Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 czerwca 2023

Niebo ma wszędzie ten sam kolor


Do wzruszającej muzyki Kayhan Kalhor i Toumani Diabate znaleźli poruszającą historię. Tytuł albumu oraz poszczególnych fragmentów pochodzą z wiersza Mehdiego Akhavana-Salesa, ukochanego dwudziestowiecznego poety Kalhora. To opowieść o wyborze i o podróży, o byciu w wiecznym ruchu. O migracji. 2016 rok to jeden ze szczytów europejskiego kryzysu migracyjnego. “The Sky Is The Same Colour Everywhere” jest głosem dla tych, którzy opuścili swój dom w poszukiwaniu lepszego życia, dla tych, którzy to życie stracili i dla tych, których marzenie się nie ziściło. To także głos przeciwko granicom. Bamako i Teheran dzielą tysiące kilometrów, ale niebo ma wszędzie taki sam kolor.

O wyjątkowym spotkaniu wirtuozów dwóch moich ukochanych tradycji muzycznych - perskiej i mandinge - piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

środa, 10 listopada 2021

Zachwyt w czystej postaci


Dawno nie miałem takiego – przedłużonego, ale zwykłego też – weekendu. Poczułem się, jak przed pandemią. Przypominał o niej jedynie obowiązek noszenia maseczek.

Zacząłem od mojej nowej-starej pasji, czyli rugby. Starej, bo jajowatą piłkę staram się oglądac od kilku dobrych lat. Nową, bo dopiero tutaj, w kraju, w którym jest to popularny sport, wsiąknąłem na dobre i na tyle głęboko, że regularnie jeżdżę na mecze klubowe i – już niedługo – reprezentacyjne, a na francuskie mistrzostwa świata za dwa lata czekam z niecierpliwością. Tak, trochę zwariowałem na tym punkcie. Może kiedyś napiszę o tym więcej, tym bardziej, że już jeden kolega namawia mnie na blogowanie o jajowatej piłce. Niestety, Stade francais przegrali z Montpellier, choć zdobyli 3 przyłożenia więcej, ale popełnili za dużo fauli. No, już nie zamęczam was sportem.

Odzwyczaiłem się od tłumów w muzeach, a zarówno wystawa Georgii O'Keefe w Centre Pompidou, jak i Damiena Hirsta w Fondation Cartier były oblegane. Choć zupełnie inne. O'Keefe w Pompidou zaprezentowano bardzo przekrojowo – od pierwszych akwarel po ostatnie obrazy, malowane z pomocą asystentów, gdy artystka traciła już wzrok. Hirst w Cartierze wystawił swój najnowszy, zaskakująco klasyczny cykl Cherry Blossoms. Po prostu piękne obrazy kwitnących wiśni. Tylko tyle i aż tyle.

I wreszcie muzyka. Dwa, a właściwie trzy koncerty. Najpierw w Cartierze brukselski kwartet smyczkowy Ictus oraz organista Hampus Lindwall. W programie kompozycje Jurga Freya, samego Lindwalla i Ellen Arkbro. To ta ostatnia przekonała mnie, by ich zobaczyć. Freyowski String Quartet no. 2 straszliwie mnie wymęczył, nawet jak na minimalizm jest to muzyka po prostu nudna. Lindwall z Ictusem zagrali Brace for Impact organisty, zupełny kontrast do Freya. Dużo się działo w tej kompozycji, głośnej, rozwydrzonej, trochę szczeniackiej, ale ożywczej. Chordalities Arkbro trochę mnie zawiodły, były zbyt poszatkowane, poszarpane.

W Petit Bain, całorocznym odpowiedniku warszawskiej BarKi pierwsza na scenie pojawiła się Ichiko Aoba. Sama, tylko z gitarą. Emanowała urokiem, była kawaii. Kawaii były też jej piosenki, które pod tą lukrowaną warstwą były popisami nie tylko piosenkopisarstwa Japonki, ale też jej gitarowych umiejętności. Nie ona jednak tego wieczoru była najważniejsza.

Arooj Aftab nagrała jedną – a może nawet tę jedyną, ciągle nie potrafię się zdecydować – z płyt roku. Możliwe, że też i dekady, ale o tym przekonam się za 9 lat. Vulture Prince jest poruszająca, metafizyczną opowieścią o stracie. Na wielu poziomach – od tego najbardziej osobistego, utraty brata po stratę, którą odznaczają się wszyscy emigranci; życie w starej ojczyźnie nie zatrzymuje się w miejscu, ten świat ginie bezpowrotnie, emigrant też się zmienia. Pisałem o Vulture Prince w samych superlatywach i zachwytach w „Czasie Kultury” i przyznaję, że miałem ogromne oczekiwania.

Arooj zagrała w trio z greckim kontrabasistą Petrosem Klampanisem i szkocką harfistką Maeve Gilchrist, muzykami grającymi na albumie. Dlatego tak dobrze rozumieli się na scenie. Skromny zespół, ale Vulture Prince też taka jest i kontrabas, harfa oraz głos w zupełności wystarczyły. Gdy tylko Aftab zaintonowała swoim niskim, jedwabistym głosem Baghon Main wiedziałem, że ten koncert zostanie na długo w mojej pamięci. Od głosu Pakistanki uginały się nogi i miękło serce. Przynajmniej moje. I nie liczyło się nic innego. To, że Francuzi nie wiedzą, czym jest wentylacja, więc klubie ledwo dało się oddychać, a spływałem potem, jakbym był w saunie. Liczyła się tylko muzyka. Pełna emocji, delikatna, wysublimowana i jednocześnie bezpretensjonalna. Doskonale przemyślana, ale zostawiająca miejsce na swobodę. Każdy popis na kontrabasie, każde odważniejsze zagranie na harfie miało swoje uzasadnienie. Arooj często oddawała pole swoim muzykom, ale gdy tylko sięgała po mikrofon, wiadomo było, co jest najważniejsze. Jej głos. Żeby nie robiło się zbyt podniośle, między utworami Arooj uprawiała prawie standup. To chyba jedyna artystka, która mogłaby zagrać na moich dwóch ulubionych festiwalach, Halfwayu i Globaltice.

Zagrali cały Vulture Prince i jeden dodatkowy utwór na bis. Osiem utworów rozłożonych na prawie półtorej godziny. Last Night straciło reggae'owy puls, przeszło na stronę jazzowych, klasycznych improwizacji i to była największa zmiana. Pozostałe utwory trzymały się w miarę blisko wersji albumowych, ale – jak już pisałem – nie było to odgrywanie 1:1. Koncertowe wersje, skromniejsze miały jeszcze większy ładunek transcendencji. To był koncert na miarę wspólnego występu Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana na Ethno Porcie, Sharon Van Etten na Halfwayu, Alima Qasimova na Skrzyżowaniu Kultur czy Zbiga na Offie. Zachwyt i wzruszenie w najczystszej postaci.

sobota, 30 października 2021

Koniec i początek


Czy Bastarda zdolna jest do potknięć? Chyba nie. Dopiero co na wiosnę nagrali poruszający album z interpretacjami fado z Joao de Sousą. Daleko wyszli na nim ze swojej strefy komfortu, ale też dostosowali portugalskie klasyki do swojego charakterystycznego instrumentarium. Z fenomenalnym efektem, a przecież ich dwie poprzednie płyty nie były gorsze.

Nieledwie chwilę później Paweł Szamburski na podstawie ludowego materiału stworzył solową opowieść o odwiecznym, zaklętym cyklu życia, Uroborosa wiecznie zjadającego swój ogon, bo w każdym momencie jest teraźniejszość, przyszłość i przeszłość. Znów strzał w samo sedno,wzruszająca muzyka. Bastardowy Kołowrót jest niejako rozwinięciem tego pomysłu, tylko w szerszym i węższym zakresie jednocześnie. To już nie cykl ludzkiego życia, lecz odwieczny cykl pór roku, rządzący ludzkimi społecznościami. Z pomocą specjalistów z RCKL Bastardzi wybrali pieśni obrzędowe, zaaranżowali je po swojemu i nagrali z udziałem chóru SWPS.

To drugi po Fado projekt, w którym Bastarda tak odważnie pracuje z głosem. Wcześniej pojawiał się incydentalnie - na Ars moriendi przeszywająca zaśpiewała Olga Mysłowska, na Nigunim pojawił się na samym końcu chór Grochów. Wydaje się, że to ostatnie spotkanie utwierdziło trio w przekonaniu, że praca z wieloosobowym zespołem to dla nich dobra droga. I tak dotarliśmy do Kołowrotu.

Amatorski chór studencki okazał się kolejnym idealnym partnerem dla Bastardy. Nie ma w ich śpiewie klasycznego bel canto ani zadęcia, świetnie odnajdują się w bastardowej koncepcji. A ta zaczyna się Wiosną, od śpiewu ptaków, który przeistacza się w - by tak rzec - klasyczne granie tria. Michał Górczyński buduje basową podstawę, Szamburski prowadzi melodią, a Tomasz Pokrzywiński meandruje między nimi oboma. Chór natomiast wokalizuje, podąża za triem, nie przechwytuje inicjatywy. Prosty zabieg, ale jak najbardziej udany. Jest w Wiośnie słowiańska melancholia, zamglone, zimne poranki, pierwsze przebiśniegi, budząca się z letargu przyroda. Lato to ekstaza życia, rozkwit wegetacji, długie, gorące dni, palące sierpniowe słońce i żniwa. W Lecie pojawiają pierwsze słowa, to dożynkowa pieśń. A skoro dożynki, to i zabawy. I tak ten utwór rozwija się w formę wirującego, transowego paraoberka - Pokrzywiński na wiolonczeli odtwarza brzmienie wiejskich basów, a klarneciści grają coraz bardziej intensywnie. Jesienią nie zaczyna się picie w knajpach, ale powolne zasypianie natury. Dni stają się coraz krótsze, liście żółcieją, świat szykuje się do zimowego spowolnienia, ale wybucha jeszcze ostatnim, nieledwie przedśmiertnym bogactwem kolorów. I wreszcie Zima, spokojna, ale i niebezpieczna, zasypana śniegiem, pełna cichych lasów i wymarłych pól, po których od czasu do czasu przemknie sarna. Zima jest najmroczniejsza, w końcu to okres, w którym noc wygrywa z dniem, śmierć starego roku, ale koniec jest początkiem - znów słyszymy ptaki, które niosą nadzieję.

wtorek, 17 sierpnia 2021

Pod liliowym niebem

"Wieczorne ragi najlepiej wykonywać między zmierzchem a północą. Pomagają się skupić i uporządkować umysł przed snem. I tak jest też w przypadku „Under the Lilac Sky”. Mimo swej wielowarstwowości i skomplikowania ambientowe ragi Jain wyciszają i oczyszczają umysł z nadmiaru bodźców. Taka kuracja przydaje się nie tylko przed zaśnięciem."

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o debiucie Arushi Jain.

poniedziałek, 12 października 2020

Odszedł głos Iranu



W czwartek zmarł Mohammad Reza Szadżarian, postać dla irańskiej kultury i społeczeństwa fundamentalna. To jego głos przez lata obwieszczał koniec dziennego postu podczas Ramadanu. Na wieść o jego śmierci pod teherańskim szpitalem Jams zebrały się tysiące, mimo obowiązujących w Iranie obostrzeń, by pożegnać tego, który był głosem rewolucji i jej zagorzałym krytykiem.

Szadżarian urodził się w 1940 roku w Meszhedzie, w Chorasanie, na wschodzie Iranu, jednym zew świętych miast szyizmu. Wychował się w rodzinie bardzo konserwatywnej. Dla jego ojca, zawodowego recytatora Koranu, każda inna forma muzyki była haram. Mohammad Reza jako dziecko szedł w ślady ojca, zaczął recytować Koran w wieku pięciu lat, ale u bardziej liberalnego wujka po raz pierwszy usłyszał „świecką” muzykę w radiu. Radifów – repertuaru podstawowego perskiej muzyki klasycznej –uczył się początkowo po kryjomu, pierwsze występy dawał pod pseudonimem. W 1959 roku po raz pierwszy wystąpił w lokalnym radiu, niedługo potem przeniósł się do stolicy, by tam się dalej szkolić i później uczyć na uniwersytecie.

Gdy szach wprowadził w 1978 roku stan wojenny, a podczas Czarnego Piątku siły rządowe zabiły 100 osobo, Szadżarian i inny muzycy odcięli od państwowego radia. W tym samym czasie Mohammmad zaczął śpiewać pieśni otwarcie polityczne, sprzeciwiające się władzy szacha i SAWAK, wszechwładnej służby bezpieczeństwa. Gdy jednak fala rewolucji wyniosła do władzy Chomejniego i ajatollahów (o roli kaset w tym procesie fantastyczny tekst napisała Karolina Jakubiak dla Glissanda), Szadżarian wycofał się z życia publicznego – również dlatego, że religijni radykałowie mieli podobny pogląd na muzykę, co jego ojciec. Jego repertuar koraniczny był nadal wykorzystywany przez ajatollahów, a jego interpretacja Rabbany, modlitwy kończącej post podczas Ramadanu, była emitowana przez państwowe radio przez 30 lat. Do publicznych występów Szadżarian wrócił w latach osiemdziesiątych, a jego Bidaad do słów żyjącego w XIV wieku poety Hafiza była tylko lekko zawoalowaną krytyką reżimu. Z czasem krytyka stawała się coraz wyraźniejsza i bardziej dosadna, aż w 2009 roku – podczas kolejnych wielkich protestów – Szadżarian znów wystosował list do władz radia z żądaniem wykorzystywania jego muzyki, z wyjątkiem Rabbany. Władze zdjęły i ją, bo Szadżarian jednoznacznie poparł protestujących. Zakazano mu też występów w kraju. Irańczycy, by obcować z muzyką mistrza jeździli między innymi do Turcji. Szadżarian często grywał w Stanach i Francji. Ostatni koncert zagrał właśnie w Turcji, w Konyi, z okazji rocznicy śmierci Rumiego, najważniejszego perskiego poety. Kilka miesięcy później ogłosił, że od lat zmaga się z rakiem nerek.

Szadżarian był tak skromny, jak wspaniała była jego muzyka. Poruszająca, nie trzeba znać perskiego, by się w niej zakochać. Był niezrównanym wirtuozem, panował nad głosem, jak nikt inny, może tylko Alim Qasimov. Grali z nim najwięksi muzycy irańscy – Hossein Alizadeh, Kayhan Kalhor. Nie ograniczał się tylko do śpiewania, grał na santurze, tworzył nowe instrumenty. Cały czas rozwijał muzykę klasyczną, nie chciał, by stała się skansenem. Przede wszystkim jednak był głosem Irańczyków. Słuchała go diaspora, zasłuchany w nim był cały kraj. I gdy sobie myślę, z kim można go porównać w polskiej muzyce, by choć trochę przybliżyć jego status w Iranie, do głowy przychodzi mi tylko Chopin. Obaj stali się symbolami za życia, obaj uchwycili dusze swoich narodów.

Moje pierwsze spotkanie z głosem Szadżariana to Night Silence Desert, nagrane wspólnie z Kalhorem. To było też jedno z moich pierwszych zetknięć z perską muzyką klasyczną. Od tamtej pory muzyka z Iranu ma u mnie specjalne miejsce. Chyba jeszcze lepszym wprowadzeniem w fenomen Szadżariana jest jego krótki koncert w siedzibie NPR z 2013 roku. 15 minut, jeden utwór, Nowruz, czyli perski Nowy Rok. Mohammad Reza wygląda jak akademik sprzed lat, nienagannie ubrany, skupiony. Zespół gra, on czeka. A gdy już zaczyna śpiewać, to czas się zatrzymuje. 15 minut, które mogłoby trwać i trwać...

 

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Algorytm ci tego nie podpowie

Jak szukać muzyki, kiedy wszystko wydaje się podane na tacę przez algorytmy serwisów streamingowych, które na pierwszy rzut oka (ucha) znają nasze gusta i przyzwyczajenia lepiej niż my sami? I co z muzyką, która nie jest w nich dostępna? Jak na nią trafić? Odpowiadam z przykładami.




Ritme Jaavdanegi możecie już posłuchać w streamingach, jednak kiedy na nią wpadłem kilka miesięcy temu, była dostępna tylko na Bandcampie. I może to nawet lepiej, bo bez wahania wysupłałem te kilka euro na pliki (a potem poprawiłem winylem). Jak na niego trafiłem, skoro nie pojawił się na żadnej playliście z nowościami? Nazwisko Mohammada Rezy Mortazaviego i tytuł jego najnowszej płyty zobaczyłem, przeglądając jedną z list październikowych premier na Polifonii. Jakiś Irańczyk, pomyślałem, pewnie eksperymentujący. To było trochę jak trafienie na interesującą okładkę w stacjonarnym sklepie (albo grzebiąc w tagach na Bandcampie, tak też mi się zdarza trafić na ciekawe płyty). Tylko, że gdybym spojrzał na tę konkretną okładkę, nie spodziewałbym się dronów z Teheranu.

Mohammad Reza jest wirtuozem dafu - bębna obręczowego - i tombaku - bębna kielichowego. Ritme Jaavdenegi to muzyka tylko na te dwa instrumenty i dwie okładkowe ręce. Nic więcej tam nie ma. Ale to wystarcza w zupełności. Wszystkie osiem kompozycji jest utrzymanych w tym samym metrum 11/8, tytułowym rytmie wieczności. Rytmie, którego Mortazavi, jak pisze w krótkiej notce dołączonej do płyty, poszukiwał od wielu lat. A miał go na wyciągnięcie ręki - ritme jaavdanegi, to rytm tych dwóch słów. Mortazavi był w Wiedniu, nie mógł spać, wyglądał przez okno, wspominał swoje dzieciństwo w Isfahanie i już, znalazł swój rytm, którego tak długo szukał.

Czasem trudno uwierzyć, że to gra jeden człowiek, a jeszcze trudniej, że to nagranie na żywo, bez żadnej późniejszej obróbki. Nietypowy, nieparzysty rytm w rękach Mortazavi jest lekki i tajemniczy jednocześnie, jak w dwuczęściowym Tears of a Fakir. Może też nerwowy, pełen niepewności, jak w pędzącym na złamanie karku Riding Time. Mohammad Reza wyciąga z tego rytmu jak najwięcej, pokazuje różne oblicza metrum i swoich instrumentów. Daf brzmi jak wiatr targający wysuszonymi gałęziami, tombak ma brzmienie bliższe ziemi, solidniejsze.



Ograniczając się do rytmu wieczności Mortazavi, nagrał przejmujący album. Medytacyjny, nienachalnie wirtuozerski, choć imponujący. I faktycznie eksperymentalny, tylko inaczej niż się tego spodziewałem, bo to eksperyment w ramach tradycji, można by powiedzieć, że perskie modern classical.

Mohammad Reza ma brata, Alirezę, na którego trafiłem już na własną rękę. No dobrze, pomógł mi w tym Rate Your Music. To właśnie drugi sposób na wychodzenie poza algorytm (i, zgadzam się, dość oczywisty) - warto sprawdzać, czy muzycy nie mają aktywnego rodzeństwa. Jeszcze się okaże, że zdolniejszego.


Nie chcę przez to powiedzieć, że uważam starszego z dwóch braci Mortazavi za lepszego muzyka, ale jego tegoroczny album Hamdelaneh Intimate Dialogues, to jedna z pięciu najlepszych tegorocznych płyt, jakie słyszałem (to był zresztą rok zdominowany przez Irańczyków). I, znów, jak w przypadku Mohammada Rezy, tytuł mówi wszystko. To dialog Alirezy grającego na santurze, perskich cymbałach z Markusem Stockhausenem, trębaczem (i synem Karlheinza). Naprawdę nie mam pojęcia, czemu o tej płycie jest tak cicho. Może dlatego, że wyszła w małej włoskiej oficynie Dark Companion Records. Dlatego - powtarzam - warto szukać wartościowych płyt na własną rękę, nigdy nie wiadomo, gdzie znajdzie się kolejna.

Hamdelaneh przypomina trochę I Will Not Stand Alone Kayhana Kalhora i Alego Bahramiego Farda. Obie oparte są na dialogu santuru i innego instrumentu, kemancze zamienia się rolami z trąbką, flugelhornem i w jednym przypadku z głosem Stockhausena. Obecność trąbki może przywoływać jazz, ale to nie do końca prawda.

Blisko tu do nagrań sygnowanych nazwą ECM Records (zresztą Stockhausen już dla nich nagrywał w przeszłości), podobna jest tu melancholijna atmosfera, granie ciszą, przestrzenność i skromność użytych środków. Pasowałby ten album do tej wytwórni, Mortazavi i Stockhausen posługują się podobnym językiem, co chociażby Eleni Karaindrou na Medei (choć to wypowiedź dużo bardziej osobista) - to przecięcie nie tylko jazzu i muzyki poważnej, ale różnych muzyk klasycznych, z większym naciskiem na improwizację, stąd bierze się ten jazzowy pierwiastek.

Hamdelaneh jest albumem bezwstydnie pięknym. Nie trzeba się go doszukiwać, wyławiać z momentów chaosu. W tym pięknie zaszyty jest smutek, jak w słonecznym, jesiennym dniu. Pożółkłe liście zwiastują zime, zamarcie natury i tak tutaj z każdego dźwięku wybrzmiewa nieuchronność przemijania i pogodne pogodzenie się z nim.



Dla tych dwóch płyt warto wyjść poza dyktat algorytmów. A ile jeszcze skarbów jest przed nim ukrytych.

piątek, 31 marca 2017

My wszyscy z Bacha - wywiad z Patrickiem Higginsem



Gra w awangardowym zespole Zs i komponuje utwory dla orkiestr. Kocha punk i Bacha. Rzadko udziela wywiadów. Udało mi się złapać Patricka Higginsa przed jego fenomenalnie hałaśliwym, październikowym koncertem w Warszawie i chwilę porozmawiać. Tekst miał ukazać się w innym miejscu, ale w końcu ląduje tutaj, kilka dni przed koncertami Zs w Polsce.

Zacznijmy od Bacha, jak w popularnej polskiej piosence. Dlaczego zdecydowałeś się na własne interpretacje jego twórczości?

Muzyka Bacha inspiruje mnie i ma na mnie ogromny wpływ od wielu lat. Tak naprawdę odkrycie nagrań Glenna Goulda z jego interpretacjami Bacha było decydującym momentem w mojej ścieżce artystycznej. Przede wszystkim z powodu jego eksperymentalnego i progresywnego podejścia do technicznej i interpretacyjnej strony wykonywania muzyki klasycznej. W szczególności muzyki barokowej, która wtedy nie była zbyt modna. Te nagrania były dla mnie niezwykle inspirujące.

Myślę, że muzyka Bacha jest tak bogata i tak wdzięczna do interpretacji, również z tego powodu, że w wielu przypadkach nie jest pisana na konkretne instrumenty. Wiele utworów Bach napisał na abstrakcyjne głosy. Dlatego w jego muzyce jest bardzo dużo wolności interpretacyjnej – ustalenie tempa, wybór instrumentu, ale też jak ma zabrzmieć utwór. Te możliwości są praktycznie nieskończone. Fakt, że muzyka Bacha jest tak powszechnie znana, sprawia, że dojrzała do, powiedzmy, niekonwencjonalnych reinterpretacji. I to właśnie mnie w niej zainteresowało.

Muzyka Bacha jest także dość trudna technicznie. Kilka lat mi zajęło wejście na poziom, który pozwalał mi na pokazanie swoich wersji, tym bardziej dlatego, że muzyka Bacha jest po prostu bardzo ważnym etapem rozwoju muzyki zachodniej.

Co było największym wyzwaniem w tym projekcie?

W „Bachanaliach” najtrudniejsze było opanowanie techniki wykonawczej w połączeniu z elektroniką tworzoną żywo. Muzyka Bacha jest wystarczająco trudna do opanowania na gitarze klasycznej, a dodanie elementu elektronicznych manipulacji, sprawia, że pojawia się dodatkowa warstwa informacji muzycznej, którą ludzkie ucho i zmysł interpretacyjny musi przetworzyć. Najlepiej tak, żeby współgrało z nią wykonanie. To całkowicie zmienia sposób grania tych utworów i to była najtrudniejsza część tego projektu. Szczególnie w przypadku opóźniania i procesowania dźwięku, które robiłem na żywo. Ma to wpływ na kontrapunktową strukturę muzyki. Z jednej niektóre strony dźwięki są opóźniane, ale wykonanie idzie dalej w swoim tempie. Dodaje to nie tylko rytmicznego zawieszenia, ale sprawia, że muzyka może wydawać się bardziej dysonansowa lub przeciwnie, nawet bardziej harmoniczna niż oryginalnie. Tak, to balansowanie było najtrudniejsze.

„Bachanalia” to nie koniec Twojej pracy z Bachem, prawda?

Tak, pracuję nad nagraniami wszystkich suit Bacha na lutnię. Będę je nagrywał na początku 2017 roku, ale pewnie minie cały rok, zanim je skończę.

Grałeś kiedyś na lutni?

To zupełnie inny instrument niż gitara. Wiesz, pociąga mnie, jak Bach brzmi na gitarę, choć jestem wielkim fanem lutni, szczególnie w muzyce dawnej. Myślę, że gitara ma bogatszą, wyrazistszą paletę dźwięków. Jej dynamika jest większa i po prostu to mój instrument. Ale tak, liznąłem gry na lutnie.

Kiedy zacząłeś komponować własną muzykę?

Muzyką klasyczną na poważnie zająłem się w 2009 roku, a moje pierwsze utwory zostały publicznie wykonane dwa lata później. Od tamtej pory to spokojny, powolny rozwój.

Wydaje mi się, że w świecie muzyki klasycznej, akademickiej dość rzadkie jest, gdy kompozytor jest także wykonawcą. Jak Twoja muzyka zyskuje na tych doświadczeniach?

To, że jestem pełnoprawnym, podróżującym i występującym publicznie muzykiem ma wielki wpływ na praktykę kompozytorską, ponieważ biorę pod uwagę mechanikę instrumentów, fizyczne możliwości każdego muzyka-wykonawcy, zastanawiam się, czy udźwigną moje pomysły, które, bądźmy szczerzy, są trudne albo dziwaczne. Jest w tym pewien element hojności z mojej strony. Myślę, że także wpłynęło to na moje związki z muzykami, ale one akurat nie są rzadkością wśród kompozytorów.

A lubisz któreś z tych działań bardziej?

Hm, nie wydaje mi się. Nie tylko są od siebie bardzo różne, ale także spełniają inne potrzeby. Granie na żywo jest bardzo energetyzujące. Z kolei komponowanie to długi, męczący i skomplikowany proces. Efekty mogą być imponujące, ale granie na żywo ma ten element adrenaliny, którego brakuje w komponowaniu. To po prostu kompletnie inne aktywności.

Komponujesz na rozmaite składy – od solistów, przez zespoły kameralne, aż do dużych orkiestr. Różnicujesz do nich swoje podejście?

Zdecydowanie. Gdy piszę na mały skład albo dla solisty (również w kontekście ansamblu), przeważnie myślę o konkretnym wykonawcy. Pisanie pod konkretnego muzyka wpływa na kompozycję do tego stopnia, że piszę pod ich interpretacyjne i techniczne silne strony. Otrzymuję też informację zwrotną, w przeciwieństwie do pisania dla nieokreślonych wykonawców, co także robiłem. To wygląda tak, że próbujemy utwór kilka razy, a potem wracam do swojej pracowni i zmieniam rzeczy na podstawie, tego, co usłyszałem na próbie.

Mniejsze ansamble lub specyficzni ludzie stają się częścią kompozycji poprzez rozmowy i współpracę. Jednak przy większych zespołach staje się to niemożliwe.

Balansujesz między muzyką poważną, a awangardą, alternatywą. Myślałeś kiedyś, by skupić się tylko na jednym polu?

Wiesz, nie widzę ich jako sobie przeciwstawnych dziedzin. Granie nawet w takim zespole jak Zs, który gra muzykę bardzo współczesną i dość agresywną jest ciągle osadzone w relacji – może to być opozycja, może to być dialog – do klasycznej kompozycji. Myślę, że połączenie tego oraz punk rocka, na którym wszyscy wyrośliśmy jest moją najbardziej owocną ścieżką artystyczną. Zresztą nie piszę muzyki, która jest po prostu klasyczna. Nawet moje nagrania Bacha są do pewnego stopnia świętokradcze, ponieważ są przetworzone elektronicznie i w tym sensie eksperymentalne. Wydaje mi się, że nie widzę dużej różnicy między graniem solo na gitarze i laptopie, graniem w zespole, a komponowaniem utworu na kwartet smyczkowy lub orkiestrę. To po prostu inne formy, inne media. Porównałbym to do pracy rzeźbiarza – może rzeźbić w marmurze, a może pracować z drukarką 3D, która rzeźbę wydrukuje. To niekoniecznie konflikt między awangardą a klasyką, tylko inne media. Niektóre pomysły potrzebują kwartetu smyczkowego, inne laptopa, a jeszcze inne obu.

A jaka muzyka pojawiła się w Twoim życiu jako pierwsza?

Kiedy byłem bardzo młody – jazz i punk. Słuchałem punk rocka i uczyłem się jazzowej gry na gitarze. Już wtedy pociągała mnie hybrydyzacja klasycznej, jazzowej formy z czymś bardziej undergroundowym, alternatywnym, czyli punkiem.

Studiowałem też kompozycję, ale nie w konserwatorium. Zamiast niego wybrałem studia z filozofii i literaturoznawstwa porównawczego. Jednak granie muzyki, studiowanie jej samemu albo z nauczycielem, granie w zespołach stanowią większość mojego życia zawodowego.

Dlaczego postanowiłeś nie iść do konserwatorium?

Czułem, że powinienem studiować coś, co mnie interesuje intelektualnie. Studiowanie historii estetyki, myśli społecznej i politycznej miało wielki wpływ na to, jak postrzegam tworzenie sztuki i muzyki. Kompozycji i techniki uczyłem się sam i robiłem to bardzo poważnie. Nie zdawałem sobie sprawy, że mi się to uda. Teraz, kiedy chcesz się czegoś nauczyć, często możesz usłyszeć – zapłać za studia i je skończ. To sugeruję potrzebę, której tak naprawdę nie ma. Wielu kompozytorów, których uwielbiam, nie skończyło konserwatorium, ale to nie znaczy, że nie ćwiczyli i nie studiowali. Takie podejście bardzo mi odpowiada, nie czułem nigdy potrzeby studiowania muzyki na uniwersytecie.

Jak studia filozoficzne i literaturoznawcze wpłynęły na Twoją sztukę?

To dobre pytanie. Trudno na to odpowiedzieć pokrótce ze względu na barierę językową. Język, semiotyka, seksualność, historia przeplatają się i łączą w każdym akcie politycznym lub artystycznym. Takie podejście, które studiowałem na uniwersytecie to świetny przewodnik to tworzenia sztuki. To nie tylko wirtuozeria, to nie tylko nauka formy i jej historii, to nie tylko robienie czegoś spektakularnego i efektownego. To coś więcej – to łączenie tego wszystkiego, podchodzenie do sztuki z różnych stron i mam nadzieję, że te wszystkie elementy słychać w mojej muzyce.

Uczyłeś się jazzu, grasz z Zs, grasz solowe, improwizowane koncerty. Improwizacja jest dla Ciebie ważna.

Owszem, czuję się w niej bardzo komfortowo od dłuższego czasu i po prostu ją lubię. Wydaje mi się, że jesteśmy w interesującym momencie dla muzyki klasycznej, ponieważ improwizacja staje się możliwą formą w muzyce koncertowej. W tym sensie, że nie jest już wyłączająca i absolutna jak aleatoryka Johna Cage’a. Improwizowana muzyka kameralna to jedno, ale improwizacja pojawia się w większych i bardziej ustrukturyzowanych kompozycjach. To bardzo interesujące, kiedy pojawia się kompozycyjna potrzeba na improwizację. Oczywiście, improwizacja to świetna zabawa. Poza światem muzyki klasycznej, zawsze możesz coś pomylić, coś spieprzyć, ale kiedy wszystko wyjdzie – jest wspaniale.

Na koniec muszę Cię zapytać o plany Zs.

Robimy mnóstwo nowej muzyki i nagraliśmy sporo muzyki z innymi wykonawcami. One pewnie ukażą się wcześniej niż kolejny album Zs. W tym roku graliśmy sporo w Nowym Jorku i trochę zagranicą. W przyszłym na pewno przyjedziemy do Europy. Na razie pracujemy nad nową muzyką i przygotowujemy się nagrania następnej płyty.

sobota, 12 marca 2016

Druga szansa


Jozef van Wissem bardzo często przyjeżdża do Polski, ale do tej pory na koncercie lutnisty byłem tylko raz. W 2013 roku grał w Pardon, To Tu na minifestiwalu New Music for Old Instruments. Nazwa wydarzenia idealnie odpowiada temu, co robi Holender, ale koncert przy placu Grzybowskim zapamiętałem jako niezbyt udany. Trzy lata (i kilkanaście koncertów w Polsce) później Jozef zagrał na drugim brzegu Wisły, w Hydrozagadce, promując swój najnowszy album When Shall This Bright Day Begin. Miejsce dużo większe, ale przez to mniej intymne i kameralne, co mogło budzić pewne obawy (które okazały się uzasadnione).

Van Wissem zagrał tak, jak można było się tego spodziewać. Występ oparł na materiale z nowej płyty, łączył utwory w dłuższe "suity", co dodawało jego muzyce jeszcze większego ładunku transu. Spokojne, powtarzalne frazy, proste, ale przejmujące dźwięki lutni oplotły Hydrozagadkę. Siedzący samotnie na scenie Jozef grał z pasją, zapamiętale, ale wydawał się nieobecny, jakby był jedynie przekaźnikiem muzyki, a nie pełnoprawnym twórcą. Co nie dziwi tak bardzo w kontekście jego zainteresowań duchowością i mistyką.

Ilustracyjnemu i medytacyjnemu charakterowi muzyki van Wissema bardziej odpowiadałby koncert siedzący. Stojąc w ścisku (bo Hydrozagadka szczelnie się zapełniła), trudniej było w pełni skupić się na muzyce. Niestety, o ile na początku w klubie panowała cisza, to im bliżej końca koncertu, tym głośniejsze były rozmowy. Szkoda, bo Jozef zagrał wyśmienicie, a ja żałuję, że drugą szansę dałem jego koncertom dopiero teraz. Na następnych będę obowiązkowo.

niedziela, 7 lutego 2016

Wacław Zimpel - "Lines"


Po kilkudziesięciu płytach nagrywanych w najróżniejszych składach, prowadzeniu kilkunastu zespół (m.in. nieodżałowana Hera, To Tu Orchestra, Wacław Zimpel Quartet, the Light), Wacław Zimpel nagrał album całkowicie solowy.

Klarnecista związany ze sceną muzyki improwizowanej, tym razem prezentuje kompozycje odwołujące się w dużym stopniu do twórczości amerykańskich minimalistów. Do klarnetu dodaje organy Hammonda, pianino Rhodesa, południowowschodnioazjatycką harmonijkę ustną khaen.

Lines jako całość jest zbudowana wokół dwóch utworów - szesnastowiecznego hymnu Deo Gratias, w którym Zimpel widzi zapowiedź dwudziestowiecznego minimalizmu oraz tytułowej kompozycji, będącej autorską wersją muzyki transowej i rytualnej. Obejmują je dwie kompozycje skupiające się na możliwościach klarnetów - dronowa, jednostajna Breathing Etude i chyba najbardziej jazzowe Five Clarinets. Wreszcie album spinają utwory "elektryczne", oparte na brzmieniach organów. Taki zabieg daje jeszcze większe wrażenie repetycji. Nie tylko w obrębie pojedynczych utworów, ale tez całego albumu. Repetytywność wywołująca trans, w którym można się zanurzyć jest od dłuższego czasu obiektem eksploracji Zimpla. Ma przecież doświadczenie w graniu gnawy z marokańskim guimbristą Maalemem Mokhtarem Ganią (jaki to był fantastyczny koncert w Pardon, To Tu). Jednocześnie Wacław czerpie z muzyki indyjskiej, mającej bardziej linearny charakter. Z połączenia tych różnych tradycji buduje swoje kompozycje.

Melodie przecinają się jak tytułowe linie. Zimpel wszystko nagrywał sam, krok po kroku, ślad po śladzie, kreując skomplikowane, ale przystępne polifonie. Dźwiękowe płaszczyzny uzupełniają się i przenikają zarazem. Silnie zrytmizowany początek i koniec Lines przywodzi na myśl prace bydgosko-toruńskiego kolektywu Milieu L'Acephale, jednak rozwijają się winną, bardziej melodyjną i kontemplacyjną stronę.

Po poprzednich płytach z udziałem Wacława Zimpla, można było być zupełnie spokojnym o zawartość Lines. Jednak to, co dzieje się na te płycie przechodzi wszelkie oczekiwania. To album po prostu wybitny. Przemyślany, pełen pasji i emocji. Zbiera poprzednie doświadczenia Zimpla (nie tylko te bardziej awangardowe, procentują tu też lata grania alt popu w zespole Gabrieli Kulki) w spójną całość. W tym przypadku nazwa wydawcy - Instant Classic - nie mogła być trafniejsza.

czwartek, 14 stycznia 2016

Paweł Szamburski - "Ceratitis capitata"



Paweł Szamburski, choć na scenie muzycznej jest obecny ponad piętnaście lat, współzakładał warszawskie wydawnictwo Lado ABC, gra w takich uznanych składach, jak Cukunft, kwartet klarnetowy Ircha, tworzy muzykę dla teatrów, filmów i słuchowisk, dopiero w tym roku zdecydował się na wydanie solowego materiału. Jest to album niezwykły.

Pięć utworów, dwa instrumenty (klarnet i klarnet basowy), cztery religie, jedna – chrześcijaństwo – występuje dwukrotnie. Warszawski muzyk sięgnął również do judaizmu, sufickiego islamu oraz bahaizmu. Ten ostatni prąd religijny jest najmłodszy, powstał w XIX-wiecznym Iranie i łączy w sobie elementy pozostałych trzech wyznań występujących na Ceratitis capitata (a także wyznań dharmicznych – hinduizmu i budddyzmu). Ta doktryna głosi jedność wszystkich religii i całej ludzkości. I ta informacja wydaje się być kluczem do odczytania debiutu Pawła Szamburskiego.

Osią wokół, której zbudowana jest Ceratitis capitata jest poszukiwanie wspólnych korzeni religii, wspólnych dla nich mistycznych doświadczeń i środków wyrazu. Dlatego w samym centrum albumu umieszczony został utwór odwołujący się do synkretycznego bahaizmu. To jednocześnie punkt kulminacyjny całości, w nim Szamburski gra najgłośniej, momentami przywodząc na myśl trąby obwieszczające Sąd Ostateczny. Natomiast klamrą spinającą solowe dzieło klarnecisty jest chrześcijaństwo. Zachodnie rozpoczyna je, a wschodnie wieńczy. Mimo dążenia do jedności, Paweł Szamburski z szacunkiem podchodzi to tych tradycji muzycznych. Każdy utwór jest autonomiczny, pełen cech charakterystycznych dla danej muzyki liturgicznej.

Ceratitis capitata jest przesiąknięta skupieniem i mistycyzmem. Dźwięki klarnetu wyłaniają się i nikną w ciszy, którą można traktować jako pełnoprawny instrument. Jej pojawienia się wyrywają z zasłuchania, ale i jednocześnie podkreślają piękno frazy wygrywanych na klarnecie. Istotne jest również miejsce nagrywania, kościół w podtarnowskich Błoniach. Akustyka świątyni potęguje wrażenie obcowania z muzyką natchnioną.

W czasach, gdy świat pędzi na złamanie karku, Ceratitis capitata ze swoim spokojem, refleksyjnym, czy wręcz medytacyjno-modlitewnym charakterem wydaje się zupełnie nie na miejscu. Jednak takie wyciszenie się, skupienie tylko na dźwiękach, odizolowanie się od nadmiaru innych bodźców jest potrzebne. To odskocznia od pędu, czas na zatrzymanie się. Przede wszystkim jest to album pełen piękna, którego nie warto marnować na podróż tramwajem.

tekst ukazał się pierwotnie na stronie iratemusic.com

czwartek, 6 lutego 2014

Świat 2013: miejsca 5-1

5. Kvelertak - "Meir"



Norwegowie swoim podejściem do muzyki przypominają trochę Fucked Up. Podobnie niby ekstremalni, ale tak naprawdę przebojowi. Radiowy potencjał ukrywają pod blackowymi korzeniami, choć trzeba przyznać, że na drugim albumie poszli zdecydowanie w stronę przystępności i blasty pojawiają się incydentalnie. Jeszcze więcej jest za to luzackiego rokendrola.



4. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - "Kula Kulluk Yakişir Mi"



Współpraca Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana trwa już ponad dziesięć lat. W 2004 roku wydali album "The Wind", z którego programem koncertują do dziś. Oczywiście przez lata ewoluował i w takiej zmienionej formie został zarejestrowany w tureckiej Bursie. To zapis jednej długiej improwizacji, wielowątkowej, rozbudowanej, zanurzonej w kurdyjskiej, perskiej i tureckiej tradycji.

3. Waxahatchee - "Cerulean Salt"




W zasadzie mogę powtórzyć, co napisałem 11 miesięcy temu: W “Juno”, oscarowym filmie sprzed sześciu już lat, rozgrywającym się na fikcyjnych suburbiach w Minnesocie, tytułowa bohaterka zasłuchuje się w twórczości Kimyi Dawson. Gdyby ten film kręcono dziś, jej miejsce na ścieżce dźwiękowej zajęłaby pewnie Katie Crutchfield.



2. A Hawk and a Hacksaw - "You Have Already Gone to the Other World"



Najpierw był film Siergieja Paradżanowa "Cienie zapomnianych przodków". Obraz niezwykły i magiczny. Do tego stopnia zafascynował Jeremy'ego Barnesa i Heather Trost, że postanowili napisać do niego własną ścieżkę dźwiękowa. Swoje inspiracje przenieśli z Bałkanów w bliższe nam rejony, Karpaty i ich pogranicze. Oprócz tradycyjnych melodii z Węgier, Rumunii i Ukrainy, są tu tez autorskie kompozycje Amerykanów. Równie mocno zakorzenione w tradycji. I jak tradycja zawieszone między przeszłością, teraźniejszością, a bezczasowością.




1. Bombino - "Nomad"



Bombino wreszcie znalazł odpowiedniego producenta, który niewiele zmieniając w muzyce Tuarega, sprawił, że stała się przystępna nawet dla ucha niezwyczajnego do takiego grania. Na szczęście Dan Auerbach nie zdominował "Nomady", to nadal tuareski rock w najlepszym wydaniu. Podrasowany, to fakt, ale ciągle z niepokorną, saharyjską duszą.