Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iran. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 sierpnia 2026

W poszukiwaniu ukojenia


W Dwutygodniku Konstanty Usenko opublikował P O T Ę Ż N Y tryptyk teksów o muzyce Iranu. Osobisty, erudycyjny, otwierający oczy i uszy. Od przedrewolucyjnego popu po współczesny, zaangażowany rap i próbę syntezy sytuacji niezależnych muzyków i muzyczek po kolejnych, ogromnych protestach z początku roku, ich brutalnemu stłumieniu i wreszcie ciągle trwającej wojnie Izraela i USA z Iranem, która na lata scementowała powoli pękający zbrodniczy reżim ajatollahów. Gdy dwa lata temu w apokaliptyczne tony uderzali moi rozmówcy - Siavash Amini i Saba Alizadeh - w tekście o irańskiej muzyce eksperymentalnej, wydawałoby się, że nie może być gorzej. A jednak może. Amini przez długie miesiące milczał w mediach społecznościowych, bo reżim wyłączył internet, gdy w końcu udało mu się przedostać przez blokady, z jego wpisów wyzierał horror, był wrakiem człowieka. Reżim złamał całe pokolenie, ale dzisiaj nie piszę o tym. Dzisiaj czas na piękno sprzed kilkunastu lat.

Podobnie, jak Usenko kocham muzykę irańską w jej różnych aspektach. Nie aż tak mocno, jak on, nie nauczyłem się farsi, nigdy nie byłem w Iranie, ale to muzyka, do której sięgam często. Nie tylko do eksperymentów, do klasyki również. Ostatnio wracam do starszych albumów, płyt, które towarzyszą mi od lat. Życie mnie przeorało, łaknę ukojenia w znanych dźwiękach, fizycznej przyjemności, o której pisał ostatnio Mariusz Herma. Znajduję je w płaczliwym, rzewnym i melancholijnym brzmieniu kemanczy (czyli perskiego instrumentu smyczkowego, dalekiego kuzyna skrzypiec) Kayhana Kalhora. Najbardziej w duecie z Erdalem Erzincanem, baglamistą ze Stambułu, pochodzącym - podobnie jak Kalhor - z dyskryminowanej mniejszości, jest alewitą. Tyle razy mówiłem o nich w swoich różnych audycjach, pisałem w podsumowaniach na blogu. Coś mi się kołacze, ze o tym konkretnym albumie napisałem kilka słów do internetowego wydania “M/I”, ale mogę się mylić. Gdy Kula kulluk yakışır mı wyszła 13 lat temu, dałem jej 4 miejsce w podsumowaniu roku. Od tamtej pory stała się jednym z najważniejszych dla mnie nagrań, trochę niepostrzeżenie. Pewnie pomogły w tym koncerty duetu, na których byłem. Dziś mogę śmiało napisać, że to jeden z albumów, które bez sekundy wahania zabrałbym na bezludną wyspę. Słuchałem jej tyle razy, że każdy dźwięk wyrył mi się w pamięci. A mimo to nadal mnie zaskakują, za każdym razem odkrywam coś nowego. A przecież grają tylko dwa instrumenty.

Czas na trochę kontekstu, choć tak naprawdę nie jest on konieczny, by zachwycić się tą muzyką (o roli kontekstu miałem różne przemyślenia ostatnio, jak się wygrzebię z tego dołka, to napiszę coś więcej na ten temat). Nie wierzcie komentarzom z Rate Your Music, że muzyka Kalhora jest trudna dla nienawykłego ucha. To nieprawda, wystarczy tylko otwartość na piękno. No ale kontekst. Kalhor i Erzincan grają wspólnie ponad 20 lat, znają się tak dobrze, że nie muszą niczego ustalać, grają, co im dusza na struny przyniesie (zresztą to chyba podstawowa metoda Kalhora). Najpierw wydali w ECM The Wind, później w tej samej oficynie właśnie Kula kulluk yakışır mı, będącą zapisem koncertu z tureckiej Bursy, choć na okładce widnieje widok Stambułu. I może dlatego tak bardzo kojarzy mi się z tym miastem-światem.

Kalhor i Erzincan wychodzą od tradycji i improwizacji. Ta druga jest w Iranie i Turcji (i wielu innych kulturach muzycznych) zakorzeniona w tej pierwszej. Kalhor jest jednym z najważniejszych żyjących wykonawców i kompozytorów współczesnej klasycznej muzyki irańskiej, jej propagatorem w świecie. Erzincan to dziś bodaj największa gwiazda baglamy, wierny mistrzom, sam się nim stał. Obaj są dysponentami wielowiekowych tradycji, ale żadni z nich konserwatyści. Kalhor z jednej strony akompaniował Mohammadowi Rezie Shajarianowi, z drugiej od dekad szuka połączeń między muzyką perską, a innymi wielkimi tradycjami - hindustańską, zachodnioafrykańską, europejską (współczesną i dawną). Erzincan wychowuje kolejne pokolenia uczniów, pracowicie wydaje kolejne albumy, na których zgłębia anatolijskie opowieści aszyków.

Ich improwizacje dalekie są od freejazzowej totalnej wolności, bardziej komponują na żywo w wyznaczonych ramach, niż po omacku szukając tego idealnego dźwięku. Proces jest bardziej uporządkowany, ułożony, ale swobodny. Czegoś podobnego od dłuższego czasu próbuje Hubert Zemler, w Ben Bekele swoim kolegom powiedział, że każdy zagrany dźwięk ma być tym ostatecznym. Kalhor i Erzincan tak dobrze się znają, tak długo ze sobą grają, że tak jest zawsze. Wszystko jest tak, jak być powinno. Na Kula kulluk yakışır mı są tylko dwa instrumenty, baglama i kamancze. Nic więcej, a oni z nich tkają cały świat. Ośnieżone szczyty Anatolii, góry górujące nad Teheranem, zakurzone bezdroża środkowego Iranu, zieloność wybrzeża Morza Czarnego, stary Stambuł, pełen krętych i wąskich uliczek, ogrody Teheranu, szafirowe niebo, szmaragdowe jeziora. Jest miłość, smutek, lament, zachwyt, melancholia, spokój. Wszystko.

Muzyka - jak życie - płynie bez przerwy, meandruje, zmienia się. Czasem do głosu bardziej dochodzi Erzincan, jego baglama brzęczy, wprowadza nerw, czasem ustępuje miejsca Kalhorowi, który prowadzi w tych mniej improwizowanych momentach, a jego kemancza brzmi niczym ludzki głos. Przede wszystkim wydaje się, że to gra jeden czteroręki, zmyślny wirtuoz. Są w dialogu niezwykle uważni na siebie, słuchają się jeden drugiego, wyczuwają każdą, nawet maleńką zmianę kierunku. Czasem zastanawiam się, czy muzyka jest uniwersalnym językiem, przecież każdy gatunek rządzi się własnymi zasadami, ma własne idiomy, znaczenia, które komuś z innej kultury jest trudno zauważyć. A gdy słucham tego albumu, wątpliwości znikają. Piękno jest uniwersalne.

niedziela, 19 maja 2024

Drony z Teheranu

 

Od dwóch lat fraza „drony z Iranu” kojarzy się przede wszystkim z szahedami, bezzałogowymi statkami powietrznymi wykorzystywanymi masowo przez Rosję w atakach na Ukrainę. Nie zawsze to sformułowanie brzmiało tak złowieszczo. Jeszcze przed pandemią w Teheranie i innych irańskich miastach funkcjonowała silna, rozpoznawalna poza granicami kraju scena muzyki eksperymentalnej i elektronicznej. Muzycy z Iranu regularnie grali na zachodnich festiwalach, zachodni artyści przyjeżdżali na irańskie festiwale.

Wraz Siavashem Aminim i Sabą Alizadehem sprawdzam, co zostało z prężnej irańskiej sceny muzyki eksperymentalnej. Do poczytania w Dwutygodniku.

niedziela, 11 czerwca 2023

Niebo ma wszędzie ten sam kolor


Do wzruszającej muzyki Kayhan Kalhor i Toumani Diabate znaleźli poruszającą historię. Tytuł albumu oraz poszczególnych fragmentów pochodzą z wiersza Mehdiego Akhavana-Salesa, ukochanego dwudziestowiecznego poety Kalhora. To opowieść o wyborze i o podróży, o byciu w wiecznym ruchu. O migracji. 2016 rok to jeden ze szczytów europejskiego kryzysu migracyjnego. “The Sky Is The Same Colour Everywhere” jest głosem dla tych, którzy opuścili swój dom w poszukiwaniu lepszego życia, dla tych, którzy to życie stracili i dla tych, których marzenie się nie ziściło. To także głos przeciwko granicom. Bamako i Teheran dzielą tysiące kilometrów, ale niebo ma wszędzie taki sam kolor.

O wyjątkowym spotkaniu wirtuozów dwóch moich ukochanych tradycji muzycznych - perskiej i mandinge - piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

piątek, 19 maja 2023

Na obrzeżach x Radio Kapitał 17 V 2023


Spotkanie muzyki z Iranu i Mali, Indii i Niemiec, Indonezji i Gambii, Pakistanu i Stanów. W programie wyjątkowo piękne i wyjątkowo długie utwory, a i ja jestem wyjątkowo rozgadany.

1. Kayhan Kalhor & Toumani Diabate - The Path of No Return
2. Arooj Aftab, Vijay Iyer, Shahzad Ismaily - Eyes of the Endless
3. MD Pallavi & Andi Otto - An Unwritten Word
4. Suarasama - Untukmu Yang Berperang

sobota, 8 października 2022

Na obrzeżach x Radio Kapitał 5 X 2022


W Iranie trwają protesty przeciwko władzy ajatollahów spowodowane śmiercią Kurdyjki Jiny Amini. Zginęło już ponad 100 osób. W dzisiejszej audycji tylko muzyka muzyka z Iranu, momentami rewolucyjna, momentami melancholijna. Grana przez kobiety i mężczyzn, w kraju i zagranicą.

Kayhan Kalhor & Ali Bahrami Fard - Here I Am Alone Again
Liraz - Roya (female version)
Liraz - Roya
Sote - Life
Marjan Vahdat - Homeland
Fared Shafinury - Barafshan
Googoosh - Shehayat
Googoosh - Man Amadean
Kayhan Kalhor & Ali Bahrami Fard - I Will Not Stand Alone


środa, 5 października 2022

Kobiety, życie, wolność


W Czasie Kultury możecie przeczytać mój tekst o Liraz, której trzeci perskojęzyczny album Roya ukazuje się w najbliższy piątek. Nikt nie spodziewał się, że ukaże się w samym środku największych irańskich protestów od 2009 roku. 16 września zmarła Jina (Mahsa) Amini, 22-letnia Kurdyjka, śmiertelnie pobita przez policję obyczajową za nieodpowiednio skromny strój. Iranki wyszły na ulice, palą chusty, portrety ajatollahów, ścinają włosy. Po całym Iranie niesie się hasło "Zan, zendegi, azadi" - Kobiety, życie, wolność. Rozmawialiśmy w lipcu, przed jej koncertem na Globaltice. Miałem kwadrans na rozmowę, ale wyszło na tyle dobrze, że nie tylko jej fragmenty trafiły do tekstu, ale wrzucam całość na blog.

Słuchałem już twojej nowej płyty, Roya. Bardzo podoba mi się w niej to, że jest jednocześnie bardzo podobna i bardzo inna od twoich dwóch poprzednich albumów. Jak wyglądał proces tworzenia Royi?

Za każdym razem, kiedy robię coś niespodziewanego, otwierają się drzwi do jeszcze bardziej niespodziewanych wydarzeń. Mój poprzedni album, Zan, zadedykowałam wyciszanym irańskim kobietom. Irańskie artystki i artyści dograli się do niego online, online pisaliśmy wspólnie piosenki. To były te pierwsze drzwi, które się otworzyły, które pozwoliły mi choć trochę poznać Iran, za którym tęsknię codziennie, choć nigdy tam nie byłam. Iran nie wpuszcza Izraelczyków, nasze kraje nie żyją w pokoju. Dobija mnie to każdego dnia, ale nie poddaję się. Dlatego nagrałam album właśnie z Irankami i Irańczykami. Wspólna praca choć trochę uśmierza ten ból. 

Za tymi pierwszymi drzwiami pokazały się kolejne - pojawiła się możliwość spotkania i nagrania muzyki osobiście. Nagrywaliśmy dosłownie w podziemiu, w stambulskim studiu nagraniowym mieszczącym się w piwnicy. Czułam się tam, jak Alicja w Krainie Czarów, jakbym przeszła na drugą stronę lustra. Irańskie artystki były ze mną w tym samym pomieszczeniu. Takie piękne, tak utalentowane, tak niezwykle odważne. Przyjazd do Turcji był dla nich dużo większym wyzwaniem niż dla mnie i mojego zespołu. Do tego cały czas musiały pozostać anonimowe, nikt nie dowie się, że kto zagrał na moim albumie, kto przyleciał. Nikomu nie mogą opowiedzieć swoich historii.

Widzisz, Izraelczycy i Irańczycy mogą się kochać, mimo tego, że nasze kraje się nienawidzą. Jesteśmy kobietami, potrzebujemy opowiedzieć światu, że trzeba nam wolności, że czekamy na nią. Roya nawołuje do tej kobiecej wolności, poszukuje pokoju i nadziei w bardzo artystyczny sposób. To jak piszemy teksty, jak piszemy muzykę i jak ją nagrywamy samo w sobie jest wiadomością dla świata. Włożyliśmy w ten album nasze serca, świetnie nam się współpracowało, kosztowało nas to dużo odwagi. 

Roya w farsi oznacza fantazję, marzenie. Jakie jest twoje marzenie?

To było moim marzeniem… A co jest moim największym marzeniem… to dobre pytanie, wiesz? Moim największym marzeniem jest otwarty świat, świat bez granic, w którym Izrael żyje w pokoju z Iranem. Póki to nie nastąpi, zrobiłam kolejny krok w stronę Iranu, dzięki współpracy z irańskimi muzyczkami. Tak, to było moim marzeniem, może nawet żyłam marzeniem. Do tej pory nie mogę do końca przetrawić tego, co się wtedy stało. Strasznie szalona rzecz.

Co w tym szalonym czasie było najbardziej szalone?

Odkryłam, że ja sama jestem szalona, odbija mi co jakiś czas. Z jednej strony byłam niesamowicie szczęśliwa, ale cały czas się bałam, obawiałam się o siebie, dziewczyny, z którymi grałam, o nasze rodziny. 

Podczas nagrywania Royi przekonałam się, że muzyka, sztuka nie jest o nas, artystach. Chodzi w niej o opowiadanie historii, przekazywanie ich. Dlatego to był wielki zaszczyt dla mnie - mogłam przekazać opowieść moich irańskich przyjaciółek, sprawić, że ludzie będą je lepiej rozumieć.

Muzyka wydaje się idealnym medium do takich rzeczy.

Tak, masz rację. Dostaliśmy od losu szansę, musieliśmy z niej skorzystać i wykrzyczeć te historie. Nawet jeśli czasem to wszystko jest przerażające, nie możemy się bać. Nie będę kłamać, sama czasem czuję strach, jestem bardzo ostrożna, wiem, że różni ludzie wiedzą, co zrobiliśmy. Jestem jednak pewna, że jeśli zobaczą rezultat, zrozumieją, że mówimy językiem miłości, wszystko będzie dobrze.

Zaczęłaś myśleć o śpiewaniu w farsi po odwiedzeniu Tehrangeles, irańskich dzielnic Los Angeles. Tam zaczęłaś budować swoja tożsamość na nowo. Czy trudno było ci zrobić ten krok?

Tę decyzje podjęłam bardzo szybko, byłam bardzo zdeterminowana. Od razu po powrocie z Tehrangeles poinformowałam mój zespół - managera, agenta, muzyków - że zaczynam śpiewać w farsi, że musimy całkowicie zmienić moją muzykę. Byłam zdeterminowana, ale jednocześnie było ciężko, całe lata zajęło mi przekonanie ludzi w Izraelu, w moim własnym kraju, że ma to sens, wytłumaczyć im, o co mi chodzi. Wiesz, zagranicą było łatwiej, nikt nie znał mojej wcześniejszej muzyki. 

To czasem jest zabawne. Zanim przyleciałam do Europy na tę trasę, udzieliłam wywiadu w izraelskiej telewizji. Dziennikarz pytał mnie, czy naprawdę w Polsce czy na Słowacji jest tak dużo Irańczyków, że opłaca się grać koncerty. Musiałam tłumaczyć, że to nie Irańczycy przychodzą na moje koncerty, tylko po prostu ludzie, którzy kochają muzykę. Zagranicą ludzie lepiej rozumieją moją historię niż w Izraelu, ale to na szczęście się powoli zmienia.

Jacy są Irańczycy w Tehrangeles?

Wydaje mi się, że z tego powodu, że mieszkają wśród innych Irańczyków - w Los Angeles jest ich milion - trochę mniej są ciekawi Iranu takiego, jakim jest naprawdę. W Izraelu nie mam żadnych irańskich przyjaciół, nie mamy irańskich ulic, restauracji czy sklepów z płytami. A to wszystko jest w Los Angeles. Mam w sercu wielką, ziejącą dziurę, którą próbuję załatać muzyką.

Dużo śpiewasz i mówisz o miłości, ale wydaje mi się, że to jest też metafora twojej tęsknoty za Iranem, krajem przodków, którego nie możesz odwiedzić. Jak się tęskni za czymś, czego się nigdy nie doświadczyło?

Tak, to metafora tęsknoty za kimś, kogo nigdy nie poznałam, ale znam go najlepiej na świecie. Trudno to prosto wytłumaczyć po angielsku czy po hebrajsku. Farsi jest językiem pełnym metafor, szczególnie w swojej literackiej formie. Do tego ma bardzo długą historię poezji. Podtekst jest taki, że tęsknię za ukochanym, którego nie poznałam, nie znam go, ale czuję, że znam każdy cal jego ciała, jego osobowości, doskonale znam jego zachowanie. Znam go tak dobre, że tracę zmysły na samą myśl, że nie mogę go dotknąć, go kochać w rzeczywistym świecie.

Jesteś też aktorką. Czy ma to wpływ na to, jaką jesteś piosenkarką?

Oczywiście. Uwielbiam wchodzi w postać pisząc teksty. Tekst piosenki jest jak monolog, gdy go śpiewam i gdy go piszę, zastanawiam się, jakby to było, gdybym urodziła się w Iranie, jak by to było gdybym poznała ten Iran-ukochanego. Jak sprawić, żeby to marzenie się urzeczywistniło. Opowiadam historię o poszukiwaniu miłości życia, aktorskie doświadczenie bardzo mi w tym pomaga.

Gdy byłaś dzieckiem, jakie było twoje marzenie - zostać piosenkarką czy aktorką?

Marzyłam o wielu rzeczach. Chciałam zostać piosenkarkę, tancerką, pekusistką, pianistką… wymieniać dalej? Moja mama, która jest bardzo mądrą irańską kobietą, powiedziała mi, bym wybrała dwie rzeczy, najważniejsze, takie, bez których nie mogę żyć i skupić się na nich. Skupiłam się na śpiewaniu i aktorstwie, ale ciągle uczę się nowych rzeczy. Zaczęłam grać na setarze, co jakiś czas wracam do perkusji. Kocham wszystko, co łączy się z muzyką i tańcem.

Gdy wróciłaś ze Stanów, przywiozłaś mnóstwo płyt z przedrewolucyjną irańską muzyką. Masz ulubionego wykonawcę z tego okresu?

Googoosh, bez najmniej cienia wątpliwości. Kocham ją za jej głos, za wolność, która w nim jest. Kocham ją, bo nigdy się nie poddała. Wycofała się z życia publicznego na 21 lat, została w Iranie, dopiero w 2000 roku zamieszkała w stanach i wróciła na scenę. Uwielbiam ją, jest moją wielką inspiracją. Daje nadzieję po prostu, szanuje siebie i innych. Na Naz moim pierwszym albumie śpiewam jej jedną piosenką, Hala Bavar, zdarzało mi się śpiewać na koncercie jej inne utwory, ale teraz, gdy nagrywam płyty z własnymi piosenkami, pokazuje swoją prawdziwą irańską twarz. Tkam własną opowieść.

Chciałabyś z nią kiedyś zagrać? 

Tak, to kolejne moje marzenie i prawie się spełniło. Miałyśmy grać na jednym festiwalu w Kanadzie, jednak ciąża nie pozwoliła mi na tak długą podróż. Mam jednak nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie.

Może w Teheranie.

Prędzej w Tehrangeles, zresztą gram tam niedługo koncerty.

Myślisz, że uda ci się odwiedzić Iran?

Są dni, że jestem pewna, że to nastąpi. Są dni, kiedy nie mam w sobie takiego optymizmu. Jeśli jednak Izraelczycy będą mogli jeździć do Iranu, to to zrobię, nawet, jak będę bardzo stara. Albo wcześniej wjadę tam jako podwójna agentka.

środa, 28 lipca 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 28 VII 2021



W dzisiejszej audycji pomknęliśmy od Kairu przez Teheran do Delhi. Posłuchaliśmy wściekłego, monumentalnego transu spod Piramid, zanurzonych w perskiej klasyce dronów z wielkiej metropolii i wieczornych rag na syntezator modularny. Czyli jak zawsze spotkaliśmy się na skrzyżowaniu tradycji i nowoczesności.

1. Karkhana - Sidi Mansour
2. Saba Alizadeh - I May Never See You Again
3. Saba Alizadeh - Touch
4. Hosyar Khayyam, Bamdad  Ashfar - Yek
5. Hosyar Khayyam, Bamdad  Ashfar - Anthology
6. Arushi Jain - Richer Than Blood
7. Arushi Jain - My People Have Deep Roots

środa, 27 stycznia 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 27 I 2021

 


Audycję zacząłem i skończyłem w Stambule, mieście-świecie, tętniącej życiem metropolią, która nigdy nie śpi. Miastem, za którym ciągle tęsknię. Tym razem podróż odbyła się bez szaleńczych tańców, a ni bez zaliczania największych atrakcji turystycznych. W Stambule i jego bliższych (i dalszych) okolicach poszukałem ukojenia, muzyki, która wycisza i pozwala zapomnieć o tym wszystkim, co nas niepokoi. Choć na kilka chwil.

1. Derya Turkan & Sokratis Sinopoulos - Istanbul (Soundplaces)
2. Marika Papagika - Manaki Mou (The Further the Flame, the Worse It Burns Me: Greek Folk Music in New York City 1919-1928)
3. Derya Turkan & Sokratis Sinopoulos - Izmir (Soundplaces)
4. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - The Wind (Kula kulluk yakışır mı)
5. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - Intertwining Melodies (Kula kulluk yakışır mı)
6. Fared Shafinury - Bani Adam (Behind the Seas)
7. Derya Turkan & Sokratis Sinopoulos - Tatavla (Soundplaces)

wtorek, 15 grudnia 2020

Głos irańskich kobiet



Zan jest wreszcie dla Liraz wyrazem tęsknoty za „starym krajem”, Iranem, którego wyjechali jej rodzice, a którego ona nigdy nie odwiedziła. Iranem, który był cały czas obecny w jej życiu, również poprzez muzykę. Przede wszystkim jest to silny kobiecy głos, głos w walce o prawa kobiet, wobec którego nie można przejść obojętnie.

O Zan piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej, o tutaj.

poniedziałek, 12 października 2020

Odszedł głos Iranu



W czwartek zmarł Mohammad Reza Szadżarian, postać dla irańskiej kultury i społeczeństwa fundamentalna. To jego głos przez lata obwieszczał koniec dziennego postu podczas Ramadanu. Na wieść o jego śmierci pod teherańskim szpitalem Jams zebrały się tysiące, mimo obowiązujących w Iranie obostrzeń, by pożegnać tego, który był głosem rewolucji i jej zagorzałym krytykiem.

Szadżarian urodził się w 1940 roku w Meszhedzie, w Chorasanie, na wschodzie Iranu, jednym zew świętych miast szyizmu. Wychował się w rodzinie bardzo konserwatywnej. Dla jego ojca, zawodowego recytatora Koranu, każda inna forma muzyki była haram. Mohammad Reza jako dziecko szedł w ślady ojca, zaczął recytować Koran w wieku pięciu lat, ale u bardziej liberalnego wujka po raz pierwszy usłyszał „świecką” muzykę w radiu. Radifów – repertuaru podstawowego perskiej muzyki klasycznej –uczył się początkowo po kryjomu, pierwsze występy dawał pod pseudonimem. W 1959 roku po raz pierwszy wystąpił w lokalnym radiu, niedługo potem przeniósł się do stolicy, by tam się dalej szkolić i później uczyć na uniwersytecie.

Gdy szach wprowadził w 1978 roku stan wojenny, a podczas Czarnego Piątku siły rządowe zabiły 100 osobo, Szadżarian i inny muzycy odcięli od państwowego radia. W tym samym czasie Mohammmad zaczął śpiewać pieśni otwarcie polityczne, sprzeciwiające się władzy szacha i SAWAK, wszechwładnej służby bezpieczeństwa. Gdy jednak fala rewolucji wyniosła do władzy Chomejniego i ajatollahów (o roli kaset w tym procesie fantastyczny tekst napisała Karolina Jakubiak dla Glissanda), Szadżarian wycofał się z życia publicznego – również dlatego, że religijni radykałowie mieli podobny pogląd na muzykę, co jego ojciec. Jego repertuar koraniczny był nadal wykorzystywany przez ajatollahów, a jego interpretacja Rabbany, modlitwy kończącej post podczas Ramadanu, była emitowana przez państwowe radio przez 30 lat. Do publicznych występów Szadżarian wrócił w latach osiemdziesiątych, a jego Bidaad do słów żyjącego w XIV wieku poety Hafiza była tylko lekko zawoalowaną krytyką reżimu. Z czasem krytyka stawała się coraz wyraźniejsza i bardziej dosadna, aż w 2009 roku – podczas kolejnych wielkich protestów – Szadżarian znów wystosował list do władz radia z żądaniem wykorzystywania jego muzyki, z wyjątkiem Rabbany. Władze zdjęły i ją, bo Szadżarian jednoznacznie poparł protestujących. Zakazano mu też występów w kraju. Irańczycy, by obcować z muzyką mistrza jeździli między innymi do Turcji. Szadżarian często grywał w Stanach i Francji. Ostatni koncert zagrał właśnie w Turcji, w Konyi, z okazji rocznicy śmierci Rumiego, najważniejszego perskiego poety. Kilka miesięcy później ogłosił, że od lat zmaga się z rakiem nerek.

Szadżarian był tak skromny, jak wspaniała była jego muzyka. Poruszająca, nie trzeba znać perskiego, by się w niej zakochać. Był niezrównanym wirtuozem, panował nad głosem, jak nikt inny, może tylko Alim Qasimov. Grali z nim najwięksi muzycy irańscy – Hossein Alizadeh, Kayhan Kalhor. Nie ograniczał się tylko do śpiewania, grał na santurze, tworzył nowe instrumenty. Cały czas rozwijał muzykę klasyczną, nie chciał, by stała się skansenem. Przede wszystkim jednak był głosem Irańczyków. Słuchała go diaspora, zasłuchany w nim był cały kraj. I gdy sobie myślę, z kim można go porównać w polskiej muzyce, by choć trochę przybliżyć jego status w Iranie, do głowy przychodzi mi tylko Chopin. Obaj stali się symbolami za życia, obaj uchwycili dusze swoich narodów.

Moje pierwsze spotkanie z głosem Szadżariana to Night Silence Desert, nagrane wspólnie z Kalhorem. To było też jedno z moich pierwszych zetknięć z perską muzyką klasyczną. Od tamtej pory muzyka z Iranu ma u mnie specjalne miejsce. Chyba jeszcze lepszym wprowadzeniem w fenomen Szadżariana jest jego krótki koncert w siedzibie NPR z 2013 roku. 15 minut, jeden utwór, Nowruz, czyli perski Nowy Rok. Mohammad Reza wygląda jak akademik sprzed lat, nienagannie ubrany, skupiony. Zespół gra, on czeka. A gdy już zaczyna śpiewać, to czas się zatrzymuje. 15 minut, które mogłoby trwać i trwać...

 

czwartek, 16 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 14 IV 2020



Są tacy, którzy mówią, ze rytm jest wszystkim. I to właśnie sprawdziłem w tej audycji. Od irańskich i tureckich eksperymentów przez indonezyjski trad-pop po szaloną wiksę z Mali i RPA. Bębny, automaty, z rzadka inne instrumenty.

1. Mentrix - Dreams (My Enemy, My Love)
2. Mohammad Reza Mortazavi - Taken by the Wind (Ritme Jaavdanegi)
3. Mohammad Reza Mortazavi - Dancing Eleven (Ritme Jaavdanegi)
4. Cevdet Erek - Flow 1 (Davul)
5. Hubert Zemler - Dji (Gostak & Doshes)
6. Group Gentra Madya - Sambal Lada (Hot Chilli) (Malam Minggu : Saturday Night in Sunda)
7. Nihiloxica - Tewali Sukali (Kaloli)
8. Kalbata ft. Tigris - Vanrock (Vanrock)
9. DJ Diaki - Mix Introu 1 (Balani fou)
10. Menzi - QGM Dance (Impazamo)
11. Chouk Bwa & The Angstromers - Move Tan (Vodou Alé)



środa, 1 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 31 III 2020



Pół audycji wypełnił indie pop w językach innych niż angielski i krótka rekapitulacja z koncertów w czasach pandemii (tak, mówię o Cuarentena Fest). Świat jednak nie do końca się zatrzymał, mimo trudności wychodzi nowa muzyka - drugie pół godziny to przegląd świeżynek z Etiopii, Iranu, Grecji, Mali i Palestyny.

1. Caliza - Call of Duty (Mar de Cristal)
2. Evripidis & His Tragedies - Μια Τρίτη στην Καντίνα (Μια Τρίτη στην Καντίνα)
3. Sobrenadar - Nordzee
4. Colombre - Crudele
5. Kumisolo - Transport en commun
6. Clea Vincent - Du sang sur le congas
7. Hailu Mergia - Abichu Nega Nega
8. Evritiki Zygia - Maritsa
9. Tamikrest - Azawad
10. Mentrix - Nature
11. Zenobia - Desert Hafla


poniedziałek, 9 grudnia 2019

Algorytm ci tego nie podpowie

Jak szukać muzyki, kiedy wszystko wydaje się podane na tacę przez algorytmy serwisów streamingowych, które na pierwszy rzut oka (ucha) znają nasze gusta i przyzwyczajenia lepiej niż my sami? I co z muzyką, która nie jest w nich dostępna? Jak na nią trafić? Odpowiadam z przykładami.




Ritme Jaavdanegi możecie już posłuchać w streamingach, jednak kiedy na nią wpadłem kilka miesięcy temu, była dostępna tylko na Bandcampie. I może to nawet lepiej, bo bez wahania wysupłałem te kilka euro na pliki (a potem poprawiłem winylem). Jak na niego trafiłem, skoro nie pojawił się na żadnej playliście z nowościami? Nazwisko Mohammada Rezy Mortazaviego i tytuł jego najnowszej płyty zobaczyłem, przeglądając jedną z list październikowych premier na Polifonii. Jakiś Irańczyk, pomyślałem, pewnie eksperymentujący. To było trochę jak trafienie na interesującą okładkę w stacjonarnym sklepie (albo grzebiąc w tagach na Bandcampie, tak też mi się zdarza trafić na ciekawe płyty). Tylko, że gdybym spojrzał na tę konkretną okładkę, nie spodziewałbym się dronów z Teheranu.

Mohammad Reza jest wirtuozem dafu - bębna obręczowego - i tombaku - bębna kielichowego. Ritme Jaavdenegi to muzyka tylko na te dwa instrumenty i dwie okładkowe ręce. Nic więcej tam nie ma. Ale to wystarcza w zupełności. Wszystkie osiem kompozycji jest utrzymanych w tym samym metrum 11/8, tytułowym rytmie wieczności. Rytmie, którego Mortazavi, jak pisze w krótkiej notce dołączonej do płyty, poszukiwał od wielu lat. A miał go na wyciągnięcie ręki - ritme jaavdanegi, to rytm tych dwóch słów. Mortazavi był w Wiedniu, nie mógł spać, wyglądał przez okno, wspominał swoje dzieciństwo w Isfahanie i już, znalazł swój rytm, którego tak długo szukał.

Czasem trudno uwierzyć, że to gra jeden człowiek, a jeszcze trudniej, że to nagranie na żywo, bez żadnej późniejszej obróbki. Nietypowy, nieparzysty rytm w rękach Mortazavi jest lekki i tajemniczy jednocześnie, jak w dwuczęściowym Tears of a Fakir. Może też nerwowy, pełen niepewności, jak w pędzącym na złamanie karku Riding Time. Mohammad Reza wyciąga z tego rytmu jak najwięcej, pokazuje różne oblicza metrum i swoich instrumentów. Daf brzmi jak wiatr targający wysuszonymi gałęziami, tombak ma brzmienie bliższe ziemi, solidniejsze.



Ograniczając się do rytmu wieczności Mortazavi, nagrał przejmujący album. Medytacyjny, nienachalnie wirtuozerski, choć imponujący. I faktycznie eksperymentalny, tylko inaczej niż się tego spodziewałem, bo to eksperyment w ramach tradycji, można by powiedzieć, że perskie modern classical.

Mohammad Reza ma brata, Alirezę, na którego trafiłem już na własną rękę. No dobrze, pomógł mi w tym Rate Your Music. To właśnie drugi sposób na wychodzenie poza algorytm (i, zgadzam się, dość oczywisty) - warto sprawdzać, czy muzycy nie mają aktywnego rodzeństwa. Jeszcze się okaże, że zdolniejszego.


Nie chcę przez to powiedzieć, że uważam starszego z dwóch braci Mortazavi za lepszego muzyka, ale jego tegoroczny album Hamdelaneh Intimate Dialogues, to jedna z pięciu najlepszych tegorocznych płyt, jakie słyszałem (to był zresztą rok zdominowany przez Irańczyków). I, znów, jak w przypadku Mohammada Rezy, tytuł mówi wszystko. To dialog Alirezy grającego na santurze, perskich cymbałach z Markusem Stockhausenem, trębaczem (i synem Karlheinza). Naprawdę nie mam pojęcia, czemu o tej płycie jest tak cicho. Może dlatego, że wyszła w małej włoskiej oficynie Dark Companion Records. Dlatego - powtarzam - warto szukać wartościowych płyt na własną rękę, nigdy nie wiadomo, gdzie znajdzie się kolejna.

Hamdelaneh przypomina trochę I Will Not Stand Alone Kayhana Kalhora i Alego Bahramiego Farda. Obie oparte są na dialogu santuru i innego instrumentu, kemancze zamienia się rolami z trąbką, flugelhornem i w jednym przypadku z głosem Stockhausena. Obecność trąbki może przywoływać jazz, ale to nie do końca prawda.

Blisko tu do nagrań sygnowanych nazwą ECM Records (zresztą Stockhausen już dla nich nagrywał w przeszłości), podobna jest tu melancholijna atmosfera, granie ciszą, przestrzenność i skromność użytych środków. Pasowałby ten album do tej wytwórni, Mortazavi i Stockhausen posługują się podobnym językiem, co chociażby Eleni Karaindrou na Medei (choć to wypowiedź dużo bardziej osobista) - to przecięcie nie tylko jazzu i muzyki poważnej, ale różnych muzyk klasycznych, z większym naciskiem na improwizację, stąd bierze się ten jazzowy pierwiastek.

Hamdelaneh jest albumem bezwstydnie pięknym. Nie trzeba się go doszukiwać, wyławiać z momentów chaosu. W tym pięknie zaszyty jest smutek, jak w słonecznym, jesiennym dniu. Pożółkłe liście zwiastują zime, zamarcie natury i tak tutaj z każdego dźwięku wybrzmiewa nieuchronność przemijania i pogodne pogodzenie się z nim.



Dla tych dwóch płyt warto wyjść poza dyktat algorytmów. A ile jeszcze skarbów jest przed nim ukrytych.

wtorek, 29 października 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 29 X 2019



Prawie całą godzinę spędziliśmy w Iranie, choć większość muzyków, których dzisiaj usłyszeliśmy z różnych powodów wyemigrowała z kraju. Przysłuchaliśmy się trochę muzyce kurdyjskiej w różnych odmianach - bardziej tradycyjnych pieśniach Şivana Perwera i szaleńczym dabke Rizana Sa'ida. Siavasha Aminiego najlepiej wspomóc, kupując jego płyty na Bandcampie.

1. Rizan Sa'id - Kinana (Saz û Dîlan)
2. Şivan Perwer - Min beriya te kiriye (Min beriya te kiriye)
3. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - Intertwining Melodies (Kula Kulluk Yakışır mı)
4. Kayhan Kalhor & Ali Bahrami Fard - Here I Am Alone Again (I Will Not Stand Alone)
5. Markus Stockhausen & Alireza Mortazavi - Dance of Life (Hamdelaneh - Intimate Dialogue)
6. Mohammad Reza Mortazavi - Exploring (Ritme Jaavdanegi)
7. Saba Alizadeh - Colors Wove Me in Tehran (Scattered Memories)
8. Siavash Amini - Semblance (SERUS)

niedziela, 29 września 2019

Równoległy rozwój

O tym, że najlepsza muzyka eksperymentalna obecnie pochodzi z Iranu, pewnie już wiecie, bo pisałem o tym przy okazji debiutu Saby Alizadeha kilka miesięcy temu (i co jakiś czas przypomina o tym Bartek Chaciński).

Sote jest nestorem współczesnej irańskiej sceny muzyki eksperymentalnej. Nie tylko wydaje kolejne, coraz lepsze i błyskotliwsze albumy, ale też prowadzi własne wydawnictwo, w którym publikuje muzykę młodszych kolegów.

Parallel Persia jest naturalnym i logicznym rozwinięciem Sacred Horror in Design. Sote łączy elektronikę z tradycyjnymi irańskimi instrumentami - tarem i santurem. Doskonale wspije się w tradycję Dariusha Dolata-Shahiego (obiecuję, że w przyszłości jeszcze o nim napiszę). Interpretacje podpowiada już tytuł całości - Sote tworzy perską muzykę tradycyjną w innym świecie. W świecie, w którym równocześnie z “normalnymi” instrumentami rozwijała się elektronika i harmonijnie z nimi współgrała. Dlatego jedna i druga warstwa na tym albumie są ze sobą nierozerwalne. Nie da się mówić o tarze i santurze bez elektronicznego kontekstu. To cecha wspólna dla niego, Alizadeha i innych bliskowschodnich twórców muzyki eksperymentalnej. Tradycja jest dla nich tak silna, tak bardzo wdrukowana w ich muzykę, że nie mogą, nie chcą i chyba nie potrafią się jej zupełnie pozbyć. Zresztą, kultura perska jest jedną z najstarszych na świecie, trudno więc oczekiwać, że tak łatwo się z niej wyrwać.

To silne połączenie elektroniki z tradycją wynika z tego, że Sote nie nagrał partii syntezatorowych, a później do nich dograł czy dokleił tar i santur. Od samego początku w procesie nagrywania towarzyszyli mu Arash Bolouri i Pouya Damadi. Ebtekar manipuluje także ich grą, sprawia, że czasem instrumenty zupełnie nie przypominają siebie, by za chwilę wrócić do ich naturalnego brzmienia. Wplata w muzykę wiersze Omara Chajjama i Bidela Dahlaviego, ważnych figur perskiej poezji sprzed kilku wieków.

Parallel Persia maluje bardzo wyraźne obrazy świata pozornie pięknego, ale będącego pod pełną kontrolą. Sote pisze o tajemniczej, nienazwanej agencji, mnie przychodzi na myśl świat z Boga-Imperatora Diuny Franka Herberta. Cała galaktyka znajduje się pod czujnym okiem tytułowego despoty, nic nie dzieje się bez jego wiedzy. Paralele ze współczesnym światem są oczywiste, choć u nas to raczej wielkie, bezosobowe korporacje świata cyfrowego.


środa, 20 lutego 2019

Saba Alizadeh - "Scattered Memories"



Skąd pochodzi najlepsza muzyka eksperymentalna? Odpowiedź na to pytanie coraz częściej powinna brzmieć: z Iranu. Sote, Siavash Amini, fantastyczna kompilacja Girih prezentująca mnogość irańskiego soundartu to przykłady z kilku ostatnich lat. A przecież Dariush Dolat-Shahi już w latach 80. ubiegłego wieku nagrał fenomenalny album o wiele mówiącym tytule Electronic Music, Tar and Setar, który fantastycznie łączy zachodnią awangardę z perską tradycją.

W ten nurt wpisuje się debiutancki album Saby Alizadeha, syna jednego z najwybitniejszych współczesnych muzyków irańskich, Hosseina, w przeciwieństwie do ojca - wirtuoza taru i setaru -grającego na kamanczy, instrumencie daleko spokrewnionym z europejskimi skrzypcami. Saba zwykle grywa z ojcem, razem z nim kultywuje tradycję, a solowo spełnia się w bardziej eksperymentalnej odsłonie. To rzadkość w dzisiejszych czasach, ale gdy przeczytałem o Scattered Memories w podsumowaniu roku na beehype i chciałem go słuchać, nie udało mi się znaleźć żadnych nagrań, nic. Ani na YouTube, ani w streamingach. Ale już jest, wydany w cyfrze i na winylu przez berlińską Karlrecords (w innej wersji niż pierwotna).

Łączenie tych dwóch światów - eksperymentalnej elektroniki z pogranicza soundartu i rodzimej tradycji - przychodzi Alizadehowi niezwykle łatwo i wdzięcznie. Dźwięki kamanczy (raz traktowanej smyczkiem, innym palcami) i setaru toną w pogłosach i efektach, przechodzą w szumy i trzaski (ale nie tak radykalne, jak w przypadku Sacred Horror in Design Sote), zlewają się z nimi w jedno. W spokojniejszych momentach, jak “Dream”, słychać pokrewieństwa ze wspomnianym już albumem Dolat-Shahiego. Alizadeh też sięga po nagrania terenowe, które zakotwiczają kompozycje w kontekście przestrzeni.

To właśnie przestrzeń jest tym, co spaja Scattered Memories, muzyka na niej jest niezaprzeczalnie irańska. Ogromna, obezwładniająca przestrzeń smaganych wiatrem z górami widniejącymi hen, na horyzoncie. Czuć ją chyba nawet w tak zatłoczonych miastach, jak Teheran. jakby cały czas czaiła się gdzieś z tyłu głowy, chowała się w kącie oka, na granicy pola widzenia. W tych dźwiękach zapisane jest także ostre, białe światło słońca odbijające się od pustyni, palące i niemiłosierne.

Scattered Memories lokują się gdzieś między ścieżką dźwiękową Neila Younga do Truposza Jima Jarmuscha, Jerusalem in My Heart (słychać pokrewieństwo przede wszystkim z If He Dies, If If If If If If), a klasyczną muzyką perską, której w tej układance jest w sumie najmniej, ale tworzy podwalinę, na której Alizadeh tworzy swój muzyczny język. Język wciągający, intrygujący, chropowaty, ale w swojej surowości niezwykle piękny.




niedziela, 5 marca 2017

Fared Shafinury - "Into the Night"



Kiedy poznałem, trochę przypadkowo, pięć lat temu muzykę Fareda Shafinury'ego, amerykańsko-irańskiego "setarzysty", najbardziej ujęły mnie w niej dwie rzeczy - łatwość,  jaką muzyk łączył zachodnią alternatywę z perską tradycją, jak stawał między nimi, traktując je jako równoprawne i równorzędne części swojej twórczości oraz melancholia, która wybrzmiewała z każdego dźwięku. Behind the Seas był albumem pełnym tęsknoty, choć bardzo słonecznym.

Fared Shafinury przez bardzo długi czas milczał. Czasem wrzucił jakąś improwizację na soundcloud, grywał koncerty, ale o nowej płycie nie było żadnych wieści. I tak mijały kolejne lata, a ja, czekając, utwierdzałem się w przekonaniu, że Behind the Seas będzie jak meteor, który na krótką chwilę rozświetlił noc. Koniec końców premierę Into the Night prawie przegapiłem, mniej z własnego gapiostwa, a bardziej ze specyfiki obecnego przepływu informacji.

Cold Front i pierwsza część Chaotic Bliss trochę na wyrost zapowiadają, że Shafinury postawił na brzmieniową rewolucję - elektronika, gitara zamiast setaru, pogłosy. Jednak już w drugiej połowie Chaotic Bliss wszystko wraca na swoje miejsce. Setar wygrywa poruszające melodie, perska melodyka przekłada się na angielski tekst, w klasyczną formę Shafinury wprowadza automat perkusyjny i delikatne syntezatory. Zgodnie z tytułem, Into the Night to płyta nocna, stojąca w opozycji do skrzącej się barwami zachodzącego słońca Behind the Seas.

Mam wrażenie, że tym razem środek ciężkości przesunął się delikatnie w stronę zachodniej alternatywy. Piosenki mają w większości bardziej klasyczną anglosaską formę, Shafinury śpiewa częściej po angielsku niż persku. Wymownym przykładem tej zmiany kierunku jest Danccing in the Dark Springsteena, które kończy album. Zagrana na akustycznych instrumentach, z wiodącą rolę setaru, to nadal bardzo amerykańska piosenka, choć na sam koniec Shafinury przygotował niespodziankę - kilka wersów po persku. To też chyba najlepiej oddaje jego pomysł na muzykę.

Into the Night to udany kontynuator Behind the Seas. Niepozbawiony wad, bo chociażby So In Love jest okropnie kiczowate, ale w ogólnym rozrachunku bardzo porządny. Jednak do poziomu debiutu trochę brakuje, jednak to mnie nie martwi,  Behind the Seas to jedna z tych płyt, które trafiają się tylko raz.

środa, 9 września 2015

W centrum: Voi Doid - "Atman-Brahman"


Na pierwszą artystkę cyklu wybrałem Elenę Pustową z Kaliningradu, ukrywającą się za pseudonimem Voi Doid. Atman-Brahman przyciągnął moją uwagę okładką łączącą motywy indyjskie z zoroastriańskimi, co przypomina ilustracje wykorzystywane przez OM. Elena nie gra doom metalu, ale wpływy wschodnie i mistyczne są w jej twórczości równie ważne, co dla Ala Cisnerosa.

Rosjanka opiera swoją muzykę na rozmaitych samplach. Tnie i wykorzystuje wszystko, od religijnych mantr przez arabskie ludowe piosenki aż do własnego(?) głosu. Sample układa na ciężkich, wręcz brutalnych bitach. Jej muzyka jest jednocześnie linearna i repetytywna. Jak na kole czasu, wszystko się powtarza, ale każde powtórzenie jest inne. Elena potrafi również radykalnie zmienić charakter utworu. Narayna zaczyna się bardzo podobnie do Addis OM (to jedyny moment, gdy są tak blisko), ale zaraz potem rozmywa się w gąszczu. I tak jest cały czas, wszystko kończy się w zupełnie innym miejscu niż się zaczęło. Nic nie wraca o punktu wyjścia.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Persja, western i wampiry


Obecność na ścieżce dźwiękowej do "Tylko kochankowie przeżyją", filmu Jima Jarmuscha, przyniosła w Europie i Ameryce rozgłos Yasmine Hamdan, na soundtracku do "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu" również znajdują się artyści, dla których może to być przepustka do indie sławy. Przyjrzyjmy się się im bliżej.
Dla Noisey napisałem, kto jest najciekawszym artystą pojawiającym się w "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu".

poniedziałek, 1 września 2014

Popularniejsi niż pop

fot. Aram Al-e-Kana'n
10. edycja warszawskiego festiwalu Skrzyżowanie Kultur, jednego z najważniejszych polskich festiwali poświęconych muzyce niezachodniej rozpocznie się za niewiele ponad trzy tygodnie. Skład tegorocznej edycji będzie iście gwiazdorski, od Hugh Masekeli z RPA po Mahmuda Ahmeda, legendarnego etiopskiego wokalistę. Będzie również dzień przeznaczony jedynie muzyce polskiej. Oprócz tego usłyszymy kilkoro mniej znanych, ale równie interesujących artystów, z których najbardziej cieszy mnie obecność Rastak i Mascarimiri. Z tymi pierwszymi porozmawiałem dla M/I.