Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 listopada 2021

Zachwyt w czystej postaci


Dawno nie miałem takiego – przedłużonego, ale zwykłego też – weekendu. Poczułem się, jak przed pandemią. Przypominał o niej jedynie obowiązek noszenia maseczek.

Zacząłem od mojej nowej-starej pasji, czyli rugby. Starej, bo jajowatą piłkę staram się oglądac od kilku dobrych lat. Nową, bo dopiero tutaj, w kraju, w którym jest to popularny sport, wsiąknąłem na dobre i na tyle głęboko, że regularnie jeżdżę na mecze klubowe i – już niedługo – reprezentacyjne, a na francuskie mistrzostwa świata za dwa lata czekam z niecierpliwością. Tak, trochę zwariowałem na tym punkcie. Może kiedyś napiszę o tym więcej, tym bardziej, że już jeden kolega namawia mnie na blogowanie o jajowatej piłce. Niestety, Stade francais przegrali z Montpellier, choć zdobyli 3 przyłożenia więcej, ale popełnili za dużo fauli. No, już nie zamęczam was sportem.

Odzwyczaiłem się od tłumów w muzeach, a zarówno wystawa Georgii O'Keefe w Centre Pompidou, jak i Damiena Hirsta w Fondation Cartier były oblegane. Choć zupełnie inne. O'Keefe w Pompidou zaprezentowano bardzo przekrojowo – od pierwszych akwarel po ostatnie obrazy, malowane z pomocą asystentów, gdy artystka traciła już wzrok. Hirst w Cartierze wystawił swój najnowszy, zaskakująco klasyczny cykl Cherry Blossoms. Po prostu piękne obrazy kwitnących wiśni. Tylko tyle i aż tyle.

I wreszcie muzyka. Dwa, a właściwie trzy koncerty. Najpierw w Cartierze brukselski kwartet smyczkowy Ictus oraz organista Hampus Lindwall. W programie kompozycje Jurga Freya, samego Lindwalla i Ellen Arkbro. To ta ostatnia przekonała mnie, by ich zobaczyć. Freyowski String Quartet no. 2 straszliwie mnie wymęczył, nawet jak na minimalizm jest to muzyka po prostu nudna. Lindwall z Ictusem zagrali Brace for Impact organisty, zupełny kontrast do Freya. Dużo się działo w tej kompozycji, głośnej, rozwydrzonej, trochę szczeniackiej, ale ożywczej. Chordalities Arkbro trochę mnie zawiodły, były zbyt poszatkowane, poszarpane.

W Petit Bain, całorocznym odpowiedniku warszawskiej BarKi pierwsza na scenie pojawiła się Ichiko Aoba. Sama, tylko z gitarą. Emanowała urokiem, była kawaii. Kawaii były też jej piosenki, które pod tą lukrowaną warstwą były popisami nie tylko piosenkopisarstwa Japonki, ale też jej gitarowych umiejętności. Nie ona jednak tego wieczoru była najważniejsza.

Arooj Aftab nagrała jedną – a może nawet tę jedyną, ciągle nie potrafię się zdecydować – z płyt roku. Możliwe, że też i dekady, ale o tym przekonam się za 9 lat. Vulture Prince jest poruszająca, metafizyczną opowieścią o stracie. Na wielu poziomach – od tego najbardziej osobistego, utraty brata po stratę, którą odznaczają się wszyscy emigranci; życie w starej ojczyźnie nie zatrzymuje się w miejscu, ten świat ginie bezpowrotnie, emigrant też się zmienia. Pisałem o Vulture Prince w samych superlatywach i zachwytach w „Czasie Kultury” i przyznaję, że miałem ogromne oczekiwania.

Arooj zagrała w trio z greckim kontrabasistą Petrosem Klampanisem i szkocką harfistką Maeve Gilchrist, muzykami grającymi na albumie. Dlatego tak dobrze rozumieli się na scenie. Skromny zespół, ale Vulture Prince też taka jest i kontrabas, harfa oraz głos w zupełności wystarczyły. Gdy tylko Aftab zaintonowała swoim niskim, jedwabistym głosem Baghon Main wiedziałem, że ten koncert zostanie na długo w mojej pamięci. Od głosu Pakistanki uginały się nogi i miękło serce. Przynajmniej moje. I nie liczyło się nic innego. To, że Francuzi nie wiedzą, czym jest wentylacja, więc klubie ledwo dało się oddychać, a spływałem potem, jakbym był w saunie. Liczyła się tylko muzyka. Pełna emocji, delikatna, wysublimowana i jednocześnie bezpretensjonalna. Doskonale przemyślana, ale zostawiająca miejsce na swobodę. Każdy popis na kontrabasie, każde odważniejsze zagranie na harfie miało swoje uzasadnienie. Arooj często oddawała pole swoim muzykom, ale gdy tylko sięgała po mikrofon, wiadomo było, co jest najważniejsze. Jej głos. Żeby nie robiło się zbyt podniośle, między utworami Arooj uprawiała prawie standup. To chyba jedyna artystka, która mogłaby zagrać na moich dwóch ulubionych festiwalach, Halfwayu i Globaltice.

Zagrali cały Vulture Prince i jeden dodatkowy utwór na bis. Osiem utworów rozłożonych na prawie półtorej godziny. Last Night straciło reggae'owy puls, przeszło na stronę jazzowych, klasycznych improwizacji i to była największa zmiana. Pozostałe utwory trzymały się w miarę blisko wersji albumowych, ale – jak już pisałem – nie było to odgrywanie 1:1. Koncertowe wersje, skromniejsze miały jeszcze większy ładunek transcendencji. To był koncert na miarę wspólnego występu Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana na Ethno Porcie, Sharon Van Etten na Halfwayu, Alima Qasimova na Skrzyżowaniu Kultur czy Zbiga na Offie. Zachwyt i wzruszenie w najczystszej postaci.

czwartek, 4 października 2012

Afryka, pustynia, Kanada.

Spóźnione, ale jednak napisane. 

O środzie na Skrzyżowaniu kultur nie mam wiele do napisania. Muzyka koreańska i japońska to nie moja bajka. Zupełnie. Dzień następny w swej wyjątkowości (składy złożone z mistrzów warsztatów  którzy w takiej konfiguracji raczej ze sobą więcej nie wystąpią) mógł być naprawdę niezwykły  ale wyszło dość zachowawczo. Z jednym dość poważnym zgrzytem. Występem Aleksieja Archipowskiego. Ten, nazwany przez zapowiadającą go Marię Pomianowską "Jimim Hendrixem bałałajki", Rosjanin okazał się być raczej skrzyżowaniem Malmsteema i Metheny'ego. technicznie doskonały, ale z kompozycji ziała emocjonalna pustka. I za dużo szołmeństwa, nie mówiąc już o tym, ze delaya, to ja już dawno nie słyszałem  Na każdy dźwięk zagrany przez Archipowskiego przypadały trzy z efektu. A potem ludzie dziwili się, że tyle dźwięków wydobywało się z jego bałałajki.

Prawdopodobnie przegrałem życie, bo w piątek zamiast fenomenalnego Razy Khana, moja stonerowa dusza wybrała Fu Manchu. Nie zawiodłem się na tym koncercie ani troszeczkę. Mimo ponad czterdziestki na karku Kalifornijczycy potrafią wykrzesać z siebie mnóstwo pustynnej energii. Każda z 14 piosenek z "The Action is Go' wypadła duzo lepiej niż na płycie sprzed piętnastu lat. I tu podziękowania dla pana dźwiękowca, któru robił z konsoleta takie cuda, że wreszcie było wszystko słychać  NAPRAWDĘ wszystko. No i ten bis, najbardziej oczywisty z oczywistych, ale jaki fantastyczny: "Califrornia Crossing", "king of the Road" i "Godzilla". Jedynym kwasem było przesunięcie z niezrozumiałych powodów supportu do Saturatora na po głównej gwieździe.

W sobotę wróciłem do namiotu festiwalowego. Boubacar Traore bezbłędny, zagrał całe "Mali Denhou", ale największe brawa należą się harmonijkarzowi. Dobet Gnahore byla dla mnie zbyt uładzona, zbyt smoothjazzowa, więc wyszedłem chwilę wcześniej, bo kilkadziesiąt metrów dalej, w tym samym budynku grał Ben Caplan, o którym pisałem tu, tu i tu. jak zwykle na jego koncertach było najlepiej.