Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Kto nie dostanie Grammy za rok



Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby choć trochę obejrzeć tegoroczne rozdanie nagród Grammy. Już nawet nie chodzi o to, że ceremonia była przeraźliwie nudna, jeszcze nudniejsza niż rozdanie Oskarów. Podzielona na dwie części, podczas pierwszej rozdano nagrody w większości kategorii - od kuriozalnie szczegółowych (jak Best Tropical Latin Album, nie zmyślam) do takich, które mogłyby spokojnie zmieścić się w głównej części.

Oglądałem jednym okiem i czekałem na kategorię, która mnie interesowała najbardziej, czyli Best World Music Album, a jakże. Trafiła się na samym końcu tej pierwszej, tylko streamowanej części, kiedy rozdawali nagrody taśmowo, a chyba połowa zwycięzców odpuściła sobie obecność (i ja im się nie dziwię). Nominowani byli Altin Gun, Burna Boy, Angelique Kidjo, Nathalie Joachim i Bokante. Najbardziej kibicowałem tym pierwszym, na nagrodę najbardziej zasłużyła Natalia Joachim swoją brawurową wizją haitańskiej muzyki poważnej. Wygrała Angelique Kidjo, trzeci raz w ciągu sześciu lat, za Celię, album, na którym śpiewa piosenki kubańskiej pieśniarki Celii Cruz, przenosząc je “z powrotem” do Afryki. To niestety słabsza pozycja w dorobku Beninki, ale wybór akurat tej płyty pokazuje, że akademia lubi najbezpieczniejsze wybory. Wróć, cała ta kategoria pokazuje, że bezpieczeństwo ma pierwszeństwo. I już naprawdę nie chce mi się pisać, że jest ona bez sensu - bo mamy tu anatolijski rock, muzykę klasyczną z wpływami Haiti, afropop, muzykę afrokubańską. Zresztą, dobór nominowanych pokazuje, jak wąsko traktowana jest muzyka świata. Muzyka latynoska raz się w niej się nie mieści, ma swoje własne kategorie, czasem trafiają się nominacje chociażby dla Caetano Veloso. Muzyka indyjska, chińska, środkowoazjatycka, arabska czy turecka pojawiają się incydentalnie w postaci naprawdę najważniejszych i najoczywistszych postaci. Dlatego obecność wśród nominowanych Altin Gun zaskakuje, ale chyba jest wypadkiem przy pracy niż zwiastunem nowej ery.

A już tak na marginesie - o tym, jak była to straszna ceremonia najlepiej świadczy występ Angelique Kidjo, która dwoiła się i troiła na scenie, żeby to zblazowane i znudzone towarzystwo choć trochę rozruszać.

Kibicowałem też Rosalii, szczególnie w kategorii Best New Artist, ale okazało się, że była bez szans w starciu z Billie Eilish, która w tym roku zgarnęła całą pulę (mniejsza o to, czy zasłużenie, czy niekoniecznie). Razem z siostrą nagrodę odebrał też Finneas, odpowiedzialny za produkcję When We All Fall Asleep, Where Do We Go?. Pomyślałem sobie wtedy, że już wiem, kto powinien odebrać nagrodę dla najlepszego producenta za rok. Raul Refree. Poświęciłem mu jeden odcinek audycji, ale od tamtego czasu wyszły dwa wyprodukowane przez niego albumy, a on zapowiedział kolejne.

W zasadzie, jeśli zajmujesz się muzyką tradycyjną z Półwyspu Iberyjskiego i okolic lub gitarowy folk i chcesz w swojej muzyce coś radykalnie zmienić, wypada się do niego zgłosić. No bo spójrzmy, to współpraca z nim przyniosła rozpoznawalność Rosalii w rodzimej Hiszpanii (oczywiście do światowego gwiazdorstwa, wyniosła ją El mal querer, płyta nagrana z El Guincho), to on produkuje od kilku lat albumy Lee Ranaldo, to on pomógł nagrać Richardowi Youngsowi. Stał się też twarzą eksperymentalnego podejścia do flamenco.

Jeszcze pod sam koniec zeszłego roku (ale według zasad Grammy, będzie się to liczyć do nominacji za 2020) premierę miał wspólny album Refree i Rodrigo Cuevasa, asturyjskiego wokalisty, Manual del Cortejo. To najbardziej popowa pozycja w obszernej dyskografii Refree. I, co może wydawać się trochę paradoksalne, najbliższa El mal querer. Syntetyczne dźwięki momentami wypierają gitarę, Refree z Cuevasem zostawiają często sam rytmiczny szkielet piosenek, automat perkusyjny współgra z kastanietami. Manual de cortejo zbiera muzykę z różnych regionów Hiszpanii, przede wszystkim rodzinnej Asturii Cuevasa i sąsiedniej Galicji. Rodrigo jest równie sprawnym i odważnym wokalistą, co Rosalia, łączy ich też kolorowy wizerunek. Cuevas wyciąga stare teksty, baśniowe opowieści, ale brzmieniowo jest to bardzo współczesna muzyka, pełna autotune’a, zapętleń. Im bliżej końca, tym muzyka się wygładza, nabiera krągłości w brzmieniu, ale nie traci na odwadze. Aż żal, że wyszła tak późno, bo powinna się znaleźć w większości podsumowań roku.



Powinna się w nich też znaleźć wspólna płyta Refree i Liny Cardoso Rodrigues, uznanej interpretatorki fado Amalii Rodrigues. Po latach zmagania się z tym repertuarem, potrzebowała odmiany, odświeżenia związku z tymi klasykami, które zna każdy Portugalczyk. Refree był idealnym wyborem, robił już podobne rzeczy z flamenco (nie tylko towarzysząc Rosalii, ale tez El Nino de Elche czy Sylvii Perez Cruz), choć z fado nie miał wcześniej styczności. A może właśnie dlatego ta współpraca jest tak udana. Fado to głos i gitara portugalska, nie mogą bez siebie istnieć. Co robi Refree? Stwierdza, że mu gitara zupełnie ni pasuje. Zamienia ją na baterię syntezatorów i keyboardów, pianino i akordeon. Otula nimi głos Liny. Podkreśla go dronami, delikatnymi arpeggiami, zanurza w ogromnej przestrzeni, daje mu wybrzmieć. To on ma być i jest na pierwszym planie. Nie da się od niego uwolnić, ani go zapomnieć. Głos Liny, pełen emocji, rozedrgany, łamiący się, ale silny, nie potrzebuje barwnych, skomplikowanych aranżacji, by błyszczeć. Refree to usłyszał, a że nie jest skrępowany zasadami gatunku, pozwolił sobie na taki ruch. Opłaciło się. Lina odkrywa na nowo repertuar, który zna dobrze, jak prawie nikt inny. Odkrywa przed sobą, odkrywa go dla świata.



To tylko albumy z ostatnich dwóch miesięcy (i nie wszystkie, nie wspominam tu o płycie z Richardem Youngsem). Za niecały miesiąc wychodzi wspólny album Refree i Lee Ranaldo oraz druga płyta Cocanhi, żeńskiego tria z Tuluzy zajmującego się oksytańską polifonią. Wydawać by się mogło, że Refree nie będzie miał tu dużo do roboty, to tylko wokale i perkusjonalia. A jednak właśnie w takich warunkach czuje się najlepiej i po dwóch fragmentach Puput słychać, że podkręcił muzykę dziewczyn, że razem z nim poszły w nową, nieoczekiwaną stronę. A właśnie to popychanie artystów, pomaganie im zrobienia kroku w nieznane cechuje najlepszych producentów. Do tego na szczęscie nie potrzeba Grammy.

środa, 11 grudnia 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 10 XII 2019


Dzisiaj skupiłem się na postaci Raüla Refree, katalońskiego gitarzysty i producenta, który jest odpowiedzialny m.in. za sukces debiutu Rosalíi. Od kilkunastu lat specjalizuje się w unowoczesnieniau flamenco, w tym roku zabrał się także za fado (efekty w styczniu), ale współpracuje tez z muzykami awangardowymi, jak Lee Ranaldo.

1. Rosalía - De plata (Los ángeles)
2. Refree - Dar a luz (La otra mitad)
3. Refree - Fandangos negros (La otra mitad)
4. Sílvia Pérez Cruz & Raül Fernández Miró - Pequeño vals vienés (Granada)
5. Richard Youngs & Raül Refree - Another Language (All Hands Around the Moment)
6. Lee Ranaldo & Raül Refree - Names of the North End Women (Names of the North End Women)
7. Lina_Raül Refree - Cuidei Que Tinha Morrido (Lina_Raül Refree)
8. Amália Rodrigues - Cuidei Que Tinha Morrido (Cuidei Que Tinha Morrido)
9. Luísa Sobral - Mesma rua mesmo lado (Rosa)

poniedziałek, 18 stycznia 2016

"W kilka tygodni miałam już cały zespół" - wywiad z Ritą Bragą

mat. prasowe

Zjeździła całą Europę, nagrywała w Brazylii, mieszkała w Kłodzku. Prawie ciągle w trasie ze swoim ukulele jako towarzyszem. Nie udało się po koncercie w Chmurach, ale Rita Braga znalazła w listopadzie chwilę, by ze mną porozmawiać.

Dlaczego zaczęłaś grać stare piosenki?

Chyba po prostu dlatego, że słucham dużo takiej muzyki. Zbudowanie repertuaru na nich przyszło mi całkiem naturalnie. Mieszkałam w Polsce, kiedy zaczęłam występować na żywo, więc śpiewałam tez po polsku, ale i po portugalsku, angielsku, francusku. I tak też zaczęłam sięgać po piosenki w kolejnych językach.

Czy w takim razie zbierasz stare nagrania?

Nie mam dużej kolekcji płyt. Przeprowadzałam się w swoim życiu już tyle razy, że nauczyłam się nie przywiązywać do rzeczy. Teraz bardzo dużo rzeczy znajduję w internecie.

Jak ich szukasz?

Słucham muzyki prawie cały czas. Podczas pracy, w domu, na ulicy. Lubię internetowe radia, które puszczają stare i nieznane piosenki. Kiedy podróżuję, staram się poznawać muzykę miejsc, do których trafiam. Czasem znajomi z różnych krajów podrzucają mi ciekawe piosenki. Teraz jednak jestem bardziej skupiona na własnych piosenkach, ale mój repertuar zaginionych perełek i klasyków cały czas rośnie.

Porozumiewasz się w tych wszystkich językach?

W większości wypadków nie, po prostu śpiewam. Staram się dowiedzieć, o czym jest piosenka i pytam znajomych, czy dobrze wymawiam słowa. Znam podstawy polskiego, niemieckiego i serbskiego, ale nie powiedziałabym, że się w nich swobodnie porozumiewam. Raczej umiem tylko zapowiadać piosenki na koncertach.

Dlaczego przyjechałaś mieszkać do Polski?

To było bardzo dawno temu. Zgłosiłam się do Europejskiego wolontariatu, mając 19 lat. Chciałam mieszkać za granicą. Jednocześnie nie chciałam jechać gdzieś blisko, do Hiszpanii, Włoch czy Francji, jak większość moich znajomych. Sprawdziłam, jakie programy oferują Polska i Czechy i w Kłodzku znalazłam interesujący mnie program.

Jak się tam mieszkało?

Specjalnie szukałam małego miasta, chciałam odpocząć od Lizbony i poszerzyć swoje doświadczenie. Niestety, trafiłam na barierę językową, więc większość czasu spędzałam z innymi wolontariuszami.

Jednocześnie, dużo jeździłam po Polsce i okolicach. Bardzo mi się to podobało, bo z Portugalii wszędzie jest bardzo daleko. Tutaj co weekend wsiadałam w pociąg, by zobaczyć nowe miejsca.

Mieszkałaś także w Brazylii.

Tak, to było coś w rodzaju rezydencji artystycznej dwa lata temu. Na początku poleciałam do Sao Paulo, gdzie spotkałam wielu muzyków. Dwóch – basista i perkusista – zaproponowało mi wspólne granie, więc założyliśmy zespół. Potem zespół rozrósł się do pięciu osób, mieliśmy nawet vana, którym jeździliśmy na koncerty. A wszystko wydarzyło się bardzo szybko, w kilka tygodni miałam już cały zespół.

Dlaczego ukulele stało się twoim głównym instrumentem?

Uczyłam się kiedyś gry na pianinie, gram na gitarze, a ukulele jest dla mnie idealne, bo bardzo łatwo je zabrać wszędzie ze sobą. Na koncercie w Warszawie miałam tez banjolele, połączenie ukulele z banjo. Zaczynam też grać na syntezatorach, ale ich nie biorę w trasy, tylko pożyczam na miejscu.

Zaczęłaś pisać muzykę do filmów.

To prawda. Jestem nowa na tym polu. Na razie piszę muzykę do filmów tylko na zamówienie znajomych i do ich projektów.

Prawie cały czas jesteś w trasie, zjeździłaś prawie całą Europę, Ameryki. W jakich dziwnych miejscach zdarzało Ci się grać?

(śmiech) Grałam w wielu dziwnych miejscach. Jednak, jak się zastanowić, to najczęściej dziwność sytuacji wynikała z tego, że nie pasowałam do tych miejsc. Kiedyś grałam w małej górskiej wiosce we Włoszech. Wszędzie było pełno dzieciaków, przyszli tez starsi mieszkańcy. Atmosfera była bardzo swobodna i przyjazna. Następnego dnia grałam w Wenecji, ale nikt nie powiedział mi, że na zamkniętej imprezie ELLE. Było zupełnie inaczej, wszyscy napuszeni, bardzo modni, a ja czułam się, jakbym występowała na weselu.

Innym razem byłam w trasie po Bałkanach, a musisz wiedzieć, że to jedyny region, gdzie mam własnego agenta, wszędzie indziej załatwiam sobie koncerty sama. Zorganizował mi koncert w małym miasteczku Seroki Breg. Na miejscu powiedzieli mi, że jestem pierwszą osobą spoza miasta, która tam gra!

Mieszkasz teraz w Porto, gdzie przeprowadzisz się następnym razem?

Dobrze mi w Porto, ale jak byłam w Polsce kilka tygodni temu, pomyślałam sobie, że czas na Warszawę (śmiech). Znam podstawy języka, słucham polskiej muzyki, interesuję się polskim kinem i sztuką. Tylko tym razem zamieszkam w dużym mieście (śmiech).

czwartek, 30 stycznia 2014

Świat 2013: miejsca 15-11

15. Baxamaxam - "Baxamaxam" (recenzja)




Jest ich dwóch. Włoch i Senegalczyk. Nie podają, w jakich okolicznościach się spotkali, nie wiadomo, kiedy zaczęli razem grać. Wiadomo, jak się nazywają, że jeden jest gitarzystą, a drugi griotem grającym na bębnach, i że to efekt jednodniowej sesji nagraniowej.



14. Swearin' - "Surfing Strange"




W 2012 roku zauroczyli mnie swoim szczeniackim debiutem. W ciągu roku niewiele dorośli, nadal nie bardzo potrafią grać, podchodzą do wszystkiego z olewczym stosunkiem, przekręcają gałki na przesterach do oporu. Tylko pop punk ustąpił miejsca indie w stylu Pavement.



13. Debruit & Alsarah - "Aljawal"




Francuski producent połączył siły z sudańską wokalistką. Może się wydawać, że nic porywającego z tego nie wyjdzie, ile to już takich międzykulturowych płyt nurzało się w przeciętniactwie. Jednak tu jest inaczej, ani Debruit, ani Alsarah nie idą na kompromisy, niczego nie wygładzają. Dzięki temu połączenie oszczędnych podkładów, poszatkowanych instrumentalnych i wokalnych sampli z hipnotycznym głosem Sudanki brzmi bardzo naturalnie, jakby grali ze sobą od zawsze.




12. Deolinda - "Mundo pequenino"




Lizboński kwartet już raz zatrząsł Portugalią. Tym razem polityki jest mniej, smykałka do zapamiętywalnych melodii pozostała tak samo silna. "Mundo pequenino" jest od pierwszej do ostatniej minuty wypełniona fantastycznymi, wykraczającymi poza ramy fado, piosenkami.


11. Vampire Weekend - "Modern Vampires of the City"




Na trzeciej płycie Nowojorczycy ostatecznie porzucają inspirację Afryką na rzecz własnego kraju, o czym świadczą liczne odniesienia do historii rock'n'rolla. To również ich najbardziej nowojorski album. Od okładki do każdego dźwięku, wszystko jest hołdem złożonym temu miastu. Jednocześnie znajdziemy tu najbardziej osobiste teksty Ezry Koeniga.






wtorek, 29 października 2013

Bunt wciąż się tli

Piosenki buntu towarzyszyły protestom w Egipcie, Libii, Algierii, Syrii, Turcji. Początek obecnej dekady był nad wyraz  urodzajny w społeczne rozruchy, a gdzie one, tam są też muzycy. Czy wszędzie? Na Zachodzie część obserwatorów utyskuje, że dzisiaj nikt nie pisze protest songów (za wyjątkiem Springsteena), podobny pogląd na łamach T-Mobile Music prezentował Maciek Piasecki w tekście „Tu już nie będzie rewolucji”.  Nie mają racji.
Głosem młodego pokolenia targanej kryzysem Portugalii został folkowy kwartet Deolinda, założony w 2006 roku. Dwa pierwsze albumy zespołu odniosły sukces, lecz apogeum przyszło pięć lat później, w styczniu 2011, podczas czterech wyprzedanych koncertów w największych salach Porto i Lizbony. Wśród nowych piosenek zespół zaprezentował porywające Que parva que eu sou (Jakimże jestem głupcem). W ciągu czterech minut wokalistka Ana Bacalhau rozlicza się ze wszystkimi bolączkami swoich rówieśników – wiecznymi stażami, niespłaconymi kredytami, ciągłym pomieszkiwaniem u rodziców. „Jakiż to głupi świat, gdzie by zostać niewolnikiem, trzeba skończyć studia” – śpiewa w refrenie, by pod koniec wyrzucić z siebie „Jestem z pokolenia <<Nie zniesiemy tego więcej>> / już nie jestem głupia”. Nagrywany komórkami utwór z miejsca stał się viralem w portugalskim Internecie i nieformalnym hymnem protestów, które wybuchły w marcu tego samego roku.
Na fali społecznego niezadowolenia wypłynął również braterski duet „Homens da Luta” , który zaczynał od parodiowania piosenek poprzedniej portugalskiej rewolucji z 1974 roku. Bracia Vasco i Nuno Duarte pojawiali się na protestach, ogrywali swoje piosenki i zdobywali popularność. Dwukrotnie pokusili się o start w krajowych eliminacjach do Eurowizji, za drugim razem je wygrali z piosenką „A Luta e alegria” (Walka jest radością). Pod płaszczykiem kabaretowości Homens da Luta wzywają Portugalczyków do wyjścia na ulicę i wzięcia sprawy w swoje ręce, jednocześnie odżegnując się od użycia przemocy. Nowoczesna rewolucja ma być pokojowa. Nie wszędzie taka jest. Protestujący w Grecji w przerwach między zamieszkami zasłuchiwali się nie tylko w „To Tragoudi Tis Plateias” weterana Vasilisa Papakonstatinou do słów żyjącego sto lat temu poety Giorgiosa Sourisa. Ważnym głosem społeczeństwa był rap. Ateńska ekipa Soul System pojawiała się na większości demonstracji w stolicy, a ich najgłośniejsza piosenka „Flame On” doskonale oddaje bojowe nastroje rodaków.
Kiedy parlament Quebeku, by ukrócić zeszłoroczne studenckie protesty, przegłosował Ustawę 78 czasową zawieszająca m. in. prawo do zgromadzeń, demonstracje przybrały na sile, uaktywnili się też muzycy. Montrealska wokalistka Ariane Moffat nagrała nową wersję własnego utworu „Le mai 17”. Wykorzystała ją organizacja studencka FECQ w swojej zajawce demonstracji przeciwko niesławnej ustawie, a potem kanadyjski Internet wypełnił się udostępnieniami tej piosenki. Moffat pierwotny tekst o banalności tematów dominujących się w mediach zamieniła na opis protestów i działania władzy, kończąc wersem „Dzisiaj, 17 maja rano, sprzeciwiam się tej ustawie”. Inni muzycy poświęcali swoje piosenki ruchowi Occupy. Tak zrobili na przykład CerAmony, duet interesujący również z powodu zaangażowanie w emancypację Indian czy znany z Broken Social Scene Jason Collett. Do muzyki zaangażowanej w postaci „Youth Without Youth” wrócili Metric, a kawałek zilustrowali niepokojącym teledyskiem.
Równie bezpośredni był przekaz Plan B, brytyjskiego rapera. W 2012 roku wydał politykujący album „Ill Manors”, z którego najgłośniejszym echem odbił się utwór tytułowy, przez Independent (przyznajmy to, na wyrost) nazwany jednym z najważniejszych protest songów. Ben Drew (tak naprawdę nazywa się muzyk) krytykuje rządową politykę społeczną, upatrując w niej jedną z przyczyn zamieszek z 2011 roku. „Tym, co wymaga naprawy jest system/ nie witryny w Brixton”. Mocne słowa padały także na Islandii. Ten wyspiarski kraj stanął na skraju bankructwa podczas kryzysu finansowego sprzed pięciu lat. Indie popowy muzyk Toggi w niewybrednych słowach nawoływał do rozprawienia się z bankierami i politykami na ich usługach w „Let Them Bleed”.
Świat zachodni powoli wychodzi z kryzysu, protest songów w tym roku też jakby mniej. Nie znaczy to jednak, że nadszedł dla nich koniec historii. Wiele jeszcze zostało do zrobienia, a tam, gdzie społeczne niezadowolenie, jest i muzyka buntu.

T-Mobile Music, październik 2013