Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rap. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rap. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2019

Strzelasz czy wystawiasz?



Z ojca Grek, z matki marsylczyk, z wyboru paryżanin, Johan Papaconstatino gra muzykę równie skomplikowaną jak jego pochodzenie. Z jednej strony inspirują go trap i electro pop, stąd te powolne, bujające tempa, z drugiej wychował się na rebetiko, stąd buzuki i te charakterystyczne, bliskowschodnie rytmy.

Jak on to łączy? Bardzo zgrabnie ułożył tę epkę, która zaczyna się od najbardziej współczesnych kawałków, by z każdym kolejnym dodawać coraz więcej rebetiko, coraz więcej egejskiego słońca. Kulminacją tego jest instrumentalny Tsiftetelix, oparty na tytułowym rytmie tańca. Pod koniec Lundi nawet śpiewa po grecku. Fille love to ukłon funku, młodzieńczej fascynacji Johana. Połączenie elektroniki, pop rapu i rebetiko wypada wybornie. Jest w tym świeżość, przewrotność, dowcipność.

Wydawało się, że rebetiko to raczej pieśń przeszłości, skostniały gatunek, który przemawia tylko do starszych. A tu wchodzi Papaconstantino cały na biało i pokazuje, że można pogrywać sobie na buzuki i być ucieleśnieniem coolness. Porty Pireusu i Salonik zamieniają się w banlieues Marsylii - zresztą dawnej, greckiej kolonii - i Paryża. Współgra z tym wizerunkiem muzyka. Papaconstantino wygląda jak bohater Nienawiści, który przerodził się w kochającego kolory dandysa. I zawsze ma buzuki pod pachą. Istny spadkobierca smyrneńskich rebetes z lekkim cieniem słowiańskich dresiarzy.

Strzelasz czy wystawiasz? To zdanie pada podczas jednej z moich ulubionych scen w serii o Asteriksie - dwóch graczy zastanawia się co zrobić podczas partii w bule na marsylskiej ulicy. Bo nie da się zrobić tych dwóch rzeczy na raz. Papaconstantino strzela i wystawia jednocześnie, bo w podwójności jest mistrzem.



poniedziałek, 12 września 2016

Le pays des Grands Froids



Kanada to lepsza wersja Stanów Zjednoczonych, pozbawiona ich wad. Nie ma powszechnego dostępu do broni palnej, jest publiczna i darmowa służba zdrowia, premier Justin Trudeau wydaje się całkowicie odmienny od amerykańskich polityków. Kanada ma też świetną scenę muzyczną, hojnie wspieraną przez władze państwowe, które potrafią łożyć nawet na takie zespoły jak Fucked Up. Muzyka z kraju klonowego liścia to nie tylko Neil Young, Bryan Adams, Arcade Fire, czy Japandroids. Bardzo dużo dzieje się na mniejszą skalę. Tę różnorodność i żywotność stara się pokazać warszawski minifestiwal Canada vs Poland. W zeszłym roku impreza trwała dwa dni, w tym wystąpią cztery zespoły, każdy z innej bajki. 

Mnie jednak brakuje dość ważnego elementu tej układanki pod nazwą "kanadyjska muzyka alternatywna". Zresztą brakuje go nie tylko na tej imprezie, ale po prostu w ogólnym obrazie kanadyjskiej muzyki, który dociera zagranicę. To muzyka frankofońska. Oczywiście, wszyscy znają Celine Dion, ale przecież nie o nią tu chodzi. Alternatywna muzyka po francusku z Quebecu i innych prowincji jest bardzo interesująca. Jest także zupełnie inna od muzyki anglojęzycznej. Tak inna, jak Quebec różni się od reszty kraju, czyli bardzo wyraźne są w niej wpływy metropolitarnej Francji. A kogo z tego kolorowego środowiska chciałbym najbardziej zobaczyć na takim przeglądzie?

Coeur de Pirate
O muzyce Beatrice Martin pisałem już w różnych miejscach (chociażby tutaj i tutaj). Zaczynała od prostych, krótkich piosenek na fortepian i głos (osiem lat temu), a dzisiaj jest jedną z największych gwiazd w Quebecu i coraz większą we Francji. Jedyne, czego szkoda to porzucenia francuskiego na rzecz angielskiego na zeszłorocznej "Roses".


Canailles
To jeden z tych zespołów, które zostawiają po sobie zgliszcza. Są nieprzewidywalni, są dzicy, są skorzy do awantur. Grają country, ale gdyby każdy grał tak, jak oni, to ja już dawno wyjechałbym na prerię zaganiać krowy.

Catherine Leduc
Debiutancka (i jak na razie jedyna) płyta Catherine Leduc, byłej wokalistki Tricot Machine, to idealna pozycja na nadchodzącą zimę. Przyznaję, że zapomniałem o niej na długi czas i wróciłem do niej, szukając ochłody w czasie sierpniowych upałów. Zadziałała bardzo skutecznie, swoimi aksamitnymi piosenkami, w których odbija się zimowy, pełen śniegu krajobraz.

Les Soeurs Boulay
Siostry Boulay to kolejny przedstawiciel mojej ulubionej kanadyjskiej wytwórni - Dare to Care/Grosse Boite. Wspominałem o nich tutaj przy okazji debiutu, ale to przy jego następcy, "4488 de l'amour" warto zatrzymać się na dłużej. Z niego pochodzi jedna z moich ulubionych kanadyjskich piosenek, "Fais-moi un show de boucane", która porywa już od pierwszych dźwięków akustycznej gitary.

Safia Nolin
Taki głos to skarb, a dwudziestoczteroletnia Safia Nolin, wie, jak z niego korzystać. Wokół niego plecie wyciszone, akustyczne piosenki.

Pierre Kwenders
Pochodzący z Konga raper był w 2014 roku jedną z sensacji w Montrealu (czego efektem bły nominacje do nagród Polaris i Juno). Zupełnie zasłużenie, bo jego debiutancki album "Le Dernier empereur bantou" porywa od pierwszych dźwięków, mieszając Afrykę z zimną Kanadą, a Pierre swobodnie przeskakuje między angielskim, francuskim, a linga i luba (jednymi z urzędowych języków Konga).

Caroline Savoie
Na tę pochodzącą z Nowego Brunszwiku wokalistkę i gitarzystkę trafiłem dzięki BRBRTFO, świetnemu kanałowi na YouTube, który dokumentuje muzykę fankofońską poza Quebekiem. Za dwa tygodnie wychodzi jej debiutancka płyta, na razie można posłuchać singla, "Aux alentours" i nagranego dla BRBRTFO "Premiere neige".

niedziela, 20 marca 2016

Poszatkowany Sudan


Na co dzień dentysta w Chartumie, po godzinach producent wykorzystujący w swojej muzyce sample z sudańskich kaset (nie winyli, bo one nie są popularnym nośnikiem w Afryce). Tak pokrótce można opisać Sufyvna, Sudańczyka, o którym robi się ostatnio coraz głośniej. Sufyvn na Pseudarhythm vol. 2 stara się, jak sam mówi, stworzyć boom bap, gdyby powstał nie na Bronksie a w stolicy Sudanu. Ciężka stopa i mocny werbel - to wziął z Nowego Jorku, a nad nimi pływają dźwięki oud, fletów, wokale skrupulatne powycinane i zapętlane. Szkoda tylko, że nie znalazł się odpowiedni MC, by do tego zarapować.



*******

Samplowaniem muzyki sudańskiej (a może właściwszym określeniem byłoby nubijskiej) zajmował się też Debruit, francuski producent znany z sięgania po różne kultury muzyczne i przerabiania je na własną modłę. Za Sudan zabrał się razem ze zjawiskową wokalistką, Alsarah (o jej solowej płycie pisałem kilka lat temu) i w 2013 roku wydali fenomenalny album Aljawal. Ich wersja Sudanu to radykalne przeniesienie przeszłości w przyszłość, w duchu afrofuturyzmu. Tradycyjne zaśpiewy, rytmy i melodie zostały przetransportowane w kosmos, podobnie jak to się miało w przypadku jeszcze mocniej wciągającego, archiwalnego wydawnictwa Mammane Saniego, Taaritt


*******


Sam Sufyvn mówi, że Pseudarhythm to cykl poboczny, że ważniejsze są jego dwie płyty M E R O E i K E R M A. To już afrofuturyzm, wśród swoich inspiracji Sudańczyk wymienia Flying Lotus i Sun Ra. Bardzo blisko na tych dwóch pozycjach Sufyvnowi do Debruit, podobnie korzystają z syntezatorów, podobnie siekają materiał źródłowy, ale chartumski producent jest mniej szalony w swojej twórczości. Piosenki bardziej koją niż nerwowo pobudzają do tańca i przywołują obrazy rozgrzanej, tętniącej życiem metropolii kładącej się do snu po skwarnym dniu. M E R O E  i K E R M A (ta ostatnia wydana, podobnie jak pierwsza część Pseudarhythm jako SufYan) właściwie mogłyby powstać pod każdą szerokością geograficzną.


********
Skąd oni to wszystko biorą, jak brzmiała stara muzyka sudańska, na jakiej i Debruit, Sufyvn opierają swoją twórczość? W sieci kompilacji retro muzyki sudańskiej znalazłem niewiele. Całkiem niezły obraz nubijskiego jazzu daje płyta Asarah & Nubatones, ale chyba najlepsze źródło to cyfrowe wydawnictwo przygotowane przez blog ShellacHead, specjalizujący się w crate digging w najdalszych zakątkach świata. Pod koniec zeszłego roku wydali The Lost 45s of Sudan. Czyste złoto.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Świat 2013: miejsca 10-6

10. La Yegros - "Viene de mi"




Cumbia zdobywa coraz większą popularność, nie tylko w Ameryce Południowej. W ubiegłym toku najwięcej było słychać o Marianie Yegros. Nie tak radykalnie klubowa, jak Bomba Estereo, nieprzesadnie konserwatywna, muzyka La Yegros mieści się gdzieś po środku tego zróżnicowanego gatunku. Dominuje brzmienie akordeonu i gitary, ale nie Mariana nie stroni od delikatnej elektroniki. Co prawda, najlepiej sprawdza się podczas leniwego, letniego popołudnia, ale w końcowym rozrachunku to jedna z najlepszych zeszłorocznych płyt.



9.  Tal National - "Kaani"




Były piłkarz, obecnie sędzia (bynajmniej nie futbolowy) i lider najpopularniejszego zespołu stolicy Nigru. Tak, Hamadal Moumine to człowiek wielu talentów. W Tal National zebrał przedstawicieli wszystkich krajowych grup etnicznych. od Fulani po Tuaregów. Muzyka zespołu czerpie ze wszystkich tych tradycji, są nerwowe perkusjonalia, chóralne zaśpiewy, hipnotyczne, pustynne gitary, piasek i słońce Niamey.



8. Mdou Moctar - "Afelan" (recenzja)




Nie wiem, czy Mdou jest w jakikolwiek sposób spokrewniony z Bombino. Nazwisko noszą to samo, ale to niczego nie znaczy. Pokrewieństwo słychać przede wszystkim w muzyce. Choć Mdou zyskał lokalną sławę dzięki zupełnie innemu graniu, na "Afelan" dominują akustyczne piosenki, skromne i podobne do pierwszej części "Guitar Music from Agadez, vol. 2" Bombino. Gdy Mdou podpina gitarę do wzmacniacza, ze zespołem brzmi dziko, niekorzesanie, ale nadal pięknie. I w tym wcieleniu również jest mu blisko do Omary, ale i do Group Inerane, również z Agadezu.



7. Cüneyt Sepetçi & Orchestra Dolapdere - "Bahriye Çiftetellisi"



Równie filigranowy i wąsaty, co Omar Sulejman, Cüneyt Sepetçi jest podobną gwiazdą w Stambule. Jeśli chcecie mieć najlepszego klarnecistę i jego zespół u siebie na imprezie, weselu, zgłaszacie się do niego. Na albumie wydanym przez A Hawk and a Hacksaw orkiestra Dolapdere brzmi równie psychodelicznie, jak wygląda okładka. Jest haszysz, ale i lekcja muzyki romskiej.


6. Dessa - "Parts of Speech"




Można było spodziewać się takiego rozwoju sytuacji. "Castor, the Twin" sprzed dwóch lat sygnalizował odejście od rapu na rzecz piosenek. Na "Parts of Speech" całkowicie rapowany jest tylko pierwszy singel, "Warsaw". Pozostałe utwory mieszają r&b, elektronikę, indie pop, kameralne brzmienia. 

niedziela, 14 lutego 2010

Polecanki #1

W pierwszym wydaniu polecanek (prawie) same świeżynki.

Pantha Du Prince - "Black Noise"

Zacznę od małego ostrzeżenia: nie jestem żadnym specem od muzyki elektronicznej. Uzbrojeni w taką wiedzę możecie posłuchać (lub nie) mojej pierwszej polecanki, czyli trzeciej płyty Hendricka Webera, który to ukrywa się pod tą francuską nazwą. Wbrew tytułowi nojzów nie ma w ogóle, dużo lepszą wskazówką co do zawartości krążka jest okładka. Mamy do czynienia z muzycznymi pejzażami. Trochę mi się kojarzy to z debiutem Mum, to idealna płyta do pociągu.

Nneka - "Concrete Jungle"

Nie album lecz kompilacja przeznaczona na rynek amerykański. Czyli przynajmniej teoretycznie wybrano najlepsze kawałki tej Nigeryjki mieszkającej od dwunastu lat w Hamburgu. Afro ma niczym Erykah Badu i muzykę podobną gra również. Ciekawostka jest fakt, że Nneka śpiewa nie tylko po angielsku, ale również w swoim ojczystym języku Igbo, za co ma dużego plusa. Oprócz śpiewania dziewczyna lubi też ponawijać, a wszystko wygląda tak:




Tin Pan Alley - "Palm Waves"

Toruń jest mega miastem, byłem tam z pięć razy, za każdym razem było super. Z Torunia są Tin Pan Alley i pasują do tego miasta, bo też są mega. W sumie tylko z tego powodu pasują, bo muzykę mają na wskroś zaoceaniczną. Polvo, Sonic Youth, Yo La Tengo, Pavement. Najntis revival pełną gębą. Jest i ładnie, i mocno, spokojnie i z nerwem. Torunianie są zdecydowanie wporzo:




Capsula - "Rising Mountains"

Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Grają klasyczny, hałaśliwy garaż rock. Są z boskiego Buenos. Grali dwa razy na SXSW, w tym roku też grają. Czy trzeba jeszcze ich polecać? Dla nieprzekonanych seksowny teledysk:

środa, 20 stycznia 2010

Dessa - Dixon's Girl



Dessa jest z Minneapolis i najbardziej znana jest z członkostwa w tamtejszym hip-hopowym kolektywie Doomtree, ale postanowiła wydać własną płytę, która moim zdaniem zjada płytę Doomtree na śniadanie, znaczy, dobra jest.

A Dixon's Girl na zachętę, misiaki.

poniedziałek, 14 grudnia 2009