Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bałkany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bałkany. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Naddunajskie tropiki


Gdybym teraz zakładał zespół, to brzmiałby właśnie tak jak oni.

Takeshi’s Cashew wpisują się w coraz popularniejszy nurt, który nazywam na swój użytek tropikalną psychodelią. Duże zasługi w jego popularyzacji mają labele wygrzebujące perły muzyki perskiej, latynoskiej, arabskiej, indyjskiej, indyjskiej, zachodnioafrykańskiej, etiopskiej, południowowschodnioazjatyckiej. Słowem, muzyki niezachodniej sprzed dekad. Nagle okazało się, że muzycy z tych regionów nie odstawali, że doskonale byli zorientowani w najnowszych trendach, kochali nowinki techniczne, wplatali swoją tradycję w (ówczesną) współczesność. Że równie, a może nawet bardziej, inspirujące są płyty z Dżibuti i z Nowego Jorku. Nic dziwnego, że zespołów wkraczających na ścieżkę globalnej, tropikalnej psychodelii jest coraz więcej, szukanie wzorów w innych kulturach muzycznych bardzo poszerza możliwości. Mało kto jednak robi to z takim przytupem i rozmachem, jak wiedeńczycy.

W ich muzyce jest bowiem (prawie) wszystko. Jazzowe solówki fletu, kwaśne syntezatory niczym z ostatniej płyty Altin Gun czy debiutu Mauskovic Dance Band, surfowe gitary jak u Los Bitchos, wycieczki w stronę muzyki kambodżańskiej w stylu Yin Yin. Sięgają po cumbię, afrobeat, araboidalne melizmaty. Blisko im do tego kulturowego miszmaszu, który jest znakiem rozpoznawczym muzyki wydawanej przez Bongo Joe czy Catapulte Records. I aż dziw, że debiut wiedeńczyków nie ukazał się w żadnej z tych dwóch oficyn, tylko w kolońskiej Laut und Luise.

Humans in the Pool to niby tylko siedem utworów. Każdy z nich jest wielowątkowy, odważnie łączący różne wpływy - cumbia płynnie przechodzi w afrobeat a on w rytmy wywiedzione z gnawy. W Sarajevie krajobraz rozciąga się od Bałkanów przez Bliski Wschód po Tajlandię. Swoboda, z jaką przemierzają cały świat na przestrzeni kilku minut jest naprawdę imponująca, nie ma tu żadnych mielizn. Buja ten album niemiłosiernie, a jeszcze do tego dorzucają wściekły funk w Han Shot First, co mnie, jako fana Gwiezdnych Wojen od maleńkości, cieszy podwójnie.

Zwykła-niezwykła to płyta. Idealna na to lato, które znów jest zapowiadane jako rekordowe. Gorąca, zmierzwiona, rozedrgana jak fatamorgana.

piątek, 23 kwietnia 2021

Podróż na południe

Zapomnieć o 10 urodzinach jednej z płyt życia, no nieźle. Chyba tylko ja to potrafię. Niewielką pocieszeniem jest fakt, że Jeremy Barnes i Heather Trost też chyba o niej zapomnieli.

10 lat temu napisałem o Cervantine. To nie jest album, który odkryłem po czasie, zachwycił od razu. Choć z perspektywy czasu tamta recenzja jest nieporadna, zbyt skrótowa, to głównych myśli nie zmieniłbym i dziś. Wtedy podskórnie wiedziałem, co w muzyce A Hawk and a Hacksaw zachwyca mnie najbardziej. To ten kolor sepii, nostalgia i pewna bezczasowość. Zdjęcie sprzed kilkunastu dziesięcioleci, świadectwo świata, którego już nie ma.

Oczywiście, to wszystko tylko sztuczne konstrukty, sam od dawna piszę, że muzyki nie da się zamknąć w ramach, że ona musi być żywa, musi się zmieniać. Akordeon był nowością, która miała zniszczyć charakter muzyki tradycyjnej, tak jak kilkadziesiąt lat później keyboard. Barnes i Trost też to doskonale wiedzą. To, co prezentują to nieprawdziwy obrazek (bo też i nie mają takich folklorystycznych ambicji), ale zbudowany na bardzo solidnych podstawach. Na Cervantine doprowadzili go do perfekcji, a ona stała się punktem wyjścia do dalszych podróży.

Zmierzali w tym kierunku - na południe - od samego początku. Czerpali z muzyki bałkańskiej (i środkowoeuropejskiej), zamieszkali w Budapeszcie, uczyli się od tamtejszych muzyków, jeździli po Bałkanach, puszczali oko do Imperium Osmańskiego i Grecji. Choć Jeremy ciągle śpiewał po angielsku w tych coraz rzadszych momentach, kiedy stawał przed mikrofonem. Tutaj takie momenty są dwa, ale śpiewa obdarzona niesamowicie plastycznym głosem Stephanie Hladowski, która brzmi, jakby nagrano ją na początku XX wieku w Smyrnie albo Konstantynopolu. Jakby dzieliła kawiarniane sceny z Rozą Eskenazi albo moją ukochaną Mariką Papagiką. Tak się dzisiaj nie robi. A ona tak wykonuje Uskudar, piosenkę-symbol jednoczący całe Bałkany i będący przedmiotem odwiecznych sporów. I robi to po grecku, wybór kontrowersyjny i odważny, bo najbardziej znany jest tekst turecki. Mana Thelo Enan Andra jest z kolei popisem jej brata, Chrisa, którego bouzouki kieruje wszystko w stronę rebetiko. Niekoniecznie tego kawiarnianego, nie ma tu tej ciasnoty, jest przestrzeń. To muzyka otwartych przestrzeni, widoków na morze i góry. Jak w Grecji.

Do tej Grecji, która dominuje, Barnes i Trost dodają szczyptę Hiszpanii i swojego rodzinnego Nowego Meksyku. Jednoznacznie wychodzą poza Europę Południowo-Wschodnią, ale przecież krajobrazy Andaluzji, okolic Albuquerque i Krety czy Cypru nie są tak bardzo różne. Uciekają z szufladki kolejnego amerykańskiego zespołu, który chce grać jak Bregović, Kusturica albo Boban Marković. Nie, oni zawsze dodawali wiele od siebie, czerpali chociażby z psychodelicznego folku spod znaku New Weird America. Tutaj tworzą świat, w którym Via Egnatia zahacza o Kordobę i Santa Fe.

Dlatego można potraktować Cervantine jako muzykę drogi. Ten motyw powtarza się w ich muzyce, na Forest Bathing z 2018 roku chyba najsilniej. Podróżują także w czasie, utwory brzmią jak pocztówki z przeszłości (ale mniej tu mityczności i baśniowości niż na You Have Already Gone to The Other World), trzeszczą jak stary szelak, mam wrażenie, jakbym wchodził do wnętrza starej płyty. To podróż pełna wrażeń. Od nawałnicy jaką jest No Rest for the Wicked po czyste niebo i widok na upstrzone wyspami Morze Egejskie w The Loser. To chyba też ucieczka przed rzeczywistością, przynajmniej dla mnie. Przypomina o tych wszystkich razach, kiedy byłem na południu Włoch, Dalmacji, Cyprze, Grecji, ten jeden raz w Stambule, który przebijał niebo minaretami Hagi Sophii i Błękitnego Meczetu. Każdą podróż na południe, każdą podróż za słońcem.

niedziela, 6 maja 2018

A Hawk and a Hacksaw - "Forest Bathing"



Tytułowe “leśne kąpiele” to angielskie tłumaczenie japońskiego terminu “shinrin-yoku”, leczniczego przebywania w lesie, cyklicznego odpoczynku od cywilizacji. W taką właśnie podróż, na (nomen omen) obrzeża Europy po raz kolejny wyruszają Jeremy Barnes i Heather Trost.

O ile pierwsze płyty A Hawk and a Hacksaw wyrastały z nurtu “New Weird America”, to zawsze była w nich obecna fascynacja Bałkanami, która swoją pełnię osiągnęła na Cervantine sprzed siedmiu lat. Na nim Barnes i Trost zapuścili się najdalej w pachnące rozmarynem, skąpane zachodzącym słońcem góry Grecji.

Bezczasowość, czy może właśnie pozaczasowość była leitmotivem ich kolejnej płyty, You Have Already Gone to The Other World, będącej ich interpretacją ścieżki dźwiękowej do Cieni zapomnianych przodków Siergieja Paradżanowa. Słoneczne Bałkany ustąpiły mroźnym krajobrazom Karpat, wschodnioeuropejskim melodiom. Zamiast Stambułu i Salonik - Jasina i zimne wody Czeremoszu.

W czasie pięcioletniej przerwy Barnes i Trost wcale nie milczeli. Zajmowali się nagrywaniem muzyki do filmów, gier, seriali. Wydali też solowe płyty, na których dość daleko odchodzili od tego, co robili w duecie - Heather bawiła się dronami i południowoeuropejską psychodelią z lat 70., Jeremy instrumentalnymi, surrealistycznymi pochodami z Johnem Dieterichem i kasetowymi poszukiwaniami. Razem prowadzili wytwórnię, L.M. Dupli-cation. Z każdego tego doświadczenie czerpie Forest Bathing, pojawiają się na niej nie tylko echa ich pozazespołowych poszukiwań, ale także goście - wspomniany już John Dieterich z Deerhoof, Cuneyt Sepetci, cymbalista Unger Balazs czy Lone Pinon. Wszyscy to podopieczni L.M. Dupli-cation.

Muzyka na Forest Bathing jest poza czasem - tradycyjne instrumenty współbrzmią z syntezatorami i to takimi brzmiącymi bardzo współcześnie, jak w Bayati Maqam, ale też bardzo retro, jak w A song for Old People/A song for Young People. Czy jest poza przestrzenią? I tak. i nie. Jest, bo nie sposób przyporządkować do jednego miejsca, wpływy, strzępki melodii przenikają się i przeplatają. Nie jest, bo można ten region, w którym się zdefiniować - to tereny na południe od Karpat, przez Węgry, Bałkany aż do Krety i Stambułu, i momentami Iranu, najmocniej słyszalnym w santurze wybrzmiewającym na początku i końcu albumu. Jednak nigdzie nie zostają dłużej, nie grają tradycyjnych melodii, tylko czerpią z tego bogactwa stylów i gatunków, by zbudować własną, autorską wypowiedź.

Jeszcze silniej niż na poprzednich płytach muzycy zaznaczają wątek podróży. W zasadzie można powiedzieć, że Forest Bathing to album drogi. Zapis wędrówki po bezdrożach, zarośniętych, zapomnianych ścieżkach (A Broken Road with Poplar Trees), po górskich halach (The Shepherd Dogs Are Calling). A może to wyprawa kupiecka zdążająca z Kopriwszticy na południe, do Konstantynopola. Może nawet do Bagdadu z czasów świetności? W końcu ani czas, ani przestrzeń nie są dla nich żadną przeszkodą.

Takie mam wrażenie, słuchając Bayati Maqam kończącego płytę. (Na marginesie, AHAAH mają rękę do końcówek albumów, wystarczy wspomnieć przejmujące Lassu z Delivrance czy On the River Cheremosh z You Have Already Gone to the Other World). To przecież dźwiękowy obraz zbliżania się do najwspanialszego miasta świata, które oszałamia swoim przepychem.

Forest Bathing dokumentuje także podróż samych muzyków i podsumowuje ostatnie kilkanaście lat ich fascynacji muzyką z Środkowej i Południowej Europy, wzbogaca ją o kolejne wpływy. Teraz mogą już zagrać wszystko.


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Więcej magii


A Hawk and a Hacksaw po raz drugi zagrali w Pardon, To Tu. Po raz drugi tylko we dwoje.

W przeciwieństwie do poprzedniego koncertu, teraz Jeremy Barnes i Heather Trost zaprezentowali przekrojowy zestaw utworów. Od najstarszych, do najnowszych z You Have Gone to the Other World. Pojawiła się też nowość - bardzo rozbudowany utwór na santur i skrzypce, przypominający jednocześnie Bałkany, muzykę chasydzką i Centralną Azję. Jeśli w taką stronę pójdą na następnej płycie, będę więcej niż zadowolony. Znów zniewalająco wyszło No Rest For the Wicked z wyciąganiem strun przez Heather. Szkoda trochę, że tylko zajawili Uskudar

Mam wrażenie, że ten koncert był dużo swobodniejszy. Heather i Jeremy grają jak jeden organizm, wystarczą tylko ukradkowe spojrzenia, by zmienić rytm czy melodię. Pozwalali sobie łączyć kilka utworów w jeden, dość rzadko przerywając granie. Dzięki temu mocniej dało się porwać tej ich lekko surrealistycznej muzyce. 

Ponownie na koniec zagrali poza sceną. Ludzi tym razem przyszło mniej, więc nie stali w otoczeniu publiczności, lecz znaleźli sobie miejsce z tyłu sali, za rzędami krzeseł (to kolejna różnica między tymi występami). A jak tam zagrali czardasz i na sam koniec przeszywające Lassu z Delivrance, to chciałoby się, by ta noc nie miała końca.


środa, 5 listopada 2014

20 lat


Rok 1994 był naznaczony nie tylko odejściem Kurta Cobaina. 5 listopada, w Belgradzie umiera Milan Mladenović, wokalista legendarnego już wtedy jugosłowiańskiego zespołu, Ekatarina Velika.

Mladenović, urodzony w Zagrzebiu, ojciec Serb, oficer jugosłowiańskiej armii, matka Chorwatka z Dalmacji, był typowym przedstawicielem swojego pokolenia. Z rodziną mieszkał i w Zagrzebiu, i w Sarajewie, wreszcie w Belgradzie, gdzie jeszcze w liceum założył pierwszy zespół, Limunovo Drvo, przekształcony później w Šarlo akrobata, kolejną legendę jugosłowiańskiej nowej fali. Po wydaniu jednego albumu, rozeszły się drogi muzyków, Mladenović wraz z perkusistą Ivanem Vdoviciem i gitarzystą Dragomirem Mihajloviciem tworzy pierwszą inkarnację EKV, jeszcze pod nazwą Katarina II. Kolejne spory doprowadziły do odejścia Mihajlovicia i kolejną zmianę szyldu - na Ekatarina Velika.

Moją ulubioną płytą belgradzkiego zespołu jest ich trzeci krążek, Ljubav (o którym pisałem niezgrabnie cztery lata temu). Zgrabnie między nagrania studyjne wpleciono fragmenty koncertów, które były mocno stroną EKV. Ale Ljubav lubię za co innego, za straceńczy klimat, za desperację i za fantastyczną okładkę.

Późne płyty EKV dobrze oddają duszną atmosferę post-titowskiej Jugosławii. Śmierć dyktatora obudziła tłamszone do tej pory etniczne animozje, narastały nacjonalizmy, które niechybnie prowadziły do rozpadu i wojny. Tytuł wydanego w 1989 roku, depresyjnego albumu, Samo par godina za nas (Zostało nam tylko kilka lat) okazał się proroczy, nie tylko dla Jugosławii. Już po rozpoczęciu wojny ukazał się Dum Dum, zdecydowanie najbardziej pesymistyczny materiał zespołu.

Krótko po wydaniu Neko nas posmatra Mladenović wyjeżdża do Brazylii, gdzie wraz z Mitarem Suboticiem pracuje nad nową muzyką, czego efektem jest projekt Angel's Breath. Nagrany wraz z brazylijskimi muzykami album jest najdojrzalszym i jednocześnie najlepszym albumem Mladenovicia. Jest tu miejsce i na bałkański folklor, i MPB, bossa novę, post-punk, industrial. To jednocześnie kolejna wypowiedź na temat niszczącej Bałkany wojny.

W 1994 roku Mladenović wraca do Belgradu, reaktywuje EKV, z którą planuje nagrać kolejny album, gra kilka koncertów, w tym ten ostatni, 24 sierpnia, w Budwie. Dzień później Mladenović trafia do szpitala, gdzie zostaje u niego zdiagnozowany rak trzustki. Muzyk umiera kilka miesięcy później. Dziś nie żyje już nikt z pierwszego składu EKV, ostatnia odeszła Margita Stefanović. Zmarł również Mitar Subotić, który krótko po wydaniu Sao Paulo Confessions w 1998 zginął w pożarze swojego studia, ratując z pożogi nagrania. Nagrania składające się na album Tudo tempo Bebel Gilberto.





środa, 13 sierpnia 2014

Przeczesując bandcamp #1

Od czasu powstania tej platformy lubię przeszukiwać ją po tagach, trochę na chybił-trafił, trochę po wytwórniach. Czasem trafiam na bardzo złe płyty, czasem na fantastyczne perły, ukryte w czeluściach Internetu.

Ornamatik - Ornamatik
Amerykanie lubujący się w bałkańskich brzmieniach. Czyli nic nowego, ale zagrane sprawnie, z bonusem w postaci funkującej gitary.Oprócz Południowej Europy, słychać tu trochę bliskowschodniej psychodelii i hiphopowych rytmów.



PitchBlak Brass Band - You See Us
Chyba wystarczy, że napiszę "nowojorska rapowa orkiestra dęta".  Dwóch zdolnych MCs, dużo dęciaków, klasyczny, oldskulowy klimat całości. To wszystko prawda, a ich debiut brzmi tak dobrze, jak wygląda to na papierze.



Su Wai - Gita Pon Yeik
Jedna z moich ulubionych wytwórni, Mississippi/Little Axe, wreszcie zrobiła krok w stronę cyfrowego świata i część swojego katalogu udostepniła na bandcampie. W tym tę nowość. Su Wai jest wirtuozką birmańskiej harpy, Saung Gak. Na repertuar tego albumu składają się pieśni dworskie ze zbioru Mahagita. Co interesujące, nie jest to reedycja, lecz całkiem nowe nagrania. Egzotyczne? Owszem, ale przede wszystkim przepiękne.




czwartek, 6 lutego 2014

Świat 2013: miejsca 5-1

5. Kvelertak - "Meir"



Norwegowie swoim podejściem do muzyki przypominają trochę Fucked Up. Podobnie niby ekstremalni, ale tak naprawdę przebojowi. Radiowy potencjał ukrywają pod blackowymi korzeniami, choć trzeba przyznać, że na drugim albumie poszli zdecydowanie w stronę przystępności i blasty pojawiają się incydentalnie. Jeszcze więcej jest za to luzackiego rokendrola.



4. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - "Kula Kulluk Yakişir Mi"



Współpraca Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana trwa już ponad dziesięć lat. W 2004 roku wydali album "The Wind", z którego programem koncertują do dziś. Oczywiście przez lata ewoluował i w takiej zmienionej formie został zarejestrowany w tureckiej Bursie. To zapis jednej długiej improwizacji, wielowątkowej, rozbudowanej, zanurzonej w kurdyjskiej, perskiej i tureckiej tradycji.

3. Waxahatchee - "Cerulean Salt"




W zasadzie mogę powtórzyć, co napisałem 11 miesięcy temu: W “Juno”, oscarowym filmie sprzed sześciu już lat, rozgrywającym się na fikcyjnych suburbiach w Minnesocie, tytułowa bohaterka zasłuchuje się w twórczości Kimyi Dawson. Gdyby ten film kręcono dziś, jej miejsce na ścieżce dźwiękowej zajęłaby pewnie Katie Crutchfield.



2. A Hawk and a Hacksaw - "You Have Already Gone to the Other World"



Najpierw był film Siergieja Paradżanowa "Cienie zapomnianych przodków". Obraz niezwykły i magiczny. Do tego stopnia zafascynował Jeremy'ego Barnesa i Heather Trost, że postanowili napisać do niego własną ścieżkę dźwiękowa. Swoje inspiracje przenieśli z Bałkanów w bliższe nam rejony, Karpaty i ich pogranicze. Oprócz tradycyjnych melodii z Węgier, Rumunii i Ukrainy, są tu tez autorskie kompozycje Amerykanów. Równie mocno zakorzenione w tradycji. I jak tradycja zawieszone między przeszłością, teraźniejszością, a bezczasowością.




1. Bombino - "Nomad"



Bombino wreszcie znalazł odpowiedniego producenta, który niewiele zmieniając w muzyce Tuarega, sprawił, że stała się przystępna nawet dla ucha niezwyczajnego do takiego grania. Na szczęście Dan Auerbach nie zdominował "Nomady", to nadal tuareski rock w najlepszym wydaniu. Podrasowany, to fakt, ale ciągle z niepokorną, saharyjską duszą.



poniedziałek, 30 grudnia 2013

Koncerty 2013

Mijający rok był mniej intensywny w materii koncertowej. Przynajmniej dla mnie. Sporo koncertów świadomie ominąłem, część mi umknęła w natłoku informacji. Z tych, na które się wybrałem, zestawiłem trzynastkę, która najmocniej utkwiła mi w pamięci. I postarałem się je jakoś ułożyć w kolejności.

13. Ryan Francesconi & Mirabai Peart, 13.08, Pardon, To Tu

Połowa sierpnia była bardzo gorąca. W Pardonie jeszcze goręcej (ale tam niezależnie od pory roku panuje tropikalne temperatury). Ludzi nie przyszło bardzo wielu, by posłuchać tego duetu inspirującego się muzyką Bałkanów. Nie, to nie A Hawk and a Hacksaw, na których koncercie w tym samym miejscu cztery miesiące wcześniej panował konkretny ścisk. Ryan Francesconi i Mirabai Peart zagrali bardzo kontemplacyjnie. Bałkany przefiltrowali przez americanę. Francesconi sięga przede wszystkim po muzykę Wysp Egejskich, trochę sielankową i wycofaną. Najciekawiej robiło się, gdy zamieniał gitarę na bułgarska tamburę. Wtedy muzyka robiła się śmielsza, traciła ilustracyjny charakter i nabierała żywotności. Lepiej też współbrzmiały w tych momentach skrzypce Peart. Ani na chwilkę ich muzyka nie traciła skupionego piękna.

12. kIRk, 12.09, Pardon, To Tu

Nie byłem na marcowym koncercie kIRków z materiałem ze "Złej krwi" w Powiększeniu. We wrześniu przyjechali ze swoją wersją ścieżki dźwiękowej "Zewu Chtulhu" i odkopanymi fragmentami "Mszy św. w Brąswałdzie". Przez ponad godzinę opowiadali o strachu, zepsuciu, nienawiści, nie mówiąc ani słowa. Ich muzyka miała prawie namacalną strukturę, przytłaczała swoim ciężarem i pozbawiała tchu w piersiach. Pod koniec jednocześnie modliłem się, by juz skończyli i nie mogłem wyrwać się z dźwiękowej hipnozy.

11. Kvelertak, 26.03, Hydrozagadka

Metalowa bestia z przebojowym zacięciem w Hydrozagadce rozwiała wszelkie wątpliwości. Tak powinno się grać metal. Bez spiny, na luzie, ale i bez buractwa. I z takimi fantastycznymi piosenkami. Plus sceniczna charyzma, której Norwegom wielu może pozazdrościć.

10. Jessie Ware, 23.03, Palladium

Jessie Ware, kocham Cię.

9. Maalem Mokhtar Gania, Wacław Zimpel, Paweł Szpura; 12.05, Pardon, To Tu

Znów Pardon, który nie miał w tym roku konkurencji. Z klarnecistą Wacławem Zimplem i perkusistą Pawłem Szpurą zagrał Mokhtar Gania, marokański griot i mistrz gry na gimbri, basowej dwustrunowej lutni. We trzech od razu weszli w saharyjski trans, w którym, gdyby chcieli, mogliby pozostać całą noc. Bardzo taneczny i ekstatyczny groove leżał u podstaw tego występu, więc decyzja organizatorów o rozstawieniu krzeseł była zupełnie niezrozumiała i nietrafiona. Gdzieś w tle pobrzmiewały echa zachodnioafrykańskich big bandów. Czekam na płytę.

8. Konono no. 1, 10.04.2013, Cafe Kulturalna

Z ich poprzedniego koncertu musiałem wcześniej wyjść, żeby porozmawiać z Brianem Shimkovitzem z Awesome Tapes from Africa. W tym roku znów zagrali jednego dnia, ale zamiast namiotu festiwalowego rozgrzali Kulturalną do czerwoności, choć przyjechali w zmniejszonym składzie.

7. Hera, 18.12, Pardon, To Tu

Ostatni tegoroczny koncert, jaki widziałem. Herę na OFFie odpuściłem, wybierając zamiast kwartetu Zimpel/Postaremczak/Wójciński/Szpura Hokei (ich zresztą też potem widziałem w Pardonie, zagrali dużo lepiej niż w Katowicach). Po "Seven Lines" uświadomiłem sobie ten błąd, a po tym koncercie jeszcze mocniej to do mnie dotarła. Dźwiękowy walec, piękna apokalipsa. Chwilą wytchnienia były tylko bisy, a tak przez półtorej godziny pięknie hałasowali, zatapiając się we własnym graniu.

6. A Hawk and a Hacksaw, 14.04, Pardon, To Tu

Warszawski koncert Amerykanów, choć z tym samym materiałem, był zupełnie inny od zeszłorocznego występu na OFF Clubie. Przede wszytkim nie grali do filmu, mimo że przyjechali promować własną wersję ścieżki dźwiękowej do "Cieni zapomnianych przodków" Paradżanowa. Muzyka oderwana od obrazu obroniła się świetnie, Jeremy Barnes i Heather Trost w swoich poszukiwaniach przenieśli sie do Europy Środkowo-Wschodniej, więc zabrzmiały rumuńskie, węgierskie i ukraińskie melodie do tańca. We dwoje chwilami brzmieli jak orkiestra, zarówno dzięki technice, jak i nietuzinkowym pomysłom wykonawczym. A gdy zakończyli bis zagranym na środku klubu "No Rest for the Wicked" z mojej ukochanej "Cervantine", poczułem się jak na weselu, gdzieś na końcu świata.

5. Japandroids, 04.08, OFF Festival

Cóż, że przyjechali na festiwal i zagrali krótko w środku dnia, że zabrakło kilku fantastycznych numerów. King i Prowse wiedzą, jak rozpalić mały klub i scenę plenerową. Do tradycyjnego zestawu: pot, głośne gitary, przeboje na OFFie doszedł wszechobecny kurz i piach.

4. Fucked Up, 04.08, OFF Festival

Jak JPNDRDS, tylko bardziej. Nie wiem, jak przeżyłem te dwa koncerty bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Dzieliło je pięć minut.

3. Alireza Ghorbani, 08.06, Ethno Port

Czyste piękno. Nie trzeba więcej pisać.

2. Bombino, 21.10, Stodola

Dzięki koncertowi Bombino dowiedziałem się, że Stodoła ma też dodatkową salkę. Ale nie dlatego jest tak wysoko w tym podsumowaniu. Trafił tu, bo przez prawie półtorej godziny byłem na Saharze.

1. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan, 07.06, Ethno Port

Jak numer trzeci, tylko jeszcze piękniejszy i z dachem z gwiazd.

środa, 12 czerwca 2013

Trzy dotknięcia nieba

Ten dość pretensjonalny tytuł (nie)stety bardzo dobrze opisuje szóstą edycję poznańskiego Ethno Portu. Wśród piętnastu doskonałych koncertów, trzy były z zupełnie innej ligi.

Zacznijmy jednak od początku, którym dla mnie byli Tamikrest. Dagadany z Frankiem Parkerem nie zdążyłem zobaczyć. Szkoda, że Tuaregowie zostali umieszczeni o tak wczesnej porze. Bardziej sprawdziliby się po zachodzie słońca. Nie narzekam jednak, wypadli fantastycznie. Z początku trochę wycofani, z każdą chwilą rozkręcali się coraz bardziej, by na koniec zostać pożegnanymi burza oklasków po drugim bisie. Największe wrażenie, oprócz oszczędnej gry lidera, Ousmane'a Ag Moussy robiła sekcja rytmiczna, która trzymała wszystko w ryzach. Lekkim nieporozumieniem były natomiast rockerskie zapędy drugiego gitarzysty. Szczęśliwie niezbyt częste. Nie zabrakło zarówno hajlajtów z poprzednich wydawnictw Tamikrest, jak i wglądu w nadchodzącą jesienią nową płytę.

Bośniaków z Dubioza Kolektiv słuchałem piąte przez dziesiąte, ponieważ na żywo kazali się być jeszcze bardziej odlegli od moich muzycznych zajawek niż w studiu. Pierwszym z trzech tytułowych dotknięć nieba był występ Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana. Przez półtorej godziny na Dziedzińcu Zamkowym dwaj kurdyjscy muzycy tkali swoja opowieść o upadłych imperiach, bezkresnych równinach, wysokich górach, miłości, śmierci. Raz jeden instrument przejmował wątek, by za moment drugi go podjął, poprowadził w nowym kierunku i oddał. Dialog na kamanczę i saz był zdecydowanie jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Kalhor i Erzincan zagrali tylko jeden, niezwykle rozbudowany utwór, pełen improwizacji i punktów kulminacyjnych, po którym w gruncie rzeczy bardzo dobry i brawurowy występ wskrzeszających tradycje swojego regionu Canzoniere Grecanico Salentino wypadł dość blado.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się drugim niewypowiedzianie pięknym koncertem. Siedmiu Albańczyków w tradycyjnych strojach śpiewał a capella równie tradycyjne pieśni. Tu szybko skojarzenia pobiegły do występu A Filetta sprzed dwóch lat. Z tej uduchowionej atmosfery szybko wybudził poznańską publiczność Janusz Prusinowski z zespołem. Mazurki, oberki, wiwaty, polonez nawet, do którego zatańczono, niczym na studniówce. Pod scena przez cały koncert trwała regularna wiejska potańcówka. Az żal, że nie znam żadnego z ludowych tańców. Gdy zmęczeni muzycy schodzili ze sceny po drugim bisie (poznaniacy byli pod tym względem bezlitośni), na zewnątrz trwał już koncert Kapeli ze wsi Warszawa, który przywitał mnie wiwatem "Musiałaś ty dziewce co umieć..". Wiwat ten pojawił się już na koncercie Prusinowskiego i muszę przyznać, że jego interpretacja tej melodii wypadła dużo lepiej. Zresztą KzwW to jeden z niewielu zespołów, które bardziej przemawiają do mnie z albumów niż na żywo. I tak było również w Poznaniu, do momentu, gdy na scenie nie pojawiła się Mercedes Peon, wnosząc dużo świeżości do zespołu. Nim jednak koncert się skończył, trzeba było uciekać na dziedziniec (z powodu deszczu koncerty się poprzesuwały), bo tam zaraz zaczynał Hariprasad Chaurasia, wirtuoz bansuri, indyjskiego fleta poprzecznego. Spodziewałem się po tym koncercie czegoś więcej, a wynudziłem się jak mops.

Z ogromną nawiązką wynagrodził mi to kończący sobotnie koncerty występ Alirezy Ghorbaniego z zespołem w całości poświęcony poezji Rumiego. Fantastycznemu irańskiemu wokaliście towarzyszyli doskonali muzycy: Znów byl to bardzo plastyczny koncert, pełen improwizacji, hipnotyzującego transu i melancholii tak charakterystycznej dla muzyki perskiej. Nad wszystkim dominował głos Ghorbaniego. Co ja mogę więcej napisać? To był jeden z tych koncertów, przy których słowa przestają wystarczać.

Koncertowa niedziela zaczęła się dla mnie później, ale od mocnego uderzenia. Orkiestra Bobana i Marka Markoviciów zaprezentowała to, co najlepsze w muzyce bąłkańskich orkiestr dętych, sięgając po takie klasyki, jak "Djurdevdan" czy "Caje Sukarije", przekrój własnych utworów łączących bałkańską tradycję z różnymi stylami czy grając własne wersje popowych klasyków, jak "Smooth Criminal" Jacko. Mnie najbardziej cieszyły wycieczki w stronę tradycji. Dzikość koncertu udzieliła się tez publiczności, która długo nie chciała puścić ze sceny zespołu, a Marko Marković chyba trzy razy wracał na nią, by zaśpiewać motyw "Caje Sukarije". Bałkańska podróż miała swój dalszy ciąg w koncercie Feliksa Lajkó. Od wirtuozerskich popisów muzyków skrzyło się powietrze na Dziedzińcu Zamkowym, jednak w żadnym wypadku nie były to puste popisy. Grający bez wytchnienia Felix każdym dźwiękiem opowiadał historie, a ja cały czas trzymałem szczękę przy ziemi. I wreszcie na koniec jazz z Libanu. Ibrahim Maalouf nie do końca mnie przekonał. Za dużo popisów, za dużo "białego funku", za dużo nowoczesnego smooth jazzu. Jednak wszystkie zarzuty zmył fantastyczną wersją "Beirutu", swojej pierwszej piosenki. I już, po festiwalu.

Zmiana miejsca ze starego koryta Warty na Chwaliszewie na Centrum Kultury Zamek wyszła festiwalowi na dobre. Dzięki temu, że odbyła się w siedzibie organizatora, udało się zaoszczędzić część pieniędzy na przygotowania i infrastrukturą i przeznaczyć je na naprawdę gwiazdorski line up. Festiwal nie stracił tez nic ze swojego klimatu, nadal nie trzeba było biegać między scenami. Jednocześnie widać było, że to pierwsza edycja w nowej lokalizacji, więc nie wszytko działało, jak powinno, ale te drobne usterki można łatwo puścić w niepamięć, bo muzycznie było po prostu doskonale. Widzimy się za rok.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Magia


A Hawk and a Hacksaw prawie cały ubiegły rok spędzili na graniu we dwójkę do "Cieni zapomnianych przodków" Siergieja Paradżanowa, dwa tygodnie temu wydali album z tym materiałem. Swój warszawski koncert zaczęli zupełnie inaczej, przypominając o swoich korzeniach. Pierwszy utwór zagrali, stojąc wśród publiczności. Dopiero po nim weszli na scenę i sięgnęli do "You Have Gone to the Other World", konkretnie do przepięknego, ukraińskiego motywu weselnego. Potem przenosili się i na Węgry, do Rumunii, na Bałkany, przeplatając tradycyjne kompozycje własnymi utworami. W żywszych momentach robiło się niczym na wiejskiej potańcówce gdzieś w Serbii, w spokojniejszych zabierali do dawno minionego świata. Świata, którego nie da się odtworzyć, można mieć tylko jego wyobrażenie. Nierzeczywistego, a silnie zakorzenionego w nas samych.

Jeremy Barnes i Heather Trost przyjechali do Warszawy sami, więc musieli się wspomagać technologią w postaci maszyny do loopów, na którą Barnes zapętlał partie perkusji, choć trzeba przyznać, że większość koncertu spędził grając jednocześnie na bębnie i akordeonie. W tym okrojonym składzie bardzo ciekawie zabrzmiał utwór tytułowy z najnowszego albumu Amerykanów, ze zmieniona aranżacją i dużą dawką improwizacji. Fantastycznym pomysłem jest wykorzystanie w muzyce AHAAH santuru, perskich cymbałów, których brzmienie uwalnia od jednoznacznych skojarzeń geograficznych ich twórczość. To już nie tylko muzyka bałkańska, czy wschodnioeuropejska. To muzyka ze starego świata. Bezczasowa.

Amerykanie zakończyli koncert tak samo, jak go rozpoczęli. Stojąc wśród publiczności i grając ludowe melodie. Oraz "No Rest for the Wicked" z mojej ukochanej "Cervantine". Piękny koncert.

niedziela, 3 lutego 2013

Uskudar 3 II 2013

1. Babadag - Bare Fet, Dirt Road
2. Babadag - Clay
3. Klezmafour - Meshuggah
4. Klezmafour - 5th Element
5. Marika Papagika - Stos Arkadias ton Platano
6. Marika Papagika - Kremetai i kapoto
7. Marika Papagika - Sta Vervena Sta Giannena
8. L'Orchestre Sidi Yassa de Kayes - Lali

niedziela, 30 grudnia 2012

Uskudar 30 XII 2012

1. Ramzi Aburedwan - Bordeaux
2. Ramzi Aburedwan - Tahrir
3. Yemen - On the Desert
4. Alte Zachen - Gimel 99
5. Choban Elektrik - Kopanitsa
6. Kapela ze Wsi Warszawa - Bendzie wojna
7. Babadag - Futro
8. Mati Zundel - La Cumbia de la Loviya
9. Bomba Estereo - Pajaros
10. Alkibar Gignor - Zeinabou
12. Guelewar - Ya Mom Samaray
13. Terakaft - Imad Halan
14. Amadou & Mariam - Dougou Badia (feat. Santigold)
15. Royal Band de Thies - Cherie Coco
16. Firewater - Strange Life
17. Kristi Stassinopoulou & Stathis Kalyviotis - Mes Tou Aegou Ta Nera
18. OM - Sinai

niedziela, 2 grudnia 2012

Uskudar 2 XII 2012

1. A Hawk and a Hacksaw - Xeftilis
2. Dimitris Mistakidis - Mes' Ton Teke Tis Marigos
3. Marika Papagika - Sta Vervena sta Giannena
4. Marika Papagika - Stis arkadis to platono
5. Le Mystere Jazz de Tombouctou - Leli
6. L'Orchestre Kanaga de Mopti - N'do N'do
7. Guelewar - Sama Yaye Demma N'dar
8. Kukumbas - Respect