Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quebec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quebec. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 marca 2018

Hubert Lenoir - "Darlène"



Zdarzało mi się już kilkakrotnie pisać o mojej miłości do francuskojęzycznej muzyki z Quèbecu. Ciągle dziwię się, skąd tam tyle fantastycznych twórców i jak ta scena jest niestety zamknięta i dość nieznana. W obrębie tej jednej prowincji (i czasem Francji) dusza się niezwykłe talenty. Takie jak Hubert Lenoir.

Na samym początku swojego debiutanckiego albumu, Lenoirowi udaje się rzecz niesłychana - wiernie oddaje hedonistyczną atmosferę 1965, zdecydowanie najlepszej płyty the Afghan Whigs. Niczym nieskrępowana radość z życia, czerpanie z niego pełnymi garściami, zmysłowość i seksualność - to wszystko jest w trzech częściach Fille de personne, które ustawiają odbiór całości. I choć tego “afganowego” wajbu jest później jakby mniej, to przyjemne wrażenie luzu i radości (to słowo będzie się przewijać przez cały tekst) zostaje do samego końca, melodramatycznego Si on s’y metait.

Darlène jest pamiętnikiem z nastoletniego życia na przedmieściach, stąd takie instrumentalne numery jak Darlène, Darling, Momo i Cent-treizième rue, układające się w kolejny tercet i przypominające tematy z amerykańskich sitcomów o życiu na suburbiach właśnie. Ten ostatni fragment na dodatek wykazuje spore podobieństwa do Born to Run Springsteen, czyli sztandarowego albumu “przedmiejskiego rocka”. Słabszym momentem jest Wild and Free, jedyna w zestawie anglojęzyczna piosenka. Niby knajpiano-jazzowa i zupełnie nieprzekonująca, zbyt odstająca od całości, będąca obcym wtrętem.

Lenoirowi udało się nagrać płytę mocno zanurzoną w przeszłości, ale bardzo świeżą i na czasie. A może właśnie dzięki temu rozkrokowi ponadczasową.



czwartek, 14 stycznia 2016

Canailles - "Ronds-points"



Jeśli myślicie, że bluegrass i country to muzyka na wskroś związana ze Stanami Zjednoczonymi i tylko tam, na prerii, w Appalachach, i na spalonej słońcem ziemi Teksasu ma sens, to jesteście w błędzie. Tak, to muzyka do cna amerykańska, ale sporo dzieje się również na północ od 49 równoleżnika, w Kanadzie. Tam też są prerie, bezdroża, wielkie farmy, byli koloniści, byli kowboje. Jest więc i country, jest też bluegrass. Są też we francuskojęzycznym Quebecu, co już może wydawać się naprawdę dziwaczne. Tym bardziej, że całkiem nieźle to country po francusku wychodzi.

Z tej kolorowej sceny najbardziej wyróżniają się Canailles. Nie tylko dlatego, że jest ich ośmioro: trzy dziewczyny i pięciu chłopaków, ale przede wszystkim z powodu zawadiackiego wizerunku, jaki kreują również swoją muzyką. Na papierze wygląda to prosto. Trochę country, więcej korzennego bluegrassu, dużo akordeonu, mnóstwo banjo i trochę folkloru Cajunów (francuskich osadników wysiedlonych z kanadyjskiej Akadii na bagna Luizjany). Nic odkrywczego, ale też nic, co mogłoby zwiastować spektakularną wpadkę. Lub sukces. Jednak wystarczy włączyć ich drugi album Roinds-points, by usłyszeć, że z tej mieszanki wyciskają więcej niż maksimum. Jest tu punkowe podejście, niby niechlujne, chaotyczne, jakby nad tą ósemką nikt nie był w stanie zapanować. W połączeniu z brawurowymi (ale nie wirtuozerskimi) zagrywkami instrumentów, knajpianą atmosferą, chóralnymi zaśpiewami, nieposkromioną energią (jeśli tak brzmią, na płycie, to jak muszą wyglądać ich koncert, szaleństwo) daje to bardzo rozrywkową całość.

Canailles grają muzykę małych miasteczek. Idealną do tańca na dechach, ścieżkę dźwiękową do knajpianej rozróby. Piosenki szczerzą się niepełnym uzębieniem, błyskają tulipanami z butelek po burbonie. Chropawy głos Daphne Brisette robi wrażenie, jakby ta niepozorna dziewczyna była weteranką niejednej pijatyki. W kilku piosenkach zastępują ją Alice St-Jak i Erik Evans, też barowe wygi. Gdy zespół nie pędzi na złamanie karku, potrafi zagrać takiego bluesa, jakby całe życie siedzieli na bagnach Missisipi (Berceuses pour les plantes). Fromage, ponad dziesięciominutowy utwór chyba najlepiej oddaje ducha muzyki Kanadyjczyków. Jest tu i trans, echa indiańskich rytuałów, trochę psychodelii, ale i chwytliwa melodia. Najwięcej przebojowości ma Titanic, kandydat na najlepszą piosenkę roku. Istny samograj, płynie jak rwąca rzeka, banjo i mandolina grają tak, że mam ochotę rzucić wszystko i dołączyć do tego gangu.

Canailles na swoim najnowszym albumie nie pytają, czy się spodobają się słuchaczowi, do nikogo się nie przymilają. Albo się spodobają tacy, jacy są, albo nie. Tylko w tym drugim przypadku dostaniesz w zęby.

tekst ukazał się pierwotnie na stronie iratemusic.com

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Kwestia języka cz. 2


Dość dawno temu przywołałem dwie różne językowe wersje mojej ulubionej płyty mum. Ogólnodostępna, angielska Finally We Are No One, przegrywa z lokalną, islandzką Loksins erum við engin. Na podobny zabieg zdecydowała się Beatrice Martin, kanadyjska wokalistka występująca jako Coeur de Pirate. Pierwsze płyty nagrywała po francusku i swoimi urokliwymi piosenkami o byłych chłopakach podbiła rodzimy Quebec i Francję. Po angielski sięgała w projekcie Armistice (z Jayem Malinowskim, który wkrótce stał się kolejną inspiracją dla nowych piosenek Beatrice) oraz ścieżkach dźwiękowych do serialu Trauma i gry komputerowej Child of Light. Trauma składa się z coverów, a Armistice nie wyszło poza jedną EPkę.

W piątek ukazał się czwarty album Coeur de Pirate, Roses. Pierwszy dwujęzyczny. Jak klamra spinają go dwie wersje tej samej piosenki - Carry On/Oublie-moi. Tytuły sugerują ("idź dalej; dosłownie: kontynuuj" i "zapomnij mnie"), że mogą się różnić czymś więcej niż tylko językiem. W rzeczywistości to ta sama historia różnica się drobnymi szczegółami. Mnie dużo bardziej podoba się francuska, zwiewniejsza i delikatniejsza. Mimo że to tylko kwestia języka.