Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mali. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 czerwca 2023

Niebo ma wszędzie ten sam kolor


Do wzruszającej muzyki Kayhan Kalhor i Toumani Diabate znaleźli poruszającą historię. Tytuł albumu oraz poszczególnych fragmentów pochodzą z wiersza Mehdiego Akhavana-Salesa, ukochanego dwudziestowiecznego poety Kalhora. To opowieść o wyborze i o podróży, o byciu w wiecznym ruchu. O migracji. 2016 rok to jeden ze szczytów europejskiego kryzysu migracyjnego. “The Sky Is The Same Colour Everywhere” jest głosem dla tych, którzy opuścili swój dom w poszukiwaniu lepszego życia, dla tych, którzy to życie stracili i dla tych, których marzenie się nie ziściło. To także głos przeciwko granicom. Bamako i Teheran dzielą tysiące kilometrów, ale niebo ma wszędzie taki sam kolor.

O wyjątkowym spotkaniu wirtuozów dwóch moich ukochanych tradycji muzycznych - perskiej i mandinge - piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

piątek, 19 maja 2023

Na obrzeżach x Radio Kapitał 17 V 2023


Spotkanie muzyki z Iranu i Mali, Indii i Niemiec, Indonezji i Gambii, Pakistanu i Stanów. W programie wyjątkowo piękne i wyjątkowo długie utwory, a i ja jestem wyjątkowo rozgadany.

1. Kayhan Kalhor & Toumani Diabate - The Path of No Return
2. Arooj Aftab, Vijay Iyer, Shahzad Ismaily - Eyes of the Endless
3. MD Pallavi & Andi Otto - An Unwritten Word
4. Suarasama - Untukmu Yang Berperang

piątek, 14 października 2022

Pełen chill

Nie zazdroszczę Vieux Farce Touremu. Podobnie jak synom Lennona. Żyją w cieniu ojców i chyba nigdy z niego nie wyjdą. Nie ma bardziej znanego malijskiego, może nawet po prostu afrykańskiego gitarzysty niż Ali Farka Toure. Z taką legendą nie można się mierzyć. Można próbować się przeciw niej buntować, można z nią nie walczyć, kontynuując rodzinne dzieło i dziedzictwo. 

Tę ostatnią taktykę przyjmują na przykład synowie Feli Kutiego, jak ojciec grający żarliwy afrobeat. Synowie Boba Marleya są solidnymi wykonawcami reggae. Rodzinną ścieżką kontynuuje Vieux Farka. Śpiewa, pisze piosenki, gra na gitarze. Snuje te sahelskie opowieści w ojcowskim duchu. Z Khruangbin robi coś innego niż zwykle, a jednak mocno wpisującego się w dotychczasową drogę. Teksańczycy zafascynowanie Alim Farką, zaproponowali synowi wspólne granie utworów ojca.

Zgodził się, może nie czuje się tym dziedzictwem tak przytłoczony jak Julian Lennon, z którym niedawno rozmawiał Jarek Szubrycht. Może chce, by to dziedzictwo nie tylko przetrwało, ale też zataczało jak najszersze kręgi. Ali Farka nie przepadał ani za światem zachodnim, ani za sukcesem, który przyszedł w latach 90. Nie lubił jeździć w trasy, wielokrotnie zastanawiał się nad rzuceniem kariery muzyka. Ciągnęło go do siebie, do rodzinnego Niafunke, którego pod koniec życia stał się burmistrzem i które niechętnie opuszczał. Vieux Farka jest tu ojcowskim przeciwieństwem - ciągle w trasie, ciągle wymyśla kolejne projekty, angażuje się w rozmaite współpracę. Wierny jednak pustynnym językowi muzyki, ale nie obawia się wpuszczania nowości w ten świat.

Taki jest Ali. Vieux Farka i Khruangbin ani są niewolniczo przywiązani do oryginalnych kompozycji, ani ich nie dekonstruują. Raczej ubarwiają leniwym, rozmytym brzmieniem, gitarową mgiełką. Wszystko jest tu okrągłe, słoneczne. Nawet głos Tourego brzmi jakby dobywał się zza chmurki. To chyba wpływ Khruangbin, których muzyka jest właśnie wycofana i nieinwazyjna, na granicy windowego muzaka. Trochę przez zmiękczają przesłanie często zaangażowanych piosenek Alego Farki. Większy nacisk kładą na samą ich strukturę, dodają do niej sporo funku, a sobie pozwalają na swobodę, słychać, że to efekt improwizowanych, jamowych sesji.

Wszechobecny pogłos, nałożony chyba na każdy instrument, schowanie wokali w miksie, w wyciągnięcie w nim na pierwszy plan basy kojarzą się z dubem i jego kleistością. To muzyka, która podkreśla letnie upały. Jest kolorowa, ale to kolory wyblakłe na słońcu, delikatnie funkująca, buja i kołysze. Nie ma tu ani grama pośpiechu, pełen chill. 

Dobrali się idealnie. Khruangbin brakowało od dawna wyrazistości, Vieux Farce rozpoznawalnego partnera, który doda czegoś nowego. Wykorzystali nawzajem swoje atuty, Khruangbin przemyca tajski groove, to ładne brzmienie, Vieux Farka dodaje swoją gitarową wirtuozerię. I tak to się kręci. Nic wielkiego, ale czasem nie potrzeba niczego więcej. A ojciec? Byłby z niego dumny.


poniedziałek, 5 września 2022

Zamplifikowani



Czego tu nie ma - wściekła, punkowa energia, osobiste tragedie w tle, polityka, protesty, tradycja zderzona z nowoczesnością.

BKO to malijsko-francuski kwintet. Nazwę wzięli od desygnatu międzynarodowego portu lotniczego w Bamako, malijskiej stolicy. Malijczyków jest czterech, z różnych grup społecznych i etnicznych - Ibrahim Sarr, mistrz gry na djembe, Mamoutou Diabate grający na djeli-ngoni, Adama Coulibaly, uznany muzyk z własną solowa karierą, tu grający donso-ngoni (obiecuję, że za chwilę więcej o tych instrumentach) i wokalista Fassara Sacko. Francuz zaś to Aymeric Krol, lyoński perkusista, który 10 lat temu terminował u Sarra.

Ta dwójka założyła BKO podczas trwające w 2012 roku puczu wojskowego, związanego z powstaniem Tuaregów na północy kraju. Polityka była w ich muzyce obecna od zawsze. Teraz, po 10 latach, Mali wstrząsnął kolejny wojskowy zamach stanu. Podobnie, jak Songhoy Blues, BKO nie mogli zostać na te wszystkie wydarzenia obojętni. Wzywają do naprawy kraju, ratowania społeczeństwa, ale i odwołują się do sił nadprzyrodzonych - tytuł albumu to w malinke pojawienie się dżina. Na brzmieniu albumu zaważyły też tragedie. Wykrycie - na szczęście wczesne - raka u Ibrahima Sarra oraz postępująca utrata wzroku u Fassary Sacko, spowodowana jaskrą.

Przede wszystkim na różnice między Djine Bora a jej dwoma poprzedniczkami miał wpływ nowy tryb pracy. Żadnej postprodukcji, to właściwie sesje nagrywane na setkę w studiu. Do tego Krol odsunął się z roli producenta i lidera, decyzja aranżacyjne podejmowali Malijczycy. A ci chcieli poeksperymentować z formą. Zamiast długich kompozycji, krótkie piosenki. Zamiast gładkiego, mocno studyjnego brzmienia, rzężące przestery. Nie ma tu - poza zestawem perkusyjnym Krola - żadnego zachodniego instrumentu. Do wzmacniaczy Diabate podpiął lutnię djeli-ngoni, dość bliską gitarze, a Koulibaly lire donso-ngoni, związaną z kulturą myśliwską, trochę przypominającą harfę kora, ale prostszą, bezpośredniejszą. Możliwe, że zmiana tego podejścia, chęć nagrania muzyki nieokiełznanej, zbuntowanej sprawiła, że BKO przeszli z szacownej Buda Musique do Les Disques Bongo Joe, zajmującej się bardziej alternatywnymi podejściami do tradycji i muzyki niezachodniej.

Djine Bora spełnia swoje obietnice. BKO słucha się lepiej niż niejednego zachodniego, punkowego składu. Można ich porównywać do Songhoy Blues czy Bamba Wassoulou Groove, ale przez ten świadomy wybór estety lo-fi i energię, postawiłbym ich bliżej nagraniom terenowym Alkibar Gignor. Mamoutou na ngoni wygrywa pierwszorzędne riffy, wycina dzikie solówki, gdyby ich instrumenty zamienić na gitary, prasa piałaby z zachwytu.

BKO są wierni muzyce malijskiej, jej polirytmiom, jej pentatonice, ale to zespół w zasadzie rockowy. Operujący rockowym aktywizmem, odwołujacy się do rockowego idiomu buntu. Gdy rock na zachodzie od dawna zjada własny ogon, z Globalnego Południa po raz kolejny przychodzi orzeźwienie.


piątek, 27 maja 2022

Gitary z Sahary


Gdzie bije teraz serce muzyki gitarowej? Pewnie powiecie, że w Wielkiej Brytanii, gdzie kwitnie postpunk pod postacią: Black Country, New Road, Squid czy Black Midi. Prawdziwa rewolucja dzieje się jednak gdzie indziej. Na Saharze i w Sahelu. Na potańcówkach, ogniskach i weselach.

W Dwutygodniku piszę o najwspanialszej formie muzyki gitarowej. 21 minut czytania. Jest i playlista, ale musicie kliknąć w artykuł.

wtorek, 15 marca 2022

Rokia Koné śpiewa dla całego świata


Ona – ukochana gwiazda malijskiej muzyki, Róża Bamako. On – doświadczony producent, współpracujący z największymi, ale szukający nowych, odświeżających wyzwań. Połączył ich przypadek. No i pandemia.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o wspólnym albumie Rokii Kone i Jacknife Lee.


środa, 10 lutego 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 10 II 2021

Gitara, kologo i oud - trzy instrumenty, spokrewnione ze sobą. Między nimi keyboard Casio. Mali, Ghana, Tanzania, Egipt. Nowości, klasyki, muzyka przedmieść i elegie dla zniszczonych miast. Płacz za utraconym pokoleniem, biedni i uchodźcy to też ludzie, a co może zrobić mężczyzna, z pewnością lepiej zrobi kobieta. O co chodzi? Nie bójcie się, wszystko wytłumaczyłem.

1. Nahawa Doumbia - Foliwilen (Kanawa)
2. Nahawa Doumbia - Danaya (à Sidi Konaté Pour Toujours) (La Grande Cantatrice Malienne Vol. 3)
3. Alostmen - Kologo (Kologo)
4. King Ayisoba - 1000 Can Die (1000 Can Die)
5. Ayuune Sule - What a Man Can Do, Woman Can Do More Better (We Have One Destiny)
6. Alostmen - Minus Me (Kologo)
7. Jamaica Mnanda - Masikini Naye Mtu (The Poor Are Also People)
8. Natik Awayez - Modonen 'Egaf' مدن عجاف (Barren Cities) (Manbarani)


środa, 18 listopada 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 18 XI 2020

Niger jak bumerang rozciąga się po Zachodniej Afryce. Zaczyna swój bieg w Gwinei, kończy w Nigerii, w rozległej delcie. Niger jest szlakiem handlowym, migracyjnym, cudem natury, jednym stabilnym źródłem wody na Sahelu. Po drodze do ujścia mija wielkie metropolie, legendarne miasta, których nazwy przywodzą o dreszcze ekscytacji, małe, ale żywotne miasteczka. Posłuchaliśmy muzyków, którzy mieszkają właśnie nad tą "rzeką rzek", mają nam dużo do powiedzenia.


1. Songhoy Blues - Barre (Optimisme)
2. Songhoy Blues - Badala (Optimisme)
3. Afel Bocoum - Sambu Kumba (Linde)
4. Afel Bocoum - Bombolo Lillo (Linde)
5. Amadou & Mariam - La Confusion (La Confusion)
6. Amadou & Mariam - Femmes du monde (La Confusion)
7. Oumou Sangare - Yere faga (feat. Tony Allen) (Mogoya)
8. Orchestre de Gao - Wotti Bayen (Panorama du Mali)
9. Tal National - Entente (Tantabara)
10. Star Feminine Band - Femme africaine (Star Feminine Band)

wtorek, 28 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 28 IV 2020


Choć restrykcje zostały poluzowane, na zagraniczne wypady nie ma na razie szans. Dlatego dzisiaj jeszcze głębiej niż zwykle zanurzymy się w muzyce "stamtąd". Posłuchaliśmy miejsc, do których było trudno dotrzeć również przed pandemią. W programie same nagrania terenowe z Mali, Egiptu, Abchazji, Kałmucji, Senegalu, Krymu i Szydłowca. W tym premiera radiowa fragmentów Mono Egypt, pierwszej kompilacji nagrań JuJu Sounds (o których już niedługo coś więcej) oraz dużo ciepłych słów o Ored Recordings, Sahel Sounds, Petites Planetes i In Crudo.

1. Ensemble Maqam - Bahçalarda kestane (TRACES OF CRIMEA • Ensemble Maqam live in the Khans' palace of Bakhchisarai)
2. Alkibar Junior - Adouna (Music from Saharan WhatsApp 04)
3. Lewlewal de Podor - Ziarre (Yiila Jam)
4. Tidiane Tham - Dannibe (Siftorde)
5. Mizmar, Aswan (Mono Egypt)
6. Shabab il Nasr, Port Said (Mono Egypt)
7. Nikolas & Konstantinos Singerov - Εγω΄ κε ερχουμε και εσυ΄ παραμερι΄σμε (Pontic Greeks from Abkhazia)
8. Tatiana Dordzhieva + Maria Beltsykova - Erdnin Haalga (Song about a girl called Erdnin Haalga) (Kalmykian Archaic and Soviet Folk)
9. Sonya Shavtikova - Нахва йбзибара (Red East: Abaza Lovesongs)
10. Marian Bujak - Polka Żydóweczka (Marian Bujak z Szydłowca - portret skrzypka)
11. Ababda, Upper Egypt (Mono Egypt)

środa, 1 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 31 III 2020



Pół audycji wypełnił indie pop w językach innych niż angielski i krótka rekapitulacja z koncertów w czasach pandemii (tak, mówię o Cuarentena Fest). Świat jednak nie do końca się zatrzymał, mimo trudności wychodzi nowa muzyka - drugie pół godziny to przegląd świeżynek z Etiopii, Iranu, Grecji, Mali i Palestyny.

1. Caliza - Call of Duty (Mar de Cristal)
2. Evripidis & His Tragedies - Μια Τρίτη στην Καντίνα (Μια Τρίτη στην Καντίνα)
3. Sobrenadar - Nordzee
4. Colombre - Crudele
5. Kumisolo - Transport en commun
6. Clea Vincent - Du sang sur le congas
7. Hailu Mergia - Abichu Nega Nega
8. Evritiki Zygia - Maritsa
9. Tamikrest - Azawad
10. Mentrix - Nature
11. Zenobia - Desert Hafla


wtorek, 15 października 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 15 X 2019


Nie mam głowy do dat i rocznic. Dzisiaj były urodziny Feli Kutiego, 81, a ja dowiedziałem się o nich dopiero po nagraniu audycji. Tak sobie krążyłem po Afryce Zachodniej, ale do Nigerii nie dotarłem dzisiaj. Zaczęliśmy jednak we Włoszech. Coś jest w tym kraju, w tym powietrzu, że Włosi bardzo dobrze rozumieją muzykę afrykańską i latynoską.

1. Gabriele Poso - Black Sand (Batik)
2. Pat Thomas & Kwashibu Area Band - Obi Nfreno (Obiaa!)
3. Pat Thomas & Kwashibu Area Band - Onfa Nkosi Hwee (Obiaa!)
4. Le Mystere Jazz de Tomboctou - Leli (Le Mystere Jazz de Tomboctou)
5. L'Orchestre Kanaga de Mopti - Sory Bamba (L'Orchestre Kanaga de Mopti)
6. Guelewar - Sama Yaye Demna N'Darr (Sama Yaye Demna N'Darr)
7. Baba Commandant & the Mandingo Band - Siguissi (Siri Ka Bele)

Tekst, o którym mówię w audycji, znajdziecie tutaj.


poniedziałek, 18 lipca 2016

Zapomniana rewolucja




W czasie, gdy Bitelsi podbijali świat, hipisi opanowywali Stany Zjednoczone, Afryka Zachodnia przeżywała własną muzyczną rewolucję.

Rok 1960, rok Afryki. Piętnaście kolonii chylących się ku upadkowi mocarstw europejskich uzyskuje niepodległość. Przywódcy nowych krajów jednym głosem postanowili odciąć się od metropolii i, co ważniejsze, ze zlepków rozmaitych grup etnicznych, plemiennych i klanowych stworzyć współczesne narody. Rozwiązaniem było stworzenie własnej, nowej tożsamości i kultury. W sukurs przyszedł prezydent Gwinei, Ahmed Sekou Toure rządzący niepodzielnie krajem od 1958 do 1984 roku. W chwili odzyskania niepodległości na pierwszą narodową orkiestrę Toure wyznaczył L’Orchestre de la Garde Republicaine. Niecały rok później, 1 listopada 1959 roku autokrata rozwiązał wszystkie działające w kraju orkiestry oraz zakazał rozpowszechniania muzyki francuskiej i zachodniej. Jednocześnie nakazał nowym, państwowym już orkiestrom, czerpać inspirację z rodzimej tradycji. Od tej pory muzyka popularna zaczęła służyć młodemu państwu. W czasie rządów Sekou Toure powstało około 60 sponsorowanych przez rząd orkiestr. Zespół był w każdej prefekturze i większym mieście. Wtedy też, ustalił się typowy skład osobowy: dwie gitary, bas, perkusjonalia, klawisze, sekcja dęta składająca się z trąbki, puzonu i saksofonu. Choć w państwowej skarbnicy często widać było dno, każdej zakupiono instrumenty, każda miała możliwość odbycia sesji nagraniowej w rządowym studiu w stołecznym Conakry, każda mogła wydać nagrania w (państwowej, a jakże) wytwórni Syliphone.

Nic dziwnego, że wśród ponad 700 nagrań nie znajdzie się ani jedno krytykujące rządy Sekou Toure. Za to możemy dowiedzieć się, jak przyjemnie pracuje się w polu, a Les Amazones de Guinee, pierwsza orkiestra składająca się jedynie z kobiet, przestrzegała przed nadużywaniem alkoholu. Gros tej twórczości wychwala prezydenta i jego partię (jedyną legalną). Sekou Toure jest porównywany do Sundiaty Keity, założyciela średniowiecznego imperium Mali, którego spadkobiercami czują się wszyscy Mande, w tym również prezydent. Wykorzystywanie muzyki w celu sławienia władcy nie jest w Afryce Zachodniej niczym nowym, od wieków zajmowali się tymi grioci, przedstawiciele zamkniętej kasty quasi-bardów, służący jako doradcy panujących i strażnicy ustnej tradycji. Pod względem wpływu griotów na gwinejską muzykę popularną, przełomowy okazał się rok 1969 i nagranie Regard sur le passe Bembeya-Jazz National, najsłynniejszej państwowej orkiestry. Na album składa się jeden trzydziestosiedmiominutowy utwór opisujący życie słynnego dziewiętnastowiecznego rewolucjonisty i powstańca Almaniego Samori Toure. Utwór łączy śpiew w języku mande i francuską melodeklamację z oszczędną instrumentacją i jest utrzymany w stylu epickich opowieści. Całość kończy się przywołaniem ówczesnego prezydenta i legitymizacją jego rządów jako prawnuka Samoriego. Czy był nim naprawdę? Badacze w to wątpią.



Rok 1984 przyniósł kres rządom Toure. Trzymający kraj silną ręką przywódca zmarł w Stanach Zjednoczonych. Jego następcy, wojskowa junta, postanowili odciąć się od przeszłości i zdemontowali całą politykę kulturalną.

Z wzorców gwinejskich chętnie korzystał Modibo Keita, pierwszy prezydent Mali. Do prowadzenia pierwszą narodową orkiestrą „A” wyznaczył Keletigui Diabate, członka L’Orchestre de la Garde Republicaine. Mali na początku miała trzy orkiestry narodowe, oznaczone kolejnymi literami alfabetu, „C” przekształciła się w Super Djata Band, a członkowie „A” i „B” połączyli siły tworząc Orchestre National Badema. Oprócz orkiestr narodowych istniały zespoły regionalne, które konkurowały ze sobą co roku na Semaine Nationale de Jeunesse, czyli narodowym tygodniu młodzieży. Po ośmiu latach rządów Keita został obalony przez Moussę Traore. Nowy przywódca nie zarzucił idei orkiestr regionalnych ani festiwali młodzieżowych. Tym drugim jedynie zmienił nazwę i ustalił cykl dwuletni. Pierwsza impreza w odmienionej formie odbyła się w roku 1970. Z tej okazji niemieckie wydawnictwo Barenreiter-Musicaphon w serii Mali Music wydało albumy pięciu zespołów, z Mopti, Segou, Sikasso, Bamako i Kayes, pod zbiorczym tytułem Les meilleurs souvenirs de 1e Biennale artistique et culturelle de la Jeunesse. Warto zwrócić uwagę na orkiestrę z Mopti, dowodzoną przez Sorry Bambę, obiecującego gitarzystę oraz na pełną przyszłych gwiazd stołeczną ekipę. W Rail-Band de Bamako pierwsze kroki stawiał Salif Keita, prawdopodobnie najsłynniejszy malijski muzyk. Potem w jej składzie grali Mory Kante, Djelimady Tounkara czy Djely Mousa Kouyate. Według przykazań nowej władzy każda orkiestra miała grać muzykę swojego regionu, i tak repertuar Mopti to przede wszystkim frenetyczne rytmy Dogonów, Rail-Band specjalizował się w poematach Mande, Gao grali tradycyjne utwory Songhai, a Timbuktu wplatali tuareski trans.


Malijskie orkiestry od gwinejskich pierwowzorów różniły się również tym, że funkcjonowały w sferze prywatnej pod zmienionymi nazwami. W 1977 roku, gdy w Wielkiej Brytanii Johnny Rotten zmieniał oblicze rock’n’rolla, rządowa wytwórnia Mali Kunkan wydała albumy komercyjnych wcieleń zespołów regionalnych. Znów wyróżniał się Sorry Bamba i jego Orchestre Kanaga de Mopti. Po siedmiu latach jeszcze mocniej słychać inspirację Dogonami i ich unikatową kulturą, widać ją też na okładce przedstawiającej wojowników tego ludu. Muzyka Kanagi, choć utrzymana w tradycji, ma wiele wspólnego z krautrockiem i afrobeatem. Gitarowe pasaże Le Mystere Jazz de Tomboctou (były to pierwsze nagrania zespołu) zapowiadają twórczość Tinariwen. Urozmaica je hipnotyczna gra sekcji dętej. Tu też większość utworów jest tradycyjna, Dina Waliji to pieśń religijna, Wale wywodzi się z tuareskich rytuałów. Obie płyty przez wiele lat były niedostępne i gdy tylko pojawiły się na serwisach aukcyjnych potrafiły osiągnąć niebotyczne sumy. Dopiero na początku obecnej dekady, Holendrzy z Kindred Spirits wznowili je razem z kompilacją Super Biton de Segou na kompakcie i winylu. Równie niedawno amerykańskie Mississippi Records wznowiło nagrania z pierwszego Biennale.


Mauretania dorobiła się tylko jednej rządowej orkiestry, lecz jej historia mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu. Zaczyna się podobnie do poprzednich, Moktar Ould Daddah, pierwszy prezydent kraju zapragnął muzycznego symbolu dla rodzącego się narodu. W 1967 roku wyselekcjonowano 14 muzyków, których wysłano na nauki do Conakry. Pobierali je nie tylko od gwinejskich nauczycieli, ale także od profesorów z Korei Północnej. Wybrańcy w większości mieli doświadczenie, wśród nich był jednak jeden nieopierzony siedemnastolatek, Hadrami Ould Meidah, mający zostać wokalistą. Szybko stał się liderem zespołu. Edukacja w Gwinei trwała rok, a pierwszy koncert Orkiestry odbył się 28 listopada 1968. Początkowo śpiewali w języku Malinke, dominującym u sąsiadów, z czasem zwrócili się ku arabskim eposom i poezji w języku Pulaar. Taki był plan Daddah, orkiestra miała jednoczyć wszystkie grupy etniczne zamieszkujące kraj. Mauretański sen skończył się już w 1978 roku. Zamachem stanu. Jak łatwo można się domyślić, nowa władza chciała zatrzeć ślady po poprzednikach. Do tej pory Orchestre National de Mauritanie wydała tylko jedną siedmiocalówkę. Po prawie czterdziestu latach Chris Kirkley, założyciel Sahel Sounds, wytwórni zajmującej się muzyką Afryki Zachodniej, trafia w Internecie na nagranie Orkiestry. Po wielu próbach udaje mu się skontaktować z Ould Meidah. Okazuje się, że podczas niszczenia radiowych archiwów przez wojsko, jeden z pracowników wynosi taśmy z sesja nagraniową Orkiestry i ukrywa u siebie w domu. Decyzja była prosta, Kirkley wydaje u siebie debiut spóźniony o trzydzieści kilka lat.


Muzyka Orchestre National de Mauritanie nie różni się zbytnio od swoich malijskich i gwinejskich odpowiedników. Pisali piosenki polityczne, jak „Oumletna” sławiące nową walutę, odwoływali się do epickiej tradycji w Kamlat, łączyli tradycję z nowoczesnością, z gitarami współbrzmi hoddu, dwustrunowa lutnia i neyfara, arabski flet. Jest jednak coś, co wyróżnia Mauretańczyków. To smutek. Inne orkiestry grały pogodnie, u nich słychać melancholię, niepasującą do głosu młodego, dumnego państwa. Jakby przeczuwali, że ten sen nie może się ziścić.

Dziedzictwo orkiestr słychać wyraźnie w muzyce popularnej Afryki Zachodniej. To one pierwsze zaczęły przedstawiać rodzimą treść za pomocą zachodnich instrumentów, pomogły spopularyzować gitarę elektryczną, dzięki państwowemu monopolowi kształtowały kulturę muzyczną swoich krajów. Najwyraźniejszy ślad zostawiły orkiestry malijskie, ich wpływ słychać u tak różnych wykonawców, jak tuareskich herosów gitary Tinariwen, pieśniarki Rokii Traore czy popowych Amadou & Mariam. Jednak, mimo że kilka orkiestr, jak Kanaga czy Rail-Band koncertuje do dzisiaj, ich era należy do przeszłości.

Jedno nie udało się orkiestrom. Powstały jako symbole nowej państwowości, miały ucieleśniać sny o modernizacji, dumie i jedności narodowej. Rzeczywistość okazała się być mniej łaskawa. Sekou Toure przeszedł do historii jako jeden z najbrutalniejszych afrykańskich dyktatorów, Gwinea do dziś nie może podnieść po latach wyniszczających rządów kolejnych junt. Koniec rządów Daddah spowodowała wojna o Saharę Zachodnią i katastrofalna susza, po jego upadku Mauretania zaczęła dryfować w stronę arabskiego nacjonalizmu. Pozorną stabilizację w Mali co jakiś czas przerywają kolejne powstania Tuaregów, ostatnie w 2011 przerodziło się w wojnę domową na szeroką skalę, doprowadziło państwo na skraj upadku, kraj musiał prosić o międzynarodową interwencję. Marzenia sprzed pięćdziesięciu lat są nadal aktualne.

T-Mobile Music, październik 2013

piątek, 13 maja 2016

Muszą nas najpierw zabić

Kiedy Tuaregowie wywoływali kolejne powstanie w Mali, nikt nie spodziewał się, że tak szybko zostanie przejęte przez radykalnych islamistów, którzy wprowadzą prawo szariackie w jego najsurowszej postaci. 

Na terenach rządzonych przez Ansar Dine zakazano używek, wprowadzono kary cielesne i zakazano muzyki (polecam tekst Działu Zagranicznego o przyczynach takiego rozwoju sytuacji). Muzycy zaczęli masowo uciekać z północy do stolicy, Bamako i jeszcze dalej, do Burkina Faso. Ten drugi kraj jest częstym wyborem dla uciekinierów, to w nim skrył się Bombino po poprzednim nieudanym powstaniu Tuaregów.

Ich historię opowiada zeszłoroczny dokument They Will Have to Kill Us First (niefortunnie przetłumaczony na polski jako Grajmy, póki nas nie zabiją, co całkowicie zmienia wydźwięk tytułu), który będzie można obejrzeć na tegorocznym festiwalu Docs Against Gravity rozpoczynającym się dzisiaj. Jednym z bohaterów filmu są Songhoy Blues, czwórka młodych muzyków z Gao, którzy spotkali się w Bamako i zaczęli razem grać. Zobaczył ich Damon Albarn i tak trafili na Zachód. Cztery lata temu wyszła fantastyczna płyta Alkibar Gignor, chłopaków z Niafunke, miasta Ali Farki Tourego. Oni też musieli opuścić swój dom. Podobnie jak Amanar, który drugą płytę nagrał na wygnaniu.

Muzycy uciekają nie tylko z północy Mali. Wczoraj w Miłości zagrał chyba najsłynniejszy syryjski muzyczny uchodźca - Omar Souleyman. Towarzyszył mu jak zawsze magik keyboardu, Rizan Sa'id (o jego solówce pisałem w zeszłym roku dla Noisey). Oraz licznie zgromadzeni Syryjczycy, pobratymcy obu muzyków. To dlatego ten koncert był wyjątkowy. Choć pierwszego razu na szalonej imprezie z Souleymanem w roli głównej na OFFie w 2011 roku nie zapomnę nigdy, to jednak żywiołowe reakcje Syryjczyków, życzenia piosenek, które ochoczo spełniał Souleyman, powiewające syryjskie flagi, okrzyki "Syria, Syria" robiły ogromne wrażenie. Na Omarze i Sa'idzie także. Mający zwykle kamienne oblicze wokalista, wczoraj cały czas się uśmiechał i zagadywał swoich rodaków. Jakbyśmy byli w Damaszku, a nie w Warszawie.

Podobne odczucia miałem na zeszłorocznym występie innego uchodźcy, Sivana Perwera, legendy muzyki kurdyjskiej, wydalonego w latach 70. z Turcji. Perwer zagrał na zeszłorocznym festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Tam pierwsze także były zdominowane przez rodaków muzyka, a sam koncert przerodził w polityczną manifestację.

Muzyka niesie w sobie silny pierwiastek polityczny, Songhoy Blues śpiewają o konieczności głosowania, wzywają Malijczyków do powrotu do domu, Tamikrest swoimi tekstami starają się wpływać na Tuaregów, podobnie Bombino. Muzyka to niezwykle silne medium, o którego mocy trochę zapomnieliśmy w Europie (choć nie tak całkiem, jak niektórym mogło się to wydawać) i nie dziwi, że często jest zakazywana, a muzycy szykanowani. A jednak się nie poddają i tworzą dalej.

O tym będę rozmawiał dzisiaj o 18 w audycji O wszystkim z kulturą w Programie Drugim Polskiego Radia.


poniedziałek, 16 czerwca 2014

Dźwięki z Sahelu

mat. prasowe


Strona ruszyła, więc mogę napisać, już we wrześniu ukaże się pierwszy numer nowego-starego kwartalnika poświęconego muzyce, M/I. Do tej inicjatywy dorzucam swoje trzy grosze, kontynuując wątki afrykańskie i archiwalne. Napisałem tekst o wytwórniach zajmujących się afrykańską muzyką (nie tylko) archiwalną. Przy okazji porozmawiałem z właścicielami kilku takich oficyn, między innymi z Chrisem Kirkleyem, szefem Sahel Sounds, jednej z moich ukochanych wytwórni w ogóle. Kilka miesięcy temu przepytał go Kuba z Radia Orient, ale na trochę inną okoliczność.

czwartek, 6 marca 2014

Africa, si senor

W tym roku z Afryką flirtowali brytyjscy post-punkowcy i amerykańscy indie rockowcy. Najodważniej poczynają sobie jednak Kolumbijczycy z Bomba Estereo. W najnowszym singlu (oby promującym trzeci album) odsuwają swoją flagową cumbię i zamieniają na Mali i Niger. Z Nigerii przez Londyn nadchodzi dyskotekowy debiut Ibibio Sound System. Tydzień wcześniej (11 marca) Alsarah, tym razem z Nubatones, już bardziej klasycznie zajmie się muzyką Nubii. Jest na co czekać. I jest się z czego cieszyć.

wtorek, 14 stycznia 2014

Europa w Afryce




Najciekawsze rzeczy dzieją się na styku kultur. Debiutujący tym singlem Anglicy podbijają post-punkową pulsację nerwem Konono no1 i gitarami malijskich orkiestr. Lepiej ten rok nie mógł się zacząć.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Co tam panie słychać w Afryce?

W 2013 roku muzycy afrykańscy coraz śmielej przebijali się do świadomości słuchaczy zachodnich. Najgłośniej było słychać tych, którzy grali na gitarach.

Przypomniałem kilka najciekawszych afrykańskich gitarowych albumów z mijającego roku.

wtorek, 1 października 2013

Zapomniana rewolucja

 W czasie rządów Sekou Toure powstało około 60 sponsorowanych przez rząd orkiestr. Zespół był w każdej prefekturze i większym mieście. Wtedy też, ustalił się typowy skład osobowy: dwie gitary, bas, perkusjonalia, klawisze, sekcja dęta składająca się z trąbki, puzonu i saksofonu. Choć w państwowej skarbnicy często widać było dno, każdej zakupiono instrumenty, każda miała możliwość odbycia sesji nagraniowej w rządowym studiu w stołecznym Conakry, każda mogła wydać nagrania w (państwowej, a jakże) wytwórni Syliphone.
Napisałem o afrykańskich orkiestrach rządowych.

środa, 12 czerwca 2013

Trzy dotknięcia nieba

Ten dość pretensjonalny tytuł (nie)stety bardzo dobrze opisuje szóstą edycję poznańskiego Ethno Portu. Wśród piętnastu doskonałych koncertów, trzy były z zupełnie innej ligi.

Zacznijmy jednak od początku, którym dla mnie byli Tamikrest. Dagadany z Frankiem Parkerem nie zdążyłem zobaczyć. Szkoda, że Tuaregowie zostali umieszczeni o tak wczesnej porze. Bardziej sprawdziliby się po zachodzie słońca. Nie narzekam jednak, wypadli fantastycznie. Z początku trochę wycofani, z każdą chwilą rozkręcali się coraz bardziej, by na koniec zostać pożegnanymi burza oklasków po drugim bisie. Największe wrażenie, oprócz oszczędnej gry lidera, Ousmane'a Ag Moussy robiła sekcja rytmiczna, która trzymała wszystko w ryzach. Lekkim nieporozumieniem były natomiast rockerskie zapędy drugiego gitarzysty. Szczęśliwie niezbyt częste. Nie zabrakło zarówno hajlajtów z poprzednich wydawnictw Tamikrest, jak i wglądu w nadchodzącą jesienią nową płytę.

Bośniaków z Dubioza Kolektiv słuchałem piąte przez dziesiąte, ponieważ na żywo kazali się być jeszcze bardziej odlegli od moich muzycznych zajawek niż w studiu. Pierwszym z trzech tytułowych dotknięć nieba był występ Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana. Przez półtorej godziny na Dziedzińcu Zamkowym dwaj kurdyjscy muzycy tkali swoja opowieść o upadłych imperiach, bezkresnych równinach, wysokich górach, miłości, śmierci. Raz jeden instrument przejmował wątek, by za moment drugi go podjął, poprowadził w nowym kierunku i oddał. Dialog na kamanczę i saz był zdecydowanie jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Kalhor i Erzincan zagrali tylko jeden, niezwykle rozbudowany utwór, pełen improwizacji i punktów kulminacyjnych, po którym w gruncie rzeczy bardzo dobry i brawurowy występ wskrzeszających tradycje swojego regionu Canzoniere Grecanico Salentino wypadł dość blado.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się drugim niewypowiedzianie pięknym koncertem. Siedmiu Albańczyków w tradycyjnych strojach śpiewał a capella równie tradycyjne pieśni. Tu szybko skojarzenia pobiegły do występu A Filetta sprzed dwóch lat. Z tej uduchowionej atmosfery szybko wybudził poznańską publiczność Janusz Prusinowski z zespołem. Mazurki, oberki, wiwaty, polonez nawet, do którego zatańczono, niczym na studniówce. Pod scena przez cały koncert trwała regularna wiejska potańcówka. Az żal, że nie znam żadnego z ludowych tańców. Gdy zmęczeni muzycy schodzili ze sceny po drugim bisie (poznaniacy byli pod tym względem bezlitośni), na zewnątrz trwał już koncert Kapeli ze wsi Warszawa, który przywitał mnie wiwatem "Musiałaś ty dziewce co umieć..". Wiwat ten pojawił się już na koncercie Prusinowskiego i muszę przyznać, że jego interpretacja tej melodii wypadła dużo lepiej. Zresztą KzwW to jeden z niewielu zespołów, które bardziej przemawiają do mnie z albumów niż na żywo. I tak było również w Poznaniu, do momentu, gdy na scenie nie pojawiła się Mercedes Peon, wnosząc dużo świeżości do zespołu. Nim jednak koncert się skończył, trzeba było uciekać na dziedziniec (z powodu deszczu koncerty się poprzesuwały), bo tam zaraz zaczynał Hariprasad Chaurasia, wirtuoz bansuri, indyjskiego fleta poprzecznego. Spodziewałem się po tym koncercie czegoś więcej, a wynudziłem się jak mops.

Z ogromną nawiązką wynagrodził mi to kończący sobotnie koncerty występ Alirezy Ghorbaniego z zespołem w całości poświęcony poezji Rumiego. Fantastycznemu irańskiemu wokaliście towarzyszyli doskonali muzycy: Znów byl to bardzo plastyczny koncert, pełen improwizacji, hipnotyzującego transu i melancholii tak charakterystycznej dla muzyki perskiej. Nad wszystkim dominował głos Ghorbaniego. Co ja mogę więcej napisać? To był jeden z tych koncertów, przy których słowa przestają wystarczać.

Koncertowa niedziela zaczęła się dla mnie później, ale od mocnego uderzenia. Orkiestra Bobana i Marka Markoviciów zaprezentowała to, co najlepsze w muzyce bąłkańskich orkiestr dętych, sięgając po takie klasyki, jak "Djurdevdan" czy "Caje Sukarije", przekrój własnych utworów łączących bałkańską tradycję z różnymi stylami czy grając własne wersje popowych klasyków, jak "Smooth Criminal" Jacko. Mnie najbardziej cieszyły wycieczki w stronę tradycji. Dzikość koncertu udzieliła się tez publiczności, która długo nie chciała puścić ze sceny zespołu, a Marko Marković chyba trzy razy wracał na nią, by zaśpiewać motyw "Caje Sukarije". Bałkańska podróż miała swój dalszy ciąg w koncercie Feliksa Lajkó. Od wirtuozerskich popisów muzyków skrzyło się powietrze na Dziedzińcu Zamkowym, jednak w żadnym wypadku nie były to puste popisy. Grający bez wytchnienia Felix każdym dźwiękiem opowiadał historie, a ja cały czas trzymałem szczękę przy ziemi. I wreszcie na koniec jazz z Libanu. Ibrahim Maalouf nie do końca mnie przekonał. Za dużo popisów, za dużo "białego funku", za dużo nowoczesnego smooth jazzu. Jednak wszystkie zarzuty zmył fantastyczną wersją "Beirutu", swojej pierwszej piosenki. I już, po festiwalu.

Zmiana miejsca ze starego koryta Warty na Chwaliszewie na Centrum Kultury Zamek wyszła festiwalowi na dobre. Dzięki temu, że odbyła się w siedzibie organizatora, udało się zaoszczędzić część pieniędzy na przygotowania i infrastrukturą i przeznaczyć je na naprawdę gwiazdorski line up. Festiwal nie stracił tez nic ze swojego klimatu, nadal nie trzeba było biegać między scenami. Jednocześnie widać było, że to pierwsza edycja w nowej lokalizacji, więc nie wszytko działało, jak powinno, ale te drobne usterki można łatwo puścić w niepamięć, bo muzycznie było po prostu doskonale. Widzimy się za rok.

niedziela, 10 lutego 2013

Uskudar 10 II 2013

1. Bassekou Kouyate & Ngoni ba - Kensogni
2. Bassekou Kouyate & Ngoni ba - Mali Koori
3. Monoswezi - Hondo
4. Monoswezi - Xtimela
5. Malick Pathe Sow & Bao Sissoko - Bilbasi
6. Malick Pathe Sow & Bao Sissoko - Borom Leer
7. uSSSy - Afghan Music House Party
8. uSSSy - Orlen
9. Ali Reza Ghorbani & Dorsaf Hamdani - The Rite of Khayyam