Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2026

(Nowa) tradycja i (stara) awangarda

Jonny Nash i Tomo Katsurada; materiały Ośrodka Inicjatyw Twórczych Rozdroża / festiwalu Kody

Od dawna nie miałem takiego combo. Dwa festiwale tydzień po tygodniu (plus na deser koncert Jacka White’a, który był zupełnie z innej bajki). Najpierw Nowa Tradycja, a zaraz potem Kody w Lublinie. Festiwale w tym roku podobniejsze do siebie niż zwykle.

Najoczywistszymi punktami stycznymi między obiema imprezami były powtarzające się koncerty. WCIAS w Warszawie zagrali dwukrotnie, za każdym razem krótko; w Lublinie, przy okazji swojej premiery swojej piątej płyty Wiwaty (o której więcej już niedługo, obiecuję) – pełnowymiarowy koncert. Wspaniałe jest ich to nowe, dronowe i skupione oblicze. Równie zachwycające były oba występy Jonny’ego Nasha i Tomo Katsurady. Marzycielskie, pełne kolorów, po prostu ładne i tej ładności nie wstydzące się. Pięknie się obaj uzupełniają, słychać w ich graniu wzajemne zrozumienie i przyjaźń. Mógłbym chodzić na takie koncerty co tydzień.

Oba festiwale łączy także odważne podejście do tradycji. Oba zresztą mają wpisane w swojej nazwy. Różnią się przede wszystkim tym, że Nowa Tradycja to przede wszystkim przegląd sceny poszukującego folku. Jak zatem ona wygląda w 2026 roku, jaki był konkurs? Poziom był solidny, ale nie było tak spektakularnie, jak przed rokiem czy dwoma laty. Grand Prix dla Karoliny Matuszkiewicz mnie trochę rozczarowało, ale też rozumiem taką decyzję jury. Na pewno nie miałbym tych wątpliwości, gdyby przez cały konkursowy występ towarzyszył jej Arad Emamgholi. Jego obecność i niesamowita gra na dafie dodawały grze Matuszkiewicz żywiołowości i oryginalności. Moi faworyci, WCIAS zajęli trzecie miejsce. Całkowitym zaskoczeniem był polsko-irański duet ZYEM i choć słychać było, że są na początku, to zasłużenie dostali II nagrodę, a ja nie mogę się doczekać, co z tego dalej wyjdzie. Oby zabrali się do roboty szybciej niż Suferi, którzy każą czekać na swój debiut już ponad dwa lata. Michał Fetler trzeci raz brał udział w konkursie i trzecie wrócił z nagrodą, II za Ucztę. Chyba rozgryzł, jak dotrzeć do jury, a sam zespół i pomysł na niego są bardzo fajne, ale do legendarnego już Polmuzu sporo brakuje (ostatnio sobie włączyłem ich album, potwór, nie płyta). Tyle o głównych nagrodach.

Liczyłem na wyróżnienie dla Olgierda Dokalskiego, którego solowy materiał ma w sobie coś (nawet wiem, co: frazowanie i specyficzny pogłos) z soundtracku do Disco Elysium, ale nie tylko dlatego mnie tak ujął. To – znów do tego wracam – piękne granie, z ciekawą narracją. Wykracza poza folk, idzie w stronę podbitego jazzem ambientu. Jedyne, co można by poprawić to jeszcze mocniej zszyć utwory na koncercie, nie robić między nimi przerw. Płyta Preludes to the Universe nadchodzi i warto na nią czekać. Inny z moich konkursowych faworytów, Paweł Płoskoń, o którym zapisałem sobie w notatkach, że widziałbym go w kościele podczas Le Guess Who?, dostał nagrodę Niemena za oryginalność. Z kolei przy debiutującym duecie Etersoul zapisałem sobie, że to marzycielskie i liryczne granie, a gra gitarzysty odwołuje się do Rogińskiego i jak się okazało, nie myliłem się. Będę obserwował. To może czas na podsumowanie, zanim przejdę do pozakonkursowych koncertów.

Scena folkowa ma się dobrze – ale nie tak dobrze, jak twierdzi patrzący z zewnątrz Darek Mazzone (choć takie słowa otuchy zawsze robią dobrze) – i możliwe, że widać pierwsze oznaki nadchodzącego przesilenia. Po pierwsze, jest ona nieduża i niezauważana poza „środowiskiem” i przyległościami. Co chyba najlepiej podkreśla fakt, że jedną ogólnopolską anteną Polskiego Radia nieobecną podczas Nowej Tradycji jest Trójka (co działa też w drugą stronę, na debacie o Młodym Polskim Jazzie zabrakło autorów trójkowej audycji o tej nazwie) i że Lutosławski podczas przesłuchań był raczej pusty niż pełny. Na biletowanych koncertach było tylko niewiele lepiej. Po drugie, większość stający w szranki to weterani, a nie debiutanci; wygi prezentujące nowe projekty (nawet i fantastycznie przemyślane), a nie młodziaki chcące wywrócić scenę do góry nogami. Po trzecie, festiwalowi po raz drugi towarzyszyła konferencja „branżowa” z gośćmi z zagranicy (w tym z bookerami), a niewielu muzyków się na nią pofatygowało. To świadczy o braku profesjonalizacji sceny – o ile sami muzycy są zjawiskowi, brakuje otoczki, która pomoże im się wybić: managerów, agentów, prowców. To wszystko są problemy, nad którymi trzeba się zastanowić i spróbować je jakoś rozwiązać, zanim będzie za późno.

A teraz koncerty niekonkursowe. Yalla Miku swoją punkową energią bardziej pasowaliby na odbywające się w tym samym czasie urodziny Ady niż do pełnego naturalnego pogłosu Lutosławskiego, gdzie muzyka z tak mocną sekcją rytmiczną zlewa się w magmę (no i mogliby też pomyśleć, czy wszystkie teksty o koledze z Erytrei są na miejscu). Muzyka Gór była zbyt – o ironio – zbyt wygładzona, ale to też chyba immanentna cecha podobnych projektów łączących różne tradycje. Podobno w Ambasadzie Muzyki Tradycyjnej pokazali na co ich naprawdę stać. Ryzykowany pomysł zestawienia bliźniaczych składów Oberkas Travel i Tercetu Imperial (ci pierwsi grali jako laureaci Folkowego Fonogramu Roku, ci drudzy jako zeszłoroczni zwycięzcy Nowej Tradycji. To też pokazuje niewielkość sceny), okazał się trafieniem w dziesiątkę i dowodem na pojemność oberków (a w Dwutygodniku szerzej piszę o obu składach i trójdzielnej odysei Jana Młynarskiego i Piotra Zabrodzkiego). Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie koncert Justyny Jary i jej Aleganckiej Kapeli z nowymi, lekko podbarwionymi punkiem podwórkowymi balladami.

W zaskoczenia obfitowały Kody, festiwal, który – choć programowo zupełnie inny – wypełnia pustkę po białostockim Halfwayu. Czyli kameralny, z bardzo silnym rysem kuratorskim, bezkompromisowy. A do tego wzorem LGW?, Unsoundu czy Sacrum Profanum zamawiający specjalne projekty. Zresztą, można go umiejscowić gdzieś w tym właśnie trójkącie. Tegoroczna edycja zapowiadała się mniej spektakularnie niż zeszłoroczna, ale była równie – a można nawet bardziej – ciekawa.

Jednym z tych specjalnych koncertów było 100 000 polsk Mai Miro, Piotra Gwadery, Pawła Iwana i Ryszarda Lubienieckiego w lekki, bezpretensjonalny i przystępny sposób reinterpretujący najstarsze polski ze szwedzkich archiwów. Polski, czyli szwedzki taniec narodowy, który przywędrował na północ Bałtyku z – you guessed it – Polski. Nie tylko ukradli pół kraju podczas potopu, ale jeszcze zawłaszczyli taniec, a tacy niby progresywni w tym Sztokholmie. Ciekawy skład – zmodyfikowany dżaz, cymbały, różne flety i portatyw organowy – sprawił, że była to muzyka idealnie oddająca podtytuł festiwalu, rozpięta między tradycją a awangardą, folkiem i wykonawstwem historyczny. Zagrali bez nadęcia, czuło się radość kwartetu bijącą ze sceny. Na przyszły rok zapowiadają album. Koncertem... Spektaklem muzycznym bez zadęcia był środowy Orlando – A Melancholic Portrait Francuzów z La Tempete. Oni połączyli barok z powieścią Virginii Wolf, saksofonem barytonowym, performatywnym czytaniem, gitarami elektrycznymi. Wyszło tak, że nie było widać szwów. Typowa francuska lekka intelektualna rozrywka. Do takiego teatru mógłbym chodzić.

Gruzem z rozdrapywanych własnych i pokoleniowych traum rzucała ze sceny Alejandra Cardenas czyli Ale Hop. Porzuciła pseudonim, by wreszcie opowiedzieć o sobie, dorastaniu w Peru w czasach dyktatury Fujimoriego i wojny domowej ze Świetlistym Szlakiem. Jestem po niedawnej lekturze kilku peruwiańskich pozycji z katalogu ArtRage (ale Czerwony kwiecień Santiago Roncagliolo ciągle przede mną) i dzięki temu lepiej zrozumiałem, co Alejandra chce przekazać tą ścianą dźwięku, wwiercającą się we flaki, skąd ten wściekły hałas. Nie udało mi się zrozumieć, po co tak gruzują Norwedzy z Supersilent. Wymęczył mnie i znudził ten koncert. Przypomniał mi też słowa Orena Ambarchiego z zeszłorocznego wywiadu, że on już przestaje czasem rozumieć, po co jego koledzy ciągle tak hałasują, że to się staje banalne. Jenny Hval piękne piosenki przeplatała wątpliwej jakości konferansjerko-performance’em pt. „jestem dziwaczną Skandynawką”. Z akademickiej awangardy widziałem w całości tylko Hashtag Ensemble i Flow Unit grający utwory Egidiji Medekšaitė. Hipnotyczne, ale ja tam nie słyszałem zapowiadanych inspiracji Indiami.

Trochę niespodziewanie dla mnie najmocniejszym dniem okazała się niedziela. Zdążyłem tylko na końcówkę monumentalnego koncertu poświęconego Mortonowi Feldmanowi i bardzo żałuję. Przepięknie zagrała Elori Saxl, miksując przetworzone nagrania terenowe z dronami, syntezatorowymi plamami i czasem tanecznym bitem. Wyszło z tego wciągające ambient techno. Świetnym pomysłem było danie jej zagrać w muszli koncertowej w Ogrodzie Saskim, gdzie dźwięki miasta przenikały do muzyki, wchodziły z nią w dialog. Na zakończenie festiwalu zaśpiewała Antonina Nowacka i nie wyobrażam sobie lepiej dobranej artystki do takiego zadania. Było to doświadczenie mistyczne. W przeciwieństwie do występującej dzień wcześniej Japonki Hatis Noit, Antonina nie korzysta z loopów, a jedynie z naturalnego pogłosu przestrzeni. Jej występ wydał się dużo bogatszy, dużo bardziej zniuansowany. Przez 40 minut Nowacka hipnotyzowała swoim głosem, stworzyła własny, osobny, dźwiękowy świat. Jakby przybyła z nieznanej nikomu innemu kultury. Znów wiele od siebie dało otoczenie. W pewnym momencie ptaki ucichły, by jej słuchać. Oczywiście, nie chcę powiedzieć, że występ Hatis Noti był rozczarowaniem, absolutnie nie. Po prostu przy wyczynie Antoniny blednie wszystko.

Na Kodach akademicka awangarda zderza się nie tylko z (nową) tradycją. To spotkanie całego spektrum gatunków. Kurator Grzegorz Paluch swoje sieci rzuca bardzo szeroko, zawsze stara się zaskoczyć zestawiając jednego dnia bardzo różnych wykonawców. Do tego zawsze przyjazny Lublin. Mógł (i powinien) to być festiwal, na który zjeżdża cała muzyczna Polska, samograj przyciągający słuchaczki z różnych muzycznych światów. Można na nim poszerzyć horyzonty, nawet jeśli nie każdy koncert przypadnie do gustu. Nie może jednak – i to kolejna cecha wspólna z Nową Tradycją – przebić się do szerszej świadomości. Nie popełnijcie tego błędu i rezerwujcie ostatni tydzień maja 2027 w Lublinie, dajcie się zaskoczyć i zachwycić.

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Więcej odwagi



Wróciłem z Next Fest, chyba nie tylko duchowego następcy Spring Breaka. Na poprzednie wcielenie poznańskiego showcase'u nie trafiłem, więc porównywać ich nie będę. Trochę przemyśleń mam, trochę ponarzekam – ale mam nadzieję, że nie przesadnie.

Do rozkopanego Poznania dotelepałem się w czwartkowy wieczór na tyle późno, że na żadne koncerty nie dotarłem. A, jak widzę po relacjach, był to najmocniejszy repertuarowo dzień festiwalu. No cóż, obiecuję poprawić się w przyszłym roku.

Jako się rzekło, Poznań cały w remoncie, zasieki poustawiane chyba na każdej ulicy w centrum, tramwaje omijają je szerokim łukiem. W zasadzie można poruszać się tylko pieszo, uważając na płoty, dziury i nierówności. Stuknęło mi 42 tysiące kroków w dwa dni. Czasem robionych niepotrzebnie, bo w piątek wyszedłem z koncertu Kamila Husseina (nie jakiegoś specjalnie wybitnego czy zajmującego, zresztą do tej kwestii zaraz wrócę) w Tamie, by potem czekać pół godziny w kolejce do Blue Note, gdzie zdążyłem obejrzeć pięć minut Jazxing. Może to i lepiej, że tylko to tyle, bo ich propozycja zupełnie do mnie nie trafiła. Dużo lepiej wypadły następnego dnia Jeże Orueńskie poruszające się w podobnych, lekko jazzowych, lekko tanecznych, wodotryskowych klimatach.

Nie widziałem tak dużo koncertów, jak bym chciał. Trochę dziwnie organizatorzy skonstruowali czasówkę scen. Jest ich chyba z 15, ale na każdej maksymalnie cztery koncerty. Trudno zobaczyć więcej niż kilka występów jednego dnia, tym bardziej, że ruszają dość późno i kończą dość wcześnie. Chociażby w sobotę koncerty mogłyby się zaczynać wczesnym popołudniem i kończyć po 22, ale rozumiem, że trzeba było godnie pożegnać KAMP!

W lineupie brakowało mi odwagi, większość artystów – jak wnioskuję z festiwalowej playlisty – gra korpoalternatywę z majorsów albo rozpaczliwie próbuje wpisać się w algorytmy serwisów streamingowych. Może jestem zbyt surowy, może po prostu szukają jeszcze swojej drogi – to przecież w znakomitej większości debiutanci – ale wtedy przydaliby się na festiwalu muzycy, którzy pokazują, że da się iść własną ścieżką. Że nie trzeba być zapasową Hanią Rani, Gabrielem Fleszarem 2.0, kolejną Brodką/Nosowską/Kortezem w spódnicy, nową sanah. Brakowało mi przedstawicieli małych labeli, nie było nikogo z Thin Man Records, a przecież Robert wyłapuje najlepsze rzeczy, które dzieją się piosenkach. Dziwił brak choć jednego okołoeabsowego zespołu, a przecież prosiło się o Zimę Stulecia. Brakowało sięgnięcia po enjoy life, po artystów, którzy jakoś bawią się piosenkowa formą. A może po prostu w większości podejmowałem złe wybory.

Świadomie unikałem koncertów najbardziej znanych artystów, w końcu nie po to jeździ się na showcase'y, żeby zobaczyć, co nowego przygotowała Nosowska. Zachwycili za to Hinode Tapes swoją wizją muzyki wschodu słońca, ale przecież znałem ich wcześniej. Podobnie Nene Heroine, żartobliwie ochrzczeni „trójmiejską Niechęcią”. Oba te trójmiejskie składy zagrał w Dublinerze, miejscu, w którym za wiele nie widać, ale na szczęście słuchać było całkiem dobrze. W tym samym pubie, hm, miło i zwiewnie zagrała Ola Myszor. Prawdziwym zaskoczeniem była Feral Atom, opis mnie zainteresował na tyle, żeby pójść do Dragona i zostałem cały koncert. Było zwiewnie, onirycznie, trochę westernowo, z odrobiną psychodelii i mnóstwem pogłosu. Co prawda, w jedynym kawałku z polskim tekstem za bardzo słychać było wieczny powrót lat 80. i trochę mnie zmęczyło, ale to był wyjątek. Poza tym solidny halfway-core, zresztą jest z tego samego miasta, co nieodżałowany festiwal. Nastawiałem się na koncert Małgoli, No, ale mam takie same przemyślenia, co Jacek Świąder – za dużo w tym olewki i chaosu.

Prawie w tym samym momencie, kiedy kolejne Fryderyki zgarniał ZPiT Śląsk, za niewielką baterią samplerów, efektów i padów stanął Naphta. Docisnął jeszcze więcej basu, jeszcze mocniej splótł muzykę ludową z klubową. Nikogo nie udawał, choć taka muzyka idealnie wpasowuje się w światowe trendy. Trochę mi głupio że na festiwalu, na którym powinny liczyć się przede wszystkim odkrycia, najbardziej podobał mi się występ artysty, którego dobrze znam. 

O, właśnie - brak większej liczby przedstawicieli sceny folkowej, czy muzyków odwołujących się do tradycji był największą bolączką Next Fest. Mam świadomość, że można to napisać o prawie każdym innym festiwalu, w przeciwieństwie do innych krajów, ten rozziew jest w Polsce coraz większy. Idziemy pod prąd trendom i w tym wypadku jest to droga w złą stronę. To jednak zagadnienie na więcej niż jeden tekst.

Mimo tego narzekania, to nie był stracony czas. Może Next Fest potrzebuje trochę czasu, żeby wykrystalizować swoje pomysły, to w końcu pierwsza edycja (nawet jeśli to nie do końca prawda). Może taki bezpieczny rozbieg był im potrzebny. A za rok oby pokazali, że polska młoda muzyka ma wiele do zaoferowania. Bo przecież ma. 

czwartek, 15 grudnia 2022

Muzyczny świat w pigułce

 

W ciągu czterech dni w Utrechcie zebrał się prawie cały muzyczny świat: od lokalnych zespołów po Ainu czy Sudańczyków grających pierwszy raz w Europie. Wszystko to działo się w kilku miejscach w centrum miasta, oddalonych od siebie najwyżej kwadrans drogi pokonywanej pieszo. Niedużo, ale czwartego dnia marzyłem o tym, by – jak większość Holendrów – poruszać się między nimi rowerem.

W Czasie Kultury spisuję swoje przemyślenia po tegorocznych Le Guess Who?

sobota, 12 marca 2016

Druga szansa


Jozef van Wissem bardzo często przyjeżdża do Polski, ale do tej pory na koncercie lutnisty byłem tylko raz. W 2013 roku grał w Pardon, To Tu na minifestiwalu New Music for Old Instruments. Nazwa wydarzenia idealnie odpowiada temu, co robi Holender, ale koncert przy placu Grzybowskim zapamiętałem jako niezbyt udany. Trzy lata (i kilkanaście koncertów w Polsce) później Jozef zagrał na drugim brzegu Wisły, w Hydrozagadce, promując swój najnowszy album When Shall This Bright Day Begin. Miejsce dużo większe, ale przez to mniej intymne i kameralne, co mogło budzić pewne obawy (które okazały się uzasadnione).

Van Wissem zagrał tak, jak można było się tego spodziewać. Występ oparł na materiale z nowej płyty, łączył utwory w dłuższe "suity", co dodawało jego muzyce jeszcze większego ładunku transu. Spokojne, powtarzalne frazy, proste, ale przejmujące dźwięki lutni oplotły Hydrozagadkę. Siedzący samotnie na scenie Jozef grał z pasją, zapamiętale, ale wydawał się nieobecny, jakby był jedynie przekaźnikiem muzyki, a nie pełnoprawnym twórcą. Co nie dziwi tak bardzo w kontekście jego zainteresowań duchowością i mistyką.

Ilustracyjnemu i medytacyjnemu charakterowi muzyki van Wissema bardziej odpowiadałby koncert siedzący. Stojąc w ścisku (bo Hydrozagadka szczelnie się zapełniła), trudniej było w pełni skupić się na muzyce. Niestety, o ile na początku w klubie panowała cisza, to im bliżej końca koncertu, tym głośniejsze były rozmowy. Szkoda, bo Jozef zagrał wyśmienicie, a ja żałuję, że drugą szansę dałem jego koncertom dopiero teraz. Na następnych będę obowiązkowo.

poniedziałek, 19 października 2015

Samo gęste*



Gęstość – to pojęcie wiąże wszystkie widziane przeze mnie koncerty na tegorocznym Unsoundzie. Nie przepadam za niespodziankami, czasu na całotygodniowy wyjazd nie było, do Krakowa pojechałem na Matanę Roberts, Health i Liturgy.

Przed Roberts zagrali Kamil Szuszkiewicz i Hubert Zemler. Koncert, choć oparty na materiale z Istiny Szuszkiewicza, miał zupełnie inny wydźwięk niż kaseta. Odwołująca się słowiańszczyzny mistyka została zastąpiona elegią ofiar Zagłady. Może na taki odbiór wpłynęło miejsce koncertu, pięknie zdobiona synagoga Tempel. Mechanicznie precyzyjna perkusja Zemlera, zapętlone, krzykliwe loopy i mocno przetworzone dźwięki trąbki narastały zgiełkiem, aż zostały przełamane kojącymi, smutnymi partiami wibrafonu.

Matana Roberts również zaskoczyła. Po jej koncercie w Cafe Kulturalna sprzed niemal trzech lat, spodziewałem się, że w Krakowie również postawi na interakcję z publicznością i włączy ją do swojego występu. Było zupełnie odwrotnie – performens Roberts był intymny, wręcz wsobny. Publiczność nie była ważna, co podkreślało tyko wagę historii opowiadanej w rozpisanym na dwanaście części cyklu Coin Coin. Warstwy nagrań terenowych, nojzowych sampli, przetwarzanych fraz saksofonu budowały gęsta strukturę występu. Jazzu nie było w tym ani grama. Spore zaskoczenie, ale podobnie jak duet Szuszkiewicz/Zemler bardzo pozytywne.

Niespodzianka przed Health byli RSS B0YS, którzy zagrali mocno plemiennie, ale nie przekonali mnie do swojej wizji elektroniki.

Death Magnetic Health jest jedną z najlepszych tegorocznych popowych płyt, więc koncert Amerykanów złożony przede wszystkim z najnowszego materiału. Rozumiem też głosy, że to już nie to samo Health, że bliżej im do Placebo czy Pet Shop Boys. Jest w takim twierdzeniu trochę prawdy. Noise zastąpili hałaśliwym popem i disco. Do mnie ten kierunek przemawia, tak, jak przekonał mnie koncert.

Liturgy też odświeżyli swoją muzykę (nie tak radykalnie jak Health). Coraz dalej od black metalu na Ark Work. Gitarowe i perkusyjne blasty na płycie giną pod warstwą elektroniki, sampli dudów, trąb, dzwonków. Koncert jednak był gitarowym zgiełkiem, wbijającym się w trzewia. Niestety, głośność i trudna do nagłośnienia hala zajezdni tramwajowej prawiły, że za dużo szczegółów umykało i ginęło. Za dużo. Totalność totalnością, przydałaby się jednak selektywność, choć w ogólnym rozrachunku ten występ też mogę zaliczyć do udanych.

* tytul podkradłem Inner Soundtracks


wtorek, 22 września 2015

Ogród perski


Pod takim (dość pretensjonalnym, ale to nieważne) hasłem rozpoczął się 11. festiwal Skrzyżowanie Kultur. I lepiej nie mógł się zacząć. Najpierw Kayhan Kalhor i Ali Bahrami Fard zagrali materiał z I Will Not Stand Alone (o którym króciutko pisałem tutaj). To był mój trzeci koncert Kalohra, ale pierwszy z Fardem. Podobnie, jak w przypadku jego występów z Erdalem Erzincanem, płyta jest tylko punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Na jej podstawie muzycy bezustannie improwizowali, gdzieniegdzie wplatając najbardziej charakterystyczne motywy. Koncert uwydatnił tez rolę Farda i jego santuru, który na płycie został schowany za kamancze Kalhora. Tu oba instrumenty zabrzmiały na jednakowych prawach, choć szkoda, że na kamanczy było aż tak dużo pogłosu, co momentami psuło odbiór. Niemniej, był to koncert (podobnie, jak pozostałe dwa, które widziałem) wspaniały. Wielowątkowy, rozimprowizowany, ale zmierzający pewnie do celu.

Zaraz po duecie Kalhor-Fard, na scenę wszedł kolejny perski muzyk, którego miałem wcześniej okazję zobaczyć. Alireza Ghorbani do Warszawy przyjechał z nowym materiałem, irańskimi pieśniami miłosnymi, ale pojawiły się też utwory z jego poprzedniego projektu poświęconego poezji Rumiego. Ghorbani z zespołem nie zagrali tak pięknie, jak w Poznaniu dwa lata temu, ale nadal fantastycznie.

A co dzisiaj? Kolektyw Europa, czyli "supergrupa" grająca wschodnioeuropejskie pieśni buntu oraz Kocani Orkestar, moja ulubiona bałkańska orkiestra. Tak, w tym roku Skrzyżowanie Kultur idealnie trafia w moje oczekiwania.

zdjęcie: Adam Oleksiak

środa, 11 lutego 2015

Ulice Kinszasy



Jeśli poniedziałkowy występ Konono no 1 można uznać za bardzo udany, wtorkowy był po prostu genialny. Pozornie nic się nie zmieniło, grali prawie dokładnie to samo, co dzień wcześniej, ale nie tak samo, W poniedziałek muzycy wydawali się wycofani, zmęczeni, ale i tak udało im się poderwać publiczność do tańca. Dzień później, wypoczęci i wreszcie uśmiechnięci już od początku mieli w sobie więcej energii. Transowe partie wygrywane na likembach hipnotyzowały ze zdwojoną siłą. Mniej było przerw, najdłuższy utwór trwał ponad 25 minut. Było też jeszcze goręcej, duszniej i głośniej, jeszcze bliżej rozgrzanych ulic Kinszasy. Muzycy pozwalali sobie na żarty i drobne psikusy, widać było, że są po prostu wyluzowani i zadowoleni z grania. Największą różnicą między tymi dwoma koncertami było, że we wtorek w stu procentach oddali się muzyce, zatopili się w niej, zabierając ze sobą (początkowo dość oporną) publiczność. Pod koniec tańczyli wszyscy, uczestnicząc w quasi-rytuale, liczył się tylko moment obecny, nie istniała przyszłość ani przeszłość, wszystko było wieczną teraźniejszością.

To nie tylko wrażenie z koncertu, muzyka Konono sama w sobie jest zawieszona w bezczasowości. Od czterdziestu lat nic się nie zmieniła, mimo upływu czasu, zmieniających się muzyków i nowych doświadczeń. Pierwsze dostępne nagranie zespołu na kompilacji wydanej przez Ocorę w 1978 roku, Zaire, musiques urbaines a Kinshasa, brzmi prawie dokładnie tak samo jak ich koncerty w Pardon, To Tu.


środa, 4 lutego 2015

Warszawska Orkiestra Rozrywkowa (i Gaba Kulka) gra Brazilian Octopus (i okolice)



Środowisko Lado ABC znane jest z uwielbienia do muzyki brazylijskiej. Widać to nie tylko w nazwie wytwórni - lado to po portugalsku strona - ale i w twórczości Mitch & Mitch czy wspólnych koncertach ze Zbigniewem Wodeckim, kończące się klasykiem Jorge Bena. Tym razem sięgnęli po album Brazilian Octopus, który stał się osią wczorajszego występu ciągle zmieniającej skład Warszawskiej Orkiestry Rozrywkowej w TR Warszawa.

Brazilian Octopus była krótko działającą supergrupą, zmontowaną z muzyków z różnych środowisk na zamówienie potentata branży tekstylnej. Efektem tego zamówienia jest album z 1969 roku wypełniony charakterystycznymi dla muzyki brazylijskiej, wysmakowanymi melodiami. Ładny, ale bardzo poprawny. Nic dziwnego, że WOR nie ograniczyła się do odegrania utworów, lecz muzycy pod wodzą Macia Morettiego postanowili je trochę "popsuć". Pojawili się na scenie ubrani w stroje naśladujące epokę - kolorowe koszule, wzorzyste krawaty - i się zaczęło. Perkusja co i rusz wychodziła z tempa, Macio dokładał dodatkowe uderzenia, Piotr Zabrodzki za elektrycznym pianinem podśpiewywał, na chwilę na scenę wskoczył Marcin Masecki i zagrał solówkę na keytarze, piosenki kończyły się w niespodziewanych momentach, albo były przedłużane, zdarzały się niespodziewane przerwy, muzycy wplatali w utwory inne melodie. Nigdy jednak nie przekroczyli granicy dekonstrukcji - to nadal były przede wszystkim bardzo ładne piosenki. Żarty bawiły nie tylko publiczność, dawno nie widziałem tak roześmianych muzyków. W kilku piosenkach, już spoza płyty, zaśpiewała Gabriela Kulka, wnosząc urozmaicenie do instrumentalnej formuły. Jak zawsze świetna, z gracją "masakrowała" język portugalski.

To był świetny koncert, nie tylko dlatego, że przypomniał nieznany w Polsce klasyk, ale przede wszystkim dlatego, że był prezentacją czystej miłości do muzyki. Warszawska Orkiestra Rozrywkowa grała już Becka, grała Brazylię, ciekawe, co będzie następne.

poniedziałek, 20 października 2014

Rozczarowanie

Warszawski festiwal, podobnie, jak gdyńska Globaltica, obchodził w tym roku jubileusz 10. edycji. Choć oba festiwale promują muzykę niezachodnią, są dzisiaj w zupełnie innym miejscu.
Krótko napisałem, czemu Skrzyżowanie Kultur w tym roku mnie rozczarowało.

środa, 30 lipca 2014

Globaltica

W gdyńskim festiwalu, jak zawsze, najbardziej ujęła mnie atmosfera. Park Kolibki, położony zaraz nad morzem, jest idealnym miejscem na taką kameralną imprezę. Dzięki temu, oraz sprawności organizatorów, można łatwo zapomnieć o typowych festiwalowych bolączkach i bez przeszkód wczuć się w muzykę. Fantastyczna sprawa.
Chyba po raz drugi odwiedziłem ten sam festiwal dwa lata z rzędu (wcześniej to był również gdyński Open'er w latach 2009-10). Więcej o tegorocznej Globaltice tu.