Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post punk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post punk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 czerwca 2016

Wielki mały festiwal

Eivor w obiektywie Michała Helera

Zastanawiam się, jaki obrazek najlepiej podsumuje tegoroczną edycję białostockiego Halfway Festivalu. Czy Wilco grający akustyczny bis, Acollective podrywający wszystkich do tańca, a może muzycy Eivør Pálsdóttir w koszulkach polskiej reprezentacji czy szalony set Intelligency na after party po drugim dniu? Islandczycy z Mammut grający do śniadania na dachu Opery? Sam już nie wiem, te trzy dni były jak piękny sen.

Niby Halfwayowi nie sprzyja nic. Termin - ostatni weekend czerwca, zaraz przed Open’erem. Lokalizacja - Białystok, do którego jeszcze rok temu nie dało się dojechać z Warszawy pociągiem (a i teraz nie jest to takie proste), na którym ciąży odium stolicy disco polo. Festiwalowi nie sprzyja także lokalna polityka, której Halfway wbrew woli organizatorów jest pionkiem, przez co los kolejnej edycji nie jest pewny.

Jednak to festiwal wyjątkowy, przekuwający swoje wady w zalety. Ostatni weekend czerwca zwykle jest słoneczny, mimo pesymistycznych prognoz nie spadła ani jedna kropla deszczu. Białystok ma do zaoferowania więcej niż tylko disco polo. W tym roku z opaską festiwalową można było za darmo zwiedzić muzea i galerie sztuki. A program festiwalu wykraczał poza muzykę - w planie były spotkania z autorami książek o dalekiej północy, śniadanie z zespołem z Islandii, rozmowy o przyszłości festiwalu, obejrzeć zdjęcia Ilony Wiśniewskiej. Do tego obowiązkowy relaks na fenomenalnym gmachu Opery i Filharmonii Podlaskiej.

Jak zwykle, o magii Halfwaya najmocniej świadczą koncerty. Od Mountain Goats na pierwszej edycji (za nich - co podkreślam przy każdej okazji - organizatorzy mają moją dozgonną wdzięczność) aż do kończących piątą edycję Wilco. Amerykanie przywieźli ze sobą TIR sprzętu, który w całości nie zmienił się na scenie, a perkusista i tak ledwo wystawał zza ściany wzmacniaczy. Wrażenie robili ogromne. I swoim profesjonalizmem, i radością grania. Nels Cline, najstarszy z nich przecież, okazał się najbardziej dziarski i pomysłowy w produkowaniu gitarowego hałasu. Jeff Tweedy z początku małomówny, pokusił się nawet na chyba nie aż tak kurtuazyjną pochwałę publiczności. Najpiękniej zabrzmieli jednak na sam koniec, kiedy odłożyli przestery, efekty i zagrali krótki, akustyczny set. Kiedy oni, zespół wyprzedający hale na kilka tysięcy osób, grali ostatnio dla tak niewielkiej publiczności? Chyba na początku kariery.

Najbardziej poruszył koncert Eivør Pálsdóttir, która z towarzyszeniem dwóch muzyków wykreowała świat północnych legend i ukrytych we mgle Wysp Owczych. A przecież to nie była muzyka świata, bo Eivør i jej zespół nurzali się w elektronice, pogłosach i przesterach. Szczęśliwie, trzymali się z daleka od new age’owego obciachu. Świetnie wypadły utwory przygotowane z towarzyszeniem muzyków orkiestry Opery i Filharmonii. Nordycką ścieżkę kontynuowała Ane Brun i wspomniani już przeze mnie Islandczycy z Mammut. Niezwykle stylowo zagrali Giant Sand, legenda alt-country. Zespół Howe’ego Gelba na godzinę zamienił amfiteatr w mały, zadymiony bar, gdzieś w Arizonie. Aż było czuć whiskey, papierosy i wszędobylski pył. W rodzinnych stronach Gelba deszcz przynosi szczęście i Giant Sand go zaklinali (na szczęście bezskutecznie). Grający pierwszego dnia Destroyer zostawił mieszane uczucia. Było zdecydowanie lepiej niż na OFFie pięć lat temu, ale Dan Bejar jest chyba jeszcze bardziej zblazowany i znudzony. Bardzo amerykańscy Estończcy z Odd Hugo tym razem zaczarowali. Tym razem, bo widziałem ich już na Waves Bratislava, ale tam zginęli w gąszczu innych wrażeń.

To także podkreślałem po poprzedniej edycji. Na Halfwayu nie ma żadnych rozproszeń, żadnych drugich scen. Całą uwagą skupiają grający artyści. Tak było w przypadku Julii Marcell, od której nie dało się oderwać oczu. To był fantastyczny koncert. I razem z Eivør najbardziej zbliżyły się do Sharon Van Etten. Właśnie, jedyna wada tegorocznej edycji to to, że żaden koncert nie był tak poruszający jak występ Sharon. Ale to wada niewielka, bo taki koncert zdarza się bardzo rzadko. A wszyscy artyści, których widziałem w tym roku zagrali wyjątkowo.

Białystok ma skarb, którego mogą mu pozazdrościć inne miasta, ale sam nie do końca o niego dba. Wielka szkoda, gdyby w przyszłym roku festiwal się nie odbył. Dlatego już teraz trzymam kciuki i rezerwuję nocleg w Białymstoku na ostatni weekend czerwca.

środa, 5 listopada 2014

20 lat


Rok 1994 był naznaczony nie tylko odejściem Kurta Cobaina. 5 listopada, w Belgradzie umiera Milan Mladenović, wokalista legendarnego już wtedy jugosłowiańskiego zespołu, Ekatarina Velika.

Mladenović, urodzony w Zagrzebiu, ojciec Serb, oficer jugosłowiańskiej armii, matka Chorwatka z Dalmacji, był typowym przedstawicielem swojego pokolenia. Z rodziną mieszkał i w Zagrzebiu, i w Sarajewie, wreszcie w Belgradzie, gdzie jeszcze w liceum założył pierwszy zespół, Limunovo Drvo, przekształcony później w Šarlo akrobata, kolejną legendę jugosłowiańskiej nowej fali. Po wydaniu jednego albumu, rozeszły się drogi muzyków, Mladenović wraz z perkusistą Ivanem Vdoviciem i gitarzystą Dragomirem Mihajloviciem tworzy pierwszą inkarnację EKV, jeszcze pod nazwą Katarina II. Kolejne spory doprowadziły do odejścia Mihajlovicia i kolejną zmianę szyldu - na Ekatarina Velika.

Moją ulubioną płytą belgradzkiego zespołu jest ich trzeci krążek, Ljubav (o którym pisałem niezgrabnie cztery lata temu). Zgrabnie między nagrania studyjne wpleciono fragmenty koncertów, które były mocno stroną EKV. Ale Ljubav lubię za co innego, za straceńczy klimat, za desperację i za fantastyczną okładkę.

Późne płyty EKV dobrze oddają duszną atmosferę post-titowskiej Jugosławii. Śmierć dyktatora obudziła tłamszone do tej pory etniczne animozje, narastały nacjonalizmy, które niechybnie prowadziły do rozpadu i wojny. Tytuł wydanego w 1989 roku, depresyjnego albumu, Samo par godina za nas (Zostało nam tylko kilka lat) okazał się proroczy, nie tylko dla Jugosławii. Już po rozpoczęciu wojny ukazał się Dum Dum, zdecydowanie najbardziej pesymistyczny materiał zespołu.

Krótko po wydaniu Neko nas posmatra Mladenović wyjeżdża do Brazylii, gdzie wraz z Mitarem Suboticiem pracuje nad nową muzyką, czego efektem jest projekt Angel's Breath. Nagrany wraz z brazylijskimi muzykami album jest najdojrzalszym i jednocześnie najlepszym albumem Mladenovicia. Jest tu miejsce i na bałkański folklor, i MPB, bossa novę, post-punk, industrial. To jednocześnie kolejna wypowiedź na temat niszczącej Bałkany wojny.

W 1994 roku Mladenović wraca do Belgradu, reaktywuje EKV, z którą planuje nagrać kolejny album, gra kilka koncertów, w tym ten ostatni, 24 sierpnia, w Budwie. Dzień później Mladenović trafia do szpitala, gdzie zostaje u niego zdiagnozowany rak trzustki. Muzyk umiera kilka miesięcy później. Dziś nie żyje już nikt z pierwszego składu EKV, ostatnia odeszła Margita Stefanović. Zmarł również Mitar Subotić, który krótko po wydaniu Sao Paulo Confessions w 1998 zginął w pożarze swojego studia, ratując z pożogi nagrania. Nagrania składające się na album Tudo tempo Bebel Gilberto.





piątek, 25 kwietnia 2014

Cloud Nothings - Here and Nowhere Else



Dwa lata temu w recenzji "Attack on Memory" napisałem, że Cloud Nothings są moją prywatną Nirvaną, ale pewnie będę się z tego za jakiś śmiał. No więc nie śmieję się.

"Here and Nowhere Else" to znów osiem piosenek trwających niewiele ponad pół godziny. Siedem krótkich, jedna trwa ponad siedem minut. Podobieństwa do poprzedniczki aż nazbyt widoczne. Jednak choć tak samo, jest zupełnie inaczej. Głośniej, brudniej, szybciej. Jednocześnie dojrzalej, a przecież dojrzałość zbyt często kojarzy się z wyciszeniem, ze zdjęciem nogi z gazu. Nie w tym przypadku. Dwa lata starszy Dylan Baldi nadal jest frustratem wypruwającym żyły do mikrofonu, częściej widzi pozytywy, choć muzyka zdaje się temu zaprzeczać. Pędzą cały czas na złamanie karku, jakby tego jutra miało nie być. Dojrzałość wiąże się też ze stałością, nie ma mowy o żadnej przykrej wpadce pokroju "No Sentiment" ani tak zaskakujących przeskoków, jak między "Wasted Days" a "Fall In".

Myślałem, że Steve Albini wycisnął z nich wszystko. Myliłem się. John Cogleton (który zawsze będzie mi się kojarzył z drugą płytą George Dorn Screams) przybrudził i wzmocnił brzmienie zespołu. A przecież "Attack on Memory" nagrywali w czteroosobowym składzie.We trzech robią więcej hałasu. Zmniejszenie składu wpłynęło pozytywnie na dyscyplinę. Grają precyzyjnie niczym bezduszna maszyna. Najlepiej słychać to w partiach perkusisty, Jasona Gerycza. Tylko czasami świadomie opuszczone dźwięki, delikatne przesunięcia akcentów przypominają, że nie jest cyborgiem.

W przeciwieństwie do bębniarza, Baldi nie musi udowadniać swojej emocjonalności. To już wiemy z poprzedniego albumu. Piosenki na "Here and Nowhere Else" są, jak już wspomniałem, zdecydowanie równiejsze niż wcześniej. Niewiele można wyróżnić. To znaczy, wyróżniamy wszystko, albo nic. Tej płyty nie ciągną dwie genialne piosenki z początku (jak to jest z "Attack on Memory"), ale wszystkie osiem. I to jej  największa zaleta.

"Here and Nowhere Else" ukazała się cztery dni przed dwudziestą rocznicą śmierci Kurta Cobain. Nieprzypadkowo. 

czwartek, 6 marca 2014

Africa, si senor

W tym roku z Afryką flirtowali brytyjscy post-punkowcy i amerykańscy indie rockowcy. Najodważniej poczynają sobie jednak Kolumbijczycy z Bomba Estereo. W najnowszym singlu (oby promującym trzeci album) odsuwają swoją flagową cumbię i zamieniają na Mali i Niger. Z Nigerii przez Londyn nadchodzi dyskotekowy debiut Ibibio Sound System. Tydzień wcześniej (11 marca) Alsarah, tym razem z Nubatones, już bardziej klasycznie zajmie się muzyką Nubii. Jest na co czekać. I jest się z czego cieszyć.

wtorek, 28 stycznia 2014

Świat 2013: miejsca 20-16

20. Basia Bulat - "Tall, Tall Shadow"




Basia kazała czekać na następcę "Gold Rush" trzy lata. Mam wrażenie, że świat o niej przez ten czas trochę zapomniał i jej trzeci album przeszedł bez należnego mu echa. kanadyjka rozbudowała aranżacje, robiąc miejsce choćby na pojawiającą się tu i ówdzie sekcję dętą i bardziej taneczne podejście do grania, co chyba było efektem trasy z Arcade Fire. Szczęśliwie, nie ucierpiały na tym piosenki, uwodzące, jak zawsze.



19. Omar Souleyman - "Wenu, Wenu"




Omar Sulejman w ostatnich latach stał się na Zachodzie istnym fenomenem. Odkryty dla hipsterów przez Sublime Frequencies, najnowszy album wydał w Domino pod okiem Kierana Hebdena, czyli Four Tetea (ale nie Buriala). Brytyjczyk czuwał jedynie nad jakością brzmienia, resztę zostawiając Sulejmanowi i Rizanowi Sa'idowi, muzycznemu mózgowi całego tego przedsięwzięcia. Dzięki temu "Wenu Wenu" nie różni się zbytnio od poprzednich dokonań Syryjczyka i jest wypełnione kiczowatym, elektronicznym brzmieniem. Czerstwe to strasznie, ale tańczy się do tego lepiej niż do niejednych klubowych bangerów.



18. Jupiter & Okwess International - Hotel Univers




Grał z Albarnem, jest samozwańczym królem Kinszasy. Po latach na ulicach stolicy Konga, Jupiter został gwiazdą filmu (o sobie samym) i doczekał się debiutu. Czego można się po nim spodziewać? Wszystkiego. Przede wszystkim gitarowej radości i tanecznych rytmów z odrobiną nigeryjskiego afrobeatu.



17. Franz Ferdinand - "Right Thoughts, Right Words, Right Actions"




Są zespoły, które nie potrzebują żadnych zmian. Brytyjczycy swój styl wykrystalizowali już na debiucie sprzed dziesięciu lat. Funkujący rytm, przycinane ostro gitary, reżim rytmiczny, elegancja. Niczego nowego nowego poza ukrytymi smaczkami, jak chociażby delikatne brzmienia sitaru i więcej odniesień do Bitelsów, nie dodają. Bo i po co? Fantastyczne piosenki już mają.



16. Les soeurs Boulay - "Les poids de confettis"




Debiut kanadyjskich sióstr jest najbardziej niepozorną płytą w całym zestawieniu. Rzadko pojawia się coś więcej niż głos, gitara i ukulele. Stephanie i Melanie przy pomocy tych skromnych środków wyczarowują przepiękną, bezpretensjonalną muzykę. Skromne, folkowe piosenki i już nie trzeba więcej pisać.



wtorek, 5 stycznia 2010

Podsumowanie 2k9: nasi

Jakoś niedługo na UM! pojawi się moje podsumowanie roku w ogóle. W ramach przygotowań podsumowanie ubiegłego roku w polskiej muzyce.

Poprzedni rok to był dobry rok, wyszło sporo świetnych płyt, a jeszcze więcej dobrych. Nie wiem, czy to dlatego, że ja bardziej grzebię w sieci, czy po prostu wreszcie coś się u nas ruszyło i przestajemy powoli być zaściankiem muzycznym (ale, w ramach zachowania równowagi w przyrodzie, stajemy się coraz większym zaściankiem piłkarskim). Wybrałem 8 płyt w kolejności dość przypadkowej. Oczywiście, ranking jest obarczony błędami, bo jeszcze nie przesłuchałem wszystkiego, czego mi polecano w zeszłym roku, ale nadrabiam, więc może pojawi się errata.

Setting the Woods on Fire - s/t


25 minut. 7 kawałków. Niby tylko tyle, ale jednocześnie aż tyle. Warszawiaki wyciskają z gitar co się da, przypominając młodziakom, jak wygląda prawdziwe emo. Żadnych serduszek, grzywek, różu, jest wściekłość, rozwalanie gitar. Do tego ich koncerty są jeszcze lepsze niż płyta.

Długo byli nadzieją, mijały kolejne lata, a o nich było cicho, wydawało się, że będzie z nimi tak, jak z poprzednimi nadziejami. Jednak wreszcie coś się ruszyło. Warto było czekać te lata.


Pablopavo & Ludziki - Telehon


To chyba najlepsza polska płyta, jaką słyszałem w tym roku. Pablo nawija o moim mieście, ale to nieważne, bo ta płyta potrafi dotrzeć do każdego, nieważne skąd jest, ponieważ Pablo opowiada historie, które mogły zdarzyć się każdemu. I na dodatek robi to w świetny sposób. Teksty to najmocniejsza strona tego krążka. Podkłady, za które odpowiadają Sir Michu i Emiliano Jones to połączenie hip-hopu, ragga i miejskiego folku. Można narzekać, że trochę za długa ta płyta, że Pablo za dużo chciał wrzucić na raz, ale co z tego, skoro wszytko jest wypaśne?


The Black Tapes - s/t


Misiaki nie zawiodły i po raz drugi pokazały, jak wygląda prawdziwy punk. To nie żaden kult, pidżama porno, czy inne nasze przaśne wynalazki. Tejpsi grają punk bez obciachu czy poczucia żenadki. Kopią tyłki każdemu rockowemu zespołowi w tym kraju i większości poza nim.

Obawiałem się trochę klawiszy, że zniszczą ten surowy klimat, który udało się chłopakom wytworzyć na EPce, ale nic takiego się nie stało. Na szczęście.


Gabriela Kulka - Hat, Rabbit


Gabriela (zupełnie nie wiem czemu upiera się przy okropnie brzmiącej Gabie) stała się w ubiegłym roku fenomenem na miarę Czesława Mozila w 2k8. I dobrze, bo w zalewie klonów Kate Bush/Tori Amos (Florence + Machine, Bat For Lashes i inne takie) Gabryśka bardzo się wyróżnia. Oprócz standardowego popu dla dorosłych, na "Hat, Rabbit" słychać kabaret, co z kolei przywodzi na myśl Dresden Dolls, ale tylko troszkę. Bo Gabriela to przede wszystkim Gabriela. Piosenka ze wspomnianym Czesławem troszkę nuży, ale poza tym nie ma słabych punktów.

George Dorn Screams - O'Malley's Bar


Pierwszy przedstawiciel reszty kraju. Jakoś tak wyszło, że ten ranking zdominowali warszawiacy, ale nie bójcie się, nie jest to spowodowane moim warszafkocentryzmem. To tylko przypadek.

Na drugiej płycie Dżordże grają mocniej, mniej sztampowo, z większym pazurem niż na debiucie. Piosenek jest 8, ale długich, potarganych, hałasujących, świadomie antyprzebojowych (no, z tym przebojami to taka przenośnia), dusznych, ale jednocześnie pełnych obojętnego chłodu znanego z debiutu. Czyli jest ciekawiej.

Nathalie and The Loners - Go, Dare


Pierwszy rzut ucha: kolejna pani z fortepianem, inspiracje te same co zwykle, ale jakoś wyjątkowo ładna ta płyta.

Drugi rzut ucha: o, sporo elektroniki, w ogóle dużo dzieje się w tle, co jest zasługą Piotrka Maciejewskiego, który produkcją tego krążka zmazał z siebie (również świetnie wyprodukowaną) niesamowicie nudną płytę Drivealone. Więcej gitar też jest. Coraz ładniejsza ta płyta.

Kolejne przesłuchania: Bardzo, bardzo ładna płyta.


The Spouds - Serenity Is Only a Brainwave


Młodziaki z Żoliborza, ale zdecydowanie bliżej im do USA. Staroświecki post-hardcore z elementami noise'u. Bardzo udanie łączą At The Drive-In, Fugazi, Sonic Youth, dorzucają szczyptę Drive Like Jehu oraz (o czym przekonałem się całkiem niedawno) bardzo dużo Polvo. W dwóch numerach dołącza do jazgotliwych gitar saksofon, który sprawia, że nie ma miejsca na nudę. Bardzo duszny jest ten materiał, skondensowany, wręcz przytłaczający, ale jednocześnie bardzo nośny. Szkoda, ze zabrakło znanego z dema "Oil Station"

Kapela ze wsi Warszawa - Infinity


Niby wyszła w 2k8 jeszcze, ale polska premiera to początek 2k9. Tym razem postawili na własne kompozycje, co wyszło im bardzo dobrze. Goście w stylu Natalii z SiStars ładnie wpasowują się w ludową muzykę Kapeli. Jest też trochę więcej elementów afrykańskich, ale to nie grzech. Piękna płyta

środa, 30 grudnia 2009

Koncertowe podsumowanie roku.

Szybki przegląd last.fm i już wiem, że w tym roku widziałem circa 140 koncertów. Występów znaczy się. W każdym razie jest z czego wybierać. Poziom tych koncertów był bardzo różny. Od totalnej słabizny (Kumka Olik dwa razy przed The Subways albo Kyst cztery razy z różnych okazji, a to na Globaltice, a to dwa razy supportowali AU, a raz Kira Kira), przez porządne rzemieślnictwo (na przykład Iowa Super Soccer - też dwa razy; koncert w Jadło podobał mi się trochę bardziej, bo był fajniejsza atmosfera, no i było to wydarzenie historyczne - ostatni koncert w Jadłodajni), naprawdę dobre koncerty (tych było najwięcej, więc wybiorę tylko kilka: Firewater, Murder By Death, Howlin Rain, Lydia Lunch - wszystko na Globaltice; Handsome Furs x2, AU x2, Basia Bulat, Mudhoney, Fifty Foot Woman, Rachael x2, Setting the Woods on Fire x2, the spouds x3), do koncertów niesamowitych, nieziemskich, natchnionych, doznających. I właśnie na tych ostatnich się skupię. Wybiorę 10 (no nie do końca 10, ale o tym potem) najlepszych koncertów 2k9.


10. The Spouds w Saturatorze


Pozwolę zacytować samego siebie: 
Wraz z pierwszymi dźwiękami Spoudsów rozpoczęła się moja podróż. 15 lat wstecz i jakieś 10 tysięcy kilometrów na zachód. Znalazłem się gdzieś w Stanach, w piwnicy jednego z domów grał amatorski zespół. Gdyby ktoś nagrał ten koncert i umieścił na Youtube, jedyną wskazówką, że to odbyło się w 2009 roku byłyby ciuchy. I tyle, zadymiona piwnica, monumentalny post-punk The Spouds mogłyby znajdować się na przykład w New Jersey.
 Tak właśnie było, doskonale dobrana miejscówka pozwoliła mi oglądać wszystko z góry. Chłopaki dali z siebie wszytko, pozaskakiwali roszadami na scenie, a zadymiony klub zapewnił idealną atmosferę. Totalny underground.

9. The Black Box Revelation w Proximie/The Subways w Proximie


Koncerty w Proximie mają to do siebie, że przeważnie lepiej słychać na zewnątrz niż w środku, więc artyści mają utrudnione zadanie, by mnie zachwycić. Im jednak się udało. Nie mogłem ich rozdzielić, bo musiałbym wyrzucić Spoudsów, a to byłoby niesprawiedliwe. Zacznijmy od chronologicznie pierwszych, czyli Belgów. I tu znów cycacik ze mnie:
Jest ich tylko dwóch, ale energii mają za siedmiu. Ich muzyka to połączenie Black Rebel Motorcycle Club i The White Stripes. Od pierwszych dźwięków musiałem zbierać szczękę z podłogi. A gdy dowiedziałem się, że obydwaj są jeszcze w wieku nastoletnim, szczęka opadła mi jeszcze niżej. Pół godziny, które mieli, wykorzystali najlepiej, jak mogli. Czysta rokendrolowa moc, jeśli postanowią kiedyś przyjechać znów do Polski, już teraz wiem, że tam będę. Eagles Of Death Metal nie mogli sobie wybrać lepszego supportu, ale jednocześnie nastoletni Belgowie zawiesili starszym kolegom poprzeczkę niezwykle wysoko.

Czyli, można powiedzieć, bardziej bluesowe Japandroids. Koncert mocarny był rzeczywiście, szkoda, że oglądała ich tylko garstka widzów, bo był to przecież piątek, a w piątki, jak to wiedzą Warszawiaki, a przybysze to już niekoniecznie, w Proxie o 22 jest impreza cykliczna, więc wszystko zaczyna się bardzo punktualnie.

Teraz ci drudzy. I znów oddaję głos sobie:

Po przerwie na zmianę sprzętu i strojenie instrumentów, zgasły wszystkie światła oprócz reflektorów za perkusją Josha, a z głośników popłynęły… dźwięki techno. Napięcie sięgnęło zenitu. Wreszcie wbiegli na scenę i zaczęli z grubej rury. Od “Kalifornii”. Szaleństwo The Subways szybko udzieliło się publiczności, która rzuciła się w oszalały taniec.
O koncertach Anglików słyszałem wiele, widziałem też przeróżne nagranie na YouTube, ale mimo tego przygotowania, zostałem zmieciony ich mocą i energią. Każda piosenka zabrzmiała przynajmniej pięć razy mocniej i energiczniej niż na płytach. Nawet te z “All Or Nothing” (recenzja), które brzmiały jak wulkan energii. Wszystkie kawałki były eksplozją nieposkromionej, surowej, rokendrolowej mocy. Po prostu kosmos.
Na dodatek Billy Lunn to urodzony wodzirej. Na każde jego słowo publiczność reagowała szalenie entuzjastycznie, a każde jego polecenie wykonywała bez wahania. Oczywiście wspomniał jarociński koncert, parokrotnie zachwycił się polską publicznością, ale największy zachwyt wywołał dopiero pod koniec, gdy w czasie śpiewania ostatniego bisowego kawałka, “Rock’n'Roll Queen” przeszedł na polski! Niektórzy ograniczają się do zwyczajowego “dziakuja”, inni dodają do tego “dobri vyetchur”, jeszcze inni przygotowują sobie dłuższe przemowy, ale pierwszy raz zetknąłem się z tym, żeby ktoś zaczął śpiewać po polsku.
Oprócz tego Billy rzucił się ze sceny w tłum, dyrygował okrzykami publiczności, zachęcał do bycia jeszcze bardziej “fuckin’ crazy”, czyli wypełniał wszelkie obowiązki dobrego frontmana. Nie było jednak tak, że na scenie istniał tylko on.
Charlotte, mimo pewnej nieśmiałości i bycia w cieniu Billy’ego, również jest wulkanem energii. Skakała po całej scenie, miotała się, tańczyła z gitarą, śpiewała i cały czas się uśmiechała. A schodząc ze sceny, odważyła się na powiedzenie “dziekuja” . Josh, schowany za zestawem perkusyjnym, zachowywał się niczym zwierzak z Muppetów.
Po niecałej godzinie grania zakończyli podstawowy set swoją najlepszą piosenką, czyli “This Is The Club For People Who Hate People”. Po krótkiej przerwie, która niektórym wydała się końcem koncertu, bo panowie techniczni majstrowali przy mikrofonach (okazało się, że je po prostu wymienili), na scenę wrócił sam Billy i zaczął grać “Strawberry Blonde”, w którego połowie dołączyli Charlotte i Josh. I nawet ta piosenka zabrzmiała jak rasowy rocker, mimo że przecież jest balladą. Potem jeszcze “Girls & Boys” i rozciągnięta “Rock ‘n’ Roll Queen”. I to był już naprawdę koniec.
 Rzeczywistość trochę zweryfikowała te moje poglądy, bo okazało się, że to szaleństwo jest elementem każdego koncertu w stopniu każącym podejrzewać reżyserię każdego występu. To znaczy, w Poznaniu było identycznie, te same pogadanki między piosenkami, tak samo wyglądało ocenianie publiczności. Set nawet był taki sam. Co nie zmienia faktu, że energia była ogromna.

8. Eagles Of Death Metal w Proximie


Tu nie będzie żadnych cytatów. Wąsacze zrobili show. Było jeszcze lepiej niż w 2005, gdy grali przed QOTSA. Lepiej, bo od tamtego czasu napisali lepsze piosenki, mieli więcej czasu, Jesse znów powiedział, że kocha Polskę (pamiętam, jak była akcja "ask EODM a question" to na pytanie, gdzie najbardziej lubią grać, odpowiedzieli, że w Londynie i w Polsce, a to było w 2k7 chyba). Do tego zagrali "Brown Sugar". Wady? Banda debili, która chyba znajdzie się na każdym koncercie, krzycząca "napierdalać". No, litości, błagam.

7. Sunset Rubdown w Hydrozagadce


Ten rok był rokiem pojedynku Dana Boeknera i Spencera Kruga z Wolf Parade. Obaj nagrali płyty ze swoimi side projectami (Handsome Furs i Sunset Rubdown), obaj też przyjechali do Polski. W obu konkurencjach wygrał Spencer, w obu minimalnie. Koncert w Hydro był ponadgodzinną podrożą w wymyślony, baśniowy świat Spencera i kolegów. Było po prostu magicznie i pięknie. Specjalny punkt dla Spencera za popijanie żubrówki tyskim.

6. Q-Tip na Open'erze


Na ten koncert poszedłem przez przypadek i zaraz pewnie dostanę za to zjebki. Bowiem, widziałem 3 kawałki FNM i poszliśmy na rapsy. Q-Tip, jakby to wyczuł i postarał się zagrać taki koncert, żeby nikt nie żałował, że ogląda jego a nie Pattona w czerwonym wdzianku. Nawet deszcz przestał pod koniec padać. No a o jazz rapie ziomka z NYC nie trzeba wspominać. Oczywiście nie odbyło się bez hołdu dla MJ. W czasie "Life Is Better" wbiegł w fosę i dawał ludziom mikrofon do zaśpiewania refrenu. Niestety dwa metry przede mną zawrócił.

5. Fucked Up na OFFie

Zniszczenie, apokalisa, grubas pogujący z publicznością. Czego więcej trzeba, by mieć boski koncert?

4. Crystal Castles na Open'erze


Podobnie, jak w przypadku FU, ale zamiast grubasa mamy malutką dziewczynkę i stroboskop. Oraz napierające indie dzieciaki, które chyba nigdy nie były na koncercie.

3. Fucked Up w Loch Ness



(znalezione na onecie)

2. Monotonix w CBA/Monotonix na OFFie


Wąsacze to kazus podobny do FU czy Crystal Castles. Czyli bardziej performance niż zwykły koncert. Izraelczycy grają prawie w negliżu w publiczności, bo dla nich scena to zło. Przekraczają wszelkie granice. Kto nie był, ten jest bejem.

1. Jane's Addiction na Malcie
Koncert roku i przy okazji jeden z koncertów życia. Zmartwychwstała Jane jest lepsza niż kiedykolwiek. Perry jest w formie godnej wysportowanego dwudziestolatka, wokal bez zarzutu, a koleś ma piąty krzyżyk na karku. David też bosko, wywija solówki bez zbędnych popisów. Stephen w skórzanym kilcie i irokezie wyglądał jak ostatni Mohikanin skrzyżowany z Williamem Wallace'em. Eric, syn marnotrawny wyglądał jak podstarzały tatuś, ale grał jak należy. Ten koncert to był cud nad Wartą.