Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dub. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 marca 2021

Cumbia de Varsovia


Cumbia, arabski surf rock, globalna psychodelia, tropiki - to wszystko na jednej kasecie. I to z Warszawy.

Powinniście już dobrze wiedzieć, że takie połączenie jest dla mnie co najmniej bardzo interesujące. Każde takie sięganie po - ciągle jeszcze - nieoczywiste inspiracje, wychodzenie z anglosaskiego dyktatu jest odświeżające. Zresztą pisałem o tym nieraz (i nie tylko tutaj). Narzekałem trochę na brak podobnej muzyki wychodzącej w Polsce. To teraz narzekam trochę mniej.

Za Monsterrą stoi jedna osoba - Grzesiek Wiernicki z nieodżałowanych Wild Books czy prehistorycznych The Phantoms, który od dłuższego czasu zajmuje się muzyką niezachodnią w ramach imprez i podcastów Na Oriencie. W Monsterrze gra sam ze sobą na gitarze, tanio brzmiącym syntezatorze i automacie perkusyjnym.

Wychodzi przede wszystkim od cumbii, która jest bardzo wdzięczną muzyką do podobnych wycieczek, ma mnóstwo lokalnych odmian - od Meksyku po Buenos Aires, od w stu procentach akustycznej do elektronicznej. No i jest też jak widać cumbia warszawska. Wyrosła w Pogłosie, Młodszej Siostrze, na zgliszczach Eufemii, starych winylach i kasetach.

Peligro zaczyna się od miniaturki Oriente, która wskazuje kierunek całości. To muzyka rozedrgana jak miraż. Pulsująca i falująca jak Wisła. Później, w kolejnych kawałkach wiodącą rolę będzie odgrywać surfowa gitara, w której słychać echa stylu Omara Khorshida (najbardziej chyba w Malaguerra), ale w Oriente jej jeszcze nie ma, tylko syntezator. Ale tak, to gitara nadaje charakter całości. Twangująca, ale nie kieruje w stronę beztroskich nagrywek Beach Boys czy Los Bitchos (a one przecież też grają podbitą surf rockiem cumbię), tylko dusznej, betonowej dżungli - może być to Warszawa w sierpniu, może być Kair, może być Medellin. Pandemia też odcisnęła piętno na Peligro, Soledad to - zgodnie z nazwą - studium wszechogarniającej samotności, lockdownowego zapadania się w sobie. Ukojenie przychodzi na koniec, Selva tropical łączy delikatne dźwięki chyba mis tybetańskich (albo podobnego instrumentu) z nagraniami terenowymi z lasu, raczej nie tropikalnego, wbrew nazwie, i odgłosami burzy. Ucieczka do natury nie jest do końca udana, przejeżdża pociąg. Przypomina, że coraz trudniej znaleźć miejsce nietknięte cywilizacją. 

Podoba mi się demówkowy charakter tej kasety, te wszystkie niedoskonałości. Słuchając jej, czuję się trochę jak na koncercie w Młodszej Siostrze, albo górnej sali Pogłosu, trochę źle słychać, niewiele widać, jest gorąco, parno. Mogłyby już niedługo wrócić małe koncerty. Demówkowość daje też dużo nadziei na przyszłość, bo skoro Monsterra tak dobrze brzmi sama ze sobą, to jak będzie, jeśli Grzesiek przekształci ją w prawdziwy zespół.


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Polska 2013: miejsca 5-1

5. Nor Cold - "nor cold"



 Nieoczywisty hołd złożony muzyce bałkańskich Żydów. Powstały z zachęty Mirona Zajferta, dyrektora fetiwalu Nowa Muzyka Żydowska. Lider, trębacz Olgierd Dokalski do współpracy dobrał sobie Wojtka Kwapisińskiego, Ooriego Shaleva i Zegera Vanderbussche. Określany, jako jazzowy, ale to nieprawda. To wydestylowany smutek, bałkańska sevda, uczucie, które nigdy nie gaśnie w sercu. Tęsknota brzmi w każdym dźwięku tego niezwykłego albumu.



4. Hatti Vatti - "Algebra"



Piotr Kaliński zebrał swoje dźwiękowe wspomnienia z licznych podróży do Orientu i zatopił je w dubowych brzmieniach. Muezzini, cykady, fragmenty audycji radiowych wyłaniaja się z oszczędnych, rozgrzanych, wypalonych bitów, tworząc fascynującą podróż do świata wyblakłych od Słońca barw.



3. Alameda 3 - "Późne królestwo"



Na "Późnym królestwie" najpełniej wyraża się artystyczna osobowość Kuby Ziołka AD 2013. Łączą się tu i przenikają wszystkie wątki jego zeszłorocznych wydawnictw. Drony, folki, podprogowa słowiańszczyzna, ambient, mistycyzm, kabała, black metal, podejrzliwość wobec technologii, kosmos, noise rock. Najmniej tu elementów wspólnych z "Don't Go", ale pamiętajmy, że tam najwięcej do powiedzenia miał Piotr Bukowski. Szkoda, że ten niezwykły materiał został zepchnięty w cień przez Starą Rzekę. Zupełnie na to nie zasługuje. I nie, to wysoki miejsce nie jest z mojej strony próbą rekompensaty, czy zwrócenia uwagi na debiut Alamedy. To po prostu najlepsza dotychczasowa pozycja w pokaźnym dorobku Kuby.



2. Oleś Brothers & Jorgos Skolias - "Sefardix"



 Za tym projektem stoi również Miron Zajfert.Z jego inicjatywy spotkali się nietypowi instrumentaliści z nietuzinkowym wokalistą, by na nowo odkryć muzykę greckich Sefardyjczyków. Do dyspozycji mieli tylko kontrabas, perkusję i głos. Nie odgrywali, lecz, podobnie, jak Nor Cold reinterpretowali materiał źródłowy. Pozostali bliżej tradycji, nie bojąc się jednocześnie wycieczek w stronę współczesnej muzyki improwizowanej. Przy użyciu skromnych środków osiągnęli maksymalny efekt.

1. Hera & Hamid Drake - "Seven Lines"



Ekipa Wacława Zimpla była w zeszłym roku bezkonkurencyjna. W składzie poszerzonym o Raphaela Rogińskiego i Macieja Cierlińskiego ze specjalnym udziałem jednego z najbardziej cenionych free jazzowych perkusistów, Hamida Drake'a Hera zagrała na Krakowskiej Jesieni Jazzowej. To nagranie tego niezwykłego wydarzenia. Pięć kompozycji, opartych na tradycyjnych melodiach  z różnych stron świata. Jest Beludżystan, Indie, Tybet, Japonia, Rosja. Ale nie tylko. W miarę rozwoju improwizacji do mozaiki dołączają kolejne rejony, kolejne tropy. Mnie najbardziej zachwyca "Afterimages", które zmieniają się w saharyjski jam prowadzony przez Rogińskiego. Do tego ekstatyczne zatracenie się w muzyce, bardzo pierwotne w swojej istocie sprawia, że od "Seven Lines" mimo jej pokaźnych rozmiarów oderwać się nie sposób. Klękajcie narody.







Poprzednie piątki tu, tu i tu.

środa, 5 czerwca 2013

Hatti Vatti - "Algebra"


Między Sopotem a Kairem.

Czasem przypadek odgrywa wielką rolę w powstaniu rzeczy godnych polecenia. Tak jest z "Algebrą". Ta płyta miała w ogóle nie powstać. Tylko propozycja koncertu w gdańskiej Kolonii Artystów zmusiła Piotra Kalińskiego do ponownego zainteresowania się nagraniami terenowymi, które zgromadził podczas licznych podróży na Bliski i Środkowy Wschód (i do Afryki również) i połączenia ich z dubową elektroniką.

"Algebra" to album duszny. W każdym z siedmiu utworów słychać bliskowschodni skwar, czy to w postaci grających w tle cykad, czy zawodzeniu muezzina, czy w ciepłych bitach z nałożonym bardzo silnym pogłosem. Palące słońce bije z każdego dźwięku. Nie przyjemne słoneczko, lecz rozgrzana do białości kula odbierająca chęć do życia. Jednocześnie jest to album niezwykle przestrzenny. Słuchając go mam wrażenie przebywania na zupełnym odludziu, atmosfery sprzyjającej do wędrówki w głąb siebie. Jednym razem jest to niezmierzona pustynia, innym górskie łańcuchy. Pod koniec płyty Kaliński zdaje się wracać do cywilizacji i częściej korzysta z wysamplowanych wokali.

"Algebra" przede wszystkim, przy całej swej sugestywności, jest niezwykle piękna. Hatti Vatti bardzo oryginalnie połączył Wschód z Zachodem. Nagrania terenowe nie są przysłowiowym kwiatkiem do kożucha, lecz stanowią fundament kompozycji, a szkielet złożony z oszczędnych bitów daleki jest od obciachowości i odpustowości tak częstych w podobnych połączeniach. Tej mieszanki słucha się z zapartym tchem. Mocny kandydat do polskiej płyty roku.