Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

Rozdzierające wezwanie do działania

Martin Kanja, ekswokalista Dumy (bardzo mnie zasmuciła wiadomość o rozpadzie tego duetu) wydał kilka dni temu solowy debiut. Nadal ekstremalny brzmieniowo, można nawet bardziej niż Duma, ale tym razem w centrum jest pozytywność, walka z dyskryminacją, nawoływanie do wiary w siebie. Jak to możliwe i jakie wydarzenia za tym stoją? Opowiedział mi w Bandcamp Daily.

środa, 8 grudnia 2021

Patrzymy na utwory jak na sceny

 

Pretekstem do spotkania z chłopakami z Gaijin Blues była premiera ich trzeciej płyty, na której jescze mocniej weszli w postapokaliptyczną, fantastyczną narrację. Porozmawialiśmy o ich japońskich (i nie tylko) inspiracjach, pisaniu muzyki w czasie pandemii i kolejnej płycie, która jest już na ukończeniu. Oraz o Iron Maiden. Do poczytania w Czasie Kultury.

czwartek, 6 lutego 2014

Świat 2013: miejsca 5-1

5. Kvelertak - "Meir"



Norwegowie swoim podejściem do muzyki przypominają trochę Fucked Up. Podobnie niby ekstremalni, ale tak naprawdę przebojowi. Radiowy potencjał ukrywają pod blackowymi korzeniami, choć trzeba przyznać, że na drugim albumie poszli zdecydowanie w stronę przystępności i blasty pojawiają się incydentalnie. Jeszcze więcej jest za to luzackiego rokendrola.



4. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - "Kula Kulluk Yakişir Mi"



Współpraca Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana trwa już ponad dziesięć lat. W 2004 roku wydali album "The Wind", z którego programem koncertują do dziś. Oczywiście przez lata ewoluował i w takiej zmienionej formie został zarejestrowany w tureckiej Bursie. To zapis jednej długiej improwizacji, wielowątkowej, rozbudowanej, zanurzonej w kurdyjskiej, perskiej i tureckiej tradycji.

3. Waxahatchee - "Cerulean Salt"




W zasadzie mogę powtórzyć, co napisałem 11 miesięcy temu: W “Juno”, oscarowym filmie sprzed sześciu już lat, rozgrywającym się na fikcyjnych suburbiach w Minnesocie, tytułowa bohaterka zasłuchuje się w twórczości Kimyi Dawson. Gdyby ten film kręcono dziś, jej miejsce na ścieżce dźwiękowej zajęłaby pewnie Katie Crutchfield.



2. A Hawk and a Hacksaw - "You Have Already Gone to the Other World"



Najpierw był film Siergieja Paradżanowa "Cienie zapomnianych przodków". Obraz niezwykły i magiczny. Do tego stopnia zafascynował Jeremy'ego Barnesa i Heather Trost, że postanowili napisać do niego własną ścieżkę dźwiękowa. Swoje inspiracje przenieśli z Bałkanów w bliższe nam rejony, Karpaty i ich pogranicze. Oprócz tradycyjnych melodii z Węgier, Rumunii i Ukrainy, są tu tez autorskie kompozycje Amerykanów. Równie mocno zakorzenione w tradycji. I jak tradycja zawieszone między przeszłością, teraźniejszością, a bezczasowością.




1. Bombino - "Nomad"



Bombino wreszcie znalazł odpowiedniego producenta, który niewiele zmieniając w muzyce Tuarega, sprawił, że stała się przystępna nawet dla ucha niezwyczajnego do takiego grania. Na szczęście Dan Auerbach nie zdominował "Nomady", to nadal tuareski rock w najlepszym wydaniu. Podrasowany, to fakt, ale ciągle z niepokorną, saharyjską duszą.



poniedziałek, 30 grudnia 2013

Koncerty 2013

Mijający rok był mniej intensywny w materii koncertowej. Przynajmniej dla mnie. Sporo koncertów świadomie ominąłem, część mi umknęła w natłoku informacji. Z tych, na które się wybrałem, zestawiłem trzynastkę, która najmocniej utkwiła mi w pamięci. I postarałem się je jakoś ułożyć w kolejności.

13. Ryan Francesconi & Mirabai Peart, 13.08, Pardon, To Tu

Połowa sierpnia była bardzo gorąca. W Pardonie jeszcze goręcej (ale tam niezależnie od pory roku panuje tropikalne temperatury). Ludzi nie przyszło bardzo wielu, by posłuchać tego duetu inspirującego się muzyką Bałkanów. Nie, to nie A Hawk and a Hacksaw, na których koncercie w tym samym miejscu cztery miesiące wcześniej panował konkretny ścisk. Ryan Francesconi i Mirabai Peart zagrali bardzo kontemplacyjnie. Bałkany przefiltrowali przez americanę. Francesconi sięga przede wszystkim po muzykę Wysp Egejskich, trochę sielankową i wycofaną. Najciekawiej robiło się, gdy zamieniał gitarę na bułgarska tamburę. Wtedy muzyka robiła się śmielsza, traciła ilustracyjny charakter i nabierała żywotności. Lepiej też współbrzmiały w tych momentach skrzypce Peart. Ani na chwilkę ich muzyka nie traciła skupionego piękna.

12. kIRk, 12.09, Pardon, To Tu

Nie byłem na marcowym koncercie kIRków z materiałem ze "Złej krwi" w Powiększeniu. We wrześniu przyjechali ze swoją wersją ścieżki dźwiękowej "Zewu Chtulhu" i odkopanymi fragmentami "Mszy św. w Brąswałdzie". Przez ponad godzinę opowiadali o strachu, zepsuciu, nienawiści, nie mówiąc ani słowa. Ich muzyka miała prawie namacalną strukturę, przytłaczała swoim ciężarem i pozbawiała tchu w piersiach. Pod koniec jednocześnie modliłem się, by juz skończyli i nie mogłem wyrwać się z dźwiękowej hipnozy.

11. Kvelertak, 26.03, Hydrozagadka

Metalowa bestia z przebojowym zacięciem w Hydrozagadce rozwiała wszelkie wątpliwości. Tak powinno się grać metal. Bez spiny, na luzie, ale i bez buractwa. I z takimi fantastycznymi piosenkami. Plus sceniczna charyzma, której Norwegom wielu może pozazdrościć.

10. Jessie Ware, 23.03, Palladium

Jessie Ware, kocham Cię.

9. Maalem Mokhtar Gania, Wacław Zimpel, Paweł Szpura; 12.05, Pardon, To Tu

Znów Pardon, który nie miał w tym roku konkurencji. Z klarnecistą Wacławem Zimplem i perkusistą Pawłem Szpurą zagrał Mokhtar Gania, marokański griot i mistrz gry na gimbri, basowej dwustrunowej lutni. We trzech od razu weszli w saharyjski trans, w którym, gdyby chcieli, mogliby pozostać całą noc. Bardzo taneczny i ekstatyczny groove leżał u podstaw tego występu, więc decyzja organizatorów o rozstawieniu krzeseł była zupełnie niezrozumiała i nietrafiona. Gdzieś w tle pobrzmiewały echa zachodnioafrykańskich big bandów. Czekam na płytę.

8. Konono no. 1, 10.04.2013, Cafe Kulturalna

Z ich poprzedniego koncertu musiałem wcześniej wyjść, żeby porozmawiać z Brianem Shimkovitzem z Awesome Tapes from Africa. W tym roku znów zagrali jednego dnia, ale zamiast namiotu festiwalowego rozgrzali Kulturalną do czerwoności, choć przyjechali w zmniejszonym składzie.

7. Hera, 18.12, Pardon, To Tu

Ostatni tegoroczny koncert, jaki widziałem. Herę na OFFie odpuściłem, wybierając zamiast kwartetu Zimpel/Postaremczak/Wójciński/Szpura Hokei (ich zresztą też potem widziałem w Pardonie, zagrali dużo lepiej niż w Katowicach). Po "Seven Lines" uświadomiłem sobie ten błąd, a po tym koncercie jeszcze mocniej to do mnie dotarła. Dźwiękowy walec, piękna apokalipsa. Chwilą wytchnienia były tylko bisy, a tak przez półtorej godziny pięknie hałasowali, zatapiając się we własnym graniu.

6. A Hawk and a Hacksaw, 14.04, Pardon, To Tu

Warszawski koncert Amerykanów, choć z tym samym materiałem, był zupełnie inny od zeszłorocznego występu na OFF Clubie. Przede wszytkim nie grali do filmu, mimo że przyjechali promować własną wersję ścieżki dźwiękowej do "Cieni zapomnianych przodków" Paradżanowa. Muzyka oderwana od obrazu obroniła się świetnie, Jeremy Barnes i Heather Trost w swoich poszukiwaniach przenieśli sie do Europy Środkowo-Wschodniej, więc zabrzmiały rumuńskie, węgierskie i ukraińskie melodie do tańca. We dwoje chwilami brzmieli jak orkiestra, zarówno dzięki technice, jak i nietuzinkowym pomysłom wykonawczym. A gdy zakończyli bis zagranym na środku klubu "No Rest for the Wicked" z mojej ukochanej "Cervantine", poczułem się jak na weselu, gdzieś na końcu świata.

5. Japandroids, 04.08, OFF Festival

Cóż, że przyjechali na festiwal i zagrali krótko w środku dnia, że zabrakło kilku fantastycznych numerów. King i Prowse wiedzą, jak rozpalić mały klub i scenę plenerową. Do tradycyjnego zestawu: pot, głośne gitary, przeboje na OFFie doszedł wszechobecny kurz i piach.

4. Fucked Up, 04.08, OFF Festival

Jak JPNDRDS, tylko bardziej. Nie wiem, jak przeżyłem te dwa koncerty bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Dzieliło je pięć minut.

3. Alireza Ghorbani, 08.06, Ethno Port

Czyste piękno. Nie trzeba więcej pisać.

2. Bombino, 21.10, Stodola

Dzięki koncertowi Bombino dowiedziałem się, że Stodoła ma też dodatkową salkę. Ale nie dlatego jest tak wysoko w tym podsumowaniu. Trafił tu, bo przez prawie półtorej godziny byłem na Saharze.

1. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan, 07.06, Ethno Port

Jak numer trzeci, tylko jeszcze piękniejszy i z dachem z gwiazd.

piątek, 29 marca 2013

Kvelertak - "Meir"



Norwegowie z Kvelertak mają tupet, trzeba im to przyznać. Żenią black metal (fuj!) z energetycznym, podbitym stonerem punkiem (jej!). Połączenie, musicie to przyznać, karkołomne i dziwaczne, na ich debiucie sprawdziło się wyśmienicie przede wszystkim dzięki niesamowitej dawce luzu, która biła z muzyki . Trudno się temu dziwić, w końcu takiego mariażu nie wolno brać na poważnie.

Zarośnięci wikingowie na "Meir" kontynuują swoją drogę z jeszcze większym rozmachem. Prężą muskuły, wylewają na siebie hektolitry piwa, jeżdżą na harleyach. Słowem, jeszcze wyraźniej przeszli na stronę ociekającego testosteronem rokendrola. Żywiołowością zbliżają się do mistrzów, trzech jeźdźców zagłady z Monotonix. Krwiożerczych Skandynawów jest dwa razy więcej niż wąsatych Izraelczyków, więc brzmienie mają niezwykle potężne. Walcowate, ale jednocześnie ostre jak brzytwa. Nie zniknęła też największa zaleta Norwegów - dystans do swojej twórczości. Trzech gitarzystów ściga się na wieśniackie solówki, piosenki pędzą na złamanie karku, by w najmniej oczekiwanym momencie zatrzymać się i zmienić w ckliwą balladkę. Największa sieczka potrafi zacząć się od delikatnych uderzeń w struny gitary akustycznej. Banan na twarzy gwarantowany podczas słuchania "Meir". Gdzieniegdzie pojawiają się blackmetalowe blasty, urozmaicając rokendrolową łupankę.

Więcej niż przed trzema laty jest hitów. Właściwie cała druga płyta Kvelertak jest jednym przebojem. Gdyby nie wokalista to mogliby podbić bardziej popularne media. Choć, jak pokazuje przykład Fucked Up, ryczący wokalista nie jest przeszkodą nie do przeskoczenia. Kanadyjczycy, szczególnie z ostatniej płyty, "David Comes to Life", nie tylko dlatego są dobrym odniesieniem do twórczości Norwegów. Grają na kontrastach między grą instrumentów a wyziewami gardłowego. Z tym że piosenki Kvelertak w drugiej części płyty komplikują się i rozbudowują, tracąc trochę rock'n'rollowego groove'u, jednocześnie zbliżając się do rejonów okupowanych przez Mastodon czy Baroness. Na sam koniec wracają do prostego grania w wieńczącym "Meir" "Kvelertak" - piosence o największym przebojowym potencjale.

Mało jest tak ekstremalnych płyt, które dają mi tyle radości. Nie katharsis, nie zwątpienia w sens istnienia, lecz niczym nieskrępowanej radości i zabawy. Na tym właśnie polega fenomen szóstki Norwegów.

środa, 27 marca 2013

Testosteron

Kvelertak, Truckfighters; Hydrozagadka 26 III 2013

3 dni po delikatnym, intymnym występie Jessie Ware przyszedł czas na solidną dawkę niczym nieokiełznanego testosteronu ze Skandynawii. W rolach głównych trzech Szwedów (na support nie zdążyłem) i sześciu Norwegów.

Truckfighters nie zaprezentowali niczego nowego od ostatniego koncertu sprzed dwóch lat (no dobrze, była jedna nowa piosenka, ale brzmi, jak ich wszystkie pozostałe). Set zdominował materiał z ich zdecydowanie najlepszego albumu "Gravity X". Zaczęli od fantastycznej, długaśnej wersji "Desert Cruiser", potem pojawiło się i "Gargarismo", i "In Search of (The)". Szwedzi nie zaskoczyli i nie zawiedli, gitarzysta Niklas Källgren zagrzewał do skandowania, skakał po całej scenie, wywijał swoim instrumentem, basisto-wokalista Oskar Cedermalm dzielnie mu w tym pomagał i pod koniec wskoczył na falę. "Statyczny" pozostał jedynie perkusista, Oscar Johansson, ale swoją grą na bębnach niewiele ustępował żywiołowości kolegów. Set, jak to supportu, krótki, ale treściwy, mi jedynie zabrakło w tym stonerowym walcu "Altered State", ale przecież nie można mieć wszystkiego.

"Kvelertak" bez zbędnych ceregieli zaczęli swoją rokendrolową sieczkę. Metalowo wyglądał tylko jeden z gitarzystów i wokalista, reszta to raczej hardkorowi wyjadacze. W takich też proporcjach jest utrzymana ich muzyka, black metal jest tylko dodatkiem do hardcore'owo-punkowo-hard rockowej wybuchowej mieszanki. Długowłosy i koniecznie brodaty pan krzykacz często wdawał się w bliższe kontakty z publicznością, dwa razy wylądował na rękach fanów, cały czas zachowywał się jak rasowy metalowy wodzirej. Czwórka gitarzystów kozaczyła, jak przystało na taką załogę. Riffy ścieliły się gęsto, napełniając duszne powietrze Hydrozagadki potężną dawką męskich hormonów. Aż poczułem, że zaczęła rosnąć mi broda. Materiał z dopiero co wydanej "Meir" (recenzja już za chwilę) nie zdominował setlisty, równie mocno był reprezentowany debiut Norwegów. Po niecałej godzinie zeszli ze sceny, ale na szczęście wrócili na nią, by odegrać dwie dodatkowe piosenki, w tym ultraprzebojowy "Kvelertak". I już, mocno, treściwie, bez zbędnych dłużyzn. Chciałbym, żeby inne zespoły były tak zdyscyplinowane i rozsądne, bo co za dużo to niezdrowo, a tak koncert Kvelertak był po prostu doskonały.

Jedyna rzecz, do której można się przyczepić to głośność. Nie tym, razem nie było za głośno, nie straciłem słuchu, sytuacja była zupełnie odwrotna. Mam wrażenie, że było za cicho. Owszem to miła odmiana po koncertach, po których szumi mi w uszach przez następne 3 dni, ale taka petarda jak Kvelertak potrzebuje więcej. Nie przystoi im, by dwóch mizernych Kanadyjczyków z Japandroids było od nich głośniejszych.