Pokazywanie postów oznaczonych etykietą persja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą persja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 czerwca 2023

Niebo ma wszędzie ten sam kolor


Do wzruszającej muzyki Kayhan Kalhor i Toumani Diabate znaleźli poruszającą historię. Tytuł albumu oraz poszczególnych fragmentów pochodzą z wiersza Mehdiego Akhavana-Salesa, ukochanego dwudziestowiecznego poety Kalhora. To opowieść o wyborze i o podróży, o byciu w wiecznym ruchu. O migracji. 2016 rok to jeden ze szczytów europejskiego kryzysu migracyjnego. “The Sky Is The Same Colour Everywhere” jest głosem dla tych, którzy opuścili swój dom w poszukiwaniu lepszego życia, dla tych, którzy to życie stracili i dla tych, których marzenie się nie ziściło. To także głos przeciwko granicom. Bamako i Teheran dzielą tysiące kilometrów, ale niebo ma wszędzie taki sam kolor.

O wyjątkowym spotkaniu wirtuozów dwóch moich ukochanych tradycji muzycznych - perskiej i mandinge - piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

poniedziałek, 12 października 2020

Odszedł głos Iranu



W czwartek zmarł Mohammad Reza Szadżarian, postać dla irańskiej kultury i społeczeństwa fundamentalna. To jego głos przez lata obwieszczał koniec dziennego postu podczas Ramadanu. Na wieść o jego śmierci pod teherańskim szpitalem Jams zebrały się tysiące, mimo obowiązujących w Iranie obostrzeń, by pożegnać tego, który był głosem rewolucji i jej zagorzałym krytykiem.

Szadżarian urodził się w 1940 roku w Meszhedzie, w Chorasanie, na wschodzie Iranu, jednym zew świętych miast szyizmu. Wychował się w rodzinie bardzo konserwatywnej. Dla jego ojca, zawodowego recytatora Koranu, każda inna forma muzyki była haram. Mohammad Reza jako dziecko szedł w ślady ojca, zaczął recytować Koran w wieku pięciu lat, ale u bardziej liberalnego wujka po raz pierwszy usłyszał „świecką” muzykę w radiu. Radifów – repertuaru podstawowego perskiej muzyki klasycznej –uczył się początkowo po kryjomu, pierwsze występy dawał pod pseudonimem. W 1959 roku po raz pierwszy wystąpił w lokalnym radiu, niedługo potem przeniósł się do stolicy, by tam się dalej szkolić i później uczyć na uniwersytecie.

Gdy szach wprowadził w 1978 roku stan wojenny, a podczas Czarnego Piątku siły rządowe zabiły 100 osobo, Szadżarian i inny muzycy odcięli od państwowego radia. W tym samym czasie Mohammmad zaczął śpiewać pieśni otwarcie polityczne, sprzeciwiające się władzy szacha i SAWAK, wszechwładnej służby bezpieczeństwa. Gdy jednak fala rewolucji wyniosła do władzy Chomejniego i ajatollahów (o roli kaset w tym procesie fantastyczny tekst napisała Karolina Jakubiak dla Glissanda), Szadżarian wycofał się z życia publicznego – również dlatego, że religijni radykałowie mieli podobny pogląd na muzykę, co jego ojciec. Jego repertuar koraniczny był nadal wykorzystywany przez ajatollahów, a jego interpretacja Rabbany, modlitwy kończącej post podczas Ramadanu, była emitowana przez państwowe radio przez 30 lat. Do publicznych występów Szadżarian wrócił w latach osiemdziesiątych, a jego Bidaad do słów żyjącego w XIV wieku poety Hafiza była tylko lekko zawoalowaną krytyką reżimu. Z czasem krytyka stawała się coraz wyraźniejsza i bardziej dosadna, aż w 2009 roku – podczas kolejnych wielkich protestów – Szadżarian znów wystosował list do władz radia z żądaniem wykorzystywania jego muzyki, z wyjątkiem Rabbany. Władze zdjęły i ją, bo Szadżarian jednoznacznie poparł protestujących. Zakazano mu też występów w kraju. Irańczycy, by obcować z muzyką mistrza jeździli między innymi do Turcji. Szadżarian często grywał w Stanach i Francji. Ostatni koncert zagrał właśnie w Turcji, w Konyi, z okazji rocznicy śmierci Rumiego, najważniejszego perskiego poety. Kilka miesięcy później ogłosił, że od lat zmaga się z rakiem nerek.

Szadżarian był tak skromny, jak wspaniała była jego muzyka. Poruszająca, nie trzeba znać perskiego, by się w niej zakochać. Był niezrównanym wirtuozem, panował nad głosem, jak nikt inny, może tylko Alim Qasimov. Grali z nim najwięksi muzycy irańscy – Hossein Alizadeh, Kayhan Kalhor. Nie ograniczał się tylko do śpiewania, grał na santurze, tworzył nowe instrumenty. Cały czas rozwijał muzykę klasyczną, nie chciał, by stała się skansenem. Przede wszystkim jednak był głosem Irańczyków. Słuchała go diaspora, zasłuchany w nim był cały kraj. I gdy sobie myślę, z kim można go porównać w polskiej muzyce, by choć trochę przybliżyć jego status w Iranie, do głowy przychodzi mi tylko Chopin. Obaj stali się symbolami za życia, obaj uchwycili dusze swoich narodów.

Moje pierwsze spotkanie z głosem Szadżariana to Night Silence Desert, nagrane wspólnie z Kalhorem. To było też jedno z moich pierwszych zetknięć z perską muzyką klasyczną. Od tamtej pory muzyka z Iranu ma u mnie specjalne miejsce. Chyba jeszcze lepszym wprowadzeniem w fenomen Szadżariana jest jego krótki koncert w siedzibie NPR z 2013 roku. 15 minut, jeden utwór, Nowruz, czyli perski Nowy Rok. Mohammad Reza wygląda jak akademik sprzed lat, nienagannie ubrany, skupiony. Zespół gra, on czeka. A gdy już zaczyna śpiewać, to czas się zatrzymuje. 15 minut, które mogłoby trwać i trwać...

 

niedziela, 6 maja 2018

A Hawk and a Hacksaw - "Forest Bathing"



Tytułowe “leśne kąpiele” to angielskie tłumaczenie japońskiego terminu “shinrin-yoku”, leczniczego przebywania w lesie, cyklicznego odpoczynku od cywilizacji. W taką właśnie podróż, na (nomen omen) obrzeża Europy po raz kolejny wyruszają Jeremy Barnes i Heather Trost.

O ile pierwsze płyty A Hawk and a Hacksaw wyrastały z nurtu “New Weird America”, to zawsze była w nich obecna fascynacja Bałkanami, która swoją pełnię osiągnęła na Cervantine sprzed siedmiu lat. Na nim Barnes i Trost zapuścili się najdalej w pachnące rozmarynem, skąpane zachodzącym słońcem góry Grecji.

Bezczasowość, czy może właśnie pozaczasowość była leitmotivem ich kolejnej płyty, You Have Already Gone to The Other World, będącej ich interpretacją ścieżki dźwiękowej do Cieni zapomnianych przodków Siergieja Paradżanowa. Słoneczne Bałkany ustąpiły mroźnym krajobrazom Karpat, wschodnioeuropejskim melodiom. Zamiast Stambułu i Salonik - Jasina i zimne wody Czeremoszu.

W czasie pięcioletniej przerwy Barnes i Trost wcale nie milczeli. Zajmowali się nagrywaniem muzyki do filmów, gier, seriali. Wydali też solowe płyty, na których dość daleko odchodzili od tego, co robili w duecie - Heather bawiła się dronami i południowoeuropejską psychodelią z lat 70., Jeremy instrumentalnymi, surrealistycznymi pochodami z Johnem Dieterichem i kasetowymi poszukiwaniami. Razem prowadzili wytwórnię, L.M. Dupli-cation. Z każdego tego doświadczenie czerpie Forest Bathing, pojawiają się na niej nie tylko echa ich pozazespołowych poszukiwań, ale także goście - wspomniany już John Dieterich z Deerhoof, Cuneyt Sepetci, cymbalista Unger Balazs czy Lone Pinon. Wszyscy to podopieczni L.M. Dupli-cation.

Muzyka na Forest Bathing jest poza czasem - tradycyjne instrumenty współbrzmią z syntezatorami i to takimi brzmiącymi bardzo współcześnie, jak w Bayati Maqam, ale też bardzo retro, jak w A song for Old People/A song for Young People. Czy jest poza przestrzenią? I tak. i nie. Jest, bo nie sposób przyporządkować do jednego miejsca, wpływy, strzępki melodii przenikają się i przeplatają. Nie jest, bo można ten region, w którym się zdefiniować - to tereny na południe od Karpat, przez Węgry, Bałkany aż do Krety i Stambułu, i momentami Iranu, najmocniej słyszalnym w santurze wybrzmiewającym na początku i końcu albumu. Jednak nigdzie nie zostają dłużej, nie grają tradycyjnych melodii, tylko czerpią z tego bogactwa stylów i gatunków, by zbudować własną, autorską wypowiedź.

Jeszcze silniej niż na poprzednich płytach muzycy zaznaczają wątek podróży. W zasadzie można powiedzieć, że Forest Bathing to album drogi. Zapis wędrówki po bezdrożach, zarośniętych, zapomnianych ścieżkach (A Broken Road with Poplar Trees), po górskich halach (The Shepherd Dogs Are Calling). A może to wyprawa kupiecka zdążająca z Kopriwszticy na południe, do Konstantynopola. Może nawet do Bagdadu z czasów świetności? W końcu ani czas, ani przestrzeń nie są dla nich żadną przeszkodą.

Takie mam wrażenie, słuchając Bayati Maqam kończącego płytę. (Na marginesie, AHAAH mają rękę do końcówek albumów, wystarczy wspomnieć przejmujące Lassu z Delivrance czy On the River Cheremosh z You Have Already Gone to the Other World). To przecież dźwiękowy obraz zbliżania się do najwspanialszego miasta świata, które oszałamia swoim przepychem.

Forest Bathing dokumentuje także podróż samych muzyków i podsumowuje ostatnie kilkanaście lat ich fascynacji muzyką z Środkowej i Południowej Europy, wzbogaca ją o kolejne wpływy. Teraz mogą już zagrać wszystko.


niedziela, 5 marca 2017

Fared Shafinury - "Into the Night"



Kiedy poznałem, trochę przypadkowo, pięć lat temu muzykę Fareda Shafinury'ego, amerykańsko-irańskiego "setarzysty", najbardziej ujęły mnie w niej dwie rzeczy - łatwość,  jaką muzyk łączył zachodnią alternatywę z perską tradycją, jak stawał między nimi, traktując je jako równoprawne i równorzędne części swojej twórczości oraz melancholia, która wybrzmiewała z każdego dźwięku. Behind the Seas był albumem pełnym tęsknoty, choć bardzo słonecznym.

Fared Shafinury przez bardzo długi czas milczał. Czasem wrzucił jakąś improwizację na soundcloud, grywał koncerty, ale o nowej płycie nie było żadnych wieści. I tak mijały kolejne lata, a ja, czekając, utwierdzałem się w przekonaniu, że Behind the Seas będzie jak meteor, który na krótką chwilę rozświetlił noc. Koniec końców premierę Into the Night prawie przegapiłem, mniej z własnego gapiostwa, a bardziej ze specyfiki obecnego przepływu informacji.

Cold Front i pierwsza część Chaotic Bliss trochę na wyrost zapowiadają, że Shafinury postawił na brzmieniową rewolucję - elektronika, gitara zamiast setaru, pogłosy. Jednak już w drugiej połowie Chaotic Bliss wszystko wraca na swoje miejsce. Setar wygrywa poruszające melodie, perska melodyka przekłada się na angielski tekst, w klasyczną formę Shafinury wprowadza automat perkusyjny i delikatne syntezatory. Zgodnie z tytułem, Into the Night to płyta nocna, stojąca w opozycji do skrzącej się barwami zachodzącego słońca Behind the Seas.

Mam wrażenie, że tym razem środek ciężkości przesunął się delikatnie w stronę zachodniej alternatywy. Piosenki mają w większości bardziej klasyczną anglosaską formę, Shafinury śpiewa częściej po angielsku niż persku. Wymownym przykładem tej zmiany kierunku jest Danccing in the Dark Springsteena, które kończy album. Zagrana na akustycznych instrumentach, z wiodącą rolę setaru, to nadal bardzo amerykańska piosenka, choć na sam koniec Shafinury przygotował niespodziankę - kilka wersów po persku. To też chyba najlepiej oddaje jego pomysł na muzykę.

Into the Night to udany kontynuator Behind the Seas. Niepozbawiony wad, bo chociażby So In Love jest okropnie kiczowate, ale w ogólnym rozrachunku bardzo porządny. Jednak do poziomu debiutu trochę brakuje, jednak to mnie nie martwi,  Behind the Seas to jedna z tych płyt, które trafiają się tylko raz.

środa, 30 grudnia 2015

Dog Whistle - "Dog Whistle"



Dwie dziewczyny, Warszawa, perski folk, indie pop. To nie mogło się nie udać.

Z tym perskim folkiem to nie żart, choć sam przez długi czas nie wierzyłem w te zapowiedzi. Myliłem się, debiut Dog Whistle rozpoczyna się autorską wersją irańskiej piosenki ludowej, Mastom Mastom. Ania i Lena podeszły do tego utworu zupełnie inaczej, niż można było się tego spodziewać. Odarły ją ze wszystkiego, co perskie poza najważniejszym – melodią i tekstem. Nie silą się na orientalizującą stylizację, jest tylko przesterowany bas, świdrujące dźwięki keyboardu i dwugłos dziewczyn. Tak skromnie będzie do końca tej zdecydowanie za krótkiej płyty.

Za krótkiej, bo to tylko siedem niezbyt długich piosenek. Bardzo urokliwych i dziewczęcych. Ania i Lena śpiewają o złamanych sercach, miłosnych zawodach, Warszawie, cudzych chłopakach. Banał? Nie w ich wykonaniu. Swoje rozterki ubierają w proste, emocjonalne piosenki, mocno osadzone w indie folku i estetyce lo-fi. Rzadko trwają dłużej niż trzy minuty. Rozczulają pewną nieporadnością, pod którą kryje się talent do układania melodii. Nie ma w tych utworach niczego zaskakującego, bo nic nie musi. Siła Dog Whistle leży w naturalności i szczerości. Dziewczyny niczego nie udają, poza jednym przypadkiem nie bawią się ironią, nie chowają się za maską.

Z tej siódemki prawdziwym wyciskaczem łez jest Neon Lights, opowieść o nieistniejącym już mieście, skąpanym w świetle neonów. Największy uśmiech wywołuje u mnie I'm So in Love With You odwołujące się do francuskich dziewczęcych grup z lat sześćdziesiątych (ta melodia!). Chase zabawnie bawi się stereotypem dziewczyńskiego rocka. Przez całość przewijają się echa debiutu Waxahatchee sprzed trzech lat, równie surowego, chałupniczego i emocjonalnego.


Zdaję sobie sprawę, że takich zespołów, jak Dog Whistle jest mnóstwo. Grających sobie po sypialniach. Jednak nie każdy ma odwagę, by swoją twórczość upublicznić, wystawić na ocenę, a przecież taka twórczość jest bardzo osobista. Dziewczyny też nie chciały, namówiła je dopiero Natalia Fiedorczuk i to była świetna decyzja, bo Dog Whistle, choć tak nienachalna i niepozorna, zostanie ze mną na dłużej.

tekst pierwotnie ukazał się na stronie iratemusic.com

Do posłuchania w całości tutaj.