Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lipca 2016

Aşiq Nargile - Yurt Yeri


Pisałem kiedyś o etnomuzykologach amatorach działających na Kaukazie. Po Gruzji jeździ i nagrywa muzyków kolektyw Mountains of Tongues (wcześniej znany jako Sayat Nova Project). To oni odkryli Aşiq Nargile, której potem zorganizowali trasę po Wielkiej Brytanii, gdzie zagrała w legendarnej londyńskiej Cafe OTO.

Aşiq to nie imię, to tytuł. Aszykowie są kaukaskimi i tureckimi odpowiednikami zachodnioeuropejskich bardów. Wędrownymi muzykami, którzy śpiewają poezję, mityczne eposy i byli strażnikami tradycji. O dziwo, sowieckie panowanie nie stłamsiło aszyków, wręcz przeciwnie, azerscy aszykowie mogli tworzyć i występować stosunkowo swobodnie, dzięki czemu to "zawód" żywy do dziś. Nargile Mehtiyeva zaczęła występować w wieku piętnastu lat i dziś jest jedyną kobietą-aszykiem w Gruzji.

Yurt Yeri jest zapisem pierwszego koncertu Nargile w Cafe OTO. To utwory na saz i głos. Wszystkie to stare melodie, do kilku z nich Nargile napisała własne teksty (w końcu aszykowie to też poeci), jeden to azerska pieśń weselna. Dwa są zupełnie instrumentalne. Tyle można wyczytać na stronie OTOROKU, same suche fakty.

Yurt Yeri zupełnie takie nie jest. To muzyka pełna emocji. Nie wiem, o czym śpiewa Nargile, nie znam azerskiego, ale słychać w jej głosie, że to bardzo ważne sprawy - miłość, śmierć, przyjaźń. 

A może to tylko złudzenie, biorące się z egzotyki i przeświadczenia, że tak piękna, poruszająca muzyka nie może być o czymś banalnym. Że może być to złudzenie, pokazał Chris Kirkley i wydana przez niego płyta Fadimoutou Wallet Inamoud wypełniona surowym issawat, wydającym się archaicznym, a tekstowo na wskroś współczesnym i momentami przyziemnym (co pokazuje, że to żywa tradycja). Możliwe, że w przypadku Nargile jest tak samo.

Równie piękny, co głos Mehtiyevej jest jej gra na sazie (długoszyjkowej lutni, podobnej do tureckiej baglamy). Saz brzmi perliście i surowo jednocześnie. Metalowe struny raz rozbrzmiewają w pełni ozdobnikami, by zaraz stłumione ustąpić miejsca głosowi. Tak tka swoje opowieści Nargile. Ja słyszę w nich majestat Kaukazu, góry wyrastające nad zielonymi, żyznymi dolinami, upstrzonymi owcami(i mam nadzieję, że się nie mylę). Aż chce się spakować plecak, rezerwować bilety na samolot i wyruszyć w podróż.

środa, 26 września 2012

Szamanki, pasterze, derwisze

Znów pisany na szybko szkic.

Drugi dzień Skrzyżowania Kultur rozpoczęły Ayarkhaan, pięć Jakutek, które kontynuują starą tradycję śpiewu gardłowego i gry na jakuckiej drumli - khomusie. Tyle wiedziałem przed koncertem. Nie wiedziałem natomiast, że te drumle mogą brzmieć, jak eksperymentalna elektronika. Z dropami. NAPRAWDĘ. I to właśnie razem z efektami dźwiękowymi (wiatr, rżenie koni, śpiew ptaków, kowalskie młoty), do których produkowania wystarczyły im te małe kawałki metalu i własne głosy, wbiło mnie w fotel (no, krzesełko) podczas ich występu, mimo że ich śpiew był również fantastyczny.Wszystko razem tworzyło niezwykle sugestywny obraz syberyjskiej pustki, zmarzliny po sam horyzont, miejsca, gdzie przez wiele dni jazdy konno krajobraz się nie zmienia. Brr.

Po nich przyszedł czas na Rustavi, męski gruziński chór. Piosenki ludowe przeplatali kościelnymi. Aż szkoda, że nie zaśpiewali w kościele, jak A Filetta na ubiegłorocznym Ethno Porcie. W zanadrzu mieli również kilka "kabaretowych" utworów (a przynajmniej tak się wydawało bez rozumienia gruzińskiego, ale skoro jeden pan szczekał, to nie mogło to być coś zbyt poważnego). Był też instrumentalny przerywnik, który objawił kaukaskiego Steve'a Vaia. Z tą różnicą, że jego instrumentem nie jest gitara, lecz flet, ale również wydawał z niego milion dźwięków na sekundę. A nawet z nich, bo w pewnym momencie zaczął grać na dwóch jednocześnie. Jak to robił, nadal nie mam pojęcia. Nic więc dziwnego, że z całego dziesięcioosobowego zespołu, to właśnie on dostał największe owacje. Należy tu dodać, że Gruzini byli oklaskiwani długo i często, aż po czterdziestu minutach występu i kilku braw na scenę weszły dziewczęta z kwiatami, by podziękować im za koncert, a do końca było jeszcze daleko. Już po właściwej części koncertu i bisach, Rustavi pojawili się na małej scenie w klubie festiwalowym i tam zaśpiewali dwie piosenki. Szkoda tylko, że ludzie gadali okrutnie.

W środę Skrzyżowanie rozczarowało po raz pierwszy. Na koncert Juliena Weissa z Al-Kindi Ensemble czekałem z wypiekami na twarzy. Niestety, ani część z rytualnymi utworami i wirującymi derwiszami, ani autorskimi kompozycjami Francuza nie zachwyciły,. Naprawdę magicznie zrobiło się w części trzeciej, gdy wykonywali ottomańską muzykę dworską z dużą ilością improwizacji. Nie wiem, czy ten zawód wynikał z moich wybujałych oczekiwań, czy po prostu Weiss miał gorszy dzień. Stawiam na to drugie. Musiał skompletować nowy zespół, bo jego syryjscy współpracownicy są uwikłani w wojnę, a dzisiaj znów zostało zbombardowane Aleppo i nie wiadomo, czy przetrwał jego dom.