W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. To akurat tegoroczna rzecz, ale nie ukazała się tam, gdzie miała. Alt-j to zespół, który doceniłem tak naprawdę dopiero przy okazji tej najnowszej płyty. Rozmawiałem z wokalistą, Joe Newmanem.
W 2022 mija 10 lat od premiery
waszego debiutu i jednocześnie przełomowego albumu, An Awesome
Wave. Zdarza ci się do niego wracać?
Joe Newman: Chyba... Tak, wracam do niego. Zresztą
wracam nie tylko do naszego debiutu, ale do całej naszej
dyskografii. Pomaga mi to podjąć decyzję, w jaki sposób podejść
do pisania nowych piosenek. Wracanie do starszych piosenek jest ważną
częścią procesu twórczego. Wracanie do An Awesome Wave jest
szczególnie miłe, bo przywołuje niezwykle ważne wspomnienia.
Doskonale pamiętam, gdzie pisaliśmy ten album, jakie ciuchy
nosiliśmy, jak wyglądały nasze relacje – byliśmy prawie
nierozłączni – zapowiedź naszego sukcesu. An Awesome Wave z czasem stał się nostalgicznym wspomnieniem naszych początków i
sukcesu.
Co czujesz, kiedy do niego wracasz?
Przede wszystkim to, że wybraliśmy
się w muzyczną, dźwiękową podróż. Kiedy porównuję An
Awesome Wave z naszym najnowszym albumem, słyszę, że
dojrzeliśmy jako muzycy, rozwinęliśmy się. Na przykład –
zmienił się mój głos. Teraz czuję się z nim dużo bardziej
komfortowo, zmieniła się też jego rozpiętość. Nasz producent,
Charlie, też się zmienił – zyskał dużo wiedzy, doświadczenia
i ma teraz lepszy sprzęt. Lepiej też wie, co mu się podoba, a co
nie. Muzycznie bardzo się zmieniliśmy. Zmieniliśmy się też my,
sukces każdego kolejnego albumu buduje naszą pewność siebie.
Czujemy, że nagrywając nową muzykę, znajdujemy się w bezpiecznym
miejscu. Wiemy, co ma dla nas wartość, wiemy też, co jest
wartościowe dla ludzi czekających na nasza muzykę. Traktujemy się
bardziej poważnie.
Zaczęliście nagrywać The
Dream tuż przed początkiem pandemii i lockdownów. Jak to
wpłynęło na waszą muzykę?
Cóż... dostaliśmy dużo więcej
czasu na pisanie piosenek, bo świat upadł na kolana. Wszystko się
musiało zmienić i wszystko się zmieniło z dnia na dzień. Rządy
musiały zarządzać kryzysem, który potrwa kilka lat i trwa nadal.
Dla nas jednak nic się nie zmieniło w tym sensie, że proces
powstawania albumu nie został dotknięty przez pandemię. Pisałem
piosenki na własną rękę, jak zawsze; ciągle jeździłem do
studia, nagrywałem demówki w ogrodzie. Wymyślałem nowe piosenki,
wracałem do starszych pomysłów, które gdzieś zapisałem. Nikt od
nas niczego nie oczekiwał, mieliśmy więcej czasu i więcej luzu.
Porównałbym to do śnieżnego dnia, kiedy dzieciaki nie muszą iść
do szkoły i mają dla siebie więcej czasu. Ten dodatkowy czas
pozwolił nam mocniej zagłębić się w piosenki. Myślę, że
złożoność The Dream częściowo wynika z pandemii i tego,
co wszyscy przeżyliśmy.
Piosenką najbardziej bezpośrednio
odnoszącą się do pandemii jest Get Better. Czy powstała na
kanwie starszego pomysłu?
W pewnym sensie. Refren napisałem w
20176 roku, a zwrotki zrodziły się podczas pandemii. Zapisywałem
drobne poetyckie momenty godzenia się ze stratą kogoś bliskiego.
Wynotowałem dużo takich krótkich zdań na telefonie czy w notesach
i zebrałem te wszystkie drobne momenty razem. Codziennie byliśmy
wystawiani na ogromną skalę straty przynoszonej przez pandemię.
Tak wielu straciło najbliższych. To było tak obezwładniające i
tak wszechobecne, że postanowiłem napisać o pandemii i tej
stracie.
Twoje piosenki przypominają
opowiadania, może nawet nowelki. Wiem jednak, że nie zawsze czułeś
się komfortowo ze śpiewaniem historii, które się tobie nie
przydarzyły.
To prawda, trochę mnie uwierało, że
piszę tak emocjonalne piosenki jak Get Better, które są
całkowicie fikcyjne. Wreszcie Gus powiedział mi, że przecież nie
potrzebuję skierowania od lekarza, żeby napisać smutną piosenkę.
Nigdy tego nie zapomnę, bo przecież to najprawdziwsza prawda. Jeśli
byśmy usunęli wszystkie opowieści, których autor nie przeżył
opisywanych zdarzeń, stracilibyśmy mnóstwo wartościowej sztuki –
literatury, filmów, piosenek i sztuk pięknych też. Lubię zgłębiać
te mroczniejsze strony ludzkiego doświadczenia i nieuchronności
wszystkich odcieni życia. Nawet jeśli sam ich nie przeżyłem.
Skąd bierzesz inspirację do swoich
historii?
Trudno powiedzieć. Inspiracji nie da
się włączyć ot tak, to coś, na co się napotykasz. Fascynują
mnie te sprawy, a fascynacja jest smarem inspiracji.
W takim razie, skąd u ciebie ta
fascynacja śmiercią, zbrodnią, stratą?
Myślę, że to bardzo ludzkie. To jak
spoglądanie na wypadek samochodowy. Zadałeś mi pytanie bardziej o
instynkty niż o coś świadomego. Ta fascynacja bierze się z
instynktu przetrwania – patrzysz na wypadek, bo siedzi w tobie
pierwotna ciekawość rzeczy, które przydarzą się i tobie.
Niekoniecznie zginiesz w wypadku, chodzi o nieuchronność śmierci i
okrucieństwo. Możliwe, że fascynujemy się takimi rzeczami, bo
podświadomie chcemy ich uniknąć i się przed nimi uchronić. A
może po prostu chodzi o zrozumienie istoty życia... Chociaż nie,
to raczej pogodzenie się z jego bezsensem, pustką istnienia.
Ciężko ci się oddaje perspektywę
chociażby seryjnego mordercy, jak w Losing my mind?
Nie, bo nie wcielam się w niego.
Specjalnie zresztą ta piosenka jest niejasna. Słuchacz może ją
zinterpretować na swój sposób. Losing my mind jest
przykładem wspomnianych przez ciebie piosenek-nowelek. Wyciągnąłem
z niej osiem zdań, które są niezbędne dla opowieści. Każdy wers
jest częścią szerszego obrazu, o którym nie mówię w piosence,
ale te osiem zdań wystarcza, by zobaczyć nowelę, która za nimi
stoi.
The Dream jest waszą
najbardziej amerykańską płytą pod względem brzmienia i struktury
piosenek, śpiewacie protest songi, sięgacie po śpiew w stylu
barbershop. Jesteście jednym z niewielu brytyjskich zespołów,
które w ciągu ostatnich 15 lat osiągnęły sukces w Ameryce. The
Dream można interpretować też jako pewnego rodzaju list miłosny
do Stanów. Co jest takiego w tym kraju, że nie możecie mu się
oprzeć?
Nasza młodość, spędziliśmy nasze
lata dwudzieste w Stanach. Obejrzeliśmy ten kraj z wana. Poznaliśmy
Amerykanów, stany, krajobrazy, jedzenie – wszystko z wana, który
woził nas z koncertu na koncert. W tym samym czasie wszyscy nasi
przyjaciele kończyli studia, wchodzili w dorosłe życie, mieli
tymczasowe prace, starali się odnieść sukces w różnych
dziedzinach albo uczyli. Mam do tego wielki szacunek, do ich pracy i
wysiłku, my tymczasem żyliśmy dziecięcym marzeniem, które było
brane na poważnie przez ludzi, którzy na nas postawili. Masz
dwadzieścia lat, spotykasz nowych ludzi co wieczór, grasz koncerty,
poznajesz Stany dużo dokładniej niż byś kiedykolwiek się
spodziewał. Dzięki tej naszej ciężkiej pracy, która jednocześnie
jest wspaniałą przygodą, staliśmy się znani w Ameryce. To
Amerykanom i ich pieniądzom zawdzięczamy nasz styl życia, to, że
możemy utrzymać się z muzyki.
Kiedy Trump doszedł do władzy,
rozpalił podziały, które istniały już wcześniej i które my
widzieliśmy na własne oczy. Ameryka od tamtej pory płonie. Nie
powiedziałbym, że ciężko się na to patrzy, raczej to niezwykłe
zjawisko. Kochamy Amerykę, jesteśmy jej wdzięczni i chcieliśmy
jakoś podziękować Amerykanom za nasz sukces. W formie piosenek.
Rozmawialiśmy o Teksasie, Los Angeles, Chicago, Filadelfii. Połowa
z tych miejsc to po prostu miejsca na mapie, ale potem
stwierdziliśmy, dlaczego nie uhonorować na przykład chicagowskiego
house'u? Filadelfia to piękne słowo, więc zrobiliśmy z niego
refren piosenki. The Dream nie jest albumem koncepcyjnym, ale w
trakcie powstawania, stał się hołdem dla naszej abstrakcyjnej
miłości do Ameryki.
Wyobrażasz sobie mieszkanie w
Ameryce?
Nie.
Dlaczego?
Bo kocham życie w Anglii. Moja
partnerka jest Australijką i jeśli mielibyśmy się gdzieś
przeprowadzić, to właśnie tam.
Niedawno urodziła ci się córka,
czujesz, że ojcostwo zmieniło cię jako artystę?
Jeszcze nie wiem, córka ma 11 miesięcy
i choć jest to najważniejsze i najwspanialsze doświadczenie mojego
życia, to na to pytanie będę mógł odpowiedzieć za 10 lat.
Napisałem już kilka piosenek o ojcostwie, służą mi jako wehikuł
do uwiecznienia początku tego procesu.
Bohater Hard Drive Gold staje
się z dnia na dzień kryptomilionerem. Interesuje was wejście w NFT
i blockchain?
Zbyt mało o tym wiemy. Na razie
przypomina to bańkę pełną szarlatanów, którzy chcą zarobić jak
najwięcej pieniędzy jak najmniejszym kosztem. Nas nigdy nie
interesowało samo zarabianie pieniędzy. Poza tym nie wiadomo, czym
się kierują twórcy kryptowalut. Jasne, jest inna strona NFT –
mogą pomóc zacieśnić więzi między artystą a fanami, ale chyba
to nie dla nas. Przynajmniej na razie.
Z czego jesteś najbardziej
zadowolony na The Dream?
Jedną z najlepszych rzeczy związanych
z tym albumem jest to, że nie mam takiej jednej rzeczy. Stworzyliśmy
piosenki, które się zazębiają i wspólnie działają jako jedna
całość. Jestem dumny z każdej piosenki. Na tym albumie nie ma
wypełniaczy, każdą piosenkę moglibyśmy wybrać na singel. Z tego
jestem najbardziej dumny, że udało nam się stworzyć spójną
całość.