Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M/I. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M/I. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lutego 2022

Congotronics International

W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. W 2015 roku w Warszawie grali i Deerhoof (w DZiKu, w Walentynki) i Konono n1 (dwa razy w Pardon, To Tu). Cztery lata wcześniej grają razem na OFF Festivalu, a wcześniej zakładają Congotronics vs. Rockers, dziewiętnastoosobową supergrupę łączącą Konono, Kasai Allstars, Wildbirds & Peacedrums, Deerhoof, Juanę Molinę. Minęło od tamtego czasu 11 lat, ale wreszcie, pod koniec kwietnia, ukaże się zapis tamtych wyjątkowych koncertów. Tak się złożyło, że te siedem lat temu zrobiłem wywiad z Gregiem Saunierem, perkusistą Deerhoof (i wspaniałym rozmówcą) dla internetowego wydania M/I (RIP). Nie ma lepszego momentu, by przypomnieć tamtą rozmowę. Rozmawialiśmy też o Lado ABC, podróżach i po prostu życiu w zespole. 

Dzisiaj i we wtorek w Warszawie grają Konono n1. Możesz zdradzić co się stało z projektem Congotronics vs Rockers, w który również był zaangażowany Deerhoof?

Ciekawe, że o to pytasz. Na jednym koncercie, w Polsce zresztą, zagrałem z Konono na bębnach. To jedno z moich najlepszych muzycznych wspomnień, bo całe tamto lato grałem z Konono w ramach Congotronics vs Rockers. Była to ciągła walka. Wiesz, jak gram, prawda? Ciągle zmieniam tempo, wychodzę przez szereg, gram cicho, a zaraz potem bardzo głośno, potrafię zagrać coś nieprzewidywalnego. Za każdym razem, gdy z nimi próbowałem, mówili mi „nie, nie możesz tak grać, bębny grają w ten sposób. Nie przyśpieszaj, nie zwalniaj, graj ćwierćnuty”. Zawsze, gdy zagrałem coś innego patrzyli na mnie z dezaprobatą. Pewnie myślisz, że granie bez udziwnień jest prostsze. Nie dla mnie. Dyscyplina sprawia, że gra mi się dużo ciężej. Walczyliśmy ze sobą przez całe lato. Mijały miesiące, a my się ciągle kłóciliśmy o to, co mogę grać. W sierpniu graliśmy tego samego dnia na OFF Festivalu. Przyszli do mnie muzycy Konono i zaproponowali mi, żebym zagrał cały koncert jako ich perkusista. Byłem niesamowicie szczęśliwy i dumny. To było zwycięstwo naszej muzycznej relacji.

Jeśli chodzi o Congotronics vs Rockers, prawie każdy koncert został nagrany. I jeśli mówię nagrany, chodzi mi o profesjonalne nagranie z konsolety. Każdy kanał oddzielnie, a na scenie było 19 osób. Włożyłem ogrom pracy, by je zmiksować. Album jest już gotowy, pracowałem nad nim rok. Wysłałem maila do Crammed Discs (wydawcy serii Congotronics – przyp. aut.), ale odpowiedzieli mi, że nie jest to właściwy czas, bo właśnie wydawali Kasai Allstars i nie chcieli, by te albumy sobie przeszkadzały. Od tego czasu minął prawie rok, więc kilka dni temu napisałem do nich znowu. Każdy, kto słyszał ten album uważa, że jest niewiarygodny, niezwykle taneczny i brzmi po prostu świetnie. Niewielu ludzi słyszało nas na żywo i wie, jak to brzmiało. W internecie można znaleźć jakieś nagrania w bardzo złej jakości, ale to nie to.

Te koncerty były szalone, możesz usłyszeć na nagraniu, jak gitarzysta wymiata albo jak perkusista kreatywnie gra. I to wszystko na żywo! Tak bardzo chcę, by cały świat usłyszał te nagrania, że jest mi wszystko jedno, czy ktoś to wrzuci za darmo do internetu. Conogtronics vs Rockers nie było kolejnym, zwykłym worldbeatowym projektem, wygładzonym miszmaszem gatunków. Nie, pełno było w tej muzyce agresji i walki. Czułem się, jak w punkowym zespole.

Co było największym wyzwaniem w tym projekcie?

Wszystko. Zacznijmy od języka. Członkowie Konono no.1 słabo mówią po francusku, członkowie Deerhoof – ani słowa. W ciągu tamtego lata nauczyłem się porozumiewać po francusku na poziomie trzylatka, potrafiłem składać najprostsze zdania, ale i tak ledwo mnie rozumieli.

Każdy cierpiał w tej sytuacji. Kongijczycy nie znosili europejskiego jedzenia, więc każdy dzień był dla nich trudny. Jednak najwięcej musiała znieść Juana Molina, która zna perfekcyjnie angielski i francuski. Za każdym razem, gdy ktoś chciał coś komuś powiedzieć, zwracał się do Juany z prośbą o przetłumaczenie, a że przeważnie się kłóciliśmy, było to bardzo stresujące dla Juany. Nikt nie dałby sobie rady z taka ilością emocji.

Tak naprawdę, drugim takim wyzwaniem dla członków Deerhoof, jest bycie w Deerhoof. Wytrzymaliśmy ze sobą 20 lat. Co ciekawe, na początku mieliśmy podobne problemy, co Congotronics vs Rockers. Gdy Satomi przyjechała do Stanów z Japonii, jej angielski nie był najlepszy, ja nie mówiłem słowa po japońsku. Z czasem nasza komunikacja bardzo się poprawiła, ale język to nie wszystko. Zostają jeszcze różnice kulturowe, w manierach, guście muzycznym, czy filozofii. Nie mogę trochę uwierzyć, że ciągle gramy razem. Każdy z naszej czwórki jest zupełnie inny. Wyobraź sobie teraz, że w Congotronics vs Rockers było takich różnych osób 19. Jedne skryte, inne chcące być liderem. Ciągle się ścieraliśmy, ale w taki sposób najlepiej się uczy.

Kiedy grałem z Congotronics vs Rockers i przez cały czas w Deerhoof, grając po całym świece – nigdy bym nie przypuszczał, że kiedykolwiek zagramy koncert w Polsce, a przyjeżdżamy tu już czwarty albo piąty raz – zastanawiałem się, jak to możliwe, że George W. Bush został prezydentem mojego kraju, a nigdy wcześniej nie był zagranicą! Myślę o wszystkim, czego mnie nauczyły podróże po świecie, jak dzięki nim stałem się inną osobą, jak zmieniły moje życie i fakt, że prezydentem został człowiek, który nie wyjechał zagranicę, jest dla mnie niepojęty. Ja jestem wielkim szczęściarzem, że miałem szansę podróżować i pracować z muzykami z różnych światów.

Co najbardziej cię zdziwiło podczas tych podróży?

Zawsze najdziwniejszymi rzeczami są zupełnie normalne sprawy w miejsc, które odwiedzasz. Posłużę się polskim przykładem. Kiedy graliśmy pierwszy raz w Polsce na OFF Festival Clubie, siedzieliśmy na backstage'u i przyszedł promotor z menu, pytając się, co chcemy zjeść. Byliśmy już w trasie jakiś czas, wcześniej graliśmy we Francji. Tam posiłek składa się z pięciu dań. Dostajesz trochę tego, trochę tamtego. Zapytałem się promotora, jakiej wielkości są te porcje, ile mam zamówić. On na to , że są spore, ale bez przesady, więc zamówiłem sałatkę i makaron. I co? Dostałem dwa ogromne talerze, można było tym nakarmić armię. Albo niedźwiedzia, który właśnie wybudził się z hibernacji (śmiech). Na początku myśleliśmy, że to jakiś żart, bo każdy z nas dostał ogromną porcję.

Drugą taką rzeczą, może nie do końca dziwną jest to, że za każdym razem, gdy rozmawiam z ludźmi po koncercie, wypytują mnie o zespoły z mojego miasta, Nowego Jorku, a ja ich zupełnie nie znam. Gdziekolwiek nie pojedziemy, każdy lepiej ode mnie orientuje się w amerykańskiej muzyce.

To prawda, że jesteś klasycznie wykształconym muzykiem?

W pewnym sensie. W koledżu studiowałem kompozycję, ale nigdy nie brałem lekcji gry na perkusji. Nikt w zespole nie szkolił się w swoim instrumencie. To znaczy, John miał chyba jedną lekcję gry na gitarze, Satomi nie grała wcześniej w żadnym zespole, a Ed zna zapis nutowy, bo grał na organach, gdy był dzieckiem. Jesteśmy dziwną mieszanką.

Dlaczego wybrałeś bębny?

Nie wiem. Grałem na werblu w szkolnej orkiestrze dętej. Nie wiem, czemu wtedy wybrałem ten instrument. Trochę mnie dziwi, ze podjąłem taką decyzję, będąc małym dzieckiem. Dlaczego? Dlaczego bębny? Kiedy myślę o tym teraz, po prostu bardzo lubię grać, bo w pewnym sensie pasują do mojej osobowości. Uwielbiam, że grając na nich, można eksplodować. Kocham ich brzmienie, po prostu do mnie pasują. To bardzo fizyczny instrument, gra na nim jest niczym ćwiczenie fizyczne i jest świetnym sposobem na konstruktywne spożytkowanie energii.

W jaki sposób fakt, że mieszkacie w rożnych miastach wpływa na zespół?

Myślę, że ma bardzo dobry wpływ na Deerhoof. Gdy mieszkaliśmy wszyscy w San Francisco, jeśli któreś z nas miało pomysł muzyczny, przedstawiał go zespołowi. Teraz, gdy mieszkamy w trzech różnych miastach, mamy projekty poboczne, zespoły z innymi ludźmi. John i ja zajmujemy się produkcją płyt. Każde z nas zaczęło grać z innymi ludźmi, ja zacząłem pisać muzykę na klasyczne instrumenty, czego nie robiłem od koledżu. Wszystko to sprawiło, że w Deerhoof jesteśmy znacznie bardziej zrelaksowani, bo nie jest już jedynym wehikułem do wyrażania siebie.

Kiedy się teraz spotykamy, czerpiemy z naszej obecności dużo większą radość. To jedyny zespół, w którym możemy się wyluzować. Znamy się tak dobrze, że potrafimy sobie czytać w myślach. Nie ma już takiego ciśnienia, jak wcześniej. Udało się nam przezwyciężyć kryzysy w naszej relacji. Nie mogę doczekać się najbliższej trasy, stęskniłem się za zespołem. Kocham grac z Deerhoof, na scenie łączy nas specyficzna więź, potrafię odczytywać nawet najdrobniejsze sygnały i odpowiednio na nie reagować, wiem, co Ed, John i Satomi chcą przekazać. To jest niczym płynna konwersacja i muszę przyznać, że stała się łatwiejsza, odkąd nie mieszkamy w jednym mieście.

Powiedziałbym, że Deerhoof gra popsuty pop. Czym jest muzyka pop dla Ciebie?

Wiem, o co chcesz zapytać, ale dla mnie pop to nie brzmienie, ale pop to nie styl muzyczny, ani określone brzmienie. Nie sądzę, że gramy popsuty pop. Jeśli gramy jakikolwiek rodzaj popu, to jest to po prostu pop, ponieważ dzisiejsza muzyka pop jest popsutym wczorajszym popem. Pop jest bardzo innowacyjny. Poza jednym aspektem – zawsze jest kapitalistyczny, chce się sprzedać, dotrzeć do ludzi, którzy wydadzą pieniądze. To się w popie nie zmienia. Brzmienie ciągle się zmienia i może być wszystkim. W północnej Europie to metal często jest popem. Na drugim końcu jest muzyka delikatna i akustyczna, która też może być popem. Szybkie piosenki, wolne piosenki, skromne piosenki, przeprodukowane piosenki. To wszystko jest pop. Pop zawsze stara się popsuć pop. Dlatego nie nazwałbym naszej muzyki popsutym popem.

Lubicie bawić się konwencją, zmieniać style. Lado ABC, polski wydawca La Isla Bonita jest znany z tego samego. Jak na siebie trafiliście i kto wpadł na pomysł wydania nowej płyty Deerhoof u nich?

To mój pomysł, ale nie wziął się znikąd. Znamy się z ludźmi z Lado ABC od dłuższego czasu, szczególnie z Maciem Morettim. Macio gra wielu zespołach, ale pierwszy raz zobaczyłem go, gdy grał z Baabą na tym samym festiwalu w Sankt Petersburgu, co my. Byliśmy zupełnie zszokowani, gdy zobaczyliśmy swoje zespoły. Obaj jesteśmy wysocy i chudzi, ale ja jestem znaczniej przystojniejszy (śmiech). Mamy prawie takie same zestawy perkusyjne – jeden cowbell, jeden kocioł, jeden talerz. Gdy ich zobaczyłem na scenie, pomyślałem sobie – kim jest ten gosć? Był jak mój zaginiony bliźniak. On miał dokładnie takie samo odczucie, gdy zobaczył Deerhoof. Rozmawialiśmy po koncercie. Następnie widziałem Baabę w belgijskim Kortrijk, na festiwalu, na którym byliśmy kuratorami. Zaprosiliśmy Baabę i zagrali najlepszy koncert festiwalu. Rok czy dwa lata później graliśmy trasę po Stanach z innym zespołem Macia – LXMP. Zwykle w dużych miastach koncerty wyglądają tak samo, publiczność przychodzi i czeka na headlinera, nie zaprzątając sobie głowy supportem. LXMP byli w ogóle nieznani w Stanach. W ogóle. Jednak, gdy tylko zaczynali grać, ludzie dosłownie zbiegali pod scenę. Tak było za każdym razem.

W każdym razie, Macio co jakiś czas wysyła mi płyty Lado. Mają niesamowity katalog. Nadal nie ogarniam, jak udaje im się wydawać takie płyty w tak wypasiony sposób. CD z grubą, kolorową książeczką? Żaden problem, a my w USA nie jesteśmy w stanie tak wydać płyty Deerhoof. Skąd Lado bierze pieniądze na takie wydania? Ze sprzedaży innych płyt? Kto je kupuje? A może po prostu produkcja płyt w Polsce jest bardzo tania. Kiedy Macio wysłał mi płytę pianisty grającego fugi Bacha na popsutym pianinie i nagrane na dyktafon (Sztuka Fugi Marcina Maseckiego) stwierdziłem, że to najlepsza wytwórnia we wszechświecie.

Gdy wpadliśmy na pomysł wydania La Isla Bonita w różnych wytwórniach, Lado było moim pierwszym wyborem. Zresztą to bardzo dobry pomysł wydać się w kilku małych labelach, bo one zazwyczaj lepiej traktują swoich artystów.

Wiesz, że ten pianista będzie otwierał wasz warszawski koncert?

Naprawdę? Nie wiedziałem! Ale super. Słuchałem jeszcze jego interpretacji Chopina, są fantastyczne!

Congotronics International Where's the one? wychodzi 29 kwietnia 2022 nakładem Crammed Discs.


piątek, 19 marca 2021

Chutney z Karaibów: Muzyka jak wulkan gorąca


W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. Ostatni odcinek wyśmienitego podcastu Dział Zagraniczny o Karaibach, przypomniał mi, że dla Kwartalnika M/I napisałem tekst o trynidadzkiej chutney music. Wrzucam go w niezmienionej formie.

Każda z rozrzuconych łukiem wysp Morza Karaibskiego jest swoistym mikrokosmosem. Nie tylko pod względem przyrodniczym, ale i kulturowym. Migracje ludności, przymusowe przesiedlenia, mieszanie się rozmaitych tradycji, izolacja, wszystko to wpłynęło na mnogość lokalnych gatunków muzycznych. W tej kolorowej i ciekawej mozaice wyróżnia się chutney, muzyka potomków indyjskich robotników.

Opowieść rozpoczynamy w 1838 kiedy na Karaibach zaczęło brakować rąk do pracy, a niewolnictwo było już w Imperium Brytyjskim formalnie zakazane, a ktoś przecież musi pracować na plantacjach trzciny cukrowej. Zatem zamiast do Afryki, przedstawiciele plantatorów skierowali się do Indii. Tam, często pod przymusem lub za pomocą oszustwa, rekrutowano młodych, pochodzących z biednych rodzin, przyszłych pracowników. Nierzadkie były sytuacje, że miejsce pracy ujawniano dopiero po złożeniu po podpisu.

Rekrutowani robotnicy byli obojga płci, zdarzało się, że kontrakty podpisywały całe rodziny. Łatwo było więc pielęgnować w nowej ojczyźnie tradycje wyniesione z Indii. Tym bardziej, że Indusi mieszkali razem na plantacjach, a kontakty z innymi mieszkańcami wysp, w tym wyzwolonymi czarnymi niewolnikami były ograniczone do minimum. Zachowały się i podziały kastowe, i religia, i muzyka. W początkowych latach można było usłyszeć całą gamę tradycyjnych form, od klasycznych hinduskich bhajanów do sufickiego qawwali oraz niezliczone gatunki muzyki ludowej. Właśnie w ludowej tradycji należy upatrywać korzeni chutney music. Muzyką klasyczną, z tekstami z Wed mogli zajmować się tylko członkowie wyższych kast. Reszcie pozostawała muzyka ludu, opiewająca zwykłe życie, pracę na roli, ale i ważna w rytuałach, w których leży kolejne źródło chutney music. Hinduskie wesele jest skomplikowanym i wielowiekowym rytuałem, nie ma tu miejsca na wgłębianie się we wszystkie jego aspekty. Zostańmy przy najważniejszych. W piątek poprzedzający ceremonię kobiety z rodziny panny młodej zbierają się na matkor, podczas którego przy akompaniamencie bębnów tassa śpiewają pełne erotycznych odniesień piosenki mające przygotować przyszłą małżonkę do nocy poślubnej. Swoista śpiewana instrukcja obsługi mężczyzny. Śpiewom towarzyszyły równie rozerotyzowane tańce. Podobną strukturą charakteryzują się chaathi i barathi, prywatne ceremonie z okazji narodzin potomstwa. Na takim gruncie wyrósł chutney.

Z powodu pikantnej tematyki poruszanej w tekstach gatunek otrzymał swoją nazwę od słodko-ostrego sosu używanego w kuchni indyjskiej. Nawiasem mówiąc, nie jest to jedyny gatunek muzyczny, którego nazwa związana jest kulinariami Wystarczy wspomnieć palm-wine music z Ghany, czy ghańsko-niemiecką hybrydę burger highlife. Wróćmy jednak na Karaiby. Skoro chutney wywodzi się z tańca, ważny jest rytm. Szybki, transowy rytm, za który odpowiadają dholak i dhantal. Ten pierwszy to dwustronny bęben, spotykany na całym subkontynencie indyjskim. Dhantal natomiast jest najprawdopodobniej wynalazkiem już karaibskich Indusów i składa się z długiego na ponad metr stalowego drutu uderzanego pierwotnie podkową, co daje wysoki, rezonujący dźwięk. Klasyczny skład uzupełnia wokalista grający jednocześnie na harmonium. Tu możecie zapytać: "Ale jak to, skoro chutney powstał z kobiecej tradycji? Skąd ci mężczyźni?" Chutney Spieszę z odpowiedzią. Wraz z rozluźnianiem się tradycyjnych więzów społecznych i wrastaniem Indusów w kulturę Trinidadu, w ceremoniach zaczęli również brać czynny udział mężczyźni. W sąsiednich Gujanach: Brytyjskiej i Holenderskiej (przyszły Surinam) powstanie i ewolucja chutney przebiegały bardzo podobnie, choć na tym drugim terytorium kilka różnic sprawiło, że tamtejsza odmiana nazywa się baithak gana.

Pierwsze nagrania chutney i baithak gany pochodzą z 1958 roku, kiedy Ramdew Chaitoe wydał album zatytułowany buńczucznie King of Suriname. Tytuł okazał się proroczy, w krótkim czasie Chaitoe staje się najpopularniejszym śpiewakiem w swoim rodzinnym kraju oraz wszędzie na Karaibach, gdzie mieszka indyjska diaspora. Co ciekawe, jego piosenki, choć utrzymane w szaleńczym tempie charakterystycznym dla chutney, opiewają nie ziemskie przyjemności, lecz dotyczą religii. Nie przeszkodziło im to jednak stać się radiowymi przebojami. Może to też być zaskakujące, ponieważ w zachodnich uszach niosą one spory ładunek smutku i zadumy. Pięć lat później, w 1963 roku, Ramdew wraz ze swoją rodaczką, Dropati odbył trasę po Trynidadzie i ugruntował swoją popularność wśród Indusów oraz jeszcze bardziej spopularyzował chutney. W tym samym okresie debiutował Yusuff Khan, którego album Haunting Melodies of Yusuff Khan był moim pierwszym spotkaniem z muzyką indo-karaibską. Jeszcze mocniej zanurzony w tradycji religijnej niż nagrania Ramdew Chaitoe, Khan był również jeszcze lepszym śpiewakiem, jego nagrania pełne są żaru i charyzmy. Jednak, mimo że jego zespół korzysta z instrumentów typowych dla chutney, muzyka Khana nim nie jest, ale to bardzo dobry do niego wstęp.

Rok 1970 przyniósł narodziny nowoczesnej chutney music. Sundar Popo, nazwany później królem chutney, wydał pierwszy singel, Nani & Nana. Już od pierwszych sekund słychać, że mamy do czynienia z nową jakością. Harmonium ustępuje miejsca gitarom elektrycznym i syntezatorom. Dholakowi i dhantalowi towarzyszą automaty perkusyjne. Zamiast w hindi Popo śpiewa w kreolskim angielskim. Od tamtej pory kariera Sundara potoczyła się błyskawicznie. A samo chutney coraz mocniej zbliżało się do muzyki afro-karaibskiej, odważnie flirtując z calypso i soca. Czas na krótkie wyjaśnienie. Calypso jest tradycyjną muzyką potomków czarnych niewolników, można znaleźć w niej wpływy i zachodnioafrykańskiej tradycji griotów, i rdzenne rytmy. Soca natomiast jest mieszanką calypso i funku. Ten mariaż szybko podbił Trynidad, tym bardziej, że miał on połączyć muzykę czarnej i indyjskiej ludności kraju. Zresztą lata 80. i początek 90. to czas zbliżania się Kreoli i Indusów, czego efektem jest w muzyce chutney soca. Ta mieszanka szybko wyparła z głównego nurtu klasyczny chutney za sprawą Drupatee i jej hitu Chutney Soca.

Czym zatem się różnią te dwa gatunki? W artykule dla dwumiesięcznika Caribbean Beat pada stwierdzenie, że chutney to rytm, a zaburzenie go, zwolnienie, zelektryfikowanie daje chutney soca. Ten styl od początku wzbudzał kontrowersje wśród konserwatywnych Indusów, zarówno z powodu już jednoznacznie seksualnych i wulgarnych tekstów, propagowania imprezowego stylu życia (wystarczy tylko wspomnieć przebój Adesha Samaroo Rum Til I Die), jak i łączenia tradycji induskiej z kreolską, co było dla wielu nie do pomyślenia, z powodu wcześniejszej izolacji i niechęci do siebie obu grup.

Rosnąca popularność chutney soca wśród trynidadzkich Kreoli zbiegła się w czasie z odgrywaniem przez Indusów coraz większej roli w życiu politycznym i kulturalnym kraju. Do tego przyczynili się sami muzycy, jak choćby Black Stalin, legenda calypso, który w 1995 roku w dorocznym konkursie na najlepszego śpiewaka calypso zaprezentował utwór Tribute to Sundar Popo. Pod koniec ubiegłego wieku, za sprawą brooklyńskiej wytwórni Jamaica Me Crazy, artyści grający chutney zdobyli skromną rozpoznawalność w Stanach Zjednoczonych, co zaowocowało trasami Sundara Popo i Drupatee. Jednak był to tylko krótki epizod.

Dziś chutney soca coraz mocniej ulega wpływom innych karaibskich gatunków, w tym święcącego tryumfu na wszystkich wyspach Małych Antyli reggaetonu. Zdarza się, że „chutney” odnosi się jedynie do pochodzenia wykonawcy, a muzyka jest zupełnie pozbawiona indyjskich elementów. Odpowiedzią na ten trend jest powrót do łask klasycznego chutney, już bez społeczno-obyczajowych kontrowersji, towarzyszących narodzinom stylu. Chutney z muzyki biedoty stał się wyrazem dumy z tradycji i indyjskiej tożsamości.

Kwartalnik muzyczny M/I nr 2, zima 2014
zdjęcie: Drupatee, źródło: facebook artystki

niedziela, 9 października 2016

Jozef van Wissem - "When Shall This Bright Day Begin"


Czasem nie trzeba zmieniać zbyt wiele. Tak jest w tym przypadku. Van Wissem korzysta z tych samych patentów: wolno powtarzanych fraz, lekko modyfikowaych w czasie, wraca do motywów, nadaje muzyce cyrkularny charakter. Lutnista gra oszczędnie, bez nadmiaru ozdobników, pozwala wybrzmieć dźwiękom. Czasem powtarza frazy wokalu. Wszystko to już u Jozefa słyszeliśmy, i odwołania do minimalizmu, i do muzyki renesansowej również.

A jednak When Shall This Bright Day Begin to płyta inna od poprzednich pozycji van Wissema. Różni ją jasność brzmienia. Lutnia momentami aż się perli trelami w Detachment, jakby właśnie wstawał dzień nad bezludną, piaszczystą plażą. Nie jest to jednak brzmienie ciepłe – ta wyimaginowana plaża znalazłaby się nad Zatoką Fińską lub Morzem Północnym – wieje zimny wiatr, szarpie nadmorskie wydmy. Jasność momentami ustępuje miejsca charakterystycznemu dla muzyki Holendra mrokowi, tak jest w początkowych fragmentach The Purified Eye of the Soul Is Placed in the Circle of the Eternal Sun. Pojawia się również oniryczność, potęgowana wokalizami Zoli Jesus w otwierającym album To Lose Yourself Forever Is Eternal Happiness. Głos niesie się szerokim echem, jeszcze mocniej odrealnia prostą kompozycję. Jednak to Ruins, drugi utwór z udziałem Zoli Jesus jest najbardziej elektryzującym momentem płyty. Monumentalny, potężny brzmieniowo, najmniej abstrakcyjny ze wszystkich. Do niego wracam najczęściej z całego albumu.

Van Wissem sięga także do słowa mówionego, tym razem wplata w swoje kompozycje wypowiedzi o architekturze. I może też właśnie dlatego te kompozycje są tak jasne, bo są to opowieści o modernie, oślepiającym białymi fasadami. Van Wissem zdaje się opowiada o architekturze za pomocą dźwięków. Samo w sobie jest to ciekawym połączeniem, ale przecież Holender łączy te wypowiedzi z brzmieniem archaicznej lutni, wiąże historyczną formę z nowoczesną treścią.

Gdyby cały album był tak intensywny jak „Ruins” byłaby to pewnie płyta fantastyczna. When Shall This Bright Day Begin to po prostu płyta bardzo dobra. Kolejna w dorobku Jozefa van Wissema.



mimagazyn.pl, kwiecień 2016

piątek, 30 września 2016

Muzyczne dialekty Kaukazu


Choć Kaukaz zamieszkuje ponad 70 grup etnicznych, z których każda ma długą i interesującą historię, to o wielu z nich nie wiemy prawie nic. Ani o ich tradycjach muzycznych. Owszem, znane są w Europie mughamy z Azerbejdżanu, polifoniczne śpiewy z Gruzji, czy brzmienie armeńskiego duduka. Ale co z resztą? Jak podśpiewują sobie Czeczeni, na czym grają Awarzy? Istna terra incognita. Ciekawskim w sukurs przychodzą magia Internetu, grupki zapaleńców i nagrania terenowe.

Bułat Chalilow z kolektywu Ored Recordings (ored po czerkiesku znaczy 'piosenka'), zapytany czy zna innych dokumentalistów, wymienia inicjatywę Sayat Nova z Gruzji i przelotne wizyty Vincenta Moona, francuskiego reżysera, twórcy La Blogotheque i Petites Planetes. Są nagrania z lat sowieckich, ale one nie oddają autentyzmu. Muzyka tradycyjna jest związana z określonym miejscem, studio nagraniowe ją zabija. - mówi mi Chalilow. Ored Recordings tworzy z żoną Milaną i przyjacielem Timurem Kodzoko. Sami są Czerkiesami, narodem rozsianym po całym Kaukazie i tureckim wybrzeżu Morza Czarnego.

W stronę field recordingu zwrócili się dzięki tak awangardowym artystom, jak Jakob Kierkegaard czy Chris Watson. Oczywiście, swoją rolę odegrał też Alan Lomax, nestor etnomuzykologicznych nagrań terenowych. Chalilow w swoich działaniach kieruje się nieodpartą potrzebą zachowania tradycji. Kultura popularna dąży do homogenizacji, istnieje tylko jeden kaukaski pop, nie ma różnicy między popem osetyńskim, a abchaskim. My chcemy pokazać, że można się różnić. - tłumaczy artysta. Na Bandcampie możecie posłuchać ich pierwszych nagrań. Byli na festiwalu kultury czerkieskiej, w dagestańskiej wiosce zamieszkałej przez Laków, odwiedzili Czeczenię. W planach mają nagrania Greków Pontyjskich z Abchazji, sufickich rytuałów z Czeczenii, czerkieskiej diaspory. Nie zamykamy się na północny Kaukaz,po prostu tu żyjemy, więc tu najłatwiej nam pracować. W przyszłości chcemy nagrywać wszystko, co jest warte uwiecznienia. - mówi mi Bułat. Początkowo efekty ich działań miały ukazywać się jedynie cyfrowo. Z czasem jednak okazało się, że są chętni nadać im fizyczny wymiar.

Sayat Nova (od pierwotnej publikacji tekstu zmienili nazwę na Mountains of Tongues) skupia się właśnie na fizyczności. Za tą nazwą, imieniem wielkiego osiemnastowiecznego ormiańskiego poety i aszyka (odpowiednik minstrela), kryją się dwoje Amerykanów i jeden Gibraltarczyk. Ben Wheeler, Anna Harbaugh i Stefan Willamson-Fa działają z Tbilisi, ponieważ, jak sami mówią, stolica Gruzji jest najlepszym miejscem, by zebrać kontakty. Wśród mieszkańców są przedstawiciele prawie wszystkich mniejszości zamieszkujących kraj. Z Tbilisi łatwiej jest też dotrzeć do publikacji naukowych i istniejących już nagrań, choć nie dość, że jest ich niewiele, to jeszcze pochodzą z czasów sowieckich.

Skoro mieszkają po drugiej stronie gór, do tej pory skupiali się na Zakaukaziu, w przeciwieństwie do Ored Recordings. Poza tym, obie inicjatywy mają ze sobą wiele wspólnego. Interesują ich mniejszości, ginące tradycje. Różni ich też fakt, że efekty swoich sesji nagraniowych Sayat Nova Project wydają na nośnikach fizycznych. Na koncie mają Mountains of Tongues winyl dla L.M. Dupli-cation, wytwórni A Hawk and a Hacksaw, CDr, oraz wydany kilka tygodni temu boks czterech kaset, Kazbek. Szczęśliwie, by zapoznać się z ich pracą, nie musicie poszukiwać tych wydawnictw. Przekrojowo wygląda ich profil na Soundcloudzie, gdzie możecie posłuchać muzyki Gruzinów, Kurdów, Udynów, Tuszetyńców, gruzińskich Awarów. Niektórych z tych narodowości nikt wcześniej nie nagrywał.

Możliwe, że nie wszystkie grupy etniczne, nagrane przez Ored Recordigs i Sayat Nova Project przetrwają. Rozpłyną się wśród dominujących narodowości. I wtedy zostaną po nich tylko nagrania.

mimagazyn.pl, wrzesień 2014

poniedziałek, 11 maja 2015

Numer trzeci

Numer trzeci M/I właśnie się drukuje, do sprzedaży trafi w przyszłym tygodniu. Tematem przewodnim jest wytnij, kopiuj, wklej, w numerze pojawią się teksty o m.in. turntablizmie, Williamie Burroughsie, recyklingu dźwięki. Ode mnie dwa teksty, mniej związane z tym tematem. Obszerny wywiad z Hubertem Zemlerem (przeprowadzony jeszcze w styczniu) oraz sylwetka Stefana Wesołowskiego.

niedziela, 14 grudnia 2014

Numer drugi

Drugi numer "M/I" powinien trafić pod koniec tygodnia do sprzedaży. Tematem przewodnim są dziwne gatunki - ja napisałem o fenomenie chutney music z Karaibów. Poza tym porozmawiałem z Pawłem Szamburskim oraz zrecenzowałem Hymnen Candelarii Saenz Valiente i Marcina Maseckiego oraz Chosen Poems Jacka Mazurkiewicza.

poniedziałek, 20 października 2014

Rozczarowanie

Warszawski festiwal, podobnie, jak gdyńska Globaltica, obchodził w tym roku jubileusz 10. edycji. Choć oba festiwale promują muzykę niezachodnią, są dzisiaj w zupełnie innym miejscu.
Krótko napisałem, czemu Skrzyżowanie Kultur w tym roku mnie rozczarowało.

poniedziałek, 29 września 2014

Numer pierwszy



Od dziś pierwszy numer Kwartalnika Muzycznego M/I powinien być w dużych sklepach na E, oraz w sklepie internetowym wydawcy. Jak pisałem wcześniej, ode mnie dwa teksty: o poszukiwaniu muzyki afrykańskiej i wywiad z Michałem Bielą (Ścianka, Kristen), a także recenzuję reedycję Anthology of Interplanetary Folk Music Craiga Leona (uwaga, zagra ostatniego dnia Unsoundu) i Taaritt Maman Saniego (o którym już tu wspominałem). Z innych tekstów najbardziej polecam fenomenalny artykuł Olgi Drendy o Ianie Nagoskim i Canary Records, wyszło jej to dużo lepiej niż mój tekst na podobny temat, warto też zgłębić zakamarki południowego, redneckowego hiphopu z Marcinem Flintem. Polecam również przeczytanie czasopisma od początku do końca, bo tak naprawdę są w nim same ciekawe teksty. I nie piszę tego tylko dlatego, że znalazło się w nim miejsce na moją twórczość.

poniedziałek, 1 września 2014

Popularniejsi niż pop

fot. Aram Al-e-Kana'n
10. edycja warszawskiego festiwalu Skrzyżowanie Kultur, jednego z najważniejszych polskich festiwali poświęconych muzyce niezachodniej rozpocznie się za niewiele ponad trzy tygodnie. Skład tegorocznej edycji będzie iście gwiazdorski, od Hugh Masekeli z RPA po Mahmuda Ahmeda, legendarnego etiopskiego wokalistę. Będzie również dzień przeznaczony jedynie muzyce polskiej. Oprócz tego usłyszymy kilkoro mniej znanych, ale równie interesujących artystów, z których najbardziej cieszy mnie obecność Rastak i Mascarimiri. Z tymi pierwszymi porozmawiałem dla M/I

sobota, 30 sierpnia 2014

Polak potrafi

Choć do samego końca byłem niewiernym Tomaszem i obawiałem się, że to już koniec, nikt już więcej nie wpłaci, bo w końcu ile osób w Polsce słucha takiej muzyki, o której chcemy pisać w M/I? Światełkiem w tunelu mogło być wyprzedanie karnetów na Unsound po raz drugi z rzędu. Najważniejsze, że się udało i już w drugiej połowie września ukaże się pierwszy numer kwartalnika, a w nim ode mnie tekst o wytwórniach przypominających muzykę z Afryki, wywiad z Michałem Bielą i cztery recenzje. Jeszcze raz wielkie dzięki wszystkim, którzy postanowili nam zaufać, nie zawiedziemy Was.


PS. Wiem też, o czym będzie numer drugi, ale to na razie tajemnica :)

środa, 30 lipca 2014

Globaltica

W gdyńskim festiwalu, jak zawsze, najbardziej ujęła mnie atmosfera. Park Kolibki, położony zaraz nad morzem, jest idealnym miejscem na taką kameralną imprezę. Dzięki temu, oraz sprawności organizatorów, można łatwo zapomnieć o typowych festiwalowych bolączkach i bez przeszkód wczuć się w muzykę. Fantastyczna sprawa.
Chyba po raz drugi odwiedziłem ten sam festiwal dwa lata z rzędu (wcześniej to był również gdyński Open'er w latach 2009-10). Więcej o tegorocznej Globaltice tu

wtorek, 29 lipca 2014

Muzyka jest naszą ideologią i tożsamością

mat. pras.

Jeszcze przed Globalticą (jak zwykle fantastyczną, ale o tym więcej już niedługo) po niedużych zawirowaniach przepytałem mailowo Yacoubę Moumoniego, lidera nigerskiej ekipy Mamar Kassey, która zagrała jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Przeczytać można na stronie M/I i przy okazji pozachwycać się okładką pierwszego numeru, bo naprawdę jest czym.


piątek, 11 lipca 2014

Muzyka, o której musi usłyszeć cały świat

Brian Shimkovitz z Awesome Tapes from Africa przyjedzie w przyszłym tygodniu do Polski zagrać dwie imprezy, 17 lipca w Warszawie (w ramach Lado w Mieście), a dzień później we Wrocławiu. Temu drugiemu wydarzeniu, ładnie zatytułowanemu turnus w tropikach patronuje M/I, więc na stronie magazynu ukazał się mój wywiad z Brianem, który przeprowadziłem na potrzeby wspominanego już kilka notek temu tekstu o afrykańskiej muzyce odnalezionej. Artykuł ukaże się w pierwszym numerze kwartalnika, już we wrześniu, może do tego czasu uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę, co jeszcze ode mnie się w nim znajdzie.

piątek, 20 czerwca 2014

Dialog, emocje, energia

Przypomniał mi się inny koncert w tym samym miejscu, Wacław Zimpel grał z Pawłem Szpurą i marokańskim griotem Mokhtarem Ganią. I jedni i drudzy łączyli kultury i style muzyczne. I jedni, drudzy mogliby grać całą noc.
Jakiś czas temu byłem na koncercie Hailu Mergii, Tony'ego Bucka i Mike'a Majkowskiego.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Dźwięki z Sahelu

mat. prasowe


Strona ruszyła, więc mogę napisać, już we wrześniu ukaże się pierwszy numer nowego-starego kwartalnika poświęconego muzyce, M/I. Do tej inicjatywy dorzucam swoje trzy grosze, kontynuując wątki afrykańskie i archiwalne. Napisałem tekst o wytwórniach zajmujących się afrykańską muzyką (nie tylko) archiwalną. Przy okazji porozmawiałem z właścicielami kilku takich oficyn, między innymi z Chrisem Kirkleyem, szefem Sahel Sounds, jednej z moich ukochanych wytwórni w ogóle. Kilka miesięcy temu przepytał go Kuba z Radia Orient, ale na trochę inną okoliczność.