bałbym się oglądać, mam za słabe nerwy.



18. Kaseciarz - "Motorcycle Rock and Roll"



Maciek Nowacki zaczął śpiewać, jego zespół coraz bardziej oddala się od surfu. Same przeboje skąpane w krakowskim smogu.



17. Krzysztof Zalewski - "Zelig"




Po latach otrzaskiwania się w Heyu, Muchach, Japoto, z Brodką, Zalewski wraca na swoje. I to jak wraca. Od "Jaśniej" trudno się oderwać, a potem jest jeszcze lepiej. Bigbit, alternatywa, blues, delikatne machnięcia elektroniką robią wrażenie, pokręcone piosenki. Bombeczka.

16. Tatvamasi - "Parts of Entirety"




Lubelski kwartet miota się między jazzem a rockiem. Stojąc w rozkroku bierze z obydwu gatunków co najlepsze, nie podporządkowując się do końca żadnemu z nich.