Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etno. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 maja 2018

A Hawk and a Hacksaw - "Forest Bathing"



Tytułowe “leśne kąpiele” to angielskie tłumaczenie japońskiego terminu “shinrin-yoku”, leczniczego przebywania w lesie, cyklicznego odpoczynku od cywilizacji. W taką właśnie podróż, na (nomen omen) obrzeża Europy po raz kolejny wyruszają Jeremy Barnes i Heather Trost.

O ile pierwsze płyty A Hawk and a Hacksaw wyrastały z nurtu “New Weird America”, to zawsze była w nich obecna fascynacja Bałkanami, która swoją pełnię osiągnęła na Cervantine sprzed siedmiu lat. Na nim Barnes i Trost zapuścili się najdalej w pachnące rozmarynem, skąpane zachodzącym słońcem góry Grecji.

Bezczasowość, czy może właśnie pozaczasowość była leitmotivem ich kolejnej płyty, You Have Already Gone to The Other World, będącej ich interpretacją ścieżki dźwiękowej do Cieni zapomnianych przodków Siergieja Paradżanowa. Słoneczne Bałkany ustąpiły mroźnym krajobrazom Karpat, wschodnioeuropejskim melodiom. Zamiast Stambułu i Salonik - Jasina i zimne wody Czeremoszu.

W czasie pięcioletniej przerwy Barnes i Trost wcale nie milczeli. Zajmowali się nagrywaniem muzyki do filmów, gier, seriali. Wydali też solowe płyty, na których dość daleko odchodzili od tego, co robili w duecie - Heather bawiła się dronami i południowoeuropejską psychodelią z lat 70., Jeremy instrumentalnymi, surrealistycznymi pochodami z Johnem Dieterichem i kasetowymi poszukiwaniami. Razem prowadzili wytwórnię, L.M. Dupli-cation. Z każdego tego doświadczenie czerpie Forest Bathing, pojawiają się na niej nie tylko echa ich pozazespołowych poszukiwań, ale także goście - wspomniany już John Dieterich z Deerhoof, Cuneyt Sepetci, cymbalista Unger Balazs czy Lone Pinon. Wszyscy to podopieczni L.M. Dupli-cation.

Muzyka na Forest Bathing jest poza czasem - tradycyjne instrumenty współbrzmią z syntezatorami i to takimi brzmiącymi bardzo współcześnie, jak w Bayati Maqam, ale też bardzo retro, jak w A song for Old People/A song for Young People. Czy jest poza przestrzenią? I tak. i nie. Jest, bo nie sposób przyporządkować do jednego miejsca, wpływy, strzępki melodii przenikają się i przeplatają. Nie jest, bo można ten region, w którym się zdefiniować - to tereny na południe od Karpat, przez Węgry, Bałkany aż do Krety i Stambułu, i momentami Iranu, najmocniej słyszalnym w santurze wybrzmiewającym na początku i końcu albumu. Jednak nigdzie nie zostają dłużej, nie grają tradycyjnych melodii, tylko czerpią z tego bogactwa stylów i gatunków, by zbudować własną, autorską wypowiedź.

Jeszcze silniej niż na poprzednich płytach muzycy zaznaczają wątek podróży. W zasadzie można powiedzieć, że Forest Bathing to album drogi. Zapis wędrówki po bezdrożach, zarośniętych, zapomnianych ścieżkach (A Broken Road with Poplar Trees), po górskich halach (The Shepherd Dogs Are Calling). A może to wyprawa kupiecka zdążająca z Kopriwszticy na południe, do Konstantynopola. Może nawet do Bagdadu z czasów świetności? W końcu ani czas, ani przestrzeń nie są dla nich żadną przeszkodą.

Takie mam wrażenie, słuchając Bayati Maqam kończącego płytę. (Na marginesie, AHAAH mają rękę do końcówek albumów, wystarczy wspomnieć przejmujące Lassu z Delivrance czy On the River Cheremosh z You Have Already Gone to the Other World). To przecież dźwiękowy obraz zbliżania się do najwspanialszego miasta świata, które oszałamia swoim przepychem.

Forest Bathing dokumentuje także podróż samych muzyków i podsumowuje ostatnie kilkanaście lat ich fascynacji muzyką z Środkowej i Południowej Europy, wzbogaca ją o kolejne wpływy. Teraz mogą już zagrać wszystko.


wtorek, 20 grudnia 2016

Miejcie na nich oko: Maniucha i Ksawery

fot. Tomek Kaczor


Bezkresne, spowite mgła pola, samotne drzewo. Wschodzi słońce, rozprasza mrok. Nie ma zupełnie nikogo.

Pamiętam pierwszy koncert Maniuchy Bikont i Ksawerego Wójcińskiego. Grali w Pardon, To Tu, przed koncertową premierą solowego debiutu Ksawerego. Pamiętam, ze w duecie na mnie ogromne wrażenie. Pierwotność i surowość improwizacji poleskich w połączeniu z ich pięknem i przeszywającym głosem Maniuchy sprawiały, że chciałem zatopić się w bezkresie tej muzyki. Teraz wreszcie skończyli debiutancki album, udostępnili cztery piosenki. Za pomocą jedynie głosu i kontrabasu tworzą muzykę obezwładniająco totalną, wypełniającą całą przestrzeń, ale nie duszną, wręcz przeciwnie, pełną oddechu. Coś podobnego udało się Resinie, choć Karolina do pomocy miała looper.

W totalności blisko Maniusze i Ksaweremu do Yonder Mutant Goat (skandalicznie przemilczanej), nie tylko z powodu podobnych środków, ale przede wszystkim wrażenia sięgania do najpierwotniejszych pokładów duchowości. Inne natrętne skojarzenie to Sefardix - trio braci Olesiów i Jorgosa Skoliasa, którzy z kolei sięgają po muzykę greckich Żydów sefardyjskich, choć trzeba zaznaczyć, że Maniucha i Ksawery (przynajmniej w tych czterech fragmentach) są mniej wirtuozowscy, mniej szarżujący.

Wreszcie, to kolejna odsłona dwóch bardzo bliskich mi zjawisk - odwoływania się do przyrody i ludowości oraz związanej z nią duchowości. Jest na co czekać, a jeśli Was też porwały improwizacje poleskie, możecie dołożyć się do wydania płyty. Naprawdę warto.

środa, 30 lipca 2014

Globaltica

W gdyńskim festiwalu, jak zawsze, najbardziej ujęła mnie atmosfera. Park Kolibki, położony zaraz nad morzem, jest idealnym miejscem na taką kameralną imprezę. Dzięki temu, oraz sprawności organizatorów, można łatwo zapomnieć o typowych festiwalowych bolączkach i bez przeszkód wczuć się w muzykę. Fantastyczna sprawa.
Chyba po raz drugi odwiedziłem ten sam festiwal dwa lata z rzędu (wcześniej to był również gdyński Open'er w latach 2009-10). Więcej o tegorocznej Globaltice tu

środa, 12 czerwca 2013

Trzy dotknięcia nieba

Ten dość pretensjonalny tytuł (nie)stety bardzo dobrze opisuje szóstą edycję poznańskiego Ethno Portu. Wśród piętnastu doskonałych koncertów, trzy były z zupełnie innej ligi.

Zacznijmy jednak od początku, którym dla mnie byli Tamikrest. Dagadany z Frankiem Parkerem nie zdążyłem zobaczyć. Szkoda, że Tuaregowie zostali umieszczeni o tak wczesnej porze. Bardziej sprawdziliby się po zachodzie słońca. Nie narzekam jednak, wypadli fantastycznie. Z początku trochę wycofani, z każdą chwilą rozkręcali się coraz bardziej, by na koniec zostać pożegnanymi burza oklasków po drugim bisie. Największe wrażenie, oprócz oszczędnej gry lidera, Ousmane'a Ag Moussy robiła sekcja rytmiczna, która trzymała wszystko w ryzach. Lekkim nieporozumieniem były natomiast rockerskie zapędy drugiego gitarzysty. Szczęśliwie niezbyt częste. Nie zabrakło zarówno hajlajtów z poprzednich wydawnictw Tamikrest, jak i wglądu w nadchodzącą jesienią nową płytę.

Bośniaków z Dubioza Kolektiv słuchałem piąte przez dziesiąte, ponieważ na żywo kazali się być jeszcze bardziej odlegli od moich muzycznych zajawek niż w studiu. Pierwszym z trzech tytułowych dotknięć nieba był występ Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana. Przez półtorej godziny na Dziedzińcu Zamkowym dwaj kurdyjscy muzycy tkali swoja opowieść o upadłych imperiach, bezkresnych równinach, wysokich górach, miłości, śmierci. Raz jeden instrument przejmował wątek, by za moment drugi go podjął, poprowadził w nowym kierunku i oddał. Dialog na kamanczę i saz był zdecydowanie jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Kalhor i Erzincan zagrali tylko jeden, niezwykle rozbudowany utwór, pełen improwizacji i punktów kulminacyjnych, po którym w gruncie rzeczy bardzo dobry i brawurowy występ wskrzeszających tradycje swojego regionu Canzoniere Grecanico Salentino wypadł dość blado.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się drugim niewypowiedzianie pięknym koncertem. Siedmiu Albańczyków w tradycyjnych strojach śpiewał a capella równie tradycyjne pieśni. Tu szybko skojarzenia pobiegły do występu A Filetta sprzed dwóch lat. Z tej uduchowionej atmosfery szybko wybudził poznańską publiczność Janusz Prusinowski z zespołem. Mazurki, oberki, wiwaty, polonez nawet, do którego zatańczono, niczym na studniówce. Pod scena przez cały koncert trwała regularna wiejska potańcówka. Az żal, że nie znam żadnego z ludowych tańców. Gdy zmęczeni muzycy schodzili ze sceny po drugim bisie (poznaniacy byli pod tym względem bezlitośni), na zewnątrz trwał już koncert Kapeli ze wsi Warszawa, który przywitał mnie wiwatem "Musiałaś ty dziewce co umieć..". Wiwat ten pojawił się już na koncercie Prusinowskiego i muszę przyznać, że jego interpretacja tej melodii wypadła dużo lepiej. Zresztą KzwW to jeden z niewielu zespołów, które bardziej przemawiają do mnie z albumów niż na żywo. I tak było również w Poznaniu, do momentu, gdy na scenie nie pojawiła się Mercedes Peon, wnosząc dużo świeżości do zespołu. Nim jednak koncert się skończył, trzeba było uciekać na dziedziniec (z powodu deszczu koncerty się poprzesuwały), bo tam zaraz zaczynał Hariprasad Chaurasia, wirtuoz bansuri, indyjskiego fleta poprzecznego. Spodziewałem się po tym koncercie czegoś więcej, a wynudziłem się jak mops.

Z ogromną nawiązką wynagrodził mi to kończący sobotnie koncerty występ Alirezy Ghorbaniego z zespołem w całości poświęcony poezji Rumiego. Fantastycznemu irańskiemu wokaliście towarzyszyli doskonali muzycy: Znów byl to bardzo plastyczny koncert, pełen improwizacji, hipnotyzującego transu i melancholii tak charakterystycznej dla muzyki perskiej. Nad wszystkim dominował głos Ghorbaniego. Co ja mogę więcej napisać? To był jeden z tych koncertów, przy których słowa przestają wystarczać.

Koncertowa niedziela zaczęła się dla mnie później, ale od mocnego uderzenia. Orkiestra Bobana i Marka Markoviciów zaprezentowała to, co najlepsze w muzyce bąłkańskich orkiestr dętych, sięgając po takie klasyki, jak "Djurdevdan" czy "Caje Sukarije", przekrój własnych utworów łączących bałkańską tradycję z różnymi stylami czy grając własne wersje popowych klasyków, jak "Smooth Criminal" Jacko. Mnie najbardziej cieszyły wycieczki w stronę tradycji. Dzikość koncertu udzieliła się tez publiczności, która długo nie chciała puścić ze sceny zespołu, a Marko Marković chyba trzy razy wracał na nią, by zaśpiewać motyw "Caje Sukarije". Bałkańska podróż miała swój dalszy ciąg w koncercie Feliksa Lajkó. Od wirtuozerskich popisów muzyków skrzyło się powietrze na Dziedzińcu Zamkowym, jednak w żadnym wypadku nie były to puste popisy. Grający bez wytchnienia Felix każdym dźwiękiem opowiadał historie, a ja cały czas trzymałem szczękę przy ziemi. I wreszcie na koniec jazz z Libanu. Ibrahim Maalouf nie do końca mnie przekonał. Za dużo popisów, za dużo "białego funku", za dużo nowoczesnego smooth jazzu. Jednak wszystkie zarzuty zmył fantastyczną wersją "Beirutu", swojej pierwszej piosenki. I już, po festiwalu.

Zmiana miejsca ze starego koryta Warty na Chwaliszewie na Centrum Kultury Zamek wyszła festiwalowi na dobre. Dzięki temu, że odbyła się w siedzibie organizatora, udało się zaoszczędzić część pieniędzy na przygotowania i infrastrukturą i przeznaczyć je na naprawdę gwiazdorski line up. Festiwal nie stracił tez nic ze swojego klimatu, nadal nie trzeba było biegać między scenami. Jednocześnie widać było, że to pierwsza edycja w nowej lokalizacji, więc nie wszytko działało, jak powinno, ale te drobne usterki można łatwo puścić w niepamięć, bo muzycznie było po prostu doskonale. Widzimy się za rok.

środa, 5 czerwca 2013

Hatti Vatti - "Algebra"


Między Sopotem a Kairem.

Czasem przypadek odgrywa wielką rolę w powstaniu rzeczy godnych polecenia. Tak jest z "Algebrą". Ta płyta miała w ogóle nie powstać. Tylko propozycja koncertu w gdańskiej Kolonii Artystów zmusiła Piotra Kalińskiego do ponownego zainteresowania się nagraniami terenowymi, które zgromadził podczas licznych podróży na Bliski i Środkowy Wschód (i do Afryki również) i połączenia ich z dubową elektroniką.

"Algebra" to album duszny. W każdym z siedmiu utworów słychać bliskowschodni skwar, czy to w postaci grających w tle cykad, czy zawodzeniu muezzina, czy w ciepłych bitach z nałożonym bardzo silnym pogłosem. Palące słońce bije z każdego dźwięku. Nie przyjemne słoneczko, lecz rozgrzana do białości kula odbierająca chęć do życia. Jednocześnie jest to album niezwykle przestrzenny. Słuchając go mam wrażenie przebywania na zupełnym odludziu, atmosfery sprzyjającej do wędrówki w głąb siebie. Jednym razem jest to niezmierzona pustynia, innym górskie łańcuchy. Pod koniec płyty Kaliński zdaje się wracać do cywilizacji i częściej korzysta z wysamplowanych wokali.

"Algebra" przede wszystkim, przy całej swej sugestywności, jest niezwykle piękna. Hatti Vatti bardzo oryginalnie połączył Wschód z Zachodem. Nagrania terenowe nie są przysłowiowym kwiatkiem do kożucha, lecz stanowią fundament kompozycji, a szkielet złożony z oszczędnych bitów daleki jest od obciachowości i odpustowości tak częstych w podobnych połączeniach. Tej mieszanki słucha się z zapartym tchem. Mocny kandydat do polskiej płyty roku.



niedziela, 19 maja 2013

Uskudar 19 V 2013

1. Stara Rzeka - 01
2. Stara Rzeka - Korona
3. Angela Gaber Trio - Rzeka
4. Angela Gaber Trio - Sto se beli mori gore
5. Olga Mieleszczuk - Tsvishn di berg di grine
6. Maria Pomianowska i in. - Magic of Suka and Sarangi
7. Maciej Filipczuk - Mazurek od Liciążnej

poniedziałek, 6 maja 2013

Orchestre National de Mauritanie




Na tylnej okładce wydanej w 1973 roku siódemki Mauretańskiej Orkiestry Narodowej widnieje napis po arabsku obwieszający: "wyglądajcie nadchodzącego albumu". Pięć lat później w zamachu stanu zostaje obalony prezydent Moktar Ould Daddah, a jego następcy dokładają starań, by zatrzeć pamięć o poprzednim reżimie. Radiowe archiwa ratuje jeden z pracowników. Po prawie czterdziestu latach na scenę wkracza Chris Kirkley z Sahel Sounds. Dociera zarówno do Hadramie Ould Meidaha, lidera zespołu, jak i udaje mu się odnaleźć zaginione taśmy, które służą za materiał wypełniający bardzo mocno spóźniony debiut Orkiestry (prawie tak mocno, jak Charlesa Bradleya).

Muzyka afrykańska lat 70. jest dla mnie fenomenem na światową skalę. Liczne, sponsorowane przez (często autorytarne) rządy zespoły zgrabnie i, co ważniejsze, ciekawie, łączą swoją tradycyjną muzykę z zachodnimi trendami, tworząc nową jakość. Może się wydawać z dzisiejszej perspektywy, że to nic takiego, że to na porządku dziennym, ale w przeciwieństwie do wielu późniejszych podobnych nagrań, twórczość z tamtego okresu nadal się broni, a nawet zyskuje na wartości. Nie inaczej jest z Mauretańską Orkiestrą Narodową. Cztery z siedmiu utworów zostały zainspirowane mauretańskim folklorem. Nie tylko arabskim. Tak naprawdę "arabskości" jest tu niewiele  za to słychać poważne podobieństwa do analogicznych ansambli z sąsiednich Gwinei i Mali. Nie dziwi to, jeśli weźmiemy pod uwagę politykę Daddy, Mauretania miała być przede wszystkim państwem afrykańskim. Wiodącą rolę pełnią gitary elektryczne, którym dzielnie sekunduje rozbudowana sekcja dęta. Lokalność reprezentuje część sekcji rytmicznej, hoddu (czyli ngoni) i tradycyjny flet, neyfara. Transowość i charakterystyczny "czarny" groove o raz wyraźne inspiracje popularną wówczas w Gwinei (gdzie członkowie orkiestry pobierali nauki) dopełniają obrazu. Jednak coś wyróżnia Mauretańczyków. To, zaskakująca, niewypowiedziana melancholia, wydająca się zupełnie nie na miejscu. Przecież byli oni głosem młodego, modernizującego się państwa i mieli stać się artystycznym spoiwem rodzącego się narodu.

Czyżby podskórnie przeczuwali nadchodzący przewrót? A może katastrofalną susze, która całkowicie zmieniła demografię Mauretanii? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że było warto czekać 40 lat, by usłyszeć jak brzmiało Nawakszut, kiedy było jeszcze młodym miastem.



wtorek, 26 lutego 2013

Południce - "Elektronice"


Folk i elektronika to dość częste połączenie. Na naszym, polskim podwórku trochę rzadsze, ale wystarczy wspomnieć Village Kollektiv, by wiedzieć, jak to powinno brzmieć. Podobną drogę obrały białostockie Południce, które poprosiły młodych producentów, by obudowali śpiewane a capella podlaskie pieśni.

Przy takich projektach najważniejsza jest równowaga. Jeden element nie może przytłaczać drugiego, inaczej całość popadnie w śmieszność i groteskę. Zdarza się to niestety zbyt często, ale białostoczanki pewnie stąpają po tym cienkim lodzie. Więcej, piosenki przetworzone przez wybraną trzynastkę producentów brzmią po prostu frapująco. Nie słychać szwów spinających te dwie estetyki, ludowość naturalnie przenika się z miejskością. Wokale często są wykorzystywane do robienia podkładów, znikają, są poddawane efektom, a czasem nawet bezlitośnie szatkowane. Do tego na "Elektronicach" pojawia się synthpop, funk, hip hop, ambient, elektro, dub, różne pochodne dubstepu. Wszystko, by uniknąć zarzutów o nudę. Udanie? W generalnym rozrachunku, owszem, choć miałem podczas słuchania ze dwa momenty, gdy piosenki zaczęły się zlewać ze sobą. Mimo tego, "Elektronice" to bardzo interesująca i, co najważniejsze, oryginalna mieszanka dwóch zupełnie różnych form.



poniedziałek, 25 lutego 2013

Uskudar 24 II 2013

1. Jaojoby - Manantany
2. Jaojoby - Zaho Z'araky Fo
3. Baba Zula - Bahar
4. Baba Zula - Şu dağları sardı feryadım
5. Bomba Estereo - Pa' Ti
6. Bomba Estero - Caribbean Power
7. Khaled - Hiya Hiya
8. Khaled - Ana aachek
9. Fared Shafinury - Rio Grande
10. Group Bombino - Amidinine
11. Kel Assouf - Amidinine

środa, 13 lutego 2013

Aspekt mistyczny

W zeszłym roku wydali świetny debiut, „This Is The Last Song I Wrote About Jews. Vol.1”, choć żaden z tej piątki debiutantem nie jest. Właśnie kończą drugą płytą, ale powoli zaczynają myśleć już o następnej. Poza Daktari pochłaniają ich inne projekty i od tego zaczęliśmy rozmowę z Mateuszem Franczakiem i Mironem Grzegorkiewiczem.

Olgierd gra w kIRk, Miron ma How How, Maciek występuje w Plazmatikonie, a Ty?

Mateusz: Poza Daktari działam w 22pm, zespole z zupełnie innej, funkowo-rapowej beczki. Gram tam oczywiście na saksofonie, ale też i na klawiszach. Mamy bardzo rozbudowany skład: sekcja dęta, syntezator, gitara, raper. Myślę, że w tym roku uda nam się nagrać naszą pierwszą płytę. Zarejestrowaliśmy kilka demówek, singel, ale dopiero teraz przymierzamy się do pełnoprawnego debiutu.

Starasz się wplatać elementy z Daktari do 22pm lub odwrotnie?

Mateusz: Nie, zupełnie nie. Traktuję je jako zupełnie odrębne, nieprzenikające się światy. Udzielam się w różnych zespołach, na koncertach, w pojedynczych nagraniach w studiu i zawsze słychać moje brzmienie, ale za każdym razem staram się robić coś innego. Zresztą jest to bardzo rozwijające. Nagrywałem bardzo różne rzeczy, od punk rocka przez trip hop do elektroniki. Takie doświadczenie otwiera głowę na całkiem nowe pomysły.

Skąd się wzięła nazwa Waszego zespołu?

Miron: Ja przyszedłem do zespołu, gdy już istniał pod obecną nazwą.

Mateusz: „Daktari” w suahili znaczy „doktor”. Nazwę zaczerpnął Olgierd (Dokalski, lider Daktari – przyp. red.) z serialu o amerykańskim lekarzu pracującym w afrykańskiej dżungli.

Miron: Olgierdowi bliskie jest rytualne podejście do muzyki i jej mistyczny aspekt, ten lekarz nie jest przypadkowy.

Skoro nazwa pochodzi z suahili, to czy macie pomysł nagrania płyty inspirowanej Czarnym Lądem?

Mateusz: W pewnym momencie bardzo się inspirowałem Afryką, słuchałem dużo afrobeatu i etiopskich rzeczy. To wszystko we mnie zostaje. Gdy wracam po jakimś czasie do swoich nagrań, mogę się zorientować, w którym momencie mojego życia to było. Gram podobnie do tego, w czym się wtedy zasłuchiwałem, ale robię to nieświadomie. Wracając do pytania - nie wiem, czy są plany nagrania takiego albumu. Mamy jeden utwór, który ma dosyć afrykański temat, ale to na razie wszystko.

W jednym z wywiadów Olgierd mówił o swojej fascynacji antropologią i sztukami wizualnymi. Skąd jeszcze czerpiecie inspiracje?

Mateusz: Każdy z nas inspiruje się trochę innymi rzeczami i na różnych poziomach. Rozmowy z Olgierdem o jego propozycjach czy szkicach utworów często sprowadzają się do rzeczy teoretycznych. Bardzo inspirują go teksty antropologiczne, naukowe, które są podbudową jego kompozycji i solówek. Ja staram się słuchać jak najwięcej różnej muzyki i wykonywać najróżniejsze gatunki z nowymi ludźmi, bo od każdego można przejąć coś ciekawego. Teksty teoretyczne, muzykologiczne też mają na mniej pewien wpływ. Przez kilka lat współtworzyłem magazyn „Glissando” i zostawiło to we mnie ślady, jak choćby większe zrozumienie awangardy czy poważki. Za Mirona już się nie wypowiem (śmiech).

Miron: W dużej mierze zgodzę się z Mateuszem co do tego, skąd te inspiracje wypływają. Z tą różnicą, że miałem dosyć długi okres, gdy przestałem w ogóle słuchać muzyki. Zastanawiałem się nad sensem tego działania - czy ono pomaga w tworzeniu muzyki, czy wręcz przeciwnie, oddala od niej. Jest taka bardzo ciekawa strona, Free Music Archives, na której wszystkie pliki są objęte licencją Creative Commons. Można ściągać i słuchać do woli, można tam znaleźć mnóstwo bardzo ciekawych rzeczy, na które nie sposób trafić gdziekolwiek indziej. To mnie teraz inspiruje. Przestałem podążać za znanymi mi nazwiskami, słucham muzyki nie wiedząc nic o jej twórcach. Dopiero, gdy coś bardzo mi się spodoba, szukam czegoś więcej, ale to drugorzędna sprawa. W nieznanej szerszej publiczności muzyce dzieję się czasem znacznie więcej. Częstym zjawiskiem jest sytuacja, w której artysta tworzy naprawdę niesamowite rzeczy, zanim jego koncept zacznie być konsumowany na szerszą skalę. Kontekst odkrywania, docierania do twórczości, która dopiero się rodzi jest niezwykle intrygujący. Artyści opatrzeni, osłuchani bywają traktowani po macoszemu, co sprawia, że ich twórczość mimo że dalej jest na wysokim poziomie, traci impet. Rzadko trafia się wykonawca, którego każda kolejna płyta jest napakowana świeżymi pomysłami.

Mateusz: David Bowie.

Miron: No tak, ciągle sobie powtarzam, że muszę zgłębić jego dyskografię. Inspiracji szukam również w obrazie. Wizualność tworzy świetną przestrzeń do wypełnienia przez muzykę. Obraz jest mi bardzo bliski choćby z tego powodu, że zajmuję się grafiką i w moim domu sztuki wizualne miały ważniejszą pozycję niż muzyka.

Jakim liderem jest Olgierd?

Mateusz: Niekwestionowanym. Rzadko bywa autorytarny, ale to on założył ten zespół i to jego słowo jest decydujące. Oczywiście my mamy swobodę w obrębie struktur, które wymyśla. Często udziela nam wskazówek lub po prostu mówi, jak ma zabrzmieć dany fragment, w końcu to on bierze na siebie odpowiedzialność za efekt końcowy.

Czujecie się choć trochę klezmerami po nagraniu debiutu?

Mateusz: Ja mogę wypowiedzieć się tylko za siebie. Nie chciałbym się nazywać klezmerem, bo taka etykietka ciągnie za sobą określone konotacje, więc wolałbym zostać przy „muzyku”. Jednak bliskie mi jest podejście do klezmerki jako do paraleli tradycji jazzowej, folkowej, może nawet rootsowej. Pisało o tym wielu krytyków. To wszystko ma podobne korzenie. Nie ma znaczenia, czy grasz muzykę klezmerską, czy inspirowaną tradycją żydowską, czy z innego kręgu kulturowego. Dla mnie te gatunki są do siebie bardzo podobne, jeśli chodzi o sposób wyrażania się nie poprzez wirtuozerię, lecz amatorsko. Nie dyletancko, ale bez wykształcenia, które często zabiera świeżość spojrzenia.

Miron: To pojęcie jest osadzone w konkretnej kulturze i z tego, co wiem, żaden z nas z niej się nie wywodzi. W znaczeniu klezmerki jest też część interpretacji, z którą się utożsamiam, ale ta część nie dotyczy kultury żydowskiej, tylko jest niezależną od położenia geograficznego potrzebą wypowiedzenia, wyrażenia się. Też nie nazwałbym się klezmerem, bo to byłoby potężne nadużycie, nie znam na tyle dobrze muzyki żydowskiej.

Będą kolejne ostatnie piosenki o Żydach?

Miron: Tak, w planach jest druga część, jako trzeci album zespołu.

Mateusz: Cały czas powstają utwory, które mają w sobie żydowskie tematy.

Miron: Olgierd ma dużą łatwość poruszania się po żydowskich motywach.

Jaka będzie nowa płyta?

Mateusz: Nowe utwory mają inny charakter. Mniej piosenkowy, bardziej improwizatorski, staramy się budować je na żywo, podczas grania. Ograliśmy ten materiał prawie od razu po wydaniu debiutu, bo chcieliśmy najpierw sprawdzić go na koncertach. W studiu nagraliśmy po kilka wersji każdego utworu i różnią się one nawet o sześć minut.

Będziecie mieli tego samego wydawcę?

Mateusz: Najpierw chcemy uporządkować sprawę materiału. Musimy jeszcze wybrać wersje, zmiksować je i ustalić kolejność na płycie. Cały proces jest bardzo przemyślany i dużo nam zajmie koncept albumu - jak dawkować napięcie nie tylko w obrębie jednego utworu, ale i całej płyty. Już spędziliśmy na tym więcej czasu niż na nagrywaniu, które trwało 3 dni.

W jednym z wywiadów Olgierd mówił, że jako zespół jesteście właśnie rozdarci między dwiema tradycjami: mistyczną i humanistyczną. Która jest Wam bliższa?

Miron: To takie połączenie, którego nie chciałbym wyjaśniać. Szczerze mówiąc, nie rozmawiałem o tym z Olgierdem i nie chciałbym mylić jego tropu, ale dla mnie mistycyzm mieści się w humanizmie.

Mateusz: Dla mnie koncert za każdym razem jest pewnego rodzaju mistycznym przeżyciem. Każdy z nas ma swoje rytuały, które odprawia przed wejściem na scenę. Każdy występ jest w jakimś sensie przedstawieniem, obrzędem.

Miron: Nie palimy kadzideł na scenie, jest to gdzieś w tle. Z perspektywy odbiorcy to i tak jest mało znaczące. On czuje zawartość tej muzyki i jej przekaz, który dekoduje na własny sposób. Wydaje mi się, że ludzie, którzy grają muzykę, za dużo o niej mówią, za bardzo kierują słuchaczem, jak ma ją odbierać, a przecież on może pójść zupełnie inną ścieżką.

Jaki jest Wasz największy sukces?

Miron: Rok 2011. Przede wszystkim to, że płyta została dobrze przyjęta. Trochę ku naszemu zaskoczeniu, bo z różnych względów nabraliśmy do niej sporego dystansu. Podczas nagrywania albumu zespół istniał kilka miesięcy, dopiero się zgrywaliśmy. To była nasza pierwsza profesjonalna sesja, więc nie wiedzieliśmy do końca, czego potrzebujemy.

Mateusz: Zacznijmy od tego, że to nie miała być płyta. Dla mnie ta sesja nagraniowa była wprawką, ćwiczeniem przed poważnym nagrywaniem. Nagle się okazało, że robimy album, wydajemy go i zrobił się wokół niego spory szum. Od wielu lat gram w różnych składach, ale dopiero rok 2011 był tym momentem, w którym wszystko nabrało tempa, czułem, że konsekwencja w moich muzycznych działaniach w końcu się opłaciła.

Miron: Pojawił się odzew, który dał mi wiatr w żagle. Muzykę nagrywam od 13 roku życia, wcześniej grałem na pianinie w ognisku muzycznym, wszystko do przysłowiowej szuflady, a tu się okazało, że ktoś tego słucha i mu się jeszcze na dodatek podoba.

Nagralibyście jeszcze raz tak samo debiut?

Mateusz: Na tamtym etapie, to było wszystko, co mogliśmy zagrać. Nasza nowa płyta też jest zapisem, rzetelnym dokumentem tego, kim teraz jesteśmy. Bardzo rzadko jestem zadowolony z rzeczy, które nagrałem. Wydaje mi się to naiwne i że teraz zrobiłbym to zupełnie inaczej, na pewno dużo lepiej. Z perspektywy czasu jestem jednak nawet zadowolony z „This Is The Last Song I Wrote About Jews. Vol.1”. Po nagraniu rzadko wracam do utworów, płyt, w których brałem udział. Skupiam się na dalszej pracy.

Miron: Słuchanie swoich płyt może zaprowadzić pod ścianę (śmiech). Parę razy wracałem do niej, ogólnie jestem zadowolony, ale dziwi mnie, że ludzie nie słyszą tych wszystkich moich wtop... Gryzie mnie sumienie, bo jest wiele rzeczy, które mogłem zagrać lepiej. Cały ten pozytywny odzew mnie zaskoczył.

Mateusz: Tyle razy w tonację nie trafiłeś (śmiech).

Miron: Fascynujące jest to, że dla ludzi z zewnątrz to nie problem.

Mateusz: Dużo osób traktuje ten album jako taki energetyczny materiał, nagrany na setkę, i przy takich nagraniach można więcej wybaczyć.

Co sądzicie o ponownym nagrywaniu płyt?

Mateusz: Mam doświadczenie w słuchaniu takich rzeczy, bo wywodzę się ze środowiska punkowego i niektóre zespoły jak Kryzys nagrywają swoje stare utwory, żeby wszystko dobrze zabrzmiało. No właśnie, Kryzys. Siłą ich pierwszego, wydanego tylko we Francji albumu jest to, że był stworzony na słabym sprzęcie, wykonawczo też pozostawiał wiele do życzenia, ale było to prawdziwe i do tej pory ma ogromny urok. To nie tylko dokument tamtych czasów, lecz bardzo świeże granie.

Miron: To jest jak malowanie trupa. Nie wiem, jakie mogą być motywacje, by nagrać płytę jeszcze raz po dziesięciu latach. Na pewno bardzo różne. Kiedyś gadaliśmy o tym z Olgierdem. To były retoryczne rozmyślania. Mógłbym to zrobić, ale dla zabawy i z czystej ciekawości.

Mateusz: Chyba, że w zupełnie innej konwencji, disco na przykład.

Myśleliście o rejestracji koncertów?

Mateusz: Jest taki plan. Na razie nagrywamy koncerty na taki rejestrator jak twój i robimy to, by ułatwić pracę nad nowym materiałem. To pozwala na chłodno ocenić koncert i wyłapać zarówno dobre pomysły, jak i pomyłki.

Miron: To ekstra narzędzie do sprawdzenia tego, jak gramy. Profesjonalne zarejestrowanie koncertów jest skomplikowanym technicznie przedsięwzięciem. To na tyle duże i poważne zadanie, że musi być nagrana seria koncertów i to jeszcze wtedy, gdy jesteśmy w dobrej formie. Coś takiego prędzej czy później zrobimy.

Na próbach więcej gracie, czy rozmawiacie o muzyce?

Miron: Zdecydowanie więcej gramy. Rozmowy się ograniczają do rysów kawałków. Nie ma w tym za dużo ideologii.

Electric Nights styczeń 2011

PS. Przestała działać strona EN, w najbliższych dniach na blogu pojawi się większość moich tekstów dla nich.

sobota, 9 lutego 2013

2012: miejsca 5-1

5. Kristi Stassinopoulou & Stathis Kalyviotis - "Greekadelia"

"Greekadelia" - jak ładnie to słowo brzmi. Bardzo dobrze też brzmi kolejna płyta weteranów greckiej sceny alternatywnej. Po raz kolejny Stathis i Kristi sięgają po ludowe piosenki z całego kraju i tym razem podrasowują je loopami, efektami i narkotyczną atmosferą. Ten minimalizm służ ludowym kompozycjom, które wydają się być z jednej strony archaiczne, z drugiej XXI-wieczne, lecz tak naprawdę ponadczasowe.


4. Kayhan Kalhor & Ali Bahrami Fard - "I Will Not Stand Alone"

Współpraca Kayhana Kalhora z Alim Bahramem Fardem zawiera w sobie małe, odcięte od świata kaszmirskie, afgańskie, irańskie wioski, spaloną słońcem ziemię, na której od lat nic nie wyrosło, majestatyczność gór i samotność pustyni. Niesie w sobie wyobrażenia o Azji Środkowej, jako ziemi niedostępnej, z bogatą historią. Jednej z ostatnich białych plam na mapie. Cóż z tego, że to nieprawda, że świat się skurczył, skoro ta muzyka tak pobudza wyobraźnię.


me>

3. Crystal Castles - "(III)"

Koniec świata nie nadszedł. Nie tym razem, choć trzeba przyznać, że nasz świat się trzęsie. Crystal Castles w tej sytuacji występują jednocześnie jako rzecznicy rewolucji, kasandryczni prorocy i obrońcy ludzkości. Nie boją się spraw i tematów ostatecznych, mimo że przetwarzanie wokali często w niezrozumiały strumień dźwięków ukrywa ich intencje. Jest też sporo rozczarowania kondycją rodzaju ludzkiego i dążenia samodestrukcji. A także piękna. Dla Crystal Castles zmierzanie naszego gatunku ku zagładzie jest piękne.

Mogę powtórzyć to, co napisałem kilka miesięcy temu. gdy recenzowałem "(III)": Ethan Kath zrobił najlepszy witch house. Nie wysforował się przed szereg, jak w przypadku dwóch poprzednich płyt, lecz pokazał swoim epigonom, kto tu rządzi. Niezmiennie od czterech lat.



2. OM - "Advaitic Songs"

Jak zmienić oblicze zespołu nie zmieniając zbyt wiele? Jak odświeżyć sprawdzoną, ale wyczerpującą się formułę? OM postawili na na rozszerzenie instrumentarium, co sygnalizowali już na "God Is Good". Trzy lata później ascetyzm bębny + bas jest już przesżłością. Gościnni muzyce, wokalistka śpiewająca hinduską mantrę. Dużą rolę odgrywają smyki i sample. Wzrosła rola perkusjonaliów. Nie zmieniła się tylko haszyszowa transowość uzupełniona przez sięganie do rozmaitych kultur muzycznych, Cisneros i Amos czerpią z muzyki arabskiej, bizantyjskiej, perskiej, indyjskiej. Z doskonałym skutkiem, rok 2012 nie słyszał lepszej fuzji.

1. Japandroids - "Celebration Rock" (recenzja)

Czy druga płyta Japandroids zostanie zapamiętana przez przyszłe pokolenia jako jasny punkt 2012 roku? Śmiem wątpić. Nie jest to album przełomowy, ani przesadnie oryginalny. Brian King i Dave Prowse niczym nie zaskoczyli. Ani muzycznie - dwóch gości weszło do studia nagrać to samo, co poprzednio, tylko głośniej i czyściej. Ani pozamuzycznie - nie wyznali niczego skandalizujące, swoim wyznaniem nie podważyli stereotypów o środowisku, nie mają ego napompowanego do granic możliwości, nie pokusili się o rozbudowaną historię w tekstach, nikogo nawet nie zbluzgali na forum publicznym."Celebration Rock" nie jest dziełem monumentalnym - osiem piosenek (a tak naprawdę siedem, jedna to cover The Gun Club) w trzy lata to naprawdę skromne osiągnięcie. Mimo tego wszystkiego drugi album Kanadyjczyków nie miał w tym roku konkurencji.

Tych dwóch niepozornych trzydziestoletnich facetów gra tak, jakby świat się miał skończyć nawet nie jutro, ale już zaraz., a przecież jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. 35 minut, w których zamyka się "Celebration Rock" kipi energią, jak plac Tahrir w Kairze. Te osiem piosenek powinno się wystawić w Sevres jako wzór rocka. Pędzącego na złamanie karku, szczeniackiego, bezczelnie przebojowego, prostego, lecz nie prostackiego. Są dziewczyny, są imprezy, jeśli miłość to już teraz, ale na zabój. Jest i nostalgia za młodością, a ja choć sześć lat młodszy, czuję się przy nich staro. No i te piosenki, chcę ryczeć, chcę krzyczeć, chcę śpiewać. Chcę wsiąść do samochodu i popędzić na kraniec świata (ale oczywiście prawko najpierw). Chcę poczuć, że żyję. Tego w tym roku muzycznie nie zafundował mi nikt poza nimi. I chyba najważniejsze. Sprawili, że po bardzo długiej przerwie zacząłem znowu coś tam dłubać przy gitarze. Niby nic takiego, ale kurz na niej osiągnął już prawie samoświadomość.


niedziela, 27 stycznia 2013

Uskudar 27 I 2013

1. Fared Shafinury - Behind the Seas
2. Maryam Akhony - Jahan Khadad Bud
3. Dariush Dolat-Shahi - Shabistan
4. Ostad Elahi - Suite de Tchapi
5. Shahram - Woman
6. Neli - Ki Blood
7. Hassan Shamaizadeh - Hamvelayate Eshgh
8. Dariush Dolat-Shahi - Zahab

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Uskudar 13 I 2013

1. Folkroll i Niasta Niakrasawa
2. R.U.T.A. - Mama Anarchija
3. Chłopcy kontra Basia - Jerzy
4. Mdou Moctar - Anar
5. Brainstorm - Vanessa
6. Abdallah ag Oumbadougou - Arhat Toumast
7. Abdalah ag Ombadougou - Afrikya taoura
8. Imidiwen - J'entends la guerre
9. L'Orchestre Regional de Keyes - Duga

niedziela, 6 stycznia 2013

Polska 2012: miejsca 15-11

To był bardzo dobry rok dla polskiej muzyki. Mnóstwo ciekawych premier, inicjatyw, projektów, aż trudno je wszystkie zliczyć. Dlatego też postanowiłem przygotować porządną listę. Najpierw "poczekalnia". Tym wpisem rozpoczynam cykl podsumowujący AD 2012. W planach płyty zagraniczne i koncerty, a dziś Gdynia, rapsy, surf rocki i folki.

Wyróżnienia:
Turnip Farm - "The Great Division"
Drekoty - "Persentyna"
Fifidroki - "Hercklekoty"
Klara - "Away"

Plum - "Emergence"



15. 1926 - "1926"

Lubię dobrze pojmowany, pozytywny lokalny patriotyzm. Bardzo lubię Gdynię. Lubię morze, port, statki. Lubię Bora za jego niespożytą energię, prowadzenie prawdopodobnie najlepszego klubu w Trójmieście i spamowanie mi fejsa wydarzeniami z tegoż. Jakby tego było mało założył zespół opiewający Gdynię. To musiałoby mi się spodobać, nawet gdyby grali post-rock (bo przecież pojawiały się takie opinie), ale na szczęście tego nie robią. To raczej psychodelia z industrialowym i stonerowym posmakiem zawarta w dwóch utworach, długości pierwszego nie powstydziłby się Neil Young (28 minut), drugi jest bliżej standardów, bo ma tylko siedem minut. Mimo to, nie ma tu miejsca na nudę, choć całość rozkręca się dość powoli, ale gdy już nabierze prędkości, trudno 1926 powstrzymać. Dodatkowy plus za fantastyczne zdjęcia Gdyni w książeczce.


14. Yemen - Music of Yemenite Jews

Może rzeczywiście polska scena okołojazzowa zbyt mocno ogląda się na żydowskie dziedzictwo i motywy, ale trudno na to narzekać, skoro wychodzą tak świetne płyty, jak zeszłoroczny debiut Daktari, czy kolejne projekty Raphaela Rogińskiego. Kwartet Robinson, Rogiński, Zerang i Zimpel zagrał dwa koncerty na v Tzadik Festival, czego efektem jest ten krążek. Podobno próbowali się tylko raz. Cztery utwory inspirowane muzyką żydów jemeńskich są mocno rozimprowizowane. Gitara Rogińskiego często ustępuje miejsca klarnetom Zimpla i Robinsona, ale nad całością unosi się przefiltrowany przez pustynię charakter poszukiwań Raphaela.



13. Czarny HiFi - "Niedopowiedzenia"

Na płytach HiFi Bandy czarny robi dość zachowawcze podkłady, więc postanowił się trochę wyżyć na tym polu, przygotowując płytę producenką. Oczywiście, wszystkie utwory są mocno zakorzenione w jednym konkretnym mieście, lecz niejednokrotnie Czarny wykracza poza to, co robił wcześniej. Pojawia się reggae, różne akustyczności, gitara, flet, wsamplowane fragmenty filmów. Dobrym pomysłem było przeplatanie utworów z gośćmi instrumentalami, które są najmocniejszą stroną "Niedopowiedzeń", w nich Czarny pokazuje naprawdę na co go stać. Z gości najlepiej wypada Pezet w kawałku tytułowym, największą pomyłką jest za to strasznie stereotypowa nawijka ziomków z EastWest Rockers. Niemniej, ogólnie rzecz biorąc, Czarnemu udało się wysmażyć bardzo udaną płytę, do której będę wracał z przyjemnością.


12. Alte Zachen - "Total Gimel"

Rogiński po raz drugi i ostatni. To chyba najbardziej absurdalny jego projekt. Chasydzki surf rock.Już sama ta nazwa brzmi niezwykle kozacki. Gdy już minie pierwsze zachłyśnięcie się egzotyką (i okładką) Alte Zachen wychodzi na to, że kwartet Rogiński, Moretti, Rzepka, Tyciński gra prawie dokładnie to samo, co Omar Khorshid prawie pół wieku wcześniej. Tylko, że on wychodził od muzyki arabskiej. Trudno odróżnić od siebie kolejne "gimele", ale to chyba już taka tradycja u Rogińskiego, że jego płyt powinno się słuchać w całości. I jako taka całość "Total Gimel" jest wart uwagi. Uważajcie na brodatych surferów.



11. Kapela ze wsi Warszawa - "NORD"

Trudno spodziewać się po KzwW słabej płyty. Oni po prostu nie schodzą poniżej pewnego poziomu i nawet osłabienie składu im niestraszne. Na "NORD" zgodnie z nazwą zaprosili gości z północy - Szwecji i Kanady, ale nie wpłynęło to na ogólny charakter albumu. Wydaje mi się, że trochę słychać tutaj pewne zmęczenie, coś jakby uleciało. Chciałoby się od nich po prostu więcej.

piątek, 28 grudnia 2012

Uskudar 23 XII 2012

1. Fulka - Amazing Grace
2. Julia Boutros - Miladak
3. Julia Boutros - LemmaKeret Zgireh
4. Mark Lanegan - Cherrytree Carol
5. Mark Lanegan - We Three Kings
6. Fulka - Three Kings
7. Sheryl Cormier - St. Nicholas
8. Kali - Douce Nuit
9. Mosaic - Szczodry wieczór
10. Cuba LA - Deck the Halls
11. Fulka - Lulajże Jezuniu

niedziela, 9 grudnia 2012

Uskudar 9 XII 2012

1. Krar Collective - Wallo
2. Krar Collective - Ende Eyerusalem
3. Maciej Filipczuk - Mazurek "Dla Kazia"
4. Maciej Filipczuk - Mazurek "Waloskowy"
5. Donatan - Niech obdarzy, niech obrodzi
6. Donatan - Z samym sobą (feat. Sokół)
7. Felix Lajko - Az uton
8. Alim & Fargana Qasimov - You Are the Light of My Eyes

poniedziałek, 8 października 2012

Uskudar 7 X 2012

1. Boubacar Traore - Djougouya Niagnin
2. Dobet Gnahiore - Khabone-n'daw
3. Alim Qasimov - Daramad Bardasth Maye
4. Titi Robin - Farımaz - Türkmen Rumba
5. Mumford & Sons - Hopeless Wanderer
6. Terakaft - Kel Tamasheq
7. Staf Benda Bilili - Kuluna\Gangs
8. Al-Kindi Ensemble -  the dove's lament did make me sad

czwartek, 4 października 2012

Afryka, pustynia, Kanada.

Spóźnione, ale jednak napisane. 

O środzie na Skrzyżowaniu kultur nie mam wiele do napisania. Muzyka koreańska i japońska to nie moja bajka. Zupełnie. Dzień następny w swej wyjątkowości (składy złożone z mistrzów warsztatów  którzy w takiej konfiguracji raczej ze sobą więcej nie wystąpią) mógł być naprawdę niezwykły  ale wyszło dość zachowawczo. Z jednym dość poważnym zgrzytem. Występem Aleksieja Archipowskiego. Ten, nazwany przez zapowiadającą go Marię Pomianowską "Jimim Hendrixem bałałajki", Rosjanin okazał się być raczej skrzyżowaniem Malmsteema i Metheny'ego. technicznie doskonały, ale z kompozycji ziała emocjonalna pustka. I za dużo szołmeństwa, nie mówiąc już o tym, ze delaya, to ja już dawno nie słyszałem  Na każdy dźwięk zagrany przez Archipowskiego przypadały trzy z efektu. A potem ludzie dziwili się, że tyle dźwięków wydobywało się z jego bałałajki.

Prawdopodobnie przegrałem życie, bo w piątek zamiast fenomenalnego Razy Khana, moja stonerowa dusza wybrała Fu Manchu. Nie zawiodłem się na tym koncercie ani troszeczkę. Mimo ponad czterdziestki na karku Kalifornijczycy potrafią wykrzesać z siebie mnóstwo pustynnej energii. Każda z 14 piosenek z "The Action is Go' wypadła duzo lepiej niż na płycie sprzed piętnastu lat. I tu podziękowania dla pana dźwiękowca, któru robił z konsoleta takie cuda, że wreszcie było wszystko słychać  NAPRAWDĘ wszystko. No i ten bis, najbardziej oczywisty z oczywistych, ale jaki fantastyczny: "Califrornia Crossing", "king of the Road" i "Godzilla". Jedynym kwasem było przesunięcie z niezrozumiałych powodów supportu do Saturatora na po głównej gwieździe.

W sobotę wróciłem do namiotu festiwalowego. Boubacar Traore bezbłędny, zagrał całe "Mali Denhou", ale największe brawa należą się harmonijkarzowi. Dobet Gnahore byla dla mnie zbyt uładzona, zbyt smoothjazzowa, więc wyszedłem chwilę wcześniej, bo kilkadziesiąt metrów dalej, w tym samym budynku grał Ben Caplan, o którym pisałem tu, tu i tu. jak zwykle na jego koncertach było najlepiej.

środa, 26 września 2012

Szamanki, pasterze, derwisze

Znów pisany na szybko szkic.

Drugi dzień Skrzyżowania Kultur rozpoczęły Ayarkhaan, pięć Jakutek, które kontynuują starą tradycję śpiewu gardłowego i gry na jakuckiej drumli - khomusie. Tyle wiedziałem przed koncertem. Nie wiedziałem natomiast, że te drumle mogą brzmieć, jak eksperymentalna elektronika. Z dropami. NAPRAWDĘ. I to właśnie razem z efektami dźwiękowymi (wiatr, rżenie koni, śpiew ptaków, kowalskie młoty), do których produkowania wystarczyły im te małe kawałki metalu i własne głosy, wbiło mnie w fotel (no, krzesełko) podczas ich występu, mimo że ich śpiew był również fantastyczny.Wszystko razem tworzyło niezwykle sugestywny obraz syberyjskiej pustki, zmarzliny po sam horyzont, miejsca, gdzie przez wiele dni jazdy konno krajobraz się nie zmienia. Brr.

Po nich przyszedł czas na Rustavi, męski gruziński chór. Piosenki ludowe przeplatali kościelnymi. Aż szkoda, że nie zaśpiewali w kościele, jak A Filetta na ubiegłorocznym Ethno Porcie. W zanadrzu mieli również kilka "kabaretowych" utworów (a przynajmniej tak się wydawało bez rozumienia gruzińskiego, ale skoro jeden pan szczekał, to nie mogło to być coś zbyt poważnego). Był też instrumentalny przerywnik, który objawił kaukaskiego Steve'a Vaia. Z tą różnicą, że jego instrumentem nie jest gitara, lecz flet, ale również wydawał z niego milion dźwięków na sekundę. A nawet z nich, bo w pewnym momencie zaczął grać na dwóch jednocześnie. Jak to robił, nadal nie mam pojęcia. Nic więc dziwnego, że z całego dziesięcioosobowego zespołu, to właśnie on dostał największe owacje. Należy tu dodać, że Gruzini byli oklaskiwani długo i często, aż po czterdziestu minutach występu i kilku braw na scenę weszły dziewczęta z kwiatami, by podziękować im za koncert, a do końca było jeszcze daleko. Już po właściwej części koncertu i bisach, Rustavi pojawili się na małej scenie w klubie festiwalowym i tam zaśpiewali dwie piosenki. Szkoda tylko, że ludzie gadali okrutnie.

W środę Skrzyżowanie rozczarowało po raz pierwszy. Na koncert Juliena Weissa z Al-Kindi Ensemble czekałem z wypiekami na twarzy. Niestety, ani część z rytualnymi utworami i wirującymi derwiszami, ani autorskimi kompozycjami Francuza nie zachwyciły,. Naprawdę magicznie zrobiło się w części trzeciej, gdy wykonywali ottomańską muzykę dworską z dużą ilością improwizacji. Nie wiem, czy ten zawód wynikał z moich wybujałych oczekiwań, czy po prostu Weiss miał gorszy dzień. Stawiam na to drugie. Musiał skompletować nowy zespół, bo jego syryjscy współpracownicy są uwikłani w wojnę, a dzisiaj znów zostało zbombardowane Aleppo i nie wiadomo, czy przetrwał jego dom.