Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grunge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grunge. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2022

Gość idealny


Grunge umierał wielokrotnie – z Cobainem, ze Staleyem czy Cornellem. Są tacy, którzy twierdzą, że niewinność Seattle straciło ze śmiercią Andy’ego Wooda w 1990 roku. A jednak dopiero tak naprawdę z Laneganem – który uciekał od niego jak najdalej się dało – grunge odchodzi w przeszłość. Zostały nagrania i wspomnienia. 

W Dwutygodniku wspominam dwadzieścia lat słuchania Marka Lanegana i jego artystyczną drogę. Żegnaj Mark.

wtorek, 2 listopada 2021

Przypisy do Nirvany

Choć tego może teraz nie widać, wychowałem się na kulcie lat 90. i grunge'u. Nastolatkiem stałem się pod sam koniec tamtej dekady, w gimnazjum nosiłem tylko i wyłącznie flanelowe koszule, czarne koszulki z logami zespołów, podarte spodnie łatane naszywkami. Dyskografie najważniejszych zespołów miałem w małym palcu. Żaden inny nurt nie był mi tak bliski. Tylko że lata 90. to nie tylko grunge. 

O tym zdaje się zapominać Anna Gacek. Dla niej początek lat 90. to nawet nie tyle grunge, ale Nirvana. Tragiczna historia Kurta Cobaina, jego romansu z narkotykami, miłości do Courtney Love, trudnego związku ze sławą, której jednocześnie pragnął i nienawidził. Wszystko inne, co pojawia się w Ekstazie jest tylko przypisem do historii Kurta. I to, że komercyjny pop umierał, i to, że Dave Gahan przedawkował, że Madonna zrobiła wyuzdany album fotograficzny, a U2 nagrali wybitne Achtung Baby - oczywiście w odpowiedzi na grunge - to wszystko pojawia się, by wybitność i wyjątkowość Nirvany wybrzmiała jak najmocniej. Wszystko poza modą, jedyną autonomiczną częścią książki, interesującą nawet dla mnie, choć zbyt przeładowaną plotkami, wojenkami między naczelną Vogue'a a Harper's Bazaar.

To przeładowanie sprawia, że przez Ekstazę ciężko przebrnąć bez poczucia zmęczenia. Książka jest zbiorem obiegowych opinii i cytatów z wywiadów. Eddie Vedder jest grzeczny i nieśmiały (co nie przeszkadza mu zdemolować Carnegie Hall i rzucać się rusztowań sceny w publiczność), w Seattle wszyscy szukają nowej Nirvany, RHCP to niepoważne chłopaki, które dzięki francuskiemu reżyserowi otworzyły się na odrobinę artyzmu, Alice in Chains - w przeciwieństwie do smutasów z Soundgarden - potrafili się zabawić. Kurt Cobain jest rozdarty między ambicją, komercyjnym sukcesem, a wiernością punkowym korzeniom. Bono... no cóż, to Bono. I tak dalej, nic, czego nie można było wyczytać w jakimkolwiek artykule poświęconym grunge'owi czy początkowi lat 90. Zamiast jakiejś autorskiej perspektywy, Gacek serwuje niekończący się potok anegdotek, wyimków ze wspomnień, fragmentów książek. Wydawca zapowiadał szerokie spojrzenie na początek lat 90., ale okazuje ono się bardzo wąskie.

O ile Brytania ma pojawić się w kolejnej części, co tłumaczy przelotne wspomnienie rave'ów czy zupełne pominięcie britpopu, to potraktowanie rapu w trzech zdaniach - że A Tribe Called Quest zagrali koncert w ramach MTV Unplugged, że RUN DMC odświeżyli karierę Aerosmith, że U2 wchodzili na scenę do dźwięków jednej z piosenek The Disposable Heroes of Hiphopcrisy - to rzecz niewybaczalna. To rap razem z grunge'em rozwalał kiczowatość lat 80. Brakuje też - choć to może pojawi się w kolejnych częściach - jak ten cały przewrót był odbierany poza Stanami i Brytanią. W Polsce na przykład. Jak to wpłynęło na naszą lokalną popkulturę. Tak samo brakuje wyrazistego głosu autorki. Dlaczego zdecydowała się na taką, a nie inną selekcję bohaterów? Bez tego Ekstaza jest kroniką jakich wiele. O latach 90. powiedziano już chyba wszystko, kolejna książka niewnosząca świeżego spojrzenia na temat jest po prostu mało potrzebna. Chyba, że lubicie anegdoty, plotki i tabloidowy, teledyskowy styl pisania.

Ja nie lubię, uwiera mnie pisanie Gacek. Wszystko jest przełomowe, największe, najlepsze. Na szczyt dostaje się tylko po to, żeby z niego zaraz spaść, bo ktoś kolejny już się na niego wspina. Mody zmieniają się jak w kalejdoskopie, media karmią się sensacją - przede wszystkim te brytyjskie. Rock umiera, by potem zmartwychwstać i zabić pop. Nirvana jest wielka, Metallica najpopularniejsza, a Guns n' Roses to bohaterowie poprzedniej epoki. Roczne wydatki Cobaina u szczytu sławy to koszt 30 sekund November Rain. I do tego mnóstwo powtórzeń. Jeśli Eddie Vedder to nieśmiały, jeśli Nirvana to zawsze najlepszy zespół i jeśli o tym nie wiecie, to Gacek przypomni o tym za każdym razem, kiedy pojawi się nazwa tria z Aberdeen. Gdyby Ekstaza była drinking game i na każde wystąpienie MTV, wysokiej rotacji, czy "naj" musiałbym wypić szota - nie dotrwałbym do trzeciego rozdziału. Tego, który jak wszystkie inne nosi tytuł inspirowany Przyjaciółmi. Serial, istny fenomen lat 90. pojawia się zresztą wspomniany mimochodem. W książce tak bardzo opartej na źródłach przydałby się ich wykaz, jakaś nawet skrótowa bibliografia, żeby móc pogrzebać głębiej w temacie.

Zmęczyła mnie Ekstaza. Zmęczyła i rozczarowała. Narracja pędzi na złamanie karku, ale w tym pędzie nie ma żadnego celu. Poza udowodnieniem, że Nirvana wielkim zespołem była, może nawet największym. Ale to już powinniście doskonale wiedzieć.

sobota, 5 grudnia 2015

W centrum: Schmieds Puls

Lato pozostało tylko wspomnieniem, liście opadły z drzew. Zima nadchodzi, jakby to powiedzieli fani pewnej sagi fantasy. Te okoliczności to najlepszy moment, by wsłuchać się w drugi album wiedeńskiego tria Schmieds Puls.
Napisałem o drugiej płycie Schmieds Puls dla Uwolnij Muzykę! 

środa, 2 września 2015

Retromania


Niepostrzeżenie wróciliśmy do roku 1993. Kurt Cobain żyje, zaraz wyda z Nirvaną In Utero, L7 święcą tryumfy, a świat odkrywa trzy dziewczyny z Massachusetts - Potty Mouth. 



środa, 26 sierpnia 2015

Wersja demo


Do pomysłów wydawania demówek, szkiców, czy niedokończonych nagrań mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony często jest to skok na kasę, zapełnienie cyklu wydawniczego, wywiązanie się z kontraktu, czy próba zarobienia na nieżyjącym muzyku. Z drugiej - fantastyczny wgląd w warsztat pracy muzyka. Liczne demówki, rozmaite wersje pokazuję, ile pracy i wysiłku trzeba włożyć, by stworzyć kompletny utwór. Że to częsta droga na oślep. Słuchając ich można spróbować zrozumieć proces twórczy, ale i mocno się rozczarować, gdy demówka wzbudza więcej emocji niż finalny produkt. Fascynujące jest także przywiązanie do utworów, które mogą wyjść na światło dzienne nawet kilka dekad po napisaniu (vide Neil Young i jego ciągłe buszowanie we własnych archiwach).

Najnowsza kompilacja dem Marka Lanegana, Publishing Demos: 2002 pokazuje muzyka w procesie przejście od bardziej tradycyjnego, bluesowego grania do elektrycznego, narkotycznego rocka. Miniaturka Grey Goes Black na głos i gitarę wypłynęła dekadę później na Blues Funeral w postaci pełnokrwistej piosenki, napędzanej automatem perkusyjnym z dyskotekowym posmakiem. Jeszcze ciekawiej sprawa się ma z największym przebojem Lanegana, Metamphetamine Blues. Pierwotnie zatytułowany When It's in You, mógł spokojnie pojawić się na wczesnych płytach wokalisty (albo na Dust Screaming Trees). Ciepłe brzmienie, bogata aranżacja z delikatnymi echami grunge'u w niczym nie przypomina wersji, która ukazała się dwa lata później na Bubblegum. Został tylko fantastyczny refren ze słowami "I don't want to leave this heaven so soon". Wszystko inne się zmieniło. Lanegan nie śpiewa delikatnie, lecz charczy swoim barytonem, jakby to było jego ostatnie nagranie; tekst stał się jeszcze bardziej gorzki. A piosenka zmieniła się z bluesowej ballady w majstersztyk prosto z Palm Desert. Zapiaszczone brzmienie, świdrująca gitara, metaliczna perkusja. Zupełnie inna jakość. Jedyne, czego szkoda z When It's in You to powtarzający się motyw pianina. Zresztą sami posłuchajcie:






wtorek, 30 kwietnia 2013

Recepta na długowieczność


Jak wam się udało przetrwać 25 lat jako zespół? 
Nie jestem do końca pewien, to zasługa nas wszystkich, całej naszej czwórki, no, piątki, jeśli doliczymy Matta. Chcemy po prostu dobrze spędzić czas i mieć z tego ciągle radochę. Szczerze, trzeba zespół traktować poważnie. To coraz trudniejsze, bo starzejemy się, mamy więcej obowiązków, powiększają nam się rodziny, ale my po prostu lubimy grać w Mudhoney. Dlatego ciężko pracujemy nad tym, by zespół działał cały czas i nie wkurzać się na kolegów, jeśli nie mogą sobie na coś pozwolić. Zrozumieliśmy w pewnym momencie, że każdy z nas coś poświęca, by znaleźć czas na granie. Poza tym, po prostu się lubimy.
Nie tylko o tym porozmawiałem ze Steve'em Turnerem.