Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2024

Natchniona wspólnota


Tym, co łączy wszystkie nurty, które są obecne w muzyce Hizbut Jámm jest właśnie natchnienie i wspólnotowość. Muzycy grają tak zręcznie, tak blisko siebie, tak są spleceni w tej wspólnocie, że czasem trudno odróżnić, kto gra jaką partię. Bezustanny dialog Raphaela Rogińskiego, Mamadou Ba i Noumsa Dembele na solidnym fundamencie zapamiętałej, lecz nienachalnej gry Pawła Szpury jest po prostu fascynujący. Partie przeplatają się, przenikają. Tworzą intrygującą opowieść o podróży – może to być rejs po Nigrze czy Senegalu, może to być przejażdżka mazowieckimi bezdrożami i polami, ale też migracja ptaków, dla których ludzkie granice są nic nieznaczące.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o przekraczającym granice albumie Hizbut Jámm.


czwartek, 2 września 2021

Dwunastoosobowy didżej


Trzy lata temu zapraszali na dancing do Spatifu. Dzisiaj są już stałym elementem stołecznego muzycznego krajobrazu, wpisują się w ruch odkrywania na nowo przedwojennej polskiej (nie tylko warszawskiej) muzyki.

Poprzednim razem spotkałem się z Noamem Zylberbergiem, bo zafascynowała mnie jego historia. Chłopak z Izraela z warszawskimi korzeniami przyjeżdża do Polski, by grać muzykę słuchaną przez swoich dziadków. Efektem spotkania był artykuł, który pojawił się w Wyborczej.

Teraz spotkaliśmy się ponownie, Mała Orkiestra Dancingowa wydała właśnie swój drugi nagrany album na domowym stadionie, w Spatifie. Tam też rozmawialiśmy, a efekty znajdziecie we wczorajszym Czasie Kultury. Symbolicznie tekst ukazał się 1 września, ale to tak naprawdę przypadek. 1 września to symboliczny koniec świata ówczesnych muzyków i początek rodzącej się nostalgii za tamtym światem. Tylko że dla Noama i jego zespołu nostalgia jest na ostatnim miejscu. Najważniejsza jest muzyka. Wyszperana w Bibliotece narodowej, znaleziona na YouTube. Nie grają wielkich przedwojennych hitów, by nie wpaść w pułapkę nostalgii. A przecież jej odrzucenie w przypadku muzyki tak mocno naznaczonej jej kontekstem nie jest prostym zadaniem. Tym bardziej jeśli gra się ją tak wiernie. Oczywiście, to są aranżacje z epoki rozpisane na zespół, który mógł wtedy grać. Nie jest to przypadek Jazz Bandu Młynarski-Masecki, który formę przedwojennych piosenek przefiltrowuje przez niepowtarzalną wyobraźnię Maseckiego i umieszcza ją w wymyślonych latach 50., a z drugiej strony swoją drugą płytę nagrali na sprzęcie z lat 20., co już jest jakimś wyższym poziomem kreacji i nostalgii.

Może i można by było traktować MOD podobnie, ale oni zgodnie z nazwa podkreślają taneczność, użytkowość piosenek. Skoro można było do nich tańczyć wtedy, to czemu nie można teraz bez udawania, że żyjemy w międzywojniu? Wczesny polski pop niewiele się różni się od debiutu Orkiestry w warstwie aranżacyjnej. To nadal świetnie rozpisana i zagrane w punkt piosenki. A jednak słychać w nich więcej swobody. Nic dziwnego, lepiej się zgrali, lepiej poznali oraz - jak już zdążyłem zdradzić - nagrali ją na setkę w Spatifie. Andrzejowi Izdebskiemu udało się wykręcić świetne, bardzo przestrzenne brzmienie, które pomaga piosenkom błyszczeć.

A ma co błyszczeć. Zylberberg po raz kolejny wybrał ukryte perełki przedwojennego polskiego piosenkopisarstwa. Są fokstroty, slowfoksy, tanga, passo doble. Pokazują wszechstronność kompozytorów i aranżerów. Przede wszystkim porywają do tańca. Trochę mnie się marzy poszerzenie formuły Orkiestry, wplatanie w repertuar współczesnych kompozycji. Wiem, że na koncertach już to robią. Może na kolejnej płycie postanowią je nagrać?


środa, 24 marca 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 24 III 2021

Poszukaliśmy folkowych źródeł psychodelicznych hitów i ich współczesnych interpretacji. Posłuchaliśmy tych, którzy wpłynęli na muzykę Altin Gun, Deryi Yildirim, ale też Seldy Bagcan czy Gulden Karabocek. Do tego krótka wycieczki do Tajlandii i Kolumbii, bez opuszczania Warszawy.

1. Magneto - Pama Rum Kwan (Requiem pour Satana)
2. PM Pocket Music - Pama Rum Kwan (Pama Rum Kwan)
3. Altın Gün - Kara Toprak (Yol)
4. Âşık Veysel - Kara Toprak (Âşık Veysel Arşiv 1)
5. Aşık Mahzuni Şerif - Nem Kaldı (Erim Erim Eriyesin)
6. Gülden Karaböcek - Nem Kaldı (Nem Kaldı)
7. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Nem Kaldı (Nem Kaldı)
8. Şatellites - Deli Deli (Big Baglama)
9. Şakir Öner Günhan - Deli Deli (Deli Deli)
10. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Deniz Dalgasız Olmaz (Deniz Dalgasız Olmaz)
11. Monsterra - Cumbia Monsterra (Peligro)

poniedziałek, 22 marca 2021

#TypoweLado


W pierwszym numerze Nowej Gazety Magnetofonowej przewiduję, że pandemiczne, nagrywane w domu albo w tych krótkich momentach między kolejnymi falami epidemii i kwarantannami (narodowymi i indywidualnymi) zostaną z nami na dłużej i po każdym lockdownie będa pojawiały się kolejne fale nagrań. Oby tylko były takie, jak Requiem pour Satana Magneto.

W zasadzie ta płyta musiała powstać i aż dziw, że potrzebna była do tego pandemia koronawirusa. Bartek Tyciński (czyli Magneto), Hubert Zemler i Piotr Domagalski grali ze sobą w różnych konfiguracjach, spotykali się w wielu składach, w końcu wszyscy oni z Lado, które może umarło jako wydawca, ale jako środowisko jest ciągle silne. Ta trójka jako trio zagrała ze sobą pierwszy raz dopiero po pierwszym lockdown, czyli prawie dokładnie rok temu (ale nie będę wnikał w fakt, że dopiero co był marzec i lockdown i teraz też jest marzec i lockdown).

Zgodnie z ladowym kanonem, muzyka Magneto wymyka się łatwym klasyfikacjom. Sięgają po kompozycje ze świata - Tajlandii, Brazylii, Francji, do tego dopisują własne (to znaczy przede wszystkim Tyciński dopisuje) utwory rozpięte między jazzem, filmową twórczością Ennio Morricone, gitarową alternatywą, psychodelią a surf rockiem. #TypoweLado.

Gdybym miał porównać Magneto do jakiegokolwiek innego zespoły, byłoby to Alte Zachen - czyli zespół w którym Tyciński z Raphaelem Rogińskim, Olą Rzepką i Maciem Morettim przerabiał żydowskie gimele na surf rock. Właśnie ta surfowość, bezczelność i charakterystyczne brzmienie gitary Tycińskiego je łączy. Ale oczywiście to dwa inne zespoły, Magneto jest wszystkożerne, inspiracje czerpie zewsząd, tworzy muzykę zglobalizowaną (i jednocześnie bardzo warszawską). W tej wszystkożerności nie odchodzą daleko od swoich stref komfortów, bo to muzycy, którzy w prawie każdej estetyce czują się swobodnie.

Dlatego te ich skoki między stylami i wątkami są całkiem naturalne, nie męczą ani przez chwilę. Choć próba śledzenia tych wszystkich zmian i smaczków to nie lada wyzwanie. Bardzo przyjemnie masujące mózg. Zupełnie jak ten album, niby niezobowiązujący, ale wciągający.

poniedziałek, 15 marca 2021

Cumbia de Varsovia


Cumbia, arabski surf rock, globalna psychodelia, tropiki - to wszystko na jednej kasecie. I to z Warszawy.

Powinniście już dobrze wiedzieć, że takie połączenie jest dla mnie co najmniej bardzo interesujące. Każde takie sięganie po - ciągle jeszcze - nieoczywiste inspiracje, wychodzenie z anglosaskiego dyktatu jest odświeżające. Zresztą pisałem o tym nieraz (i nie tylko tutaj). Narzekałem trochę na brak podobnej muzyki wychodzącej w Polsce. To teraz narzekam trochę mniej.

Za Monsterrą stoi jedna osoba - Grzesiek Wiernicki z nieodżałowanych Wild Books czy prehistorycznych The Phantoms, który od dłuższego czasu zajmuje się muzyką niezachodnią w ramach imprez i podcastów Na Oriencie. W Monsterrze gra sam ze sobą na gitarze, tanio brzmiącym syntezatorze i automacie perkusyjnym.

Wychodzi przede wszystkim od cumbii, która jest bardzo wdzięczną muzyką do podobnych wycieczek, ma mnóstwo lokalnych odmian - od Meksyku po Buenos Aires, od w stu procentach akustycznej do elektronicznej. No i jest też jak widać cumbia warszawska. Wyrosła w Pogłosie, Młodszej Siostrze, na zgliszczach Eufemii, starych winylach i kasetach.

Peligro zaczyna się od miniaturki Oriente, która wskazuje kierunek całości. To muzyka rozedrgana jak miraż. Pulsująca i falująca jak Wisła. Później, w kolejnych kawałkach wiodącą rolę będzie odgrywać surfowa gitara, w której słychać echa stylu Omara Khorshida (najbardziej chyba w Malaguerra), ale w Oriente jej jeszcze nie ma, tylko syntezator. Ale tak, to gitara nadaje charakter całości. Twangująca, ale nie kieruje w stronę beztroskich nagrywek Beach Boys czy Los Bitchos (a one przecież też grają podbitą surf rockiem cumbię), tylko dusznej, betonowej dżungli - może być to Warszawa w sierpniu, może być Kair, może być Medellin. Pandemia też odcisnęła piętno na Peligro, Soledad to - zgodnie z nazwą - studium wszechogarniającej samotności, lockdownowego zapadania się w sobie. Ukojenie przychodzi na koniec, Selva tropical łączy delikatne dźwięki chyba mis tybetańskich (albo podobnego instrumentu) z nagraniami terenowymi z lasu, raczej nie tropikalnego, wbrew nazwie, i odgłosami burzy. Ucieczka do natury nie jest do końca udana, przejeżdża pociąg. Przypomina, że coraz trudniej znaleźć miejsce nietknięte cywilizacją. 

Podoba mi się demówkowy charakter tej kasety, te wszystkie niedoskonałości. Słuchając jej, czuję się trochę jak na koncercie w Młodszej Siostrze, albo górnej sali Pogłosu, trochę źle słychać, niewiele widać, jest gorąco, parno. Mogłyby już niedługo wrócić małe koncerty. Demówkowość daje też dużo nadziei na przyszłość, bo skoro Monsterra tak dobrze brzmi sama ze sobą, to jak będzie, jeśli Grzesiek przekształci ją w prawdziwy zespół.


czwartek, 4 czerwca 2020

Nadwiślańskie tropiki


Jednym z ważniejszych dla mnie trendów ostatnich lat jest "fałszywa egzotyka", budowanie odległych, powidokowych obrazów tropików, wszczepianie niezachodnich rozwiązań w zachodnią muzykę, tworzenie glokalnego (globalnego i lokalnego jednocześnie) amalgamatu. Wiodą w tym Francuzi i Holendrzy, u nas jest z tym trochę gorzej - poza Gaijin Blues i solowymi nagraniami Naphty czy Javvą nie bardzo jest w czym wybierać.

Do tego skromnego grona dołączył dwa lata temu warszawski sekstet Tropical Soldiers in Paradise i na tej wąskiej ławce rozpychają się coraz szerzej. Debiutancka kaseta, wydana w Dreamland Syndicate sygnalizowała, że to może być bardzo dobra ekipa. Na żywo widziałem ich raz, gdy supportowali Sun Araw. Był luty, a oni grali tak, jakby lipiec nigdy się nie skończył.

Od takich zespołów, jak YIN YIN czy równie tropikalne Los Bitchos Tropikalsów różnią fundamenty. O ile ci pierwsi swoje geograficzne peregrynacje opierają na psych rocku, o tyle u źródeł muzyki warszawiaków leży oldskulowy hip hop z ciężką stopą i retro soul w duchu Menahan Street Band. Dlatego jest to muzyka muzyka jednocześnie tropikalna i wielkomiejska. Powolna i pełna życia. Przed oczami mam pełne, nadwiślańskie bulwary, duchotę miejskiej dżungli, monsunowe deszcze, ciepłe lipcowe noce na Placu Grzybowskim.

Tropikalsi konsekwentnie budują swoją opowieść na II, nigdy nie przywiązują się do żadnego konkretnego miejsca czy lokalnego stylu. Są między Port of Spain, Harlemem, Warszawą a Akrą. Ksylofon kieruje skojarzenia w kierunku muzyki zachodnioafrykańskiej, podobnie jak charakterystyczne frazowanie gitary w Delcie. Ten utwór to zresztą Tropikalsi w pigułce - jest i karaibskie bujanie, soulowe dęciaki, jest i miejsce na psychodeliczny odlot. Równie emblematyczna jest Kodama, która tytuł bierze od japońskich duchów zamieszkujących stare drzewa, niespieszna, prowadzona przez meandrująca partię trąbki. W Greenland w pewnym momencie pojawiają krakeby, kojarzone przede wszystkim z marokańską gnawą. I tak plotą z różnych elementów swoją opowieść-podróż.

Nie może być jednak zbyt pięknie, cała podróż kończy się na Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci, jakby chcieli podkreślić, że nie ma miejsca na Ziemi, które nie byłoby dotknięte choćby w pośredni sposób przez działalność człowieka. Dziewicza natura to tylko miraż, rozpływający się, gdy tylko wybierzemy się do "niezdobytych" miejsc, na krańce świata. To prawdziwy smutek tropików.


wtorek, 5 listopada 2019

Festiwal to naturalny krok w rozwoju zespołu - wywiad z Emilią Sitarz

fot. Jacek Poremba
Dosłownie za chwilę, w czwartek 7 listopada zaczyna się piąta edycja festiwalu Kwadrofonik, organizowanego przez jeden z najciekawszych i najoryginalniejszych polskich zespołów zajmujących się muzyką współczesną (i nie tylko, by wspomnieć wspólny album z Adamem Strugiem). O tym, co przygotowali tym razem opowiada mi Emilia Sitarz, z którą spotkałem się całkiem słonecznego, choć wietrznego dnia podczas tegorocznego Sacrum Profanum.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Nasza własna retromania

Mała Orkiestra Dancingowa//fot.Michał Ramus / Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie

Kiedy dwa lata temu pisałem do Magnetofonowej
krótki tekst o dwóch warszawskich zespołach zajmujących się graniem przedwojennych piosenek w wiernych aranżacjach - podwórkowym Combo Tanecznym Janka Młynarskiego i kawiarnianej Orkiestrze Sentymentalnej - które w tym samym okresie wydawała swoje płyty, wyglądało to na niszową sprawę.

Jednak w ciągu tych dwóch lata odwołania do lat międzywojennych stały się niemalże codziennością, poczynając od literackich bestsellerów, po masowo kręcone seriale. Ten okres również coraz mocniej rezonuje w muzyce. Na początku tego roku dla dwutygodnika przybliżyłem to zjawisko w muzyce, skupiając się na czterech zespołach - wspomnianej już Orkiestrze Sentymentalnej i jej drugim albumie, Tańcz mój złoty, niedocenianym i chyba zbyt radykalnym w swoich interpretacjach by odnieść sukces Zespole BODO, rewolucyjno-rekonstrukcyjnej Hańbie! oraz Jazz Bandzie Młynarski-Masecki, który stał się prawdziwym fenomenem na miarę wskrzeszenia debiutu Zbiga Wodeckiego przez Mitch & Mitch.

Już wtedy na oku miałem zaczynającą regularne granie w SPATiFie Małą Orkiestrę Dancingową Noam Zybelberga, która dosłownie tydzień temu wydała swój debiut. O tyle ciekawy, że Zybelberg postawił sobie za cel granie piosenek mających niecałe sto lat z podobną pieczołowitością, co Bacha, czyli jak najwierniej w stosunku do oryginałów. O tym, skąd takie podejście i jak Noam odtwarza aranżacje, możecie dowiedzieć się z mojego artykułu w Wyborczej o MOD. Jest też trochę o fascynującej historii osobistej Noama, który jest potomkiem warszawskich Żydów, wychowanym w Izraelu, ale więcej o sobie mówił dla rozmowwy



Nie zdążyło jeszcze zmaleć zainteresowanie Nocą w wielkim mieście Jazz Bandu, gdy Młynarski z Maseckim ogłosili kolejny projekt. Tym razem nie skupiony wokół postaci Adam Astona, a Mieczysława Fogga. Nowe, jeszcze liczniejsze wcielenie ich projektu - Jazz Camerata Varsoviensis - nagrało płytę poświęconą “pieśniarzowi Warszawy”. Nie śpiewa na niej tylko Młynarski, Jan pełni rolę bardziej dyrektora, okazjonalnie stając przy mikrofonie.



Młynarski w ciągu kilku lat wyrósł na najbardziej wyrazistego propagatora nieprzebranego bogactwa muzyki przedwojennej w jej różnych odmianach i składa hołd kolejnym postaciom. Przecież dopiero co (w kwietniu) z Combem Tanecznym wypuścił album na setną rocznicę urodzin Stanisława Grzesiuka. Skacze między “dancingiem, salonem i ulicą”. Jak brzmią na żywo piosenki Fogga przepuszczone przez ręce Maseckiego i Młynarskiego będzie można przekonać się za tydzień, 27 lipca. Bo na płycie brzmią bardzo dobrze, ale o tym innym razem.

piątek, 3 marca 2017

Sześcdziesiątka i osiemdziesiątka


Na sześćdziesiątych urodzinach Polityki zagrał Wacław Zimpel ze swoim południowoindyjskim zespołem Saagara. Jako że był to koncert "zerowy" trasy promującej 2, muzycy pozwolili sobie na zaskakująco dużo luzu. Koncert w redakcji potraktowali jako rozgrzewkę, próbę generalną. Skupili się na materiale z debiutu (z 2 zabrzmiał tylko jeden fragment), który rozciągali do granic możliwości. Zimpel często usuwał się w cień, jedynie akompaniując popisom swoich indyjskich kolegów. Nic dziwnego, zebrał w końcu jednych z najlepszych karnatackich muzyków pod wodzą wirtuoza ghatamu (instrumentu perkusyjnego wyglądającego jak, i w zasadzie będącego glinianym garnkiem) Giridhara Udupy. To w niego wpatrywali się pozostali muzycy, to on dowodził, nadawał rytm. Jednocześnie widać było, że oni po prostu świetnie się bawią w swoim towarzystwie. nawet nie chodzi o śmieszkowanie między utworami czy zabawne anegdotki, które ze sceny opowiadali Zimpel i Udupa. Ten luz widać było przede wszystkim w graniu, pewnej swobodzie, która jest cecha wirtuozów. Nawet najbardziej karkołomne pasaże czy rytmy grali jakby od niechcenia, z zupełnym spokojem i świadomością, że to tylko rozgrzewka.

Dwa dni później już w Narodowym Instytucie Audiowizualnym zagrali koncert premierowy (więcej o 2 już niedługo). Bardziej skupieni, choć nadal skorzy do żartów i perkusyjnych popisów. Muzyka na 2 jest bardziej zimplowa niż karnatycka, dużo w niej elementów, które pojawiały się na LAM i Lines. Najpiękniejszy moment koncertu to właśnie kompozycja tytułowa z solowej płyty Zimpla, która pojawiła się też na jedynce Saagary (bo tak spodobała się muzykom). W NInA zabrzmiała po środku drogi między tymi nagraniami, biorąc z jednej i drugiej wersji to, co najlepsze.

Zimpel pojawił się też na osiemdziesiątych urodzinach Dwójki. Tak szacowny jubileusz wymagał wyjątkowej oprawy. Zapewniła ją Jerz Igor Orkiestra, która zagrała 12 piosenek napisanych specjalnie na tę okazję przez 12 kompozytorów. W tym właśnie Wacława, którego "To Escape" spokojnie mogłoby się znaleźć na którejś z jego trzech ostatnich płyt. Pomysł z 12 piosenkami od 12 kompozytorów był karkołomny, ale udany, bo udało się pokazać bogactwo i różnorodność polskiej muzyki. Nie wszystkie kompozycje mi się podobały, ale to cecha takich projektów. Mam nadzieję, że to nie koniec i na następny śpiewnik Dwójki nie trzeba będzie czekać do kolejnego jubileuszu.

Jerz Igor Orkiestra nie była jedyną orkiestrą, która tego dnia zagrała w studiu Lutosławskiego. Na rozgrzewkę wystąpiła Warszawska Orkiestra Sentymentalna w wiązance przedwojennych przebojów, z Nikodemem na czele. A pomiędzy nimi DJ Lenar odegrał dowcipne słuchowisko złożone z pociętych fragmentów archiwalnych audycji, bardzo w duchu Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia.

Dla mnie najważniejszym wydarzeniem dnia był koncert Raphaela Rogińskiego w studiu Szpilmana. Raphael pierwszy raz zagrał kompozycje ze świeżo wydanej płyty z gitarowymi interpretacjami muzyki Purcella. Styl gry Rogińskiego jest na tyle charakterystyczny, że nieważne, czy gra muzykę żydowską, barokową, kurpiowską czy Coltrane'a, od razu słychać, że to on. Tak samo jest w przypadku Purcella. Rogińskiemu towarzyszyła Olga Mysłowska, której zmysłowy, niski głos przepuszczony przez efekt brzmiał niczym wezwania z zaświatów i nadawał muzyce kościelnego, nieco pogrzebowego charakteru.

Urodziny dwójki zakończył Marcin Masecki swoimi interpretacjami nokturnów Chopina. Tego koncertu słuchałem już w domu, przez radio. Masecki nie byłby sobą, gdyby nie wymyślił jakiegoś haczyka. Grał już Bacha na rozklekotanym pianinie i nagrywał to na dyktafon, sonaty Beethovena grał w zatyczkach, by poczuć się jak tracący słuch kompozytor. Te triki łączy poszukiwanie wartości w pomyłce i udawanej amatorszczyźnie. Kompozycje Maseckiego często znajdują się na granicy rozpady. Myk przy nokturnach polega na tym, że Masecki gra je ze słuchu, polegając na własnej pamięci, a nie zapisie nutowym. Marcin zagrał Chopina z ogromną czułością i uczuciem, prawie w ogóle nie było słychać jego charakterystycznego humoru i kwadratowości. Z jednej strony to zaskakuje, bo przecież pianista jest znany z tego, że lubi psuć, wywracać do góry nogami, ale z drugiej, w wywiadzie dla Polityki kilka lat temu, przyznał się do swojej miłości do Chopina i rodzącym się pomyśle nagrania jego utworów. Piękny, potoczysty, bardzo chopinowski koncert (i płyta też, nagrana zresztą w tym samym studiu).

Bardziej "klasycznie" Masecki zagrał w niedzielę, na koncercie Warszawskiej Orkiestry Rozrywkowej w Polin, gdzie pod wodzą Pawła Szamburskiego kameralna inkarnacja WOR zaprezentowała przedwojenne przeboje napisane przez Żydów. Masecki pojawił się mniej więcej w połowie na minirecital ragtime'ów, którego kulminacją był Nikodem, którego trzy dni później słuchałem w studiu Lutosławskiego.

środa, 8 lutego 2017

Medytacja wśród dysonansów


Rozmawiałem ostatnio z trzema perkusistami. Jeremym Garą, Gregiem Foxem i Hubertem Zemlerem (ponownie, pierwszy raz spotkaliśmy się dwa lata temu, rozmowa ukazała się w ostatnim numerze M/I, tę będziecie mogli przeczytać w marcowej Gazecie Magnetofonowej). Każdy  tej trójki oprócz grania w głośnych składach, prowadzi artystyczne poszukiwania na własną rękę. W ich twórczości jest wiele elementów wspólnych, wynikających tylko częściowo z tego, ze grają na bębnach. Najważniejszym z nich jest medytacyjność, skupienie na drobnych szczegółach.

Jeremy Gara na swojej debiutanckiej płycie Limn w ogóle nie używa perkusji, zamieniając ją na baterię syntezatorów i przetworzonych nagrań terenowych. Z nich tworzy posępny ambient, przywodzący na myśl post-apokaliptyczne, niepokojące krajobrazy, ale jednocześnie dziwnie uspokajający. Greg Fox co prawda na koncertach gra na perkusji, jednak od niedawna, dzięki Sensory Percussion, zmienił ją w "niezwykle wszechstronny kontroler MIDI", co pozwala mu grać na tradycyjnym zestawie perkusyjnym muzykę elektroniczną. Natomiast jego ostatnia jak dotąd solowa płyta, Mitral Transmission to próba zmierzenia się z dalekowschodnią tradycją, ale wzmocnioną rytmicznie, "uperkusyjnioną".

Hubert Zemler, po dość swobodnej i impresyjnej Gostak and Doshes  nagrał album będący hołdem dla roli perkusji i rosnącego znaczenia rytmu w muzyce XX wieku, ale także podsumowaniem etapu fascynacją minimalizmem. Stąd obecność na Pupation of Dissonance kompozycji Steve'a Reicha Music for Pieces of Wood, którą Zemler brawurowo zaaranżował na jednego muzyka. Hubert bierze się też za Waves Pera Nørgårda, jednak najciekawsza jest kompozycja tytułowa. Podzielona na cztery części opowiada właśnie o rytmie i jego przekształceniach. To też jedyny utwór, w którym pojawiają się inne instrumenty niż perkusyjne - klawesyn (na którym gra Małgorzata Sarbak) i syntezator analogowy. Ten drugi, brzmiący w ostatniej części utworu, jest wprowadzeniem do muzyki elektronicznej, dla której rytm jest najistotniejszy.

Pupation of Dissonance podobnie jak Gostak and Doshes to płyta wymagająca skupienia, skoncentrowana na detalach, ale nielekceważąca ogólniejszego obrazu. W obu przypadka skupienie tylko na muzyce uchroni przed pominięciem ulotnych, cichych dźwięków, pomoże docenić bogactwo form i wyobraźnię Zemlera. 

piątek, 30 września 2016

Miejcie na nich oko: bezgwiezdnie


Słuchając i oglądając młodziutki zespół bezgwiezdnie w czwartek, gdy supportowali Girls Names, miałem wrażenie, że jestem świadkiem narodzin czegoś wielkiego. Jeszcze nie do końca uporządkowanego, jeszcze szukającego własnego języka, ale już wyjątkowego. Dwóch chłopaków i dziewczyna ożywiają ducha surowego, post-hardcore'u w duchu Drive Like Jehu i Unwound (zresztą z dumą przyznają się do tej inspiracji). Grają z pasją, żarem, zaangażowaniem, momentami wściekłością. Świetnie operują kontrastem i emocjami, choć czasem zdarza im się wpaść w nastoletnią pretensjonalność.

Jeszcze niedawno grali po szkołach (wystąpili nawet w murach mojego ogólniaka), a teraz stają się ważnym elementem stołecznego niezalu. Może też zabiorą się za poważne nagrywki.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Z poziomu sceny


Julia Marcell koncert zaczęła od zupełnie przearanżowanych piosenek z June, które przeplotła Tesko z najnowszego albumu. Gamelan i Shhh zmieniła tak bardzo, że ledwo dało się je rozpoznać, ale te wersje były świetne. I chyba jeszcze inne niż te, które prezentowała przy okazji trasy promującej Sentiments

Julii udało się przełamać czwartą ścianę już na początku koncertu, kiedy zeszła po praz pierwszy do publiczności, ale jeszcze wtedy wszyscy siedzieli na miejscach. Siedzący charakter tego koncertu był jego jedyną wadą. Jednak kiedy już publiczność wstała i podeszła pod scenę, atmosfera zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Spokojna, ułożona publiczność spontanicznie zaczęła tańczyć, a nawet wchodzić (idąc za zachętą Marcell) na scenę.

***

Na żywo jeszcze mocniej zabrzmiały teksty z Proxy, pierwszej całkowicie polskiej płyty Julii. Te osiem piosenek to prawie pamiętnikarski zapis życia w drugiej połowie drugiej dekady XXI wieku. Pojawia się wszechobecna inwigilacja, alogrytmye Google wiedzące o nas wszystko, strach przed wojną, uzależnienie od technologii, społeczna dystopia, krwiożerczy kapitalizm, prekaryzacja (aż ciśnie się na usta pytanie, dlaczego nam się współczesność nie udała?). Brzmi to bardziej niż nagłówki z tygodników opinii, niż teksty popowych bądź co bądź piosenek. Na szczęście Julia nie idzie w domorosłą publicystykę, choć Tetris ze znakomitymi (jednymi z wielu, to majstersztyk na tej doskonałej tekstowo płycie) wersami "Jako konstruktor swej rzeczywistości / robię nawet jak nie robię. / nie cierpię zwłoki, / wyciskam 25 godzin na dobę." powinien stać się hymnem polskich prekariuszy. Julia zmysł obserwacyjny łączy z empatią, współczuje swoim bohaterom, jak Markowi z piosenki o tym samym tytule.

Te teksty nie powstałyby raczej pięć czy dziesięć lat temu. Ta aktualność to ogromna zaleta Proxy, Marcell idealnie uchwyciła zeitgeist i mimo że pewnie album się zestarzeje, to pozostanie cennym dokumentem swoich czasów. Jednocześnie, Julia odsłania się na Proxy tak jak nigdy przedtem, nawet na intymnej, rozliczającej się z przeszłością Sentiments. Teraz Julia mówi otwarcie o swoich lękach i obawach, a Andrew to najbardziej poruszająca piosenka w jej karierze.

***

Dlatego ta piosenka była idealnym zwieńczeniem tego fantastycznego koncertu. Z poziomu sceny robiła jeszcze większe wrażenie. 

czwartek, 31 marca 2016

W centrum: Po drodze do Tallinna

Bad Karma Boy
Nie spodziewałem się, że zobaczę ponownie Bad Karma Boy tak szybko, a tym bardziej, że przyjadą do Warszawy. Jednak droga z Bratysławy do Tallinna jest długa, więc zatrzymali się w stolicy, by zagrać na Chłodnej razem ze Słoweńcami z Koala Voice.

Poprzednim razem widziałem Bad Karma Boy w pełnej sali V Klubu na Waves Bratislava, gdzie każdy znał ich wszystkie teksty. Zagrali wtedy świetny, porywający koncert. W Warszawie nie było tak kolorowo, Słowacy nie mieli tłumów do porwania. Niewielka salka Chłodnej zgrodzmadziła ledwie 20 osób. Bad Karma Boy i tak zagrali solidny koncert, wypełniony przede wszystkim piosenkami z ich ostatniej płyty, Udolia a kopce. Jednocześnie to był ich pierwszy występ z nowym basistą, któremu zadedykowali cover Tame Impala.

Mariusz Herma pisał ostatnio na swoim blogu, że nowa płyta Julii Marcell, choć zaśpiewana całkowicie po polsku, jest płyta niepolską. Mogłaby równie dobrze zabrzmieć w angielskim albo jeszcze innym języku. Ten cover zagrany przez Słowaków, uświadomił mi, że z nimi jest bardzo podobnie. Brzmią bardzo amerykańsko, harmonie wokalne są silnie naznaczone Fleet Foxes, brzmi u nich Środkowy Zachód. I tylko ten słowacki przypomina, że pochodzą ze Środkowej Europy.
Koala Voice

Inaczej sprawa się ma z Koala Voice. Słoweńcy wybrali lengłydż, tylko jedną piosenkę zaśpiewali w swoim języku. Przypadkowo czy nie, był to najlepszy moment koncertu. Porzucili sztampowy garażowy rock na rzecz ciężkiej, narkotycznej psychodelii. Szkoda, że nie zakończyli tak swojego występu, zrobiliby dużo lepsze wrażenie.

Iwona Skwarek w wywiadzie dla Gazety Magnetofonowej powiedziała mi, że na razie chcą się z Bartkiem Szczęsnym skupić na najbliższej zagranicy, że w Niemczech czy Czechach mają świetny odbiór. Bardzo mnie ucieszyła ta deklaracja, wreszcie ktoś od nas chce pokazywać się w Pradze, Bratysławie czy Dreźnie. To dobry kierunek, ale nie zdziwię się, jeśli ani Koala Voice, ani Bad Karma Boy nie wrócą do Polski, bo przynajmniej ci pierwsi mają w swoim kraju status alternatywnej gwiazdy, przyciągają liczną publiczność, a w Warszawie grali dla niewielkiej grupki 11 osób.

Może to też wynika z nikłej promocji samego wydarzenia, ale promowanie koncertów w erze Facebooka to temat na zupełnie inną opowieść.

sobota, 13 lutego 2016

Warszawskie sceny


Na lokalne, małe koncerty zacząłem regularnie chodzić na początku studiów, czyli ponad osiem lat temu. Kroki najczęściej kierowałem do legendarnej dzisiaj Jadłodajni Filozoficznej, a po jej spaleniu do Powiększenia i na Pragę, gdzie działa do dziś niewielkie zagłębie klubowe na 11 listopada (Hydrozagadka, Saturator, Skład Butelek, Chmury). Powiększenia i Saturatora też już nie ma. Sen Pszczoły (znów po pożarze) znalazł swoje miejsce na Mińskiej, co chwilę powstają nowe kluby, a upadają stare.

Dużo się zmieniło przez te osiem lat. Gdy patrzę na półkę z płytami, sporo miejsca zajmują nieistniejące już lokalne składy. Demówki, pierwsze EPki. Z ostatnich lat jest ich mniej, bo dużo łatwiej je wrzucić na bandcampa czy soundcloud.

Gdybym miał dzisiaj wybrać miejsca, w których dzieje się najwięcej i najciekawiej, zdecydowałbym się na Chmury, Pardon, To Tu. Każde ma swoją specjalizację. W Chmurach usłyszycie raczej piosenkowe rzeczy, nieznane, ale nie tylko lokalne, bo na Pradze bardzo często grają zespoły z bliższej i dalszej zagranicy. Klub (razem z Eufemią) wypełnia pustkę po Jadło i Powiększeniu, to tutaj najłatwiej zadebiutować.

Pardon, To Tu przez kilka lat działalności wyrobiło sobie tak mocną markę, że występowali w tym niewielkim klubie Owen Pallett, Konono n1, Thurston Moore, Michael Gira, Colin Stetson, Mats Gustafson, zresztą jeśli chodzi o światek muzyki improwizowanej, występowali tu chyba wszyscy najwięksi. Na początku marca przez pięć dni swoje 75. urodziny na deskach Pardon, To Tu będzie świętował Peter Brotzmann. Wokół Pardonu zawiązała się scena, której ucieleśnieniem jest To Tu Orchestra.

Do obu tych miejsc można chodzić w ciemno. Nie zawsze wszystko się podoba, ale za każdym razem wiem, że było warto. Dużo dzieje się w imprezowo-klasycyzującym DZiKu, Hydrozagadka cały czas trzyma poziom (choć lokalnych koncertów odkąd otworzyły się po sąsiedzku Chmury jakby mniej), w lecie ożywia się wiślany brzeg.

Obserwując warszawską scenę przez prawie dekadę (jak to dumnie brzmi!), widzę, jak bardzo się rozwinęła, jak lokalni muzycy szukają własnego języka artystycznego wyrazu, coraz rzadziej po prostu kopiując zachodnie wzorce. Warszawa ma obecnie chyba najciekawszą lokalną scenę muzyczną w Polsce. Choć lepiej byłoby napisać sceny w liczbie mnogiej, bo nie ma jednego warszawskiego środowiska muzycznego, jest ich wiele. Często egzystują w zupełnej izolacji, ale czasem między sobą się mieszają.

Zabawne, że potrzebowaliśmy dopiero Szkota, żeby spróbować to wszystko uporządkować, a rozbite klubowe i gatunkowe sceny spróbować jakoś ze sobą połączyć. Z tej potrzeby Neila Miltona (szefa wytwórni too many fireworks) zrodził się pomysł na cykl konferencji i paneli dyskusyjnych IndieTalks. Pierwszy, poświęcony właśnie niezależnym scenom, ich tworzeniu i współuczestniczeniu w ich życiu odbędzie się w najbliższy wtorek w Pardon, To Tu. O swoich doświadczeniach opowiedzą Łukasz Kasperek z Warsaw City Rockers, Mateusz Romanowski z Chmur, Ania Wysocka z Sofar Warsaw i Agata Wnuk z damsels in distress djs. A ja postaram się, żeby mówili jak najciekawiej.

czwartek, 11 lutego 2016

W centrum: Päfgens



Jana i Filip pierwszy raz przyjechali do Warszawy z wycieczką. Gdy skończyli studia dziennikarskie w Bratysławie, przenieśli się do stolicy Polski już na stałe. Dziś są częścią sceny "okołochmurowej", piosenkowo-improwizatorskiej, wyznającej zasady Do-It-Yourself. Wszystkie swoje płyty nagrywają w domu i wydają zupełnie sami.

Filip grał kiedyś w postrockowym zespole the Ills (trafiłem dawno temu na ich debiutancką EPkę, nie zachwyciła), dla Jany Päfgens to pierwsze poważniejsze granie. I jedno, i drugie w ich muzyce słychać. Jana śpiewa cicho, delikatnie, jakby nie była pewna swojego głosu, wokal na dodatek często jest schowany głęboko w miksie. Postrockowe doświadczenie Filipa owocuje rozmyciem piosenek. Rodzi się z tego dream folk budzący skojarzenie z New Weird America przefiltrowanym przez środkowoeuropejską wrażliwość. Jana i Filip korzystają też z nagrań terenowych. Ubarwiają nimi swoje kompozycje. Dzięki temu są jak spacery po Warszawie. Przez parki i nad Wisłą. ptaki śpiewają, drzewa szumią - iście sielski dźwiękowy krajobraz.


Piosenki Päfgens to właściwie szkice. Ledwo zarysowane, niedopowiedziane. Słychać każdą niedoskonałość, każdy nietrafiony dźwięk. Sami nazywają swoją muzykę naiwną i właśnie taka jest. Prosta, nieprzegadana, bezpretensjonalna, naturalna. Po prostu piękna.


niedziela, 7 lutego 2016

Wacław Zimpel - "Lines"


Po kilkudziesięciu płytach nagrywanych w najróżniejszych składach, prowadzeniu kilkunastu zespół (m.in. nieodżałowana Hera, To Tu Orchestra, Wacław Zimpel Quartet, the Light), Wacław Zimpel nagrał album całkowicie solowy.

Klarnecista związany ze sceną muzyki improwizowanej, tym razem prezentuje kompozycje odwołujące się w dużym stopniu do twórczości amerykańskich minimalistów. Do klarnetu dodaje organy Hammonda, pianino Rhodesa, południowowschodnioazjatycką harmonijkę ustną khaen.

Lines jako całość jest zbudowana wokół dwóch utworów - szesnastowiecznego hymnu Deo Gratias, w którym Zimpel widzi zapowiedź dwudziestowiecznego minimalizmu oraz tytułowej kompozycji, będącej autorską wersją muzyki transowej i rytualnej. Obejmują je dwie kompozycje skupiające się na możliwościach klarnetów - dronowa, jednostajna Breathing Etude i chyba najbardziej jazzowe Five Clarinets. Wreszcie album spinają utwory "elektryczne", oparte na brzmieniach organów. Taki zabieg daje jeszcze większe wrażenie repetycji. Nie tylko w obrębie pojedynczych utworów, ale tez całego albumu. Repetytywność wywołująca trans, w którym można się zanurzyć jest od dłuższego czasu obiektem eksploracji Zimpla. Ma przecież doświadczenie w graniu gnawy z marokańskim guimbristą Maalemem Mokhtarem Ganią (jaki to był fantastyczny koncert w Pardon, To Tu). Jednocześnie Wacław czerpie z muzyki indyjskiej, mającej bardziej linearny charakter. Z połączenia tych różnych tradycji buduje swoje kompozycje.

Melodie przecinają się jak tytułowe linie. Zimpel wszystko nagrywał sam, krok po kroku, ślad po śladzie, kreując skomplikowane, ale przystępne polifonie. Dźwiękowe płaszczyzny uzupełniają się i przenikają zarazem. Silnie zrytmizowany początek i koniec Lines przywodzi na myśl prace bydgosko-toruńskiego kolektywu Milieu L'Acephale, jednak rozwijają się winną, bardziej melodyjną i kontemplacyjną stronę.

Po poprzednich płytach z udziałem Wacława Zimpla, można było być zupełnie spokojnym o zawartość Lines. Jednak to, co dzieje się na te płycie przechodzi wszelkie oczekiwania. To album po prostu wybitny. Przemyślany, pełen pasji i emocji. Zbiera poprzednie doświadczenia Zimpla (nie tylko te bardziej awangardowe, procentują tu też lata grania alt popu w zespole Gabrieli Kulki) w spójną całość. W tym przypadku nazwa wydawcy - Instant Classic - nie mogła być trafniejsza.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Coldair - "The Provider"


“The Provider” to przełom w twórczości Bilińskiego. Nie dlatego, że nagrywał ją w Stanach. Porzuciwszy indie folk Tobiasz wreszcie znalazł własny głos.

Napisałem o czwartej płycie Coldair dla Uwolnij Muzykę! 

czwartek, 14 stycznia 2016

Paweł Szamburski - "Ceratitis capitata"



Paweł Szamburski, choć na scenie muzycznej jest obecny ponad piętnaście lat, współzakładał warszawskie wydawnictwo Lado ABC, gra w takich uznanych składach, jak Cukunft, kwartet klarnetowy Ircha, tworzy muzykę dla teatrów, filmów i słuchowisk, dopiero w tym roku zdecydował się na wydanie solowego materiału. Jest to album niezwykły.

Pięć utworów, dwa instrumenty (klarnet i klarnet basowy), cztery religie, jedna – chrześcijaństwo – występuje dwukrotnie. Warszawski muzyk sięgnął również do judaizmu, sufickiego islamu oraz bahaizmu. Ten ostatni prąd religijny jest najmłodszy, powstał w XIX-wiecznym Iranie i łączy w sobie elementy pozostałych trzech wyznań występujących na Ceratitis capitata (a także wyznań dharmicznych – hinduizmu i budddyzmu). Ta doktryna głosi jedność wszystkich religii i całej ludzkości. I ta informacja wydaje się być kluczem do odczytania debiutu Pawła Szamburskiego.

Osią wokół, której zbudowana jest Ceratitis capitata jest poszukiwanie wspólnych korzeni religii, wspólnych dla nich mistycznych doświadczeń i środków wyrazu. Dlatego w samym centrum albumu umieszczony został utwór odwołujący się do synkretycznego bahaizmu. To jednocześnie punkt kulminacyjny całości, w nim Szamburski gra najgłośniej, momentami przywodząc na myśl trąby obwieszczające Sąd Ostateczny. Natomiast klamrą spinającą solowe dzieło klarnecisty jest chrześcijaństwo. Zachodnie rozpoczyna je, a wschodnie wieńczy. Mimo dążenia do jedności, Paweł Szamburski z szacunkiem podchodzi to tych tradycji muzycznych. Każdy utwór jest autonomiczny, pełen cech charakterystycznych dla danej muzyki liturgicznej.

Ceratitis capitata jest przesiąknięta skupieniem i mistycyzmem. Dźwięki klarnetu wyłaniają się i nikną w ciszy, którą można traktować jako pełnoprawny instrument. Jej pojawienia się wyrywają z zasłuchania, ale i jednocześnie podkreślają piękno frazy wygrywanych na klarnecie. Istotne jest również miejsce nagrywania, kościół w podtarnowskich Błoniach. Akustyka świątyni potęguje wrażenie obcowania z muzyką natchnioną.

W czasach, gdy świat pędzi na złamanie karku, Ceratitis capitata ze swoim spokojem, refleksyjnym, czy wręcz medytacyjno-modlitewnym charakterem wydaje się zupełnie nie na miejscu. Jednak takie wyciszenie się, skupienie tylko na dźwiękach, odizolowanie się od nadmiaru innych bodźców jest potrzebne. To odskocznia od pędu, czas na zatrzymanie się. Przede wszystkim jest to album pełen piękna, którego nie warto marnować na podróż tramwajem.

tekst ukazał się pierwotnie na stronie iratemusic.com

środa, 6 stycznia 2016

Słów składanie



Najpierw było słów składanie w Echu, potem Cincina, a teraz jest Andrew. Ta trzecia jaskółka przyniosła wiosnę.



W odwiecznym sporze po swojemu vs po ichniemu coraz mocniej przechylam się w stronę lokalności, czego dawałem niejednokrotnie wyraz. Jednocześnie nie mam przeciwko śpiewaniu po angielsku. To autonomiczna decyzja każdego artysty. O jej motywy pytałem Gosię Zielińską z Rycerzyków i Michała Bielę (w pierwszym numerze M/I). Oboje byli dość zgodni. Po angielsku łatwiej napisać dobrze brzmiący tekst, ładniej składa się wersy, a dużo samogłosek sprawia, że po prostu łatwiej go wyśpiewać niż szeleszczącą polszczyznę. Jest też element pożądania i marzenia o międzynarodowej rozpoznawalności. To wszystko prawda.

Jednak śpiewanie we własnym języku daje wolność wyrażania dokładnie tego, co się chce. Przykłady Sigur Rós czy Zaz pokazują, że można zrobić międzynarodową karierę, nie porzucając swojego języka. W zalewie angielszczyzny, inne języki jawią się jako wybawienie dla ucha, dowód na jeszcze istniejącą różnorodność. Każdy język ma swoją charakterystykę, własne brzmienie, wywołuje inne skojarzenia.

Tym bardziej cieszę się, że Andrew, jak i cała nadchodząca płyta Julii będzie zaśpiewana po polsku. Choć North Pole to nadal jej najlepsza piosenka. Mimo angielskiego.

środa, 30 grudnia 2015

Dog Whistle - "Dog Whistle"



Dwie dziewczyny, Warszawa, perski folk, indie pop. To nie mogło się nie udać.

Z tym perskim folkiem to nie żart, choć sam przez długi czas nie wierzyłem w te zapowiedzi. Myliłem się, debiut Dog Whistle rozpoczyna się autorską wersją irańskiej piosenki ludowej, Mastom Mastom. Ania i Lena podeszły do tego utworu zupełnie inaczej, niż można było się tego spodziewać. Odarły ją ze wszystkiego, co perskie poza najważniejszym – melodią i tekstem. Nie silą się na orientalizującą stylizację, jest tylko przesterowany bas, świdrujące dźwięki keyboardu i dwugłos dziewczyn. Tak skromnie będzie do końca tej zdecydowanie za krótkiej płyty.

Za krótkiej, bo to tylko siedem niezbyt długich piosenek. Bardzo urokliwych i dziewczęcych. Ania i Lena śpiewają o złamanych sercach, miłosnych zawodach, Warszawie, cudzych chłopakach. Banał? Nie w ich wykonaniu. Swoje rozterki ubierają w proste, emocjonalne piosenki, mocno osadzone w indie folku i estetyce lo-fi. Rzadko trwają dłużej niż trzy minuty. Rozczulają pewną nieporadnością, pod którą kryje się talent do układania melodii. Nie ma w tych utworach niczego zaskakującego, bo nic nie musi. Siła Dog Whistle leży w naturalności i szczerości. Dziewczyny niczego nie udają, poza jednym przypadkiem nie bawią się ironią, nie chowają się za maską.

Z tej siódemki prawdziwym wyciskaczem łez jest Neon Lights, opowieść o nieistniejącym już mieście, skąpanym w świetle neonów. Największy uśmiech wywołuje u mnie I'm So in Love With You odwołujące się do francuskich dziewczęcych grup z lat sześćdziesiątych (ta melodia!). Chase zabawnie bawi się stereotypem dziewczyńskiego rocka. Przez całość przewijają się echa debiutu Waxahatchee sprzed trzech lat, równie surowego, chałupniczego i emocjonalnego.


Zdaję sobie sprawę, że takich zespołów, jak Dog Whistle jest mnóstwo. Grających sobie po sypialniach. Jednak nie każdy ma odwagę, by swoją twórczość upublicznić, wystawić na ocenę, a przecież taka twórczość jest bardzo osobista. Dziewczyny też nie chciały, namówiła je dopiero Natalia Fiedorczuk i to była świetna decyzja, bo Dog Whistle, choć tak nienachalna i niepozorna, zostanie ze mną na dłużej.

tekst pierwotnie ukazał się na stronie iratemusic.com

Do posłuchania w całości tutaj.