Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 marca 2022
Zachód objaśnia nam świat
W Polsce mówimy o takich per beton, za granicą to tankies, czyli czołgi. Twittera zasypują pożyteczni idioci, na widok których Putin parska ze śmiechu i satysfakcji. Kłopot ma lewica, bo to w jej szeregach znalazło się wielu równie naiwnych, co niestety wpływowych polityków łykających bzdury rosyjskiego prezydenta.
poniedziałek, 5 grudnia 2016
W centrum: Zapaska
Zaczęło się w Kamieńcu Podolskim. Tam poznali się Jana Szpaczinska i Pawło Niechytajło i powstała Zapaska, jeden z najciekawszych ukraińskich zespołów poruszających się po szeroko rozumianej muzyce alternatywnej. Na początku grali akustycznie, z czasem dołożyli elektronikę, w tym loopery i automaty perkusyjne. I mieszali. Swobodnie przeskakują między ukraińskim a angielskim, pojawia się polski (w cudownie absurdalnym Niema Ryby z ich drugiej Epki, Translitom), słowacki. Po dwóch Epkach wydanych przez rodzimą oficynę XXX Waves, trafili do jednej z moich ulubionych wytwórni, słowackiej Slnko.
Bardzo dobrze się w nią wpasowali, a może po prostu od początku pasowali do koncepcji Słowaków, czyli nowoczesnej muzyki odwołującej się do lokalności. Jana i Pawło przyznają się do takich odległych inspiracji jak malijski blues, muzyka z Bollywoodu czy hip hop. Jednocześnie ich muzyka jest oparta na ukraińskiej melodyce.
Najlepiej to słychać na ich najnowszej płycie, wydanej na początku tego roku Pomalu. Akustyczne brzmienia zeszły na dalszy plan, zostały przykryte cieplutką elektroniką, poszatkowanymi samplami i chillwave'owym rozmyciem. Pawło uprawia pseudo rap, Jana schowana za warstwą efektów wyśpiewuje czarujące, słowiańskie melodie. Piosenki są trochę surrealistyczne, czasem wydają się zaledwie szkicami, napisanymi w sypialni, ale to nie wada, bo ja uwielbiam taka lekko amatorską estetykę. Tym bardziej, że często trafiają się prawdziwe perełki, jak chociażby utwór tytułowy, elektropopowe Shkoliarska czy Generosity albo słoneczne Lety. Pomalu może nie zachwyca od początku do końca, ale na pewno to rzecz warta posłuchania i sprawdzenia, jak to się robi za miedzą.
Nie było mnie na Budapest Showcase Hub, gdzie dyskutowano na temat przyszłości muzyki, powiedzmy, środkowoeuropejskiej i jej szans na sukces. Jednym z rozwiązań ma być stworzenie prawdziwej, wspólnej sceny, wspólnego obiegu muzyki, żeby najpierw myśleć o Warszawie, Pradze, Wilnie czy Zagrzebiu, a dopiero potem o podboju reszty świata. Mnie to bardzo się podoba i kibicuję temu pomysłowi (zresztą z tego samego powodu zacząłem ten cykl), bo warto wspierać to, co lokalne. Najbliższa okazja już w piątek i sobotę, gdy Zapaska przyjedzie na dwa koncerty do Warszawy i Mińska Mazowieckiego.
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Szukając korzeni
Najnowszy, trzeci numer Gazety Magnetofonowej poświęcony jest korzeniom. Czyli sporo folku, ale nie tylko. Znalazło się miejsce dla black metalu czy muzyki dawnej.
O tej ostatniej rozmawiałem z Jackiem Urbaniakiem, dyrektorem artystycznym zespołu instrumentów dawnych Ars Nova, który w tym roku obchodzi trzydziestopięciolecie działalności. A dlaczego to zespół instrumentów, a nie muzyki dawnej, dowiecie się z wywiadu. Nie mogę przecież zdradzić wszystkiego. Krótko opisałem dwa zespoły z Warszawą w nazwie, które sięgają do dziedzictwa przedwojennej piosenki. To Combo Taneczne i Orkiestra Sentymentalna. Prawie równocześnie wydali swoje płyty i to było przyczynkiem do tego tekstu. Do muzyki przedwojennej współcześnie będę jeszcze wracał.
Wreszcie, wypuściłem się na poszukiwania najstarszej zachowanej polskiej muzyki w Ameryce. Niestety, nie udało mi się znaleźć informacji o nagraniach Polaków w Argentynie i Brazylii, lecz jedynie Stanach Zjednoczonych. Za to znów udało mi się porozmawiać z Ianem Nagoskim z mojej ukochanej oficyny Canary Records. Znów, bo poprzednio z Ianem mejlowałem przy okazji tekstu o muzycznych archiwistach dla T-Mobile Music. Dlatego, jeśli chcecie się dowiedzieć więcej o samej Canary, oraz dlaczego Ianowi należą się ordery i miliony monet, przeczytajcie i tekst, i zapis naszej poprzedniej konwersacji. Tym razem rozmawialiśmy tylko o polskich emigrantach.
Czy było Ci trudniej znajdować polskie nagrania niż greckie czy tureckie?
Zupełnie nie. Słowiańskie płyty można bardzo łatwo i bardzo tanio kupić. Prawie połowa mojej kolekcji nagrań imigrantów to muzyka słowiańska lub aszkenazyjska. Fala imigrantów z Europy Wschodniej na przełomie XIX i XX wieku była trzecią pod względem falą imigracji w historii Stanów Zjednoczonych i Ameryki Północnej. (Większe były jedynie irlandzka i niemiecka w XIX wieku). To był idealny moment na zarobek dla raczkującego przemysłu nagraniowego. Nie robiłem dokładnych obliczeń, ale nagrań słowiańskich jest około 10 razy więcej na rynku antykwarycznym niż bliskowschodnich. Poza tym nagrania tureckie, greckie czy ormiańskie są bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów w przeciwieństwie do muzyki słowiańskiej.
Co w takim razie skłoniło Cię do wydania kompilacji jedynie z muzyką wschodnioeuropejską?
Podoba mi się ta muzyka i uważam, że za mało ludzi ją słyszało. Wiedziałem, że mało kto ją kupi, więc gdyby nie wsparcie Database of American Recorded Music, nie porwałbym się na wydanie Widow's Joy. Ostrzegałem ich, że nie sprzedadzą nakładu 1000 sztuk, ale i tak się zgodzili. Bardzo mnie to cieszy, bo chciałem przygotować taką kompilację od dłuższego czasu.
Słyszę w tej muzyce szaloną radość, ale i delikatne wycofanie, które maskują bardziej skomplikowane uczucia. To z pewnością przyciągało mnie do tej muzyki. Poza tym to muzyka robotników, górników, hutników, a ona mnie niezwykle fascynuje. Te płyty można znaleźć w starych hutniczych miastach - Cleveland i Pittsburghu, które regularnie odwiedzam. Prawie nikt nie zwraca na nie uwagi, więc są tanie. Tanie i dobre - te cechy pojawiają się przy każdej historii, którą opowiadam.
Jaki był wpływ muzyki słowiańskiej na muzykę amerykańską?
Większy niż się o tym mówi. Ja wyrosłem na polkach Lawerence'a Welka regularnie puszczanych w telewizji. Polska jest popularna w stanach środkowoatlantyckich, gdzie się wychowałem i żyję do dziś. Co prawda, traktuje się ją protekcjonalnie i z pewnością nie jest cool. Można za to spotkać nagrania na każdym kroku. W pokoleniu wcześniejszym od mojego był na polkę bardzo duży popyt. Do dziś jest popularna chociażby w Teksasie. Ja słyszę te wpływy chociażby u Williego Nelsona.
To nie cała nasza rozmowa, więcej w kryjącym się pod piękną okładką czasopismem. Magnetofonowa jest już dostępna w Empikach i internecie.
poniedziałek, 9 marca 2015
W pałacu chanów
Vincent Moon jeździ po całym świecie, nagrywając muzyków. Imponującą listę jego nagrań i podróży można zobaczyć na jego stronie. Oprócz najsłynniejszego projektu, Take Away Sessions, w ramach którego nagrywa artystów alternatywnych, Francuz rejestruje muzykę bardziej tradycyjną i egzotyczną pod nazwą Petites Planetes. Był w Indochinach, Ameryce Południowej, Afryce Wschodniej, Karpatach, Przedkaukaziu (razem z Bułatem Chalilowem z Ored Recordings). Nagrywał na ulicach, polanach, w parkach i kościołach. Specjalnie dla niego śpiewali Tom Ze, Olof Arnalds czy Juana Molina oraz niezliczona liczba anonimowych muzyków, dla których była to jedyna szansa na uwiecznienie. Często to jedne z niewielu nagrań rytuałów i ginących tradycji, bo Vincent upodobał sobie znikające i zagrożone mniejszości.
Moon był też na Krymie, gdzie nagrywał Bułgarów, Ormian, Greków i Tatarów. Efekty tej podróży wydał pod nazwą Traces of Crimea. Tatarski ansambl Maqam zarejestrował w Bakczysaraju, w pałacu chanów. Nagranie rozpoczyna się niepozornie, jakby zespół jeszcze nie skończył się stroić, lekko nieporadnie przygotowywał się do właściwego wykonania. Gdy są już gotowi, klarnet razem akordeonem prowadzą hipnotyczną melodię, trochę turecką, trochę cygańską, płynący rytm znienacka się wykluwa i przenosi na morze stepu. A potem jest tylko magiczniej. Głęboki, nierzeczywisty i zmysłowy głos, przez który przemawiają pokolenia i stulecia. Jakby losy wszystkich krymskich Tatarów splatały się w tym jednym momencie.
Traces of Crimea można za darmo ściągnąć stąd, a cała sesja Maqam dla Petites Planetes jest tu.
wtorek, 16 kwietnia 2013
Magia
A Hawk and a Hacksaw prawie cały ubiegły rok spędzili na graniu we dwójkę do "Cieni zapomnianych przodków" Siergieja Paradżanowa, dwa tygodnie temu wydali album z tym materiałem. Swój warszawski koncert zaczęli zupełnie inaczej, przypominając o swoich korzeniach. Pierwszy utwór zagrali, stojąc wśród publiczności. Dopiero po nim weszli na scenę i sięgnęli do "You Have Gone to the Other World", konkretnie do przepięknego, ukraińskiego motywu weselnego. Potem przenosili się i na Węgry, do Rumunii, na Bałkany, przeplatając tradycyjne kompozycje własnymi utworami. W żywszych momentach robiło się niczym na wiejskiej potańcówce gdzieś w Serbii, w spokojniejszych zabierali do dawno minionego świata. Świata, którego nie da się odtworzyć, można mieć tylko jego wyobrażenie. Nierzeczywistego, a silnie zakorzenionego w nas samych.
Jeremy Barnes i Heather Trost przyjechali do Warszawy sami, więc musieli się wspomagać technologią w postaci maszyny do loopów, na którą Barnes zapętlał partie perkusji, choć trzeba przyznać, że większość koncertu spędził grając jednocześnie na bębnie i akordeonie. W tym okrojonym składzie bardzo ciekawie zabrzmiał utwór tytułowy z najnowszego albumu Amerykanów, ze zmieniona aranżacją i dużą dawką improwizacji. Fantastycznym pomysłem jest wykorzystanie w muzyce AHAAH santuru, perskich cymbałów, których brzmienie uwalnia od jednoznacznych skojarzeń geograficznych ich twórczość. To już nie tylko muzyka bałkańska, czy wschodnioeuropejska. To muzyka ze starego świata. Bezczasowa.
Amerykanie zakończyli koncert tak samo, jak go rozpoczęli. Stojąc wśród publiczności i grając ludowe melodie. Oraz "No Rest for the Wicked" z mojej ukochanej "Cervantine". Piękny koncert.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



